IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

  Sala nr 1

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Jonathan

avatar

Liczba postów : 73
Join date : 16/01/2014

PisanieTemat: Re: Sala nr 1   Pon Mar 31, 2014 7:43 pm

Owszem, w założeniu mają pomagać, ale nie raz przecież wiadomości aż huczały od informacji na temat błędów czy niekompetencji lekarzy. Różnie to więc z tymi szpitalami było, miejmy jednak nadzieję, że tym razem będzie inaczej. Że go nie tylko postawią na nogi, ale i oduczą niektórych rzeczy. Takie na przykład siedzenia do późna czy głodzenia się. W ogóle wolał nie myśleć o tym jak wychudzony będzie, gdy wyjdzie stąd. Zawsze choroba wpływa na człowieka, a co dopiero pobyt w szpitalu. Zawsze był szczupły a co dopiero teraz będzie. Miejmy jednak nadzieję, że wróci całkiem szybko do siebie.
-Oj od razu gadasz głupoty. Sam się ostatnio zastanawiałem grając w jedną grę. Czy jeśli człowiek był za życia wegetarianinem, to czy jako zombie też nim będzie? Czy może wcinać będzie jakąś zmutowaną sałatę. No i czy zombie trawią? W teorii nie działa im układ pokarmowy, no ale co się dzieje z tym co zjedzą? Rozkłada im się to w żołądku, wypada przez dziury w ciele? Jak myślisz? - zapytał z pełną powagą, jakby była to kwestia życia i śmierci. No co czasem warto pogadać o jakiś głupotach. Chociażby po to by odreagować i się odprężyć. Szczególnie jeśli temat jest dość niecodzienny. No bo proszę was, takie zombie i ich kwestie żywieniowe raczej częsty nie jest. Co zaś się tyczy żywo-trupowania Avy, to aż tak źle nie było. Wszem wyglądał nie najlepiej, ale każdy po zarwanej nocy nie prezentuje się za dobrze. I nie zamierzał mu tego wypominać, po prostu nie chciał by ten się przemęczał. Zwłaszcza przez niego. Szczególnie, że i tak Jonathan miał już wyrzuty sumienia z powodu tego, że tak na nim polegał. Nie mówiąc o tym, że chyba by tego nie wytrzymał jeśli Ava kopnął by go teraz w dupę. Szczególnie, że zaczynało mu na nim coraz bardziej zależeć. Faktycznie kryzysowe sytuacje zbliżają ludzi, a między nimi i tak coś już zaiskrzyło wcześniej.
Potem zadzwonił telefon. Był ciekawy kto to, ale nie zapytał. Jeśli mężczyzna będzie chciał to samu mu powie. Mimo to odprowadził go wzrokiem, a gdy tylko zniknął za drzwiami wydał z siebie ciche westchnięcie. Eh zdecydowanie wolałby inaczej spędzić z nim ten czas niż przykuty do łóżka w szpitalnej sali. Mogliby coś zjeść na mieście, przejść sie, czy chociażby pojechać na ten obiecany camping. Teraz nawet nie miał pojęcia kiedy w ogóle będą mogli się na to wybrać. Chyba najwcześniej na jesieni lub w ogóle przyszłym roku. A miał takie plany i jak zwykle dupa z tego wyszła.
-O. Dzięki, że o tym pomyślałeś i zająłeś się wszystkim. Na prawdę, ja teraz nie ma do tego kompletnie głowy. Jak ja ci się odwdzięczę Ava?- zapytał uśmiechając się lekko. Na prawdę nie miał pojęcia jak mu to wszystko wynagrodzi. Chłopak stał się dla niego teraz ostoją, bez której czekałby go bardzo trudny okres. Ale był tutaj tak? Trwał przy nim, dla niego i w ogóle. Nie mógłby prosić o więcej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ava

avatar

Liczba postów : 145
Join date : 27/11/2013

PisanieTemat: Re: Sala nr 1   Sro Kwi 02, 2014 1:30 am

Właściwie to Jonathan poruszył bardzo ważne tematy. Pytania, które zadał były wielce istotne i naprawdę długo można by było się nad nimi zastanawiać oraz dyskutować na ich temat. I co z tego, że dla większości ludzi byłaby to zupełna głupota? Ważne, że im dobrze się o tym rozmawia. To tak jak tru otaku, rozmawiający o najnowszych anime albo zapaleni fantaści, podziwiający krągłości Castanic'ów z Tery. Chociaż tutaj preferuję Elinki, bo są urocze i malutkie i w ogóle loli, ale nie będę bezsensownie lał wody, opowiadając o swoich preferencjach, dotyczących postaci z randomowego MMO. Już to robię. Cóż, trudno. Dobra woda nie jest zła. A tak serio to nie wiem co pisać, mózg mi się wyłączył. Dobra, jedziemy dalej.
Na jego słowa uśmiechnął się tylko, lecz zadane mu pytanie wymagało dłuższego przemyślenia. Do głowy od razu napłynęło mu wiele myśli i bardzo dużo wariantów odpowiedzi, ale żadne z nich nie pasowało, aby wypowiedzieć je na głos. Mógł chcieć, aby Johna odwdzięczył mu się pocałunkiem albo pieniędzmi, albo w ogóle tego nie robił, albo pomocą w czymś, albo wycieczką w jakieś dziwne miejsce, albo nawet uczuciem. Właściwie to wszystkiego mógł sobie zażyczyć. Rzecz w tym, że nie chciał tego wszystkiego. Cóż, przy ostatnim mógłbym się nieco rozpisać, ale przewijanie w kółko tego samego tematu nie jest celem tych postów. Szczególnie, że ogółem wiadomo co dzieje się pomiędzy nimi, więc aktualnie wszystko czeka jedynie na rozkwit. Czy coś.
- Wyzdrowiej. - odpowiedział z uśmiechem bez chwili zawahania. Tak, właśnie tak. Odpowiedź tak szlachetna, że aż niewiarygodna, a jednak bardzo prawdziwa. Aktualnie przede wszystkim pragnął, aby czarnowłosy wrócił do zdrowia i pełni sił, aby znów mogli spędzać wspólnie czas w pracy i poza nią. I zrobiło się tak jakoś dziwnie, atmosfera niemal zgęstniała, a na to nie można było pozwolić. Szatyn chwycił jedną z książek, które kupił i sam ją przejrzał. Oj tak, nie zrobił tego w sklepie. Naprawdę brał na czuja. Tymczasem dotarło do niego, że właściwie i w jego gust by trafiła. W takim razie tym bardziej mu ulżyło, że upolował coś takiego i wręczył poszkodowanemu. Zerknął na niego i prychnął cicho, mówiąc coś o tym, że i jemu by się spodobała i właściwie mogliby przeczytać ją razem. Taki tam żarcik, śmichy-chichy i te sprawy.
I tak im jakoś czas mijał. Nie wiadomo kiedy zrobił się wieczór, a za oknami pociemniało. Pielęgniarki co jakiś czas przychodziły, aby - najprościej mówiąc - wygonić Avę do domu, choć on dalej niezłomnie dotrzymywał towarzystwa swojemu pracodawcy. Ostatecznie jednak ugiął się, ponieważ robiło się coraz później. Pożegnał się z brunetem i poszedł do domu, uprzednio zaglądając jeszcze do Dimitra i w ogóle. Tej nocy również miał koszmary.
Tak samo jak następnej i następnej. Skończyło się dopiero po jakimś czasie. Powiedzmy, że po parunastu dniach. Czas tak im mijał na rozmowach, odwiedzinach i głupich żartach, a chłopakowi dodatkowo na obowiązkach związanych z domem i sklepem. On z każdym dniem wyglądał coraz gorzej, choć tylko to się zmieniało. Jego humor zawsze był dobry, a on sam nie wydawał się być zmęczony. I tak się nie czuł. Dziwne zjawisko, ale bywa i tak.
W końcu nadszedł dzień, w którym Jonathan miał zostać wypisany ze szpitala. Pogoda zdążyła się nieco zmienić i zdecydowanie było cieplej. Młody przyszedł go odebrać, ale niestety nadal nie posiadał prawa jazdy. Przez to urządzili sobie kawałek drogi spaceru, jeden na wózku, a drugi za wózkiem. W końcu znaleźli się na znajomej ulicy i szatyn skierował swe kroki w stronę domu bruneta. Ah, słodkiego domu.
Time travel.~

[ztx2 - pisz już w domu.]

