IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Kamienica panów Van Graaf

Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Leon

avatar

Liczba postów : 85
Join date : 28/11/2014

PisanieTemat: Kamienica panów Van Graaf   Pon Gru 01, 2014 9:19 pm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Leon

avatar

Liczba postów : 85
Join date : 28/11/2014

PisanieTemat: Re: Kamienica panów Van Graaf   Pon Gru 01, 2014 10:09 pm

Ciche szuranie po schodach, kilka szybkich kroków i chrobotanie klucza w drzwiach. Już było wiadomo, że obecny Pan domu wrócił. Pół pędem wpadł do kuchni i otworzył lodówkę, wyciągając karton mleka. Odkręcił nakrętkę z cichym pstryknięciem i przechylił go do ust, wypijając sporą zawartość. Pan Leonardo Noah Van Graaf, po dniu szwendania się w plenerze powrócił. Głośno westchnął i bez ściągania obuwia poczłapał do góry, wcześniej przekręcając drzwi. Dom był zimny, pusty i rozbrzmiewał Echem. Leo nie lubił takiej atmosfery, ale cóż poradzić kiedy starszy brat wybrał taką, a nie inną dzielnicę, taki, a nie inny dom i... takie, a nie inne wtrącanie się w życie Leonarda, który po wgramoleniu się na strych zatrzasnął drzwi od swojego pokoju. Tutaj... na trzecim poziomie, luksusowej kamienicy Greenhill mieściła się jego samotnia w której czuł się nad wyraz dobrze. Po raz kolejny sięgnął po karton mleka i padł z nim, na łóżko rozlewając trochę zawartości. Skrzywił gębę, lekko rozcierając plamę. - E tam.. wypierze się. - mruknął pod nosem, sięgając po pilot. W butach wskoczył wyżej na posłanie i pstryknął ON/OFF. Zaczesał jasną grzywę, która już wymagała umycia i zaczęło się surfowanie po kanałach. A wspomnieć trzeba, że walizki od przeprowadzki dalej stały w kącie, prosząc o rozpakowanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Leon

avatar

Liczba postów : 85
Join date : 28/11/2014

PisanieTemat: Re: Kamienica panów Van Graaf   Pon Gru 01, 2014 11:12 pm

W pewnym momencie monotonnego oglądania i molestowania kartonu mleka, komórka Leo zawibrowała. Ten uniósł brwi, a z jego twarzy wręcz wylał się wyraz "Kogo to kurwa niesie?" Odebrał SMS i odrzucił telefon w bok. Leciał niezły fragment filmu, dokumentalnego o psychopatach. Nie no, ale kurcze. Nie odpisać przyjacielowi? "Nie chce mi się." Dość lakonicznie i jasno. Tak jak być powinno. Gdy już detektywi mieli się dowiedzieć kto zabił Mary Sue, jego komórka odezwała się po raz drugi. Westchnął i... zmarszczył brwi odczytując SMS'a. O nie.. tak to my grać nie będziemy. Dosłownie pizgnął telefonem w pościel i podszedł do swojej torby. Czyli jednak szykuje mu się wychodne. Zgarnął z biurka szkicownik i komplet ołówków. Czemu by nie wykorzystać okazji? Hm? A co do ochrony danych osobowych to sobie z przyjacielem poważnie porozmawia. Wyłączył telewizor i dopił mleko, rzucając karton koło łóżka. - Wyniesie się. - przeleciało mu przez myśl, gdy zgarnął kurtkę i trzasnął drzwiami od pokoju. Po drodze założył na siebie okrycie wierzchnie i torbę. Już miał wychodzić kiedy... w sumie czemu by jeszcze czegoś nie zjeść? Rozebrał się i ruszył w stronę lodówki. Ma całe pół godziny. Zdążyłby jeszcze ze cztery razy upiec naleśniki.

No i na same naleśniki zeszła mu ponad godzina. Ale przecież czas to dla artysty pojęcie względne, czyż nie? Zgarnął kurtkę i zadowolony, z pełnym brzuchem ruszył w stronę wyjścia. Ciekawe czy Biszkopt już tam zamarzł? Jebut! Drzwi zamknięte i przekręcone, a jak na złość autobusy się spóźnią bo jest objazd.

[zt]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Pariston
Nauczyciel Geografii
avatar

Liczba postów : 20
Join date : 28/11/2014
Skąd : Szwajcaria, ZuG

PisanieTemat: Re: Kamienica panów Van Graaf   Wto Gru 02, 2014 11:46 am

Koniec pracy i powrót do domu. To był dla niego dobre zakończenie dnia, teraz przyszło mu tylko popracować u siebie w biurze i na koniec się trochę w jego mniemaniu polenić.
Podjechał swoim pięknym wozem pod garaż, wcisnął prawą rączką mały guziczek przy „padzie”, który ma przywieszony do kluczy. Wrota jego garażu otworzyły się, wjechał, zaparkował, wysiadł i zamknął drzwi. -Ciekawe czy Leonardo już wrócił.- Powiedział do siebie zaciekawiony. Miło by było gdyby był i go przywitał w drzwiach, jak Żona swego ukochanego Męża. Rozmarzony wszedł do środku i na holu już zobaczył ze nie ma butów jego Brata. Przeszło mu przez myśl że jeszcze nie wrócił do domu, pewnie zajęcia mu się przedłużyły, albo był w jakimś korku? Kto wie.
Zdjął buty i od razu ruszył do kuchni by coś upichcić sobie do jedzenia. Najpierw coś sobie lekkiego zje, po czym weźmie się do roboty, żeby mieć już później wolne. Ale jak widać zastał w kuchni pobojowisko, ktoś sobie tutaj smażył naleśniki. Wiedział dobrze, kto mógł zrobić taki chaos tutaj, a to był Leo. Westchnął sam widok tego co zastał. Jego plany na zjedzenie czegoś zostały wyparte chęcią posprzątania po tym małym bałaganiarzu. Położył swoją teczkę na jednym z krzeseł, zdjął marynarkę i powiesił na tym samym krzesełku, podwinął rękawy i założył fartuszek w serduszka. Właśnie przyjął pozycję bojową! Zwalczy bród swoją całą siłą! Ale najpierw przed tym wstawił sobie kawę, po posprzątaniu już tylko wypije sobie kawusie i zabierze się za papiery, bo nie starczy mu czasu żeby coś ugotować.
Pariston jak już niewielu wie jest wielkim pedantem, więc wszystko umył oraz wypucował dokładnie. A wszystko robił z lekkim uśmiechem, może nie podobało mu się że ktoś po sobie nie posprzątał, ale jak widział że wszystko wraca do swojego idealnego stanu, to sam mu się ten uśmiech wkrada na buźkę. Po umyciu zdjął fartuszek, odwinął rękawy po czym wziął teczkę, marynarkę przełożył przez rękę i wziął w drugą wolną łapkę swoją kochaną Kawusie, i ruszył do swojego Biura. Sprawdzi te swoje papiery, wypije swą kawę oraz pewnie przez ten czas wróci jego młodszy brat, wtedy będzie miał trochę wolnego czasu i jakoś może razem spędzą trochę czasu.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Leon