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Sala nr 1   Pią Maj 16, 2014 6:18 pm

Vincent stał za rogiem obrzydliwych drzwi szpitalnych. Po wejściu miał zobaczyć jego faceta... ex, który nawet go nie pamiętał. To była jedna z tych rzadkich chwil, w których nie wiedział co robić i nie potrafił zadziałać stuprocentowo pod wpływem emocji i dlatego stał jak podejrzany kretyn, w tej swojej czerni i w długich, rozpuszczonych włosach.
Nic nowego – był totalnie zajechany, a mimo to wyglądał naprawdę nieźle. Nie dał sobie ani chwili wytchnienia. Jak nie pracował, to się z kimś pieprzył (Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, nie, Kei?), jak nie dwa wcześniej wymienione, to pił. Sen nie przychodził łatwo, więc nader chętnie sięgał po energetyki i szedł na balety. Dlatego nie od razu odebrał wiadomość na poczcie głosowej, a dwa dni później, nagranej na jego mizernym - jak on sam - i porysowanym telefonie. Jakkolwiek się ucieszył, że pan-którego-przeleciał-a-którego-imienia-nie-pamiętał dał mu jasną propozycję kolejnego pieprzenia się, to chęć ta minęła jak za sprawą różdżki, kiedy dowiedział się, że jego były chłopak wylądował w szpitalu. Jaki były, rozstali się pod wpływem alkoholu, to się nie liczy! A co najważniejsze – wylądował w tym cholernym szpitalu nie ze złamaną nogą, a amnezją. Po ataku terrorystycznym. Nie ma to jak udane związki – jeden schizofrenia i gwałty, a drugi cię nawet nie pamięta i najprawdopodobniej jest to twoja wina. Dobrze wiedział też, że prawdopodobnie będzie musiał użerać się od nowa z jego rodzicami, a już w szczególności ojcem, którego niemalże uwiódł, dlatego żeby dosłodzić, musiał w około dwie godziny uwieść na nowo swojego byłego, żeby nie dać się tak łatwo wymazać z ich pamięci, nim wrócą z powrotem do szpitala. W mniemaniu Vincenta, nie było to jakieś specjalnie trudne zadanie – optymistycznie twierdził, że może nie ma wspomnień, ale uczucia pozostały. Swoją drogą, dla Keia było to wszystko takie wygodne – nie pamiętał niczego, żył niemal jak nowo-narodzony, podczas gdy Gwiazda wszystko wie, wszystkiego jest świadoma i nosi to w sobie. A mimo to, jak zwykle zachowała niewzruszoną twarz.
Czarno-biała postać drgnęła, jakby niespokojnie i wzięła głęboki oddech. Przedostatnim ruchem dłoni poprawił włosy, a następnie pchnął nią pewnie drzwi i rozejrzał się krótko po pomieszczeniu, zamykając je za sobą. Jak widział, Kei nie miał towarzysza, a to dobrze. Niebieskie tęczówki bez zażenowania wlepiły się w te zielone i nie pohamował odruchu zapalenia papierosa. Przecież nie musiał. Zaciągnął się mocno, mimo zakazu szpitalnego i wypuścił powoli kłębek powietrza. Otworzył okno. Na zewnątrz już było przyjemnie, więc na pewno nie zamarzną. Przesunął spojrzeniem po meblach, sprawdzając ogólne warunki i dopiero później spojrzał uważniej na Keia; fizycznie nic się nie zmienił, ale w spojrzeniu odszukał kogoś innego.
Poczuł się odrobinę... bardziej samotny. Od razu się skrzywił. Myślał, że już tego wszystkiego się wyzbył, a tutaj proszę, jaka niemiła niespodzianka. Zaciągnął się jeszcze raz mocno i tlącego się papierosa ułożył na jakimś malutkim, tanim stoliczku. Pokonał odległość dzielącą jego i blondyna, przysiadając się na skraju łóżka. Machinalnie poprawił swój płaszcz, i bynajmniej nie był to odruch nerwowy. Przesunął spojrzeniem po widocznych skrawkach ciała Keia i poczuł uderzenie mocnego, intensywnego pożądania, przyprawiającego go niemal o gorączkę. Cholera, tak go pragnął! A dotknąć, póki co, nie mógł.
- Kei... Gdzie się podział twój Bóg? Bo ja wiem, gdzie go na pewno nie było – zdecydował się w końcu odezwać, niewątpliwie nawiązując do chrześcijaństwa. Jego rodzina była wierząca, więc dlaczego młody Marshall miałby nie być? Poza tym, Kei-dzieciak nie wiedział (jeszcze) o ego swojego partnera, ale niewątpliwie nie krył się ze swoją postawą, zdradzającą, że mężczyzna w czerni był pewny siebie i konkretny. Ten, pachnący szlugami, whiskey i tymi swoimi drogimi perfumami z piżmem, wyciągnął dłoń w kierunku blondyna, z twarzą zupełnie bez wyrazu. Jakby nic nie ruszało go to, że przedstawia się swojemu facetowi drugi raz.
- Vincent Christopher Star, twój ex. - Nie owijał w bawełnę. - Myślę, że twoi rodzice już o mnie wspomnieli, więc taki obcy dla ciebie nie jestem – wykrzywił usta w krzywym uśmieszku.
Nawet paznokcie miał idealnie obcięte, pomalowane na czarno.
Co za pedał!
Oblizał – zdawało się Gwieździe – suche usta i puścił, trzymaną minimalnie za długo, dłoń.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Sala nr 1   Pią Maj 16, 2014 11:47 pm

Mieliście kiedyś wrażenie, że całe wasze dotychczasowe życie przestało mieć sens? Że jest ono pasmem klęsk i nieszczęść i już nigdy nie podniesiecie się po ostatnim upadku? I, gdy już gorzej być nie mogło, wasze życie zawisło na włosku?
Pewnie nie. I tak byście tego nie pamiętali.
Jednak właśnie to przytrafiło się niejakiemu Keithowi Marshall. Pewnego dnia nagle się obudził, czując straszny ból głowy i nogi. Usiadł, otworzył oczy i rozejrzał po pomieszczeniu. Nie miał pojęcia, gdzie jest. Siedzieli przy nim ludzie, ludzie których znał, ale którzy wyglądali inaczej, niż ich zapamiętał. Coś mówili, jeden przez drugiego, ale on ich nie słyszał. Szumiało mu w głowie i ten hałas strasznie przeszkadzał. Krzyknął cicho, zakrywając uszy dłońmi, kręcąc głową gwałtownie. Nagle zaczęło mu wszystko wirować przed oczami. Upadł z powrotem na poduszkę i zagłębił się w niespokojnym śnie. Gdy znowu się obudził, wszystko wyglądało podobnie. Czuł jedynie słodkie rozleniwienie, a ludzie tym razem nic nie mówili. Kobieta bardzo podobna do jego matki płakała. Mężczyzna, który przypominał jego ojca, po prostu głaskał ją po ramieniu. Keith nic z tego nie rozumiał. Rozejrzał się wolno po pomieszczeniu i dostrzegł kroplówkę. Kazało to przypuszczać, że był w szpitalu. Jednak, co właściwie w nim robił? Co się stało?
Na początku nie otrzymał odpowiedzi. Lekarz wypytywał go o różne szczegóły z przeszłości. Powiedział, że był jakiś wypadek, ale chłopak go nie pamiętał. Myśli i wspomnienia cały czas wirowały mu w głowie, nie mogąc się uporządkować w kolejności chronologicznej. Nie był pewien, co właściwie się zdarzyło, a co tylko mu przyśniło. Pierwsza rzecz, która mu nie pasowała, okazała znajdować się pod bandażem – miał blond włosy. Ostatnio, jak pamiętał, były one śliwkowo fioletowe.
Seria badań i rozmów z rodzicami w końcu przyniosła efekt. Odkryli, co mu jest. Miał amnezję. Nie pamiętał czterech lat swojego życia. Świadomość była straszna. Rodzice obiecali, że się nim zajmą i pomogą. Bracia, jak to bracia, niewiele mówili. Keith jednak od razu wyczuł, że coś jest nie tak. Widział po ich spojrzeniach, że nie do końca zgadzali się z wypowiedziami ojca. Blondyn przez pewien czas nie miał możliwości odkryć, o co tak naprawdę chodziło. Pogratulował Jeanowi narzeczonego, oraz czytał książki z Collage'u. Do niczego więcej go nie dopuszczono, z obawy, że nie poradzi sobie z szokiem. W pewnym sensie, te obawy były słuszne. Gdy pewnego dnia został sam na sam z najstarszym bratem, dowiedział się, że miał partnera. Mężczyznę. Nie potrafił pojąć, jak on, osoba tak bardzo heteroseksualna, mogła posunąć się do tak obrzydliwego czynu. Nie pamiętał tego człowieka i wolał go nie widzieć. Usłyszał absolutne minimum na jego temat i obiecał sobie, że przy pierwszej okazji zapomni o nim w ramionach jakiejś kobiety. Był już pełnoletni, mógł sobie w końcu na to pozwolić!
Los jednak chciał inaczej. Może, gdyby nie bracia, nigdy by do tego nie doszło. Wróciłby do Francji i żył w słodkiej nieświadomości. A może i tak by sobie przypomniał. Tak czy inaczej, na progu jego drzwi pewnego dnia pojawił się tajemniczy brunet. Keith nie podejrzewał, że ktoś, ktokolwiek, wpuści nieznaną mu osobę ze świata zewnętrznego. Przecież nie był gotowy na spotkanie z rzeczywistością. Jednak skoro tak się stało, musiał zareagować. Poprawił się na łóżku, przesuwając nogę w stabilizatorze na wygodniejszą pozycję. Odłożył książkę na bok i powiódł spojrzeniem za chłopakiem. Nie wiedział, czego właściwie oczekiwać. Nie odezwał się, bo przybyły człowiek miał w sobie coś niepokojącego. Młody Marshall nie potrafił ocenić, w czym dokładnie tkwił problem, jednak coś powstrzymywało go od otwarcia ust w proteście, gdy gość otworzył okno, a potem, gdy usiadł przy nim.
- Nie wierzę w Boga - odparł z niesamowitą prostotą i buntem w oczach blondyn. Natychmiast, bez chwili wahania. Jeśli wcześniej miał jakąkolwiek umiejętność skłamania brunetowi... W tym momencie bez wątpienia ona już nie istniała. Wraz z amnezją stał się całkiem szczerym człowiekiem.
Widząc wyciągniętą dłoń, po chwili namysłu wysunął swoją i uścisnął ją. Wpatrywał się uważnie w tego mężczyznę, który z bliska zdawał się starszy, niż z daleka. Nie wiedzieć czemu, obojętność w oczach nieznajomego powodowała ból gdzieś w okolicach serca. Keith nie rozumiał jej przyczyny, a przynajmniej nie na początku. Gdy usłyszał imię, od razu je skojarzył. Vincent. Jego chłopak.
- Muszę wyprowadzić cię z błędu. Nie słyszałem o tobie wiele i bynajmniej nie z ust rodziców. - Pokręcił lekko głową, puszczając w końcu jego dłoń. Sam również, kompletnie nieświadomie, przedłużył ten kontakt między nimi. Uniósł się bardziej, a potem odgarnął włosy z twarzy, ukazując szramę przebiegającą po jego czole. Nie była to jedyna zmiana – nosił również beżowe okulary, a włosy miał z jednej strony krótsze. Zapewne z tej, po której odniósł obrażenia. No i nie dało się nie wspomnieć o nodze. Nosiła ślady po bardzo nieprzyjemnych chwilach.
Keithowi jednak nie chodziło o ukazanie swojego wyglądu. Nie, on chciał lepiej zlustrować wzrokiem bruneta. Odszukać, co też podobało się temu „dawnemu” jemu w tym człowieku. Początkowo nie widział niczego. Ot, taki wychudzony, zabiedzony emo-szkielet. Dopiero te puste oczy go przyciągnęły. Przez głowę dziewiętnastolatka przeszło pytanie, jak też ten człowiek wyglądałby w okularach. Na pewno bardzo seksownie.
Mężczyzna i „seksownie”? Nie, niemożliwe. Po prostu... Wyglądał jak gej. Emo, ale jednak gej. Zielonooki nie wiedział, w czym tkwił jego urok, ale gdy opuścił z zagubieniem spojrzenie, od razu przed jego oczami ponownie pojawiła się ta twarz. A skoro tak... Wolał widzieć ją na żywo. Wlepił wzrok z powrotem w Vincenta.
- Przykro mi, ale cię nie pamiętam - powiedział, dość sucho, jak na niego. Nie był to ten ton urażonego księcia. Nie, to był ton obojętnego, obcego człowieka, którym Vincent nigdy go nie poznał.
- Jeśli chcesz się wycofać, masz jeszcze okazję. Nic nie powiedziałeś, a ja nic nie wiem - rzucił, wpatrując się w byłego kochanka nad wyraz chłodnym wzrokiem. Nie chodziło tu wcale o nie sympatię. On się bał. Bał się nieznanego i zderzenia z przeszłością, na którą nikt go nie przygotował. Bracia nie mówili wiele o Vincencie, po pierwsze dlatego, że sam Keith sobie nie życzył, a po drugie dlatego, że niewiele wiedzieli. Wyrazy uwielbienia, absolutnej miłości, albo załamania, niewiele mogły im powiedzieć na temat ich prawdziwej relacji. Panicz Star miał w tym momencie niesamowitą możliwość wmówienia blondynowi każdej głupoty, jaką tylko ślina by mu przyniosła na język. Mogłoby to jednak przynieść odwrotny skutek w oczach quasi homofobicznego dzieciaka w ciele dziewiętnastolatka.
Po chwili naprawdę długiej ciszy, nastolatek zdobył się na pytanie. Proste, krótkie i treściwe, a jednak pełne niedowierzania. Pasujące mimo wszystko do tej „książęcej” wersji Keia.
- Czy ja ciebie dawniej kochałem?
Powrót do góry Go down
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Sala nr 1   Sob Maj 17, 2014 8:18 am