avatar

Liczba postów : 85
Join date : 28/11/2014

PisanieTemat: Re: Kamienica panów Van Graaf   Sro Gru 03, 2014 6:25 pm

No i wyszło na to, że chłopacy zmierzali do tak ukrywanego domu Leo. Blondyn miał mieszane odczucia co do tego ale koniec końców postanowił się nie dąsać. – To co mi ugotujesz? – zagadnął do przyjaciela, zaraz po tym jak wyszli z autobusu i skierowali się do delikatesów jasno oświetlonych bogatymi, świątecznymi ozdobami. Leo rozpiął nieco kurtkę, pokazując lekko sine usta. – Dalej, bierz co potrzebujesz. – powiedział, przeczesując włosy swoim standardowym gestem. Ruszył między półki sklepowe dając trochę czasu na namysł biszkoptowi. W pewnym momencie zaburczało mu w brzuchu, co było dość wymownym znakiem. W między czasie dorwał gdzieś na półce czapę Pani mikołajowej z blond warkoczami z włóczki, która niepostrzeżenie wylądowała na głowie przyjaciela, który tyłem wypatrywał składników na półce. No cóż… Sam Leo znalazł aureolę od aniołka i po założeniu, rozbrajająco się uśmiechnął, składając rączki. Tak, tak.. Pozory trzeba sprawiać. – Dawaj to! – zawołał, rechocząc i wrzucił świąteczne fanty do koszyka. Wbrew ewentualnym sprzeciwom towarzysza. Sam dorzucił jeszcze kilka kulinarnych fantów do koszyka kiedy zbierali się już do kasy, przy której to oczywiście on płacił. Wyszli obładowani ze sklepu i wbrew pozorom nie udali się na przystanek. – To już niedaleko. – mruknął, przewracając oczami. – Aleś mnie zrobił patafianie. – warknął, zdzielając towarzysza z łokcia. Widać, że humor ze sklepu lekko się zatarł. Coś go męczyło… Skręcili w lewo wchodząc na dzielnicę Leonarda, ten znów poprawił kołnierz pod szyją. Chyba będzie musiał sobie sprawić szalik. Przed nimi pojawiła się oświetlona ulica i ładne, wyremontowane kamieniczki usiane po dwóch stronach drogi. Od razu było widać, że to nie byle jaka ulica z kamienicami. – Zanim wejdziemy… - Leonardo zaczął, dostrzegając ślepiami schody do swojego domu. - … niezależnie od tego co zobaczysz i usłyszysz. Nie zmieniaj sposobu postrzegania mnie. – lekko się zasępił, wbijając posmutniałe spojrzenie w ziemię. – Jasne… karakanie? – nagle się zatrzymał i dość agresywnie zbliżył się do przyjaciela. Zmarszczył brwi. – No ja myślę, że się rozumiemy. – Jednym gestem podrzucił klucze, które wyciągnął z kieszeni. Okazało się, że stali pod drzwiami jego domu. Leo nie mógł wiedzieć, że brat już jest. Jego biuro znajdowało się z drugiej strony. Drzwi dość płynnie się otworzyły i nagle światło zostało zapalone, ukazując wnętrze domu. – Rozgość się. – odparł, ściągając kurtkę, którą pizdnął gdzieś w kąt. Ściągnął buty i… zmarszczył brwi. – No kurwa nie wierzę. – przewrócił ślepiami gdy ujrzał buty brata. – Zapowiada się, że zejdzie zaraz drugi karakan. Poznacie się. A teraz chodź. – rzucił przez ramię, zbierając z podłogi siatki. Holem przeszli do salonu, który prowadził do kuchni przypominającej nieco korytarz. – To co mi ugotujesz? Panno śnieżynko? – wypalił, odkładając torby na blat i grzebiąc w jednej z nich. Założył na chłopaka czapkę Pani Mikołajowej. – Tak Ci lepiej. – roześmiał się, otwierając jedno z piw. – Chcesz jedno? – puścił jedno po blacie w stronę „śnieżynki”. Sam zabrał się za chowanie niektórych składników do lodówki. I nagle.. coś przykuło jego uwagę. Podszedł do krzesła i ściągnął z niego… serduszkowy fartuszek. Podniósł go i uniósł dwoma palcami do góry, pokazując przyjacielowi. Prychnął śmiechem. – Innym razem powiedziałbym… Boże spraw żeby była z nim do góry kobieta, ale mam dziwne przeczucie, że to jego. – swoją wypowiedź zakończył szczerym wybuchem śmiechu. – Nie, na trzeźwo to nie przejdzie Biszkopt, ja Ci to mówię i obiecuję. – Nadal targany konwulsjami śmiechu, odwrócił się z materiałem i przepasał się fartuszkiem. Oparł się o kant ściany w pozie rodem z moulin Rouge. Zakręcił nieco bioderkami. – No i jaaak? – podwyższył ton głosu, robiąc sobie pompę z braciszkowego fartuszka. Nie przejmował się już domem i tą całą sytuacją. Wiedział, że Bishopowi zaufać można.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Pariston
Nauczyciel Geografii
avatar

Liczba postów : 20
Join date : 28/11/2014
Skąd : Szwajcaria, ZuG

PisanieTemat: Re: Kamienica panów Van Graaf   Sro Gru 03, 2014 7:21 pm

Pariston po wejściu do swego gabinetu wziął głęboki wdech i wydech. Bardzo podobało mu się ten styl w którym został urządzony pokój, tutaj mógł się wyciszyć oraz pobyć ze sobą w samotności. To było coś co kocha, jego wymarzony kącik, to było tylko jego terytorium. Podszedł do swojego biurka i położył kawę, teczkę, i wtedy mógł założyć jedną z jego ulubionych marynarek.
-Czas się wziąć do pracy.- Powiedział do siebie głosem pełnym entuzjazmu. Usiadł sobie wygodnie na swoim fotelu, przysunął się bliżej biurka i otworzył swoją teczkę, w której było pełno jakiś popisanych papierów. Nie zostało mu nic innego jak brać się do roboty! Zaczął sprawdzać wszystkie swoje papiery bardzo dokładnie, popijał przy tym swoją kawusie, a niekiedy brał długopis i zapisywał coś sobie na osobnej kartce, by o tym sobie zapamiętać, albo coś go zaciekawiło w pewnym zdaniu, i sobie to zapisał tak na zaś.

Po godzinie, siedzeniu z papierami i sprawdzaniu czy wszystko zostało dokładnie na nich zapisane, Mężczyzna stwierdził że to już koniec oraz jego kawa się skończyła, więc wypadałoby zejść na dół i sobie zrobić kolejną, oraz przy okazji sprawdzić czy jego Kochany Braciszek wrócił do ich Domu. Wstał z krzesła, aż nagle przypomniał sobie że miał sprawdzić e-maila. Wrócił się, usiadł i otworzył laptopa. Najpierw sprawdzi wszystko co trzeba na komputerze i wtedy dopiero zejdzie na dół.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bishop
Kapitan drużyny siatkarskiej
Captain Awesome ♥
avatar

Liczba postów : 81
Join date : 26/01/2014

PisanieTemat: Re: Kamienica panów Van Graaf   Sro Gru 03, 2014 8:32 pm

— Przecież wiesz, że nie lubię gotować... — skłamał w odpowiedzi na pytanie, bo przecież był tylko leniwym kucharzem, a nie beztalenciem kulinarnym. — Za tego karakana, to mam ochotę wsadzić Ci prosto do pyska surowego muchomora, ale jako że mamy dzisiaj dzień dobroci dla zwierząt, nic takiego nie będzie mieć miejsca — dodał naprędce, śmiejąc się i pokazując język Leonardowi. Tak się chciał przekomarzać, to niech teraz ma!

Już po kilkunastu sekundach od przekroczenia progu sklepowych drzwi, Bishop był całkowicie pochłonięty szukaniem konkretnych produktów i kompletnie oddał się temu działaniu, skutecznie ignorując całą resztę świata. Rzecz jasna do czasu, aż Leo nie włożył mu na łeb tej śmiesznej czapki. Alice odwrócił się tylko, przechylił głowę i spojrzał na niego morderczym wzrokiem. Całość prezentowała się niebywale zabawnie. Biszkopt miał już kontestować zakup tego czerwonego ustrojstwa z warkoczami, ale ostatecznie poddał się w przedbiegach. Przy kasie burknął coś pod nosem, by się podzielili wydatkami, ale wyszło tak, że to Leo za wszystko zapłacił, co przez następne pięć minut nie dawało Ciastkowi spokoju. Trącony łokciem tylko zmarszczył brwi, uniósł delikatnie kąciki ust do góry i oddał towarzyszowi, serwując mu dodatkowego siniaka na barku.

Nie można było zaprzeczyć, że dzielnica Leonarda nie należała do biednych. Prawdziwy przepych Bishop miał jednak ujrzeć dopiero za chwilę. Scenka przed wejściem do domu trochę zbiła go z tropu, a nawet przestraszyła. Czemu starszak się tak zachowywał? Przecież nie trzyma u siebie jakichś zwłok, czy innego syfu, nie? Alistair nawet nie spostrzegł się, gdy Leo ponownie nazwał go w ten paskudny sposób, a jedynie machinalnie wykonał jeden krok w tył, łapiąc przy tym przód kurtki towarzysza, żeby czasem nie zlecieć ze schodów. Skinął głową na potwierdzenie i chwilę później był już w domu Van Graafów.

Zamurowało go. Przynajmniej z początku. W porównaniu do pokoju Bishopa w akademiku, mieszkanie Leo to była jakaś abstrakcja. Wyłączył się na moment i nie reagował na słowa gospodarza, podążając za nim niczym skandynawski thrall. Patrzył się na ściany, podłogę, uszczypnął się nawet, a otrzeźwiał dopiero, gdy blondyn wspomniał o jakiejś osobie trzeciej, którą zaraz miał poznać. Wtedy też, jak gdyby nigdy nic, Alice przydreptał do kuchni i zaczął rozpakowywać produkty, a następnie umył ręce.

— Śnieżynko? Ty chory jesteś... — syknął na kolejną porcję docinek, chlapiąc Leo kroplami zimnej wody z wciąż jeszcze wilgotnych rąk. Zaraz po ich wytarciu, rozpakował makaron i miał zabrać się za przygotowanie reszty potrzebnych rzeczy, ale ktoś znowu udekorował go tą durną czapką. Bishop pokręcił jedynie przecząco głową, westchnął i zaczął szukać jakiegoś garnka. Podziękował też za piwo, ale nie otworzył go. Wkrótce przerwał swoje prace po raz kolejny, ponieważ dziewiętnastoletni artysta postanowił założyć jakże męski fartuszek i odstawić małe przedstawienie. Nieważne jak bardzo Biszkopt by się starał, nie umiał powstrzymać śmiechu.

— Powiedziałbym, że jest z tobą coś nie w porządku, ale chyba obaj jesteśmy tego świadomi — stwierdził, podchodząc do gospodarza, łapiąc go za nadgarstek i ciągnąc w stronę blatu, bez przerwy się szczerząc. — Chodź, pomożesz mi trochę. Ja się zajmę makaronem, a ty natrzyj piersi kurczaka solą i pieprzem. Porcji powinno wystarczyć dla nas i tego tajemniczego ktosia, o którym ciągle wspominasz — osądził, przyglądając się raz jeszcze ilości składników. Sam z kolei zajął się tagliatelle, od czasu do czasu zerkając ukradkiem na Leo i uśmiechając się do niego.

Czyżby Bishopowi wrócił humor?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Leon

avatar

Liczba postów : 85
Join date : 28/11/2014

PisanieTemat: Re: Kamienica panów Van Graaf   Sro Gru 03, 2014 8:56 pm

- To ja jestem chory? A kto tutaj się z nienormalnymi zadaje? – łypnął okiem w stronę kompana w momencie w którym już chciał robić piękny wymach racicą do przodu i obrót. – Woaaaah. – coś go pociągnęło za rękę. – Od kiedy karakanie taki stanowczy jesteś? – burknął pod nosem rozcierając nadgarstek. Kuchnia, taaaaak… Kochana kuchnia. Zadowolony aż zatarł rączki i złapał się za swoje osobiste i prywatne piersi, pocierając je przez koszulkę. – A, piersi kurczaka. – mruknął rozczarowany, wyciągając je z woreczka i kładąc na desce. Odczepił od listwy nóż i sprawnym, zawodowym iście ruchem rozpoczął oddzielanie wszystkich niepotrzebnych żyłek, i przerostów tłuszczu. W restauracji nie byli więc można było się nieco dłużej pokłonić piersiom. Gdy Bishop się odwrócił, Leo spojrzał na nadgarstek, w miejscu gdzie poprzednio była dłoń Biszkopta i… jakby się nad czymś zastanawiał. Z zamyślenia wyrwały go słowa przyjaciela. – A, już! – blondyn podszedł do szafki, otworzył ją i wyciągnął gruboziarnistą, morską sól, młotkowany pieprz i suszone płatki czosnku. – Wybacz ale ja bez czosnku nie jem. Musisz przeżyć! – mruknął, zabierając się za przyprawianie i moles… nacieranie piersi. Tak, tych kurczakowych. W pewnym momencie Leo złapał kontakt wzrokowy z Bishopem. – Coś taki dzisiaj uradowany i w skowronkach? Wiem, że to przez to, że mnie widzisz… - zaczął z przekąsem. - … ale może wydarzyło się jeszcze coś? – Natarł piersi solą, później pieprzem i właśnie zaczął okraszać mięsko czosnkiem. – A ten tajemniczy ktoś to mój starszy brat, Pariston. Musiał akurat dzisiaj przylecieć ze Szwajcarii. Będzie ze mną mieszkał. Podobny do mnie tylko, że kurdupel niższy od Ciebie i nieco chudszy. No i totalne bezguście jeśli chodzi o wszystko co ma w sobie cokolwiek z pojęcia wizualne. – W tym momencie obrócił się przez ramię bo czuł, że dokładnie po wypowiedzeniu tych słów nawiedzi ich Pariston.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Pariston
Nauczyciel Geografii
avatar