Uniósł brewkę, słysząc tą – jakże niewierzącą – wypowiedź. Aż wlepił uważniejsze spojrzenie w jego oczy, a, wierzcie mi proszę, Vincent z taką samą łatwością świdrował co rozbierał wzrokiem, szukając namiastek kłamstewka. No, bo jak to tak? Jednak n i c nie zauważył, a Kei nigdy nie był specjalnie dobry w kłamaniu.
- W takim razie, możesz pełnoprawnie wierzyć we mnie – mruknął w końcu, posyłając mu ten znany, gwiazdorski uśmieszek, który zwalał z nóg jego fanów. Tym bardziej gejów.
Brewka pozostała nieznacznie uniesiona, bowiem nastąpiła kolejna niewiara boska – że co? Jak to o nim nie wspomnieli? Czyżby tatuś chciał nieuprzejmie wymazać tego seksownego jak cholera mężczyznę z ich życia? Jakby Bożyszcze miało na to pozwolić, dobre sobie. Paradoksalnie, uniósł kącik ust w ledwie widocznym uśmiechu, jednak nijak to wszystko skomentował. Stary Kei wiedziałby, co to wszystko oznaczało - „Jeszcze, kurwa, zobaczycie (tutaj wstawiamy diabelski uśmieszek)”. Młody Marshall definitywnie chciał się go pozbyć, albo chociaż zniechęcić do przebywania z nim w jednym pomieszczeniu; Vincent w odpowiedzi wyciągnął się i sięgnął po papierosa, zaciągając się mocno. Definitywnie się rozgościł w tym, bardzo niskiej klasy, pomieszczeniu. Ten ton sprawił, że sam przez chwilę czuł wysoki dyskomfort, będąc gdzieś na granicy zwyzywania kochanka, a przytuleniem, żeby sobie przypomniał, że czemu nic nie pamięta, jak w ogóle śmiał zapomnieć!  
- Nie sądzę, abym przełożył wywiad tylko po to, by moje skromne odwiedziny twojej przeuroczej osoby trwały minutę, a potem wyjść. Jakiś nieuprzejmy, gdzie się podział książę, który był uprzejmy dla setki księżniczek z kutasem? - prychnął pod koniec, zaszczycając kochanka swoim słynnym monologiem, będący pierwszą warstwą linii obronnej. Patrzcie, nadal nie potrafił tego przetrawić!
Przyłożył ponownie papierosa do ust, ponownie zaciągając się mocno, perfidnie trując jak najbardziej swoje płuca, żeby na sam koniec wypuścić dym w postaci krążków. Miał wrażenie, że po raz pierwszy od dłuższego czasu nie skończy się na połowie papieroska. Cholera.
- Tak mówiłeś. Wyznawałeś mi miłość jakieś siedem razy dziennie. - Ujął to jak najbardziej dyplomatycznie. No proszę, do samego końca nie wierzył w jego uczucie. - I nie bądź taki zniesmaczony.  Dużo razem się pieprzyliśmy i powiem więcej – przybliżył swoją głowę niebezpiecznie blisko twarzy Keia. Już, już jakby chciał złączyć ich usta w pocałunku, ten mógł poczuć ciepły oddech na swoich wargach... Ale to się nie stało. Vincent skręcił nieznacznie głowę, szepcąc mu w ucho.
- … było ci kurewsko dobrze. – I odsunął się, tak po prostu, podchodząc do okna, coby popiołem nie zabrudzić pomieszczenia.
Nie miał zamiaru mu kłamać – przecież chciał, żeby temu pamięć wróciła, a był pewien, że ten byłby wysoce zły i zniesmaczony, gdyby stwierdził, że śmiał wykorzystać jego drobną niedyspozycję i wcisnął kity. Szczerość w tej sytuacji była korzystna i była dużym plusem.
Usiadł na parapecie, wyglądając za okno. On z apartamentu miał zdecydowanie lepszy widok, ale czego mógł oczekiwać po szpitalu? Fakt, że jego facet tutaj gnił, napawał go wysokim zniesmaczeniem. Nawet (na chwilę) stracił ochotę na uwodzenie, pragnąc jak najszybciej poprawić warunki wegetacji Keia.
- Nie ma tutaj jakichś lepszych pokoi? I jak jedzenie? Jak chcesz, mogę od czasu do czasu przynieść ci coś bardziej... zjadliwego – skrzywił się lekko – Ja byłem w szpitalu jakieś siedem razy, w czterech różnych. I z każdego zwiałem po dwóch dniach, kiedy tylko udało mi się wstać – prychnął rozbawiony, starając się prowadzić rozmowę jakby nigdy nic. Samo pomieszczenie zdawało się być umeblowane w tak oszczędny sposób, że Vincent czuł się najdroższą rzeczą w tym szpitalu. Pewnie nawet perfumy miał droższe, niżeli całe umeblowanie tutaj. Ugh!
- Kiedy możesz wyjść... gdzieś? Pytam się ciebie, a nie lekarzy – zapytał w końcu, kończąc CALUTKIEGO papieroska i wyrzucił go przez okno. Mlasnął językiem o podniebienie. Nie miałby nic przeciwko whiskey.
Westchnął ciężko i wrócił do Keia, ponownie przysiadając się na skraju łóżka. Nawet schylił się i powąchał pościel, sprawdzając jej świeżość. Przewrócił oczami na swoje zachowanie. Jedyną osobą, którą przejmował się do tego stopnia była siostra, a najwidoczniej od zawsze był w tym też blondyn.
Przygryzł wargę, patrząc na niego. Usadowił się na nim okrakiem, ale tak, żeby nigdzie go nader nie naruszyć. Przybliżył się do niego na czworaka, a atmosfera wokół mimowolnie zdawała się gęstnieć, sprawiając, że Vincentowi nieznacznie przyspieszył oddech. Przyłożył własne czoło do jego, przez chwilę nie robiąc nic, oprócz zwykłego patrzenia (taksowania wzrokiem).  Panicz Star bywał bardzo kapryśny, a teraz zdecydował się na drobny... atak. Jedną rękę oparł na wolnym skrawku łóżka, ale blisko ciała blondyna, a drugą położył na jego karku. Utkwił spojrzeniem w jego ustach, własne machinalnie oblizując, a potem powrócił do tych zielonych oczu. Zmrużył własne i szturchnął jego nos swoim. Zawiercił się lekko, jeszcze prowadząc walkę między sumieniem (pedofilia, zagubiony kochanek), a własnymi pragnieniami (potężne pożądanie... uczucia?), jednak wynik był od samego początku wiadomy – walka była jedynie formalnością.
Zetknął swoje wargi z keithowymi, owijając jego szyję własnymi rękoma. W pewnym momencie przymknął zupełnie powieki. Tęsknił. Tęsknił jak cholera i nie mógł sobie nawet zaprzeczyć.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Sala nr 1   Sob Maj 17, 2014 11:11 pm

Bóg dla Keitha był tylko jeden. I on go nie pamiętał, wobec czego nie miał i w kogo wierzyć. Chociaż uśmieszki bruneta potrafiły nieźle zirytować, wprost go nie zamierzał wyprosić za drzwi. W końcu, jednak był to jego facet. Ciekawość cały czas walczyła z obrzydzeniem. Coś musiał w nim widzieć, pytaniem było tylko, co? Same oczy nie mogły wystarczyć.
- Wywiad? - Podchwycił pytająco. - Jesteś dziennikarzem? - Przekrzywił głowę, dla podkreślenia swoich słów. Na oko Vincent nie wyglądał jak osoba po studiach. Przypominał raczej zabiedzonego nastolatka, który spędzał większość swojego czasu na ćpaniu i szlajaniu się po imprezach. Kompletnie nie był w guście Keia... Jeśli można mówić o jakichkolwiek preferencjach u osoby całkowicie heteroseksualnej.
...Księżniczek? Z...?
- O czym ty mówisz? - Zmarszczył brwi, już wcale się nie krępując ze zdezorientowaniem. O co w ogóle chodziło temu facetowi? Zachowywał się jak jakiś nienormalny kompletnie. Keith był spokojny, opanowany, w miarę uprzejmy... A jednak kolejne słowa go ubodły. Do tego stopnia, że zareagował tak, jak tamten, znany Starowi, partner.
- Jeśli tylko „mówiłem”, to nie wiem, co tu robisz. Możesz wyjść. I nie mam obowiązku bycia dla ciebie miłym, ponieważ jestem tutaj prawie od miesiąca, a ty nagle się pojawiasz i oczekujesz... Sam nie wiem czego. - Prychnął pod nosem i pokręcił lekko głową. Kompletnie nie rozumiał zachowania bruneta. Skrzywił się, słysząc jego, jakże uprzejme, zapewnienia odnośnie ich wspólnych „razów”. Pieprzył się z facetem. Jeśli ten mówił prawdę, bliżej im było do królików, niż normalnej relacji męsko-męskiej. Kumplowskiej, znaczy się. Chłopak z amnezja nie ucieszył się z tego powodu. Wręcz przeciwnie, czuł całkiem spory niesmak. Ten jego stary Keith był podejrzaną osobą. Świadomość, że uprawiał on seks, czyniła Keitha niepewnym. Może na coś chorował? Który z nich był tym „dominującym”? Czy ktoś go widział w tym wcieleniu?
- Nie jest tu tak źle. - Wzruszył lekko ramionami, czując jak znowu miesza mu się w głowie. Nie był pewien, jak powinien interpretować zachowania Vincenta. Gdy już nastawiał się, że ma do czynienia z konkretnym rodzajem człowieka, ten diametralnie zmieniał obycie i trzeba było go ponownie interpretować. Od przybycia przybrał już kilka różnych masek. Kei nie lubił fałszywych ludzi. Tacy łatwiej ranili, nawet nie będąc tego świadomi. A on miał przeczucie, że jego facet nad większością swoich zachowań panuje i jest bardzo dobrze świadom, do czego one prowadzą. Nie była to wbrew pozorom przyjemna myśl.
Mimo wszystko dał się jednak zaskoczyć. Pokiwał lekko głową na propozycję posiłków. Lubił gotować, a prawdę mówiąc, większość kuchni szpitalnej opierała się chyba tylko na podstawowych, śmieciowych i łatwych do ugotowania potrawach, które jako tako żywiły, ale dla podniebienia nie były najlepsze.
- Przestań palić - powiedział nagle, niesamowicie twardym głosem. Zmarszczył brwi, już mniej więcej wiedząc, czego spodziewać się po kochanku. Dlatego tym bardziej nie zamierzał tolerować jego zachowania. Wręcz przeciwnie, ono też go irytowało. Przyszedł sobie taki fajny, pełen wewnętrznej zajebistości i palił w, cholera jasna, szpitalu. Bezczelna menda.
Tak, niejaki Keith Evan Marshall śmiał rozkazywać Vincentowi Christopherowi Star. Dokładnie tak. Świat stanął na głowie, w końcu ten młody, piętnastoletni człowiek był znacznie bardziej upierdliwą, irytującą i nieszanującą autorytetów bestią. Uniósł podbródek wysoko, patrząc dumnie na bruneta.
- Mogę wyjść, kiedy będę chciał. Ale nie zamierzam, bo stabilizator znacznie utrudnia chodzenie - odparł równie nieustępliwym głosem. Oczywiście nie była to do końca prawda. Raczej marzenia Kajtka. Gdyby wyszedł na własne życzenie, musiałby zmierzyć się z rzeczywistością, której nie pamiętał i światem, który go przerażał.
Wcześniej zamierzał wrócić do Francji, a nagle wszystko się pokomplikowało. Potrzebował opieki i był tego świadom. W jego domu mogli go pilnować rodzice i bracia. A w Londynie kto?
- Gdybym wyszedł, musiałbyś się mną zająć - wyrzucił z siebie nagle, ciężko powiedzieć, czy chcąc zniechęcić do tego pomysłu Vincenta, czy po prostu go uświadamiając. Tak czy inaczej był szczery zarówno ze sobą, jak i z partnerem. Przygryzł niepewnie wargę, spoglądając na niego spod rzęs. W tym momencie przypominał trochę bruneta, tylko w tej niewinnej wersji. Słodko zakłopotany, przystojny i kuszący nastolatek o ciele wysportowanego mężczyzny. Tylko w spojrzeniu dało się dostrzec, że nie jest tak dojrzały, jak wskazywałoby na to wszystko inne.
Drgnął nerwowo, widząc zmianę pozycji partnera. Cofnął się odruchowo, wbijając plecami w oparcie łóżka i patrząc coraz bardziej rozszerzającymi się źrenicami na Vincenta. Bał się nawet zamrugać, mając przeczucie, że taka chwila nierozwagi zostałaby natychmiast wykorzystana. Nie śmiał się ruszyć, nie śmiał bardziej odsunąć, czy, jeszcze gorzej, odepchnąć go od siebie. Po prostu patrzył, wstrzymując oddech w piersiach. Mimo wszystko czuł mieszankę typową dla młodego Stara. Czuł alkohol, papierosy, perfumy, oraz coś jeszcze, co razem tworzyło zapach godny... Boga seksu. Nie dało się tego inaczej zinterpretować i Keith nie walczył z tą myślą. Za bardzo był skupiony na odczuwaniu bliskości wszystkimi zmysłami. Westchnął, czując trącenie nosem i dotyk na karku, a potem mrugnął. Właśnie w tym momencie wargi kochanka spotkały się z jego ustami. Te uchyliły się natychmiast, a serce zabiło mocniej. Okularnik nie pamiętał, ale ciało wiedziało i dążyło do tego. Zareagowało od razu na utęsknioną bliskość. Gdy blondyn ją poczuł, miał wrażenie, jakby coś go mocno ścisnęło od środka, niemalże wyduszając spod zamkniętych powiek łzy.
Niemal. Powstrzymał je w ostatniej chwili, za to odwzajemnił pocałunek. Nieporadnie, bez tych dawnych, książęcych umiejętności, za to z ujmującą prostotą. Zareagował na przyjemność, bez ukrywania, bez obaw, że to uczyni go słabym. Gdy oderwali się od siebie, oddychał płytko, krótkimi haustami nabierając powietrza do płuc i świszcząc. Uniósł dłoń i poprawił oprawki okularów, których szkła lekko się zaparowały. Przetarł je rękawem, zdejmując na chwilę, a potem również wysuszył wilgotne oczy. Był kompletnie rozbity i dało się to z łatwością dostrzec w jego zachowaniu, zdezorientowanym spojrzeniu i lekko trzęsących się dłoniach. Nie rozumiał, a w jego wnętrzu walczyły dwie skrajne strony: homofobiczna i vincentoholiczna. Właściwie żadna nie miała szansy wygrać.
- Nie... - Zaczął zachrypniętym głosem brunet, a potem urwał i zawiesił głos. Nie wiedział, co właściwie mógłby dodać. Co powiedzieć? Nawet nie wiedział, co miał na myśli. Nic nie wiedział.
Założył okulary i opuścił głowę, wbijając wzrok w swoje dłonie. Blond kłaki opadły mu na twarz, częściowo ją zakrywając przed resztą świata. Był wręcz... Przestraszony.
Powrót do góry Go down
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Sala nr 1   Nie Maj 18, 2014 9:28 am