Liczba postów : 20
Join date : 28/11/2014
Skąd : Szwajcaria, ZuG

PisanieTemat: Re: Kamienica panów Van Graaf   Sro Gru 03, 2014 10:02 pm

Pariston zaczął sprawdzać swoją skrzynkę pocztową. Na początku nic ciekawego się tam nie pojawiało, oj nic ciekawego. Same reklamy, czyli nadzwyczajne na świecie śmiecie, które nawiedzają każdego użytkownika internetu. Wyrzucił cały ten spam! Nawet na tej głupiej poczcie musi mieć porządek. Aż nagle zobaczył jednego wyróżniającą się wiadomość. Otworzył ją aż nagle pojawiły mu się zdjęcia nagich dziewczyn oraz mężczyzn. Na sam widok szybko się zaczerwienił i zamknął swojego laptopa ciężko dysząc. -Tego już za wiele... żeby coś takiego wysyłać. Zboczeńcy...- Powiedział do siebie jeszcze czerwony i przeżywając to co zobaczył.
Po krótkiej chwili odetchnięcia od tych zbereźnych rzeczy, wyszedł ze swego gabinetu z pustym kubkiem od kawy. Jak już wcześniej wspomniałem, chciał sobie dolać jeszcze tego czarnego nektaru Bogów! Zszedł powoli z swego piętra do holu i co pierwsze rzuciło mu się oczy? Był to kurtka jego Brata, która została rzucona jak jakaś ściera. Na ten widok tylko westchnął ciężko, podszedł do niej i powiesił ją normalnie. To znaczyło jednogłośnie że był już w domu ten mały bałaganiarz. Uśmiechnął się lekko do siebie na samą myśl że po tej małej rozłące zobaczy swego ukochanego Braciszka. Poszedł w stronę kuchni, aż nagle się zatrzymał bo usłyszał jakiś inny głos od jego Brata. Nie wiedział któż to może być, ale przez pierwszą myśl przeszło mu tylko tyle że Leonardo wreszcie znalazł sobie jakiegoś znajomego i do tego jeszcze w Londynie. Trochę to go zaniepokoiło, nie wiedział jak się zachować w tej sytuacji. Przez jego głowę przeszło wiele myśli w tej jednej chwili, ale wziął się w garść po chwili... mówiąc sobie że co ma być to będzie.
Ruszył dalej, aż nagle usłyszał komentarz swego Brata na jego temat. Zaraz po tych słowach wszedł do kuchni z lekkim uśmiechem, lecz za to z gniewem w oczach. -Witaj Leonardo.- Spojrzał po chwili na jego gościa, był to czarnowłosy Chłopak który chyba był w wieku Leosia. Zaraz po tym jego wzrok złagodniał i ukłonił się lekko. -Miło Cię poznać. Jestem Starszym Bratem Leonarda. Pariston Alex Van Graaf. A Ty? To?- Wyprostował się poprawiając swój krawat.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bishop
Kapitan drużyny siatkarskiej
Captain Awesome ♥
avatar

Liczba postów : 81
Join date : 26/01/2014

PisanieTemat: Re: Kamienica panów Van Graaf   Sro Gru 03, 2014 10:54 pm

Nawet gdyby Bishop na siłę chciał teraz smutać gdzieś w kącie, to nie mógłby, bo wygłupy Leo co rusz wprawiały go w śmiech. Starszak wytykał mu jego dobry humor, chociaż sam był najwyraźniej mocno rozweselony. No chyba, że na myśl o przygotowywaniu jedzenia budzi się w nim uśpiony zbok i komik. Siatkarz pochłonięty był ogarnianiem posiłku w taki sposób, by nikogo z obecnych nie potruć, toteż jego podzielność uwagi została wystawiona na próbę. Kątem oka wciąż jednak zerkał co chwila na swojego pomocnika i słuchał go, acz trzeba przyznać, że z różnym skutkiem, czego dowodem była dość zabawna sytuacja.

— Chyba się zakochałem — mruknął cicho, zaraz po po tym, kiedy Leonard zapytał go o powód jego radosnego usposobienia. Bishop tymczasem oglądał kluski z każdej strony, zachowując się, jakby trzymał w rękach sztabki złota. — Ten makaron jest niemalże idealny. Aż dziwne, że z paczki! — dodał po chwili, przez co zdradził, że jego wcześniejsza odpowiedź najprawdopodobniej nie odnosiła się do pytania gospodarza. — Aaa, mówiłeś coś. Wiesz, to opowieść na inne pięć minut. Ale w istocie, bardzo się cieszę, że teraz tu z tobą jestem. Nawet pomimo tego, że właśnie rujnujesz mięso tym swoim czosnkiem. Nie wiem czemu tak się kryłeś z tą swoją chałupą. Przecież tu jest ślicznie, wszystko błyszczy i w ogóle — zreflektował się, choć ewidentnie jeszcze nie zrozumiał, dlaczego Van Graaf nie chciał go zaprosić do siebie. Albo po prostu udawał. Ni stąd, ni zowąd, obrócił się i nagłym ruchem ponownie złapał za nadgarstek blondyna, drugą ręką podnosząc do góry jedną z piersi kurczaka i pokazując Leo, że trzeba je przeciąć na pół, bo są zbyt grube. Tak na wszelki wypadek, jakby zapomniał.

Ich zabawy w kuchni przerwał – jak wspomniał sam Leonard – drugi blondyn, starszy z braci. Był ubrany na tyle elegancko, że Bishop od razu przypomniał sobie swojego biologicznego tatę i myślami znowu trochę odpłynął.

— Ja se zovem Nik... znaczy się, mam na imię Alistair. Alistair Bishop. Bardzo mi miło. — Również lekko się ukłonił i zmrużył oczy, kładąc lewą dłoń na swojej własnej potylicy. Przypomniała mu się Serbia, stąd też prawie przedstawił się po serbsku swoim prawdziwym imieniem. Na szczęście w porę się zorientował i by nie powodować niepotrzebnego zamieszania, szybko nadmienił coś na temat kolacji i z powrotem zabrał się do roboty.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Leon