- Dziennikarzem? - uniósł brewkę zdumiony - Wyglądam ci na takiego sępa? To oni latają za mną.
Najwidoczniej nadal nie pozbył się irytującego nawyku nie-mówienia wprost, wciąż robiąc biednemu człowiekowi mętlik w głowie. Czuł delikatny uraz do Kei'a, więc nie zamierzał ułatwiać mu ponowne poznanie jego osoby... albo którejś z jego masek. Nie wytłumaczył również, o co mu chodzi. Wyraził się jasno i konkretnie, nie ukrywając, że był po prostu zazdrosny o te wszystkie księżniczki. Wiedział, jaki ten był od początku, więc powinien to zaakceptować, a tego nie zrobił – dlatego właśnie nie zamierzał drążyć tematu.
Skrzywił się lekko na jego słowa. Sam nie wiedział, co tutaj w ogóle robił. Był pewien, że ten już przeleciał kilka osób, a świadomość ta sprawiała, że jego żołądek jakby brutalnie ściskano, a przez plecy przechodził mu dreszcz obrzydzenia. Nawet teraz się wzdrygnął. Tak, pod tym względem był niesamowitym hipokrytą i prawdopodobnie po takim zdarzeniu miałby trudności – jeśli w ogóle – z przebaczeniem.
- Nie wiem, czemu się wściekasz. Nawet mnie nie pamiętasz – mruknął w końcu, powracając na ziemię.
Urażony i zniesmaczony własną paranoją, zignorował zupełnie rozkaz Keitha, dokańczając palenie w swoim tempie. Wykazywał się wysoką ignorancją. Tym bardziej, że był to czternastoletni bachor, a nie jego chłopak, który gdzieś tam śpi w jego ciele.
Kiwnął głową na stwierdzenie, że nie zamierza nigdzie wychodzić. Nie chciał naciskać, blondyn sam wybrał. Jednak już po chwili ten udowodnił, że nie jest zbyt zdecydowany, na co również w milczeniu kiwnął głową. Niekiedy bywał bierny, w końcu nawet władcę dopada zmęczenie siedząc na tronie! Mimo to, cały czas obserwował młodego Marshalla, chcąc wychwycić wszystkie szczególiki, które prędzej czy później mu się przydadzą. W tej chwili, mimo ogólnego zniesmaczenia, dostrzegał i doceniał wdzięki swojego partnera, mimo że pewnie ten zachowywał się w ten sposób nieświadomie. W tej chwili, ciągnęło go głównie do tego ciała. Był też świadom jakichkolwiek granic, których jego Kei w życiu nie przebolałby, więc i to zgrabnie omijał. Mimo to, i tak nie powstrzymał się od całusa, ubarwiony tęsknotą, pożądaniem i dziwną czułością – nie oparł się również pokusie pogłębienia go, jak tylko dostał pozwolenie. Wsunął język między jego wargi, całując go tak, jak dawniej – dopieszczając każdy zakamarek jego ust, ssąc, podgryzając i zaczepiając język, splatając go lekko z własnym. Nie był odrzucony tym, że narząd smaku Keithowy nie był już tak sprawny jak kiedyś. Oderwał się dopiero wtedy, kiedy ten tracił zdolność oddechu. Wciąż był blisko niego.
- Nie? - mruknął cicho i złapał go za spodnie na udzie, ciągnąc w dół, tak, żeby ten znalazł się plecami na materacu. Oczywiście, łatwiej byłoby mu złapać go za tyłek, ale przecież ten tego nie lubił...
Jednym ruchem ściągnął mu te okulary, dając je ostrożnie na ziemię i ponownie zetknął ich wargi w pocałunku. Tym razem przywarł do niego mocniej. Ciałem naparł na to keithowe, a językiem ponownie wkradł się pomiędzy jego wargi. Długie włosy łaskotały przy każdym ruchu. Dłonią nieśpiesznie gładził udo, aż w końcu chwycił je mocniej, nieznacznie odsuwając w bok. Z cichym pomrukiem naparł swoim kroczem na jego, kończąc pocałunek krótkim podgryzieniem i pociągnięciem dolnej wargi. Zsunął się nieznacznie w dół, przy tym ocierając się o niego jednoznacznie i podgryzł mocno, odrobinę boleśnie szyjkę, tworząc dużą malinkę. Tak, na pamiątkę i po złości w kierunku ojca. Swoje dzieło zakończył leniwym, długim pociągnięciem języka w miejscu oznaczenia i wrażliwym punkciku. Działania miały jeszcze jeden cel – perfidnie udowadniał, że zna jego ciało, więc MUSIELI być bardzo blisko, przynajmniej fizycznie. Nie pohamował zrobienia jeszcze jednego śladu – tym razem na obojczyku, z pomrukiem ssąc wystającą kość.
I na tym zakończył się niespodziewany atak, gdyż zaraz po prostu znieruchomiał, bynajmniej nie wstając. Wsunął twarz w zagłębie szyi. Ręce ułożył po bokach ciała blondyna, już go nie macając. Przymknął ponownie oczy, a rzęsy mimowolnie połaskotały szyjkę kochanka.
- Jestem zmęczony.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Sala nr 1   Pon Maj 26, 2014 10:38 pm

Vincent z każdą chwilą był coraz bardziej irytujący. Keith, chociaż go nie pamiętał, był pewien, że to uczucie nie raz i nie dwa wypełniało jego ciało. Głębokie, szczere zniechęcenie do rozmowy i kontaktu z tym chłopakiem. Wpatrywał się w niego, słuchając wypływających słów i coraz mniej rozumiejąc. Nawet zamierzał mu to wytknąć, ostatecznie jednak zdecydował się zamilknąć. Co mógł właściwie innego zrobić? Brunet i tak nie wyglądał, jakby chciał jakoś się w jakiś sposób ustosunkować do sytuacji. Traktował Marshalla jak gówniarza i chociaż w pewnym sensie miał rację, chłopak i tak źle się z tym czuł.
Dopiero przytknięcie warg do jego osoby go uspokoiło. Spowodowało, że zakotłowały się w nim inne uczucia, ale paradoksalnie poczuł się pewniej. On wprawdzie nie miał pojęcia o bliskości ze Starem, ale jego ciało miało inne zdanie w tej kwestii. Obejmował go, odwzajemniając każdy pocałunek i mrucząc namiętnie, wpuszczając w siebie kochanka. Nie przypuszczał, że wymiana śliny z kimś, kto notabene był mężczyzną, mogłaby dać mu tyle przyjemności. A przynajmniej ta jego „nowa” wersja. Zamknął oczy, oddychając płytko, a potem z zaskoczeniem spojrzał na swojego eks, zjeżdżając w dół.
- C... Co jest...? - Wydusił z siebie niepewnie, mrugając intensywnie powiekami. Lekkie przerażenie wzrosło na sile, gdy został pozbawiony okularów. Przełknął z trudem ślinę, a potem uchylił wargi, czując napieranie na nie. Był lekko zaskoczony faktem, że z jednej strony bał się dominacji bruneta, ale z drugiej nie potrafił mu nie ulegać. Jego ciało odpowiadało, chociaż umysł nie wyrażał zgody. Czuł się rozdarty od środka i cały entuzjazm kochanka go dezorientował. Pieszczoty były przyjemne, wyduszały z jego warg jęki, a ciało wprawiały w delikatne drżenie. Ale cały czas czuł, że coś jest nie tak. Świadomość walczyła z podświadomością.
Zastękał gwałtownie, wyginając się, gdy poczuł język partnera na swojej szyi. Przygryzł wargę, napinając się całym ciałem. Zaraz owinął kochanka nogą w pasie i docisnął do siebie, odwzajemniając otarcia kroczem. Wsunął dłonie w jego włosy, domagając się jeszcze większej uwagi i bliskości. Moment uświadomienia sobie, że Vincent NAPRAWDĘ zna jego ciało był uspokajający. Rozluźnił się i pozwolił kochankowi na więcej... A on w tym momencie zrezygnował.
Blondyn zmarszczył brwi, czując kładącego się na jego piersi kochanka. Przez chwilę tkwił nieruchomo, z trudem przełykając ślinę i zastanawiając się, czemu chłopak tak zareagował. Dopiero, gdy usłyszał jego słowa, trochę się rozluźnił i przesunął dłonią po włosach partnera. Zmrużył oczy z zadowoleniem. Gdy Star tylko był obok i nie gadał, można było nawet go znieść. Poza tym, jego ciężar i bliskość, ciepłe ciało, również pozytywnie nastrajały do życia.
- To leż... - mruknął miękko, trochę jak ten „dawny” Kei.
Tkwili tak bez ruchu, z zamkniętymi oczami, w słodkiej błogości. Czas zdawał się płynąć bardzo powoli, jednak w rzeczywistości pędził na złamanie karku. Nie spostrzegli nawet momentu, w którym rodzice Keitha wrócili z posiłku, wraz z jego rodzeństwem. Musieli za to zwrócić uwagę na niezadowolone chrząknięcie Marshalla seniora, który spoglądał wrogo to na jednego, to na drugiego. Na pewno pojawienie się panicza Star pokrzyżowało jego szyki w zrobieniu z najmłodszego syna normalnego hetero-mężczyzny.
- Witam, panie Star. Widzę, że jednak przypomniał sobie pan o Keithu - powiedział bardzo oficjalnie, unosząc dumnie podbródek. - Trochę to panu zajęło. Zaczęliśmy tracić nadzieję. - Niesmak w jego głosie był ciężki do niedostrzeżenia. David i Jean wywrócili jednocześnie oczami, można było podejrzewać, że Kei zrobił to samo. Rodzinne reakcje na głupotę ojca były ciężkie do przeoczenia.
Blondyn delikatnie zsunął na bok swojego kochanka i usiadł.
- Tato, póki nie przyszedłeś, było całkiem miło - oznajmił bezpardonowo.
Tak, stanowczo „nowy” Kei nie szanował nikogo i nie uważał, by ktokolwiek mógł mieć nad nim jakąkolwiek przewagę, również w postaci większej mądrości życiowej. Problem polegał na tym, że skoro nie uznawał autorytetu rodziców, również i kochanek mógł się śmiało czuć zagrożony. Minął okres ważności grzecznego, miłego i uprzejmego Kajtka. Na jego miejsce przyszedł zbuntowany nastolatek.
Kondolencje dla panicza Star.
Właściwie dalszego rozwoju sytuacji opisywać nie trzeba było. Między najmłodszym, a najstarszym z rodu Marshall kłótnia najpierw przybrała formę niemej walki na spojrzenia, następnie krótkie próby uzyskania utraconego autorytetu, by w końcu przejść w bezczelne, wzajemne zarzucanie się wyzwiskami. Ku uciesze Davida, zaś niesmakowi pani M i najstarszego z rodzeństwa.
Gołym okiem było widać, że dla Keia pojęcie „szacunek” zaistniało dopiero po piętnastym roku życia.
Powrót do góry Go down
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Sala nr 1   Wto Maj 27, 2014 11:07 am

Zasypiał. Naprawdę, niewiele czasu trzeba mu było, nawet nie miękkiego łóżka „małżeńskiego”. Tylko ciała Keia, jego zapachu – jego obecności. Nie mógł uwierzyć w to, że właśnie przez tego osobnika nie miał przespanych nocy. Nie, właściwie, to tutaj chodziło o kogokolwiek, kto był w stanie doprowadzić tego (większego bądź mniejszego) skurwiela do takiego stanu. Dopiero teraz, gdy czysto praktycznie go stracił, docenił i już nie chciał go wypuścić. Ale to już nie jest ta osoba, którą pokochał – wiedział to i czuł. Ale kto powiedział, że chociaż trochę nie polubi i tej wersji?
Jego oddech stał się wyrównany, ciało zupełnie bezwładne, zupełnie bierne do świata zewnętrznego i nawet wewnętrznego, nareszcie wpadł w ramiona Morfeusza, który zabrał go do vincentowego raju, najpewniej do gejowskiego klubu, ewentualnie luksusowego burdelu. Poruszył się niespokojnie przez sen, mrucząc nieświadom do ucha Keia. Upragniony sen okazał się być jedynie krótką drzemką, bo usłyszał drażniące, nieprzyjemne dla muzycznego ucha chrząknięcie, co zmusiło go do ponownego obcowania z Rzeczywistością – ta złośliwie zaczęła się uśmiechać. Uchylił jedną powiekę; spojrzenie granatowych tęczówek bezceremonialnie wbiło się wręcz w te zielone – starego Marshalla, który mógł przynajmniej czuć się onieśmielony i niepewny pod jego siłą. Wszystko to działo się krótko, bowiem Vincent z cichym jękiem zmusił się do zawiśnięcia nad Kajtkiem i przeczesał włosy jedną dłonią. Panicz Star wydawał się być niezdolny do dalszej egzystencji. Jak przystało na dżentelmena najwyżej klasy, mimo drobnego zawrotu w głowie, wstał i podszedł wpierw do przedstawicielki płci pięknej; ujął jej dłoń w swoją i jednym, płynnym ruchem pochylił się minimalnie, całując jej wierzch. Nie było to lizustwo – w ich domu, Pani Marshall dobrocią sprawiła, że przez chwilę czuł się jak dziesięcioletnie dziecko w objęciach swojej matki, należał się jej duży szacunek. Świadomie sprawił, że starszy pan Marshall mógł poczuć się, jak jego stanowisko zajmuje... kobieta.
Keith zaczął kłócić się z ojcem, co potęgowało (bez)senną migrenę panicza Stara, czym ten starał się nie przejmować... przez chwilę. Po skomplementowaniu stroju kobiety, puszczeniu oczko Davidowi, odwrócił się zgrabnie w kierunku samców alfa.
- Możecie się uciszyć? Ściany są tutaj cienkie, a pacjenci chcą spokoju. Ja też, mam migrenę. – Stonowany ton głosu Stara bez większego problemu przebił się przez te uniesione. Umiejętność prawdziwego władcy!
Oblizał krótko usta, czekając na jakąkolwiek reakcję, a potem powrócił do kobiety. Najwidoczniej, ta była jego faworytką w tym pomieszczeniu. Ujął delikatnie ją w pasie, prowadząc kilka kroków na ubocze. Nie był to gest dwuznaczny, raczej sposób na konspirację. Jednakże, głos Vincenta nie był nader cichy. To był stary, Starowski nawyk – krótkie sygnały, że to ON teraz mówi, i nikt poza panią Marshall nie ma prawa się nawet odezwać. Zwolnił w końcu uścisk, stając naprzeciw niej.
- Mój znajomy zaproponował mi bilety do opery. Dużo biletów, za przysługę. Zechce pani ze mną pójść? Może pani zabrać ze sobą kogokolwiek pani chce – wykrzywił usta w przyjemnym, prawdziwym(!) uśmiechu. Nawet nie spojrzał na André, Keitha, czy któregokolwiek z braci – Samantha wszystkich przeskoczyła! - Sądzę, że pan Marshall również się skusi. Przyjemne powitanie mi uzmysłowiło, że bardzo za mną tęsknił. Przepraszam, że pana zmartwiłem – spojrzał krótko na niego, a kącik starowskich uniósł się nieznacznie do góry, powodując, że wyglądał on na bardziej kpiący, niżeli uprzejmy.
Niemal natychmiast powrócił spojrzeniem do przedstawicielki płci pięknej.
- Swoje niegrzeczne zachowanie u państwa w domu postaram się odpokutować na kolacji u mnie. Do kiedy zostajecie w Londynie? - zapytał jakby ogółu, chociaż i tak patrzył tylko na kobietę.
Oblizał krótko wyschnięte usta, czekając na odpowiedź i spojrzał na Keitha. Przysiadł się blisko niego, jak zwykle poprawiając niewidzialne zagięcia marynarki, strzepując równie niewidoczny kurz i założył nogę na nogę, najwidoczniej nie mając zamiaru z się stąd wynosić, jak planował zrobić to od samego początku.
- Podobno wokalistka ma nieziemski głos, i równie nadzwyczajną urodę. Orkiestra też jest niebanalna, w składzie są podobno sami najlepsi i doświadczeni – zaczął opowiadać o operze. Najwidoczniej zależało mu na tej wycieczce i chciał Samanthę i nawet starego Marshalla (i Keitha, oczywiście), niżeli któregokolwiek ze swoich rodziców, kolegów i koleżanek.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Sala nr 1   Czw Maj 29, 2014 10:42 pm

Keith nie był zadowolony z faktu, że jego pierwsze chwile z partnerem były tak krótkie. I zostały przerwane przez przybycie nieprzyjemnego seniora rodu, który ukrywał przed swoim najmłodszym synem fakt, że ten miał chłopaka. Jakby na to nie patrzeć, zachowanie rodzica nie było przepełnione dobrą wolą i nadzieją, że chłopak jakoś sobie w życiu poradzi, z bliskimi mu osobami. Nie, raczej egoistycznym przekonaniem, że może jednak uda się go zeswatać z Natashą.
Był tak pochłonięty dyskusją z tatusiem, że nie zwrócił początkowo uwagi na poczynania nieprzytomnego chłopaka. Dopiero, gdy ten wyczołgał się z łóżka, przeniósł spojrzenie na Vincenta. A potem zamilkł, gdy usłyszał jego polecenie. Jakaś cząstka „starego” Keitha w nim tkwiła i była posłuszna swojemu ukochanemu, panu i władcy.
Czego nie można było powiedzieć o oburzonym panie Marshall. O nie, ten człowiek nie mógł przejść spokojnie wobec takiego stanu rzeczy. Takiego... Takiego... Zignorowania jego osoby! Nie dość, że młodzieniaszek potraktował jego żonę niczym zacny dżentelmen, to jeszcze śmiał go uciszać! Mężczyzna aż zatrząsł się ze złości. André Marshall nie da sobą tak poniewierać! Otworzył usta, chcąc powiedzieć co nieco do słuchu temu głupiemu, wrednemu, małemu, bezczelnemu potworkowi, który planował, nie wiadomo po cholerę, zdeptać jego autorytet w oczach całej rodziny.
W tym momencie jednak wredność pana Star wkroczyła na kolejny poziom, którzy był niczym pierwszy stopień na ruchomych schodach. Brunet będzie teraz bez problemu piął się do góry, bynajmniej nie wkładając w to własnej energii. A to był tylko początek.
Matka Keitha, jak to typowa romantyczka, która przelała w najmłodszego syna maksymalną dawkę uczuciowości, natychmiast dała się omotać nastolatkowi. Tak naprawdę, wcale nie musiał się specjalnie starać. Ona, identycznie jak ten „stary” Książę kupiła słodkie słówka i gotowa była pójść w ogień za manipulującym nim człowiekiem. Szczególnie, że był tak miły, dystyngowany, traktował z należytym szacunkiem i uznaniem (czego jej mąż oduczył się tak na miesiąc po pierwszym dziecku, czyli tuż po ślubie), a także był prawdziwym znawcą kultury. Uśmiechnęła się szeroko, kładąc dłoń na ramieniu chłopaka i zachęcając go niemo do dalszych opowieści.
- Samantho... - Zaczął zignorowany mężczyzna, przełykając z trudem utratę godności.
- Cicho. Rozmawiam teraz z Vincentem - odparła niemal natychmiast kobieta, gromiąc seniora rodu i zaraz obdarzając młodego partnera swojego syna pięknym uśmiechem. Nawet gej i cudzy chłopak nie mógł przejść wobec tego obojętnie.
Dla André musiała to być porażka na pełnej linii.
- Zostajemy tyle, ile będzie potrzeba. Nie wiem, ile czasu zajmie mojemu biednemu synkowi wyzdrowienie i odzyskanie pełni władz umysłowych... - Westchnęła smutno kobieta.
- Ja tu jestem i to słyszę! - mruknął z niezaprzeczalnym niezadowoleniem najmłodszy z rodu. On również czuł się pominięty, chociaż nie tak dosadnie, jak jego tatuś. Stanowczo, nie był to dobry dzień dla mężczyzn z rodu Marshall.
Chociaż, szczerze mówiąc, zarówno Jean, jak i David, nie narzekali. Obaj już w myślach czynili plany, jak by tu wywinąć się zarówno z kolacji, jak i wizyty w operze. Każdy z nich miał zajęcia (zwiedzanie muzeów z partnerem, lub zwiedzanie gej barów w poszukiwaniu kochanka), którymi nie mogli się zająć pod czujnym okiem rodziców. Również nie chcieli zostawiać brata na pastwę pana Marshall. Wszystko szło nadzwyczaj dobrze, stanowczo zaproszenie Vincenta było dobrym pomysłem...
Podali sobie w ukryciu dłonie i uśmiechnęli do siebie porozumiewawczo.
- Skoro Vincent zaoferował zajęcie się swoim chłopakiem, nie widzę powodu, by dalej tu tkwić, prawda, Jean? - powiedział głośniej niż trzeba David, z niesamowitą ostentacyjnością.
- Absolutnie się z tobą zgadzam, mój drogi. Nie będziemy niepotrzebnie siać paniki wśród tylu pacjentów. Już pielęgniarki coś mamrotały, że jest nas za dużo. - Pokiwał głową poważnie najstarszy brat.
- Tak, macie rację, idźcie, idźcie! - Przytaknął szybko ojciec. Im mniej ludzi widzi jego porażki, tym lepiej. Panowie nie czekali na dalsze potwierdzenia. Zapewnili, że będą utrzymywać kontakt telefoniczny z rodziną i w razie czego się pojawią, a tymczasem oni nie będą przeszkadzać, ale tak, tak, na pewno przyjdą na tą kolację. Co do opery nie są pewni, ale spokojnie, spokojnie, kiedy ona będzie? Za tydzień, a, to zobaczymy, zobaczymy, w tydzień może jeszcze wiele się przydarzyć...
I zniknęli.
Keith poczuł się zmęczony tym wszystkim. Położył głowę z powrotem na poduszkach i przykrył się kocem.
- Przepraszam, czy mógłbym zostać jeszcze chwilę z Vincentem? Mówił, że będzie zajęty pod wieczór, a ja chciałbym jeszcze chwilę z nim porozmawiać... - rzucił cicho, wyraźnie bardziej znużonym tonem, niż normalny, zdrowy człowiek. Poprawił usztywnioną nogę na kołdrze i westchnął cicho, zamykając oczy.
O ile starszy pan nie zrozumiał aluzji, o tyle kobiece instynkty zareagowały natychmiast.
- Oczywiście, skarbie! My pójdziemy się przejść i wrócimy jutro! Śpij dobrze! - rzuciła pospiesznie. Pożegnała panicza Star mocnym pocałunkiem w policzek, a potem oddaliła się, ciągnąc za sobą męża, który przez cały ten czas nie został dopuszczony do głosu. I wszystko wskazywało na to, że jeszcze długo nie będzie.
Gdy poszli, w pokoju zapanowała cisza.
- Chodź do mnie i znowu się tu połóż. Chcę cię poczuć - mruknął cicho chłopak, otwierając oczy i wyciągając rękę w stronę kochanka. Uśmiechnął się do niego słabo, ale zachęcająco. Nie udawał. Przez tamte wydarzenia miał psychikę, która była w pewnym sensie rozdwojona. Nie rozumiał, co się z nim dzieje, a przy takich ciężkich sytuacjach, gdy nie do końca wyczuwał, co kto naprawdę mówi i dlaczego, tym bardziej był przytłoczony bezradnością. Chciał znowu wsunąć dłoń we włosy kochanka, poczuć jego ciężar i zasnąć przy nim. Miał poczucie, że tego mu brakowało. Wcześniej nie zdawał sobie z tego sprawy, ale w momencie, gdy już raz tego zasmakował... Chciał więcej.
- Chodź, Vinni - powiedział nadzwyczaj czule.
Powrót do góry Go down
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Sala nr 1   Pią Maj 30, 2014 6:34 pm