avatar

Liczba postów : 85
Join date : 28/11/2014

PisanieTemat: Re: Kamienica panów Van Graaf   Sro Gru 03, 2014 11:11 pm

Tymczasem młodszy z braci prawie upuścił fileta, gdy do jego uszu dotarły pewne słynne dwa wyrazy. Zakochałem się? Z lekkim przerażeniem w oczach spojrzał na przyjaciela i... nic nie powiedział za to jego humor zmienił się diametralnie. Może i nie było tego widać ale... Blondyn znów intensywnie o czymś myślał. Nie ważne, że słowa były wypowiedziane do makaronu, który zachwycił jego towarzysza. Dopiero z tego lekkiego oszołomienia wyrwał go Biszkopt i ten sam dotyk na jego ręce. Leo jakby otrząsnął się i po chwili dopiero do niego dotarło, że wpatruje się jak nienormalny w ślepia przyjaciela. Może wcześniej nie dojrzał ich barwy lub... Kto go wie. - Masz bardzo delikatne dłonie. - wypalił, nie zastanawiając się. - ... karakanie. - dodał, nieco zmieszany. Zresztą w momencie w którym tak się wpatrywał w lica Bishopa, a jego ręka, którą w nadgarstku dzierżył, zsuwała się niżej jakby chciała ująć jego dłoń, wparował brat. Blondyn otrząsnął się, wyrwał rękę z uścisku i nagle odwrócił się w kierunku z którego przemówił Pariston. - Po pierwsze bracie... LEO, a nie Leonardo. - mruknął z krwiożerczym spojrzeniem, ujął nóż w dłoń i opierając lewą rękę na blacie, prawą wbił go z całej siły w deskę. Taka malutka groźba, by na przyszłość pamiętał. - A po drugie cieszę się, że Cię widzę i co tak szybko? Miałeś być później i nie żeby mi się to nie podobało... czy coś.- powiedział lekko przewracając ślepiami. - Tak więc miło, że się poznaliście. Z Biszkoptem chodzę na uczelnię. Ugotujemy coś i Ci zostawimy. - szybko wypowiedział Leo, mając nadzieję, że brat nie widział jego chwili słabości sprzed chwili. Już sam Pariston będzie wiedział o którą z nich chodziło. Swoją drogą bał się też, że Pan P. się dosiądzie i rozpocznie dochodzenie. Jak gdyby nic młodszy z braciszków zabrał się do przekrojenia kurczaka. Rachu ciachu i po strachu dwa płynne ruchy na każdego fileta załatwiły sprawę. W głębi duszy Leon miał nadzieję, że starszyzna nie zacznie wypytywać się o szkołę i inne bzdety. Nagle nawiązał do wcześniejszego stwierdzenia czarnowłosego, którego wzroku starał się unikać. - A co do tego czemu to ukrywałem... Właśnie za bardzo się błyszczy. Czuję się oderwany. I zresztą wiesz jak bywa z ludźmi i no.. tym całym blaskiem. W blasku wszystko inaczej wygląda. Światło odgrywa znaczną rolę w malarstwie i tego jak odbieramy kompozycję. Tak jak wystarczy trochę srebra byśmy w szybie zaczęli dostrzegać tylko siebie.- chciał to wszystko ubrać enigmatycznie by Pariston od razu nie odebrał całej wiadomości jako tego, że młodszy brat nie jest zadowolony z miejsca zamieszkania, które ten wybrał. - Ale szczęście, że tam do góry znajdę chwilę wytchnienia. - mruknął, podśmiechując się pod nosem. Zabrzmiało jakby wybierał się na tamten świat.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Pariston
Nauczyciel Geografii
avatar

Liczba postów : 20
Join date : 28/11/2014
Skąd : Szwajcaria, ZuG

PisanieTemat: Re: Kamienica panów Van Graaf   Sro Gru 03, 2014 11:44 pm

Oho, chyba się nie spodziewał mnie tutaj. Tak od razu pomyślał Pariston, widząc reakcje Leonarda. To trochę było zabawne, no ale dosyć tego. Nie będzie sobie żartował, wreszcie widział się z Bratem oraz jego Kolegą z uczelni, więc trzeba tutaj zachować jakąś powagę. Poczekał chwilę i jak widać Braciszek się nie przywitał, a poprawił żeby nie nazywał go pełnym imieniem. No cóż, jak dla niego nie było różnicy w nazywaniu go Leonardo czy Leo, ale jeżeli tak bardzo chce to tak będzie mówił, no jeżeli go nie zdenerwuje. -Tak, tak. Leo miło, że się przywitałeś z Braciszkiem.- Wyciągnął rączki lekko przed siebie w akcie bezradności ale po chwili je upuścił, miał nadzieje na początku że chociaż przywita się z nim a nie, no ale co zrobić.
Po chwili zwrócił się do czarnowłosego, który coś na początku wymamrotał niezrozumiałego dla Blondyna. -Miło mi, Alistair.- Podszedł do nich bliżej z tym jego firmowym denerwującym uśmieszkiem. -Dziękuje za opiekowałeś się moim Braciszkiem, kiedy mnie nie było.- Podszedł do expresu od kawy i zaczął sobie przyrządzać swoją kawusie. Nie zwracał aż tak bardzo uwagi na co oni tam robią, nie chciał ich jakoś wprawiać w zakłopotanie, no ale też nie chciał czekać na to aż Oni wyjdą z kuchni.
-Przyjechałem z jakieś dwie godziny temu, Leo. - Nie odwracał się do nich i dalej coś tam majstrował przy expresie. Ale kątem oka obczajał tego „Biszkopta” w mniemaniu jego Leonarda. Pierwsze co stwierdził w duchu, to że to nawet ładny Chłopiec. No ale nie mógł o tym tak myśleć! Oj nie, szybko wyzbył się tych myśli że to całkiem ładny młodzieniec, bo nie będzie tak myślał o koledze jego Brata przecież. Momentalnie odwrócił się w stronę swojego Brata i zauważył dopiero, że miał na sobie ten fartuszek z serduszkami, który miał wcześniej na sobie. -Jak widzę spodobał Ci się fartuszek. Ale mniejsza, nie martwcie się o mnie, zjedzcie wszystko jeżeli będziecie bardzo głodni. Mi wystarczy kawa.-
I tak, teraz była sprawa z kawą... musiał tutaj z nimi jeszcze trochę zostać, aż kawa będzie gotowa. Miał nadzieje że Leo nie będzie się nieswojo czuł w jego towarzystwie. No ale jak dalej słuchał to raczej nie jest tak źle, prowadzili ze sobą jakąś rozmowę o błyszczeniu. Stwierdził Pariston że to ich rozmowa o jakiś ich dziwnych rzeczach, więc nie będzie się w nie wciągał jak na tą chwilę. Usiadł sobie wyprostowany przy blacie i zaczął czekać, aż jego kawa będzie gotowa.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bishop
Kapitan drużyny siatkarskiej
Captain Awesome ♥
avatar

Liczba postów : 81
Join date : 26/01/2014

PisanieTemat: Re: Kamienica panów Van Graaf   Czw Gru 04, 2014 5:37 pm

Bishop nie wiedział, jak ma zareagować na uwagę Leo odnośnie swoich dłoni. Dziwnie się wtedy poczuł. Sposób w jaki starszak wpatrywał się w jego oczy speszył go na tyle, że nawet nie zareagował na po raz setne już dzisiaj nazwanie go karakanem.

— Co... — wydukał w którymś momencie, acz wtedy właśnie kuchnię nawiedził starszy z Van Graafów. Po przywitaniu się, Biszkopt zwyczajnie powrócił do przygotowywania posiłku, tłumacząc sobie zachowanie Leonarda sprzed chwili jako dziwną anomalię i po prostu kontynuację ich przekomarzanek. Po wrzuceniu makaronu do wody, wszedł na wyższe obroty. Szybko pokroił piersi w kostkę, słuchając w międzyczasie, co do powiedzenia mają bracia. Wkrótce obok garnka z makaronem znajdowała się patelnia z mięsem i wszystkim tym, co miało nadać całemu daniu włoskiego charakteru. Teraz wystarczyło tylko czekać.

Wtedy też Pariston napomknął coś o tym, że wystarczy mu kawa. Siatkarz wygiął usta w podkówkę, bo przecież jedzenia wystarczy, by cała trójka najadła się nim do syta.

— A to nie zjesz... znaczy się, pan nie zje... no, w sensie, kolacja? — zapytał, nie wiedząc przecież ile lat dokładnie ma starszy brat Leo. W ogniu walki ze wszystkim produktami i z powodu zagubienia w nowej, obcej kuchni, Alistair zupełnie zapomniał, że chciał skorzystać z toalety. — Przypilnuj sosu. Makaron zaraz będzie dobry. Ja muszę skoczyć za potrzebą. Nie martw się, trafię do łazienki — zapewnił młodszego z braci, kładąc mu ręce na barkach, obracając i popychając lekko w stronę kuchenki.

Tak jak powiedział, prędko odnalazł toaletę. Przy wyjściu umył ręce i obejrzał się w lustrze. Wydawało mu się, że jest nieco czerwony na twarzy, więc ochlapał pyszczek zimną wodą i już miał wracać do gospodarzy, kiedy przypomniał sobie słowa Leo. Chciał mu coś odpowiedzieć, ale jednocześnie bał się, że znowu powie jakąś totalną głupotę i urazi tym najstarszego z obecnych w domu. Wyciągnął więc telefon i postanowił swoje myśli przekazać przy pomocy telefonu. Tak chyba będzie dyskretniej.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Pariston
Nauczyciel Geografii
avatar

Liczba postów : 20
Join date : 28/11/2014
Skąd : Szwajcaria, ZuG

PisanieTemat: Re: Kamienica panów Van Graaf   Pią Gru 05, 2014 2:31 pm

Bishop bardzo śmiesznie zapytał się Paristona, czy nie zje kolacji. Nie wiedział czy się odzywać do niego na Ty, czy formalnie jak do starszego Pana. Na początku zaregował tylko uśmiechem po czym dodał. -To zależy od mojego apetytu, ale jeżeli zostawicie mi co nieco, to chętnie skosztuje waszego dania. Drogi Alistair. - No miejmy nadzieje, że nie zapomni o tym. W swoim zwyczaju już od paru lat, zapomina o jedzeniu i czasami nawet jedzie całe dnie na kawie.
Złapał po chwili za jakiś tam magazyn, który leżał na blacie ich kuchni. Chciał sobie jakoś umilić czas czekania na jego wymarzoną kawę. I nie chciał im jakoś przeszkadzać w ich rozmowie, ten uroczy czarnowłosy Chłopiec przyszedł tutaj dla jego Brata, więc niech się sobą sami nawzajem zajmują.
Przeglądał sobie tak tą gazetkę, aż zrozumiał że przegląda jakiś tam magazyn „artystyczny”, te rysunki czy tam obrazy. Pewnie to było czasopismo jego Brata. No nic, nie odstawi tego przecież, zobaczy albo raczej skosztuje trochę tej sztuki, którą uwielbia tak bardzo Leonardo.
Czytał sobie krótko tak tą gazetkę, bo Czarnowłosy poszedł do kuchni zostawiając Leo piecze nad sosem. Pariston odprowadził go swym łagodnym spojrzeniem, a kiedy zniknął spojrzał się na swego Braciszka. -To chyba dobra okazja, żeby Ci to powiedzieć.- Powiedział na głos, przekładając kartki w czasopiśmie. -Zostałem nauczycielem Geografii u was na uczelni. Cieszysz się?- Spojrzał na niego kątem oka, chcąc zobaczyć jego reakcje. Miał nadzieje, że się ucieszy trochę, będą się częściej widywali. No i to nie tak... że no wybrał tą posadę tylko przez względu na swego Brata, tylko jeszcze chciał na serio uczyć nowe pokolenia, chciał im przekazać swoją wiedzę oraz doświadczenie. No ale mniejsza, zobaczymy co na to jego Braciszek.... i kiedy wróci ten Bishop z łazienki.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Leon

avatar

Liczba postów : 85
Join date : 28/11/2014

PisanieTemat: Re: Kamienica panów Van Graaf   Pią Gru 05, 2014 2:52 pm

Chłopak nie miał czasu na zareagowanie na wszystko w kuchni. Otworzył usta by coś powiedzieć ale… mrugnął ślepiami raz, drugi. I nagle został zwrócony przy lekkim użyciu siły do garów. No ładnie. Ktoś na siłę dokleił mu pierwiastek kobiecy. Westchnął, unosząc głowę do góry. Chociaż trzeba przyznać, że ten fartuszek mu w chwili obecnej pasował. Doglądał makaronu, pilnując by był al dente, raz po raz podrzucając patelnią z mięsem i sosem do góry, by przemieszać. – Nie musiałeś za to dziękować Biszkoptowi. Sam umiem się sobą zająć, nie trzeba mnie pilnować. – warknął, obracając łeb przed ramię. – Nie zachowuj się jak ojciec i tamten starszy kretyn. – prawie, że jadem syknął w stronę garów. Zabrał się za odcedzanie makaronu, gdy jego telefon zawibrował. Oczywiście zignorował to. Miał inne zajęcie. Zastanawiał się czy to dobrze, że Pariston za nim przyjechał. Znów, już nieco łagodniejszym wzrokiem spojrzał na brata. – I tak nic z tej gazety nie zrozumiesz, odłóż ją bo utłuścisz. I nie rób takich cielęcych oczu do mojego przyjaciela bo pomyślę, że jest z tobą coś nie tak… - złośliwie się wyszczerzył, odlewając gorącą wodę od makaronu. Rozłożył talerze i zaczął rozdzielać równe porcje. – No co to takiego.. Żenisz się i wyprowadzasz? – burknął lekko sarkastycznie, młodszy z braci, kończąc rozlewać sos. I chyba dobrze, że ta czynność została zakończona. – Co? – mruknął, zastygając z patelnią w dłoni. Odłożył ją jakby nieprzytomny. Niby wszystko okej. – Ale jak? Ty tutaj? Na MOJEJ uczelni? – ton głosu Leo, podnosił się z każdym słowem, tak jak z każdym słowem „układał” sobie wszystko w głowie. – CZYLI TO ONI CIĘ WYSŁALI ZA MNĄ! A JA MYŚLAŁEM, ŻE PRZYJEŻDŻASZ ŻEBY TEŻ SIĘ WYRWAĆ. – wściekłość blondyna powoli osiągała apogeum, by rozładować emocje rąbnął o blat i przejechał po nim ręką, zrzucając szklanki, stojące przy talerzach. Szczęście, nim się porozbijały, poleciały znacznie dalej.– CZY WY MUSICIE SIĘ WPIERDALAĆ W MOJE ŻYCIE, TO JEST WAM KONIECZNE DO NORMALNEJ EGZYSTENCJI?! ZOSTAWCIE MNIE W SPOKOJU, BĘDĘ ROBIŁ CO BĘDĘ CHCIAŁ I JAK BĘDĘ CHCIAŁ. NIC WAM DO TEGO, ŻE JESTEM ARTYSTĄ I JAK WY TO ŁADNIE NAZYWACIE.. BUNTOWNIKIEM. BĘDĘ SIĘ JEBAŁ NA PRAWO I LEWO Z KAŻDYM I WSZĘDZIE I NIC WAM DO TEGO! MAM JESZCZE RAZ POWTÓRZYĆ? CZY JUŻ ZROZUMIAŁEŚ? – furia chłopaka po osiągnięciu szczytu powinna zacząć odpuszczać. Oczy Leo się błyszczały, zrobił się czerwony i szybko oddychał. Nie przejmowały go w tym momencie uczucia brata. Był pewny, że właśnie było tak jak sobie uroił. Przetarł twarz dłońmi, oparł je o blat i spoglądał wściekle na Paristona. Dokładnie tak jak lew się patrzy na swoją ofiarę przed zjedzeniem. – Bishop! Chodź do kuchni po talerz. Zjemy u mnie. – zawołał, trzymając już ton swojego głosu na wodzy. W sumie to Pariston widywał ataki szału brata ale te, jeszcze nigdy nie były wycelowane w niego. – Miłego wieczora, bracie. – syknął, a jad obficie spłynął po tych słowach, wziął swój talerz i czekając za przyjacielem, podreptał do góry. Wpuścił go przed sobą do pokoju, odłożył naczynia i dosłownie jebnął drzwiami, przekręcając je. Odwrócił się plecami i kilka razy wziął głęboki oddech. – Smacznego. – westchnął, wydając się nieco zrezygnowany.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bishop
Kapitan drużyny siatkarskiej
Captain Awesome ♥
avatar

Liczba postów : 81
Join date : 26/01/2014

PisanieTemat: Re: Kamienica panów Van Graaf   Pią Gru 05, 2014 7:19 pm

Narcystycznie podziwiając swój własny spryt tuż po wysłaniu sms-a, Bishop uśmiechnął się do swojego odbicia w lustrze. Faktycznie miał dzisiaj całkiem niezły humor, choć była to głównie zasługa Leo. Postanowił powrócić do blondynów w kuchni, lecz usłyszał krzyki. Zza zamkniętych drzwi nie potrafił stwierdzić, który z braci tak strasznie się darł, ani co konkretnie chciał przekazać swoimi wrzaskami. Wkrótce ogarnęło go jakieś dziwne uczucie. Może to on znowu coś odwalił i teraz Leo dostaje "reprymendę" za niego?

Bishop uchylił drzwi i wtedy też usłyszał swoje nazwisko. Leonard nakazywał mu powrót i odbiór talerza zjedzeniem. Nie brzmiał, jakby był na niego zły, toteż czarnowłosy wyszedł z ukrycia, pomimo pewnych wątpliwości.

Szybko znalazł się z powrotem w kuchni. Wziął swój talerz, a następnie podążył za dziewiętnastolatkiem. Czuł się wyjątkowo niezręcznie. Było mu po prostu głupio, bo nie wiedział co się stało. Mijając Paristona, obdarzył go iście psim spojrzeniem. Zresztą, cała jego buzia wydawała się przepraszać. Pomimo tego, iż Bishop w niczym nie zawinił, czuł się paskudnie, jakby to on był powodem całego zła tego świata.

Pokój artysty zdecydowanie różnił się od całego parteru. Wydawał się zagospodarowany idealnie pod gusta blondaska. Alistair, po kilkusekundowych oględzinach osobistych czterech ścian gospodarza, spróbował zabrać się za konsumpcję makaronu. Podczas lawirowania widelcem pomiędzy kawałkami kurczaka odkrył, że najwyraźniej stracił apetyt. Odłożył więc żarcie na biurko, odwrócił się przodem do Van Graafa, podszedł do niego i po raz wtóry już dzisiaj delikatnie chwycił go za ręce.

— Leo... — wymruczał na wpół szeptem, odchrząkując delikatnie. Nie było to chyba normalne zjawisko, ale kiedy tylko Bishop znajdował się w jakiejś niekomfortowej sytuacji, jego głos stawał się jeszcze bardziej zachrypnięty, niż zwykle. Jego właściciel tymczasem nie wiedział za bardzo co ma powiedzieć i liczył na to, że Leonard wyjaśni mu to, co zaszło na dole.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Pariston
Nauczyciel Geografii
avatar

Liczba postów : 20
Join date : 28/11/2014
Skąd : Szwajcaria, ZuG

PisanieTemat: Re: Kamienica panów Van Graaf   Pią Gru 05, 2014 8:18 pm

-Wiem że nie trzeba Cię pilnować, ale każdemu przyda się towarzysz, co nie?- Odpowiedział dość pogodnie na żale swego młodszego Braciszka, któremu się nie podobało że podziękował temu Alistair. Nie wiedział czemu, aż tak się za to piekli... może myślał że Pariston myśli że by coś złego przeskrobał.

Idąc dalej, by nie zaprzątać sobie głowę innymi bzdetami przejdziemy od razu do reakcji na zostanie Nauczycielem. Jak widział był lekko zdziwiony, a nie lekko, ale to bardzo zdziwiony. Tego na początku się spodziewał Pariston, domyślał się że raczej nie usłyszy jakiś gratulacji czy okrzyków szczęścia, że będzie się widział częściej z braciszkiem.
-Tak, na twojej uczelni.- Dodał od razu kiedy Leo zapytał się, nie dowierzając że jego Starszy Braciszek będzie nauczać jak widać.
Dalszych krzyków oraz złości się nie spodziewał, tak swoją drogą. Leonardo wybuch wściekłością. Na początku zarzucił mu, że to ich Starszy Brat oraz Ojciec go tutaj wysłali, na jakieś przeszpiegi. Dwudziestosiedmio latek chciał to jakoś wyjaśnić, ale nie pozwoliły mu dojść do słowa krzyki. Dalej jak usłyszał jego wywody, zamknął tylko usta i słuchał co miał do powiedzenia. Domyślał się, że nie przemówi mu do rozsądku, wpadł w furię tak nagle, że nic do niego nie dojdzie na ten moment. Ale wiedział jedno Pariston, to co słyszał zakuło go bardzo mocno w serce, lecz zachował swoją pokerową twarz i nie ukazywał tego teraz przy nim.
Później nieco się uspokoił, zawołał swego przyjaciela, a On na zawołanie przyszedł. Blondyn spojrzał na niego spokojnym wzrokiem i uśmiechnął się lekko do niego. Chcąc go tak jakoś uspokoić żeby się nie bał, bo wyglądał na przestraszonego przez te krzyki.
-A niech mnie.- Powiedział do siebie smutno, kiedy Ci dwaj poszli do góry. Te słowa które wypowiedział Brat, bardzo go zabolały. Od dawna nie czuł się tak źle, jak teraz. Z jego twarzy zniknął ten jego radosny uśmieszek i spojrzał na rozbite szklanki z żalem w oczach. Podniósł się z krzesła i zaczął powoli zbierać rozbite kawałki, zaprzątając sobie myśli całym tym zdarzeniem. Czuł teraz że raczej nie powinien tego teraz mówić, na ten przykład ze względu na tego Bishopa, który musiał to wszystko widzieć i słyszeć.
-Chyba będę musiał się napić...- Powiedział do siebie i złapał się wolną ręką za pierś w okolicach serca. Bolało go teraz serduszko, jak najmocniej tylko potrafiło, czuł się jak by ktoś mu je teraz przebił wielkim mieczem. Jedyna rodzina którą kochał, jak najbardziej myślała, że go zdradziła... A to nie była prawda, przyleciał tutaj tylko ze względu na niego, chcąc dla niego jak najlepiej i być jego oparciem w tym wielkim mieście, dzielić się dobrymi chwilami, aż do czasu kiedy skończy tą szkołę, i się wyprowadzi od nich na stałe.
Posprzątał szklanki, westchnął ciężko opierając się o blat czekając jeszcze na kawę.... teraz nie wiedział co ze sobą zrobić. Zostać? Poczekać aż się uspokoi i wyjdzie ten jego kolega? Czy wyjść i utopić swe smutki w jakimś barze? Po czym na drugi dzień wyjaśnić wszystko? Nie wiedział teraz co dokładniej zrobić, był teraz bezradny jak kiedyś, kiedy był jeszcze dzieckiem...

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Leon

avatar

Liczba postów : 85
Join date : 28/11/2014

PisanieTemat: Re: Kamienica panów Van Graaf   Pią Gru 05, 2014 10:57 pm

Leo tymczasem jeszcze parował od środka, w świetle sytuacji, która miała miejsce przed momentem. Wchodził po schodach jak burza, starając się z każdym krokiem oddać trochę energii, która napędzała jego wściekłość. Wszedł do pokoju i po odłożeniu talerza, oparł się o drzwi – tak jak było wcześniej wspomniane. Zamknął oczy, a przez jego głowę przeleciało wiele myśli. Od obrazu ojca i najstarszego brata, przez smutną minę Paristona, wściekłość i tłuczone szklanki no i końcowo… żal do brata. Nie miał pojęcia co o tym myśleć. Co chciała osiągnąć głowa rodu i czy Pariston był w stanie go tak oszukać? To nie mieściło się w głowie blondyna. Bo w sumie po co miałby się tak beztrosko chwalić, że młodszy braciszek będzie „miał nianię” Te myśli go nieco ochłodziły. Otworzył ślepia, czując dotyk na nadgarstkach. Zaskoczony spoglądał w półmroku to na przyjaciela, to na dłonie znajdujące się na nadgarstkach. – Biszkopt… Przepraszam Cię za scenkę na dole. Po prostu wróciły uprzedzenia rodzinne, a to dość drażliwy temat. – westchnął, zamykając oczy. Oparł głowę o drzwi, zadzierając podbródek. Delikatnie uwolnił dłonie z uścisku i teraz to on trzymał za ręce Alistaira, opierając palec wskazujący i środkowy na wewnętrznej stronie nadgarstka. Niespodziewanie szarpnął go w swoją stronę, mocniej przytrzymując i z cwanym uśmieszkiem opuścił głowę, wodząc ustami blisko ucha Biszkopta. – A wracając do ważniejszych spraw… - mruknął po cichu, dalej mocno trzymając go za ręce. Przyciągnął jego ciało bliżej swojego i musnął ustami jego policzek. - … nie jesteś głodny? Nic nie wziąłeś z talerza. – Nagle chłopak poluźnił uścisk i zadowolony oderwał się od drzwi, lekko przechodząc obok przyjaciela - wrócił do swojego dnia. Rozsiadł się na łóżku i zadowolony włączył telewizor jakby scenka sprzed momentu się nie wydarzyła.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bishop
Kapitan drużyny siatkarskiej
Captain Awesome ♥
avatar

Liczba postów : 81
Join date : 26/01/2014

PisanieTemat: Re: Kamienica panów Van Graaf   Pią Gru 05, 2014 11:23 pm

Biszkopt nie chciał się mieszać w prywatne sprawy rodziny Van Graafów, ale i tak czuł, że po części w jakiś sposób cała ta sytuacja go dotyczy. Być może był lekko przewrażliwiony, ale pomimo tych nieustających docinek gdzieś w środku martwił się o Leo. Troszczył się o niego na tyle, na ile mu blondyn pozwalał. Z kolei ten ostatni nie powiedział siatkarzowi niczego konkretnego, ale Alice już wiedział, że nie będzie starał się drążyć tematu "uprzedzeń rodzinnych". Nie chciał jednak, by w ten sposób prezentowały się relacje artysty ze swoim starszym bratem.

Bishop nie spodziewał się zamiany ról. O ile trzymanie za ręce jeszcze było w porządku, to już zmniejszenie dystansu do takiej niewielkiej odległości mocno speszyło czarnowłosego. Głównie dlatego, bo kiedy dochodziło do jakichkolwiek zbliżeń z jego udziałem, to zwykle on był tą stroną, która je inicjowała i to on w gruncie rzeczy miał nad nimi kontrolę. Tym razem wydawało mu się, że stracił ją niemal natychmiast, przez co nieco się przestraszył, a nawet zadrżał lekko, gdy tylko usta Leo na ułamek sekundy zetknęły się z jego policzkiem. Zdezorientowany Biszkopt nie miał zielonego pojęcia co ma zrobić, na szczęście jednak cała ta sytuacja szybko została obrócona w żart. Chłopak przez moment nic nie nie mówił, przetwarzając te niespodziewane gesty ze strony gospodarza domu. Patrzył na niego, jak ten gramoli się na łóżko, wziął kilka głębszych oddechów, aż w końcu wróciła mu świadomość.

— Dawno chyba nie dostałeś po dupie, co? — zapytał retorycznie, uśmiechając się. — Zjem ten makaron, jeżeli ty też spałaszujesz cały talerz. To był w końcu twój pomysł! A, przy okazji... przeczytałeś tego sms-a ode mnie, czy nie? — zakończył kolejnym pytaniem, wziął swoją porcję i położył się na brzuchu obok Leo, zabierając się za posiłek, majtając nogami w powietrzu i zerkając od czasu do czasu to na telewizor, to na Leonarda. Być może nie była to najwygodniejsza pozycja przy jedzeniu, ale Biszkopt szkolił się w niej od kiedy tylko pamiętał. Bo ostatecznie siedzi w nim trochę lenia...

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Leon

avatar

Liczba postów : 85
Join date : 28/11/2014

PisanieTemat: Re: Kamienica panów Van Graaf   Pią Gru 05, 2014 11:36 pm

Cała sytuacja rozbawiła Pana Leonarda. Prychnął śmiechem, spojrzał na przyjaciela i wziął kęs makaronu do gęby. Może nie aż tak sytuacja ale... reakcja chłopaka i to, że jego plan się sprawdził, a wyniki