Każdy porządny bogaty dzieciak, obdarzony skrawkami inteligencji wiedział, jak zapanować nad wszelkiego rodzaju ludźmi – wiedział również, jak ich umiejętnie gnoić, nie schodząc do poziomu zwykłego prostaka. Vincent miał to opanowane na wiele sposobów – od zwykłego wyzywania, przez drobne szantaże, do gestów, przez które ofiara czuła się jak mały, nic nie warty robaczek, ustępując mimowolnie miejsca należytemu. Wszystko to było dopasowane indywidualnie, ale nijak chodziło tutaj o okazanie szacunku. Tutaj chodziło tylko o skuteczność, którą młody Star teraz się delektował. Ojciec Keitha mógł poczuć, jak bardzo długowłosy jest nieprzyjemny, a może nawet niebezpieczny, tym bardziej, że otoczenie nie odczuwało tej pogardy i nie można było się przyczepić. Młody Star wiedział jak działać i prawdopodobnie znał wiele czułych punktów, dlatego szczęście Andre, że siedział względnie cicho. To gnojenie i zdobycie dużej części serca jego żony oraz wzmocnienie jej pewności siebie było swoistą karą za to, co ten miał w planach zrobić i niemym ostrzeżeniem. Pantera nie lubiła, jak jakaś hiena łazi po jej terytorium i teraz to pokazała, jedynie wyciągając pazury. Cicha satysfakcja bynajmniej nie przeszkadzała w opowiadaniu o operze; mówił o wystroju, atmosferze, jakie znakomitości tam bywały i, że on – oczywiście – mógł zdobyć miejsca wszędzie, w loży czy w pierwszym rzędzie, no i pewnie, mógłby dołożyć się do pięknej sukni wieczorowej, w zamian za tę pyszną kolację, którą dano mu posmakować w domu Marshall.
- Ale, Samantho, jeśli tak mogę panią nazywać, bez żadnych skromności... - pozwolił sobie na puszczenie w jej stronę przyjaznego i zaczepnego oczka. Sądził, że kobieta będzie wniebowzięta, w końcu może zyskać piękną suknie za świetną gościnność i kuchnię, czyli ewentualna skromność i wyrzuty sumienia powinny być w większej części uciszone.
Prawda, pani Marshall uśmiech miała piękny, jednak Vincentowi nie zawrócił w głowie – był zatwardziałym gejem. Zrobiło mu się po prostu... całkiem przyjemnie. Pamiętajmy, Bożyszcze gościł wiele kochanków (niekoniecznie) w swoim łóżku, więc musiał wyrobić sobie sporą odporność na wszelkie uroki i feromony, jedynie od czasu do czasu (bardzo rzadko) pozwalając sobie im ulec.
Keith został niemal zupełnie zignorowany na rzecz własnej matki. Zapewne jego wewnętrzny Kei krzywi się niezadowolony, w końcu niejednokrotnie skosztował sztuczek swojego partnera... ale te nie były do końca sztuczne.
Spojrzał krótko na kochanka, słysząc jego nagły udział. Pozwolił sytuacji się rozwijać - większość przedstawicieli Marshallów najzwyczajniej w świecie wyszła, zostawiając nastolatków samych sobie. Pocałunek Samanthy był niespodziewany, spowodował u Vincenta nieznacznie speszenie, które - być może - skutecznie zakrył swoją dłonią. Nie był przyzwyczajony do czułych gestów od "mamy". Chude palce zetknęły się z czarnymi włosami, a kosmyk owinął wokół wskazującego. W tej chwili zdawał się nie czuć żadnych wyrzutów sumienia; Kei mógł obserwować ostoję spokoju, która świetnie maskowała wszelkie uczucia. Ciemna plama posłusznie ruszyła w jego kierunku i chyba nawet nie czuł się jak bezmyślny pies, lecący na zawołanie swojego pana.
- Jestem – odparł cicho, zgarniając kołdrę i wsunął się pod nią, przyjmując pozycję taką samą jak wcześniej. Ciekawe, czy owe „jestem” miało jakiś głębsze znaczenie.
Ponownie zamknął oczy, pozwalając swoim napiętym mięśniom na rozluźnienie się. Zawiercił się nieznacznie, wyciągając telefon z kieszeni płaszcza i zgrabnie napisał jednego sms'a do Davida. Uśmiechnął się krzywo pod nosem: „W nosie mam tę naszą operę, ale chyba nie wypniesz się na kolację u mnie, prawda? Kochanie, to niemal jak randka!” - najwidoczniej Vincent podejrzewał, że bracia tak samo zgrabnie odrzucą jego gościnność, jak zwiali z tego pomieszczenia. Trzema ruchami palców zablokował telefon, wyciszając i chowając go na powrót do kieszeni. David nie był mu specjalnie potrzebny, ale zdaniem długowłosego, proponowanie numerka znaczyło, że c o ś ich łączy!
Druga dłoń machinalnie gładziła partnera po biodrze, nieznacznie przy tym podwijając mu koszulkę. Nie zamierzał się do niego dobierać; Vincent był nader pewny swoich zdolności uwodzicielskich, ale Kei był dla niego ważny. Takie drobne gesty pokazywały, że ceni sobie blondyna.
Mruknął coś pod nosem, zaraz uchylając jedną powiekę:
- Nie mówiłem, że będę zajęty. Zostanę na noc. Mogę sobie na to pozwolić – poinformował Keia - Twoja matka to przeurocza kobieta. Chyba jestem o to trochę... zazdrosny. – Nieznacznie speszony tym „odkryciem się”, natychmiast zmienił temat. - Za trzy dni wezmę cię do jakiejś knajpy, nie pozwolę ci tutaj gnić. Jak tam stoisz z przyjmowaniem procentów, hmm? Kolację zrobimy za cztery, więc będziesz musiał uważać na kaca – zaczął mu tatusiować.
Zaraz oparł się łokciem o poduszkę, nieznacznie się unosząc nad Keiem. Ich twarze były krępująco blisko siebie, ale Vincent nie zdawał się być tym specjalnie poruszony – taka bliskość z mężczyzną wcale nie była mu obca, rzec można byłoby – rutynowa.
- Chcę sobie zrobić kolczyka. - Zaprezentował krótko miejsce, wystawiając język i napierając nań paznokciem. - Ale potem nie będę mógł całować się z języczkiem przez jakiś czas i prawdopodobnie wielu innych rzeczy. Zapewne do czterech tygodni. - Raczej nie pytał o radę, ani nie była to zwykła informacja. Panicz Star po prostu rozmyślał, czy aby na pewno warto to zrobić, jednak w owej decyzji nie potrzebował pomocy.
Dłoń, która leniwie gładziła bok Keia, sunęła wciąż nieznacznie w górę, prawie niezauważalnie unosząc coraz bardziej koszulkę. Nieświadomie wywoływał podniecenie, zwiększał wrażliwość tego, podatnego na pieszczoty, ciała. Vincent chciał tylko sobie przypomnieć, poczuć każdą kość i mięsień ponownie, mimo że znał to ciałko na pamięć; sunął palcami po żebrach, tutaj ponownie się cofał, obmacując skórę na biodrze – taki niewinny rytuał, wykonywany coraz bardziej sennymi i mozolnymi ruchami.
- Jak chcesz... to mnie też możesz obmacać, trochę.
Wsunął nos w zagłębie jego szyi, nawet nie mając siły na leniwe pomruki.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Sala nr 1   Wto Cze 03, 2014 7:51 pm

Matka Keitha wobec takiego komplementu nie mogła przejść obojętnie. Oczywistym było, że poddała się już do końca urokowi manipulanta i przystała na propozycję wspaniałej sukni. W końcu ktoś dostrzegł w niej kobietę i nie zamierzała stracić tej okazji. Dzięki temu mogła również zagrać na nosie swojemu mężowi.
Zrezygnowała z towarzystwa uroczego bruneta dopiero, gdy Keith wyraził swoją prośbę. Wyglądał naprawdę mizernie i dopiero zniknięcie rodzinki poprawiło mu humor. Innym aspektem sprawy było ponowne odzyskanie dla siebie Vincenta. Chciał go jak najlepiej wybadać. Nie znał go, nie pamiętał, a chciał wiedzieć, co w nim takiego fajnego było. Na samą myśl aż się do siebie uśmiechał.
Przesunął się, by chłopak mógł wygodniej się na nim rozłożyć, a potem zamruczał, czując otaczające go ciepło i przyjemny ciężar. Przymknął oczy, wsuwając palce jednej dłoni we włosy kochanka. Gdy poczuł, jak ten się rozluźnia, sam też automatycznie przestał się spinać i skupił na delikatnym masowaniu skóry głowy. Skrzywił się krótko, gdy usłyszał dźwięk pisania SMS-a. Pozwolił jednak na to Vincentowi, chociaż nie czuł się z tym komfortowo. Liczył, że naprawdę chwilę spędzą całkiem razem...
Westchnął cicho, pozwalając kochankowi na pieszczoty. One sprawiały, że czuł się pewniej i lepiej. Przyjemny dotyk palców powodował, że sukcesywnie w jego gardle rosły zadowolone pomruki.
- Zostaniesz? - spytał niewyraźnie, nie otwierając oczu. Zaraz zmarszczył brwi, oblizał suche usta i spojrzał na kochanka.
- Procenty? Nie ma problemu. - Wzruszył ramionami, tym razem zachowując się jak typowy nastolatek. Wiedział, że ma słabą głowę, oboje o tym wiedzieli, mimo to zdeptałby własną dumę, gdyby odmówił alkoholu. „Stary” Kei nie przejmował się czymś takim, jednak był też dorosły. Ten nowy miał dziewiętnaście lat tylko przez dowód osobisty.  
Uniósł brew, widząc tak blisko siebie twarz kochanka. Nie oderwał dłoni od jego głowy, napierając na nią lekko i nalegając, by ten go pocałował. Uchylił nawet zapraszająco wargi i zamruczał cicho, gdy w końcu spotkał je z vincentowymi. Przymknął nawet oczy, wzdychając lubieżnie, a potem wydał z siebie niezadowolone sapnięcie, gdy został pozbawiony ust bruneta. Spojrzał na niego z powrotem, z jawnym oburzeniem, a potem wywrócił oczami.
- Naprawdę chciałbyś zrezygnować na cztery tygodnie z pocałunków? - Uniósł brew wysoko. Ewidentnie, nawet temu „nowemu” Marshallowi, który znał panicza Star bardzo krótko, wydawało się niemożliwym takie poświęcenie ze strony chłopaka. On by się powstrzymał przed cielesną rozkoszą? Nie było takiej możliwości.
Vincent potrzebował dotyku cudzego ciała. Pieszczot. Pokazywał to właśnie w tej chwili, sunąc dłonią po ciele partnera. Owszem, pobudzał je delikatnie, co odrobinę niepokoiło blondyna, szczególnie dlatego, że czuł jak jego ciało zaczyna się budzić, zaś mięśnie bruneta – całkiem się rozluźniały. Westchnął cicho, czując dotyk na żebrach i udzie, aż wzmocnił uścisk na włosach mężczyzny. A potem spojrzał na niego.
- A zamierzasz spać, czy dalej mnie drażnić? - spytał, unosząc brew wysoko. Czuć było w jego wypowiedzi delikatne niezadowolenie, nie wynikało jednak z nieprzyjemnych odczuć, a zwyczajnej obawy. Nie czuł się specjalnie komfortowo w sytuacji, w której niemalże obcy facet wywołuje w nim tyle sprzecznych emocji. Odetchnął ciężko, odgarnął włosy z twarzy i przyciągając mocniej kochanka do siebie. Fakt, że miał unieruchomioną jedną nogę, powodował u niego znaczy dyskomfort. Przełożył drugą przez jego pas, ustawiając się wygodniej i lekko masując palcami kark chłopaka. Zamknął oczy, mając nadzieję, że gdy zaśnie, kotłujące się w nim, męczące emocje, znacznie zmaleją, a po przebudzeniu całkiem zniknął. Przeczuwał jednak, że wcale tak łatwo nie będzie.
Mimo wszystko, spokojny oddech partnera uspokoił go do tego stopnia, że zasnął.

[z/t x2]
Powrót do góry Go down
Chris

avatar

Liczba postów : 29
Join date : 13/04/2015

PisanieTemat: Re: Sala nr 1   Czw Maj 14, 2015 4:34 pm

Siedział tutaj dobre dwa tygodnie. Bez narkotyków, bez seksu, bez tańca. Każdy dzień wydłużał mu się coraz bardziej. Z każdym dniem był bardziej nerwowy, niespokojny, co sprawiało niewyobrażalny problem tutejszym lekarzom. Nikt go nie odwiedzał, nie miał z kim porozmawiać, nikt go nie wspierał. Czuł się jak w klatce, z której nie potrafił wyjść. Do głowy przychodziły mu myśli samobójcze. Jak długo będzie musiał żyć w tym koszmarze? Kiedy pojawi się to światełko w tunelu? Ile zdoła jeszcze wytrzymać? Dzień, a może dwa?
Nie sądził, że kiedykolwiek dopadnie go coś takiego. Połamane żebra... Gdyby nie Baldric, byłoby po nim. Może to i dobrze? Nie musiałby się męczyć ze swoim stanem zdrowia, które swoją drogą było dość marne. Kiedy tylko wyjdzie ze szpitala, komornik zaprzyjaźni się z mieszkaniem Christophera. Na aktualny moment nie miał z czego zapłacić rachunków. Był po prostu w bagnie.
Powoli tracił nadzieje na cokolwiek. Pobyt w szpitalu nieźle go urządził. Jego stan był beznadziejny, w głównej mierze przez to, że nie mógł się poczęstować spaniałymi narkotykami. Dodatkowo miał jeszcze chcicę oraz taniec... Nogi mu się wręcz rwały, kiedy gdzieś w radiu słyszał swój ulubiony utwór. Nagle odwiedził go lekarz, który oznajmił, że jak wszystko dobrze pójdzie, to za całe trzy dni zostanie wypisany. Jednak jakikolwiek wysilający ruch będzie niebezpieczny dla jego zdrowia. Będzie musiał czekać kolejne dwa tygodnie, aby móc zacząć robić cokolwiek, będąc pod stałą kontrolą lekarza. Po prostu koszmar...

_________________
Love is killing me so sweet,
like the torture that I need, for my way back home.
Hurt... me when I'm close to you,
Tell me lies and not the truth,
carve your wrongs in my skin! yeah!



Love destroy my chroming soul
see the gas ships sail back hope
to another world

Hurt... me when I'm close to you,
Tell me lies and not the truth,
carve your wrongs in my skin! yeah!

Hurt... when I'm close to you...
Hurt me!!!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Wiking
Nauczyciel biologii
avatar

Liczba postów : 54
Join date : 28/03/2015

PisanieTemat: Re: Sala nr 1   Wto Maj 26, 2015 7:56 pm

Dzień jak co dzień. Praca, dom. Jednak tym razem William postanowił spotkać się z znajomymi na mieście. Poszli do pierwszego lepszego baru. Usiedli przy stole, zamówili alkohol i rozmawiali. Will dowiedział się, że jego stary znajomy z Internetu, z którym kiedyś spędził dość namiętną noc, trafił do szpitala. Jakiś koleś go pobił, czy coś takiego. Jakoś nigdy nic ich szczególnego nie łączyło, ale postanowił, że nazajutrz odwiedzi Chrisa w szpitalu i tak też uczynił. Następnego dnia, zaraz po pracy, pojechał do placówki medycznej. W recepcji dowiedział się, w której sali leży połamany Christopher. Oczywiście, żeby uzyskać taką informację, wcisną kit pielęgniarce, że jest kuzynem pacjenta.
Po paru chwilach stał tuż przed drzwiami sali numer 1. Wpierw zapukał, ale i tak nie czekał, aż ktoś się odezwie i wszedł do środka. Podszedł do łóżka, na którym leżał stary znajomy.
– Cześć, Chris. Jak się czujesz? – zagadał, podsuwając krzesło bliżej łóżka , po czym usiadł na nim.

KONIEC FABUŁY. TEMAT JEST WOLNY.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Sala nr 1   

Powrót do góry Go down
 
Sala nr 1
Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2
 Similar topics
-
» Sala operacyjna
» Sala lekcyjna nr 2
» Sala segregacji
» Neuschwanstein - Sala Tronowa
» Sala przesłuchań

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Yaoi Gakuen :: Londyn :: Placówki publiczne :: ∎ Szpital-
Skocz do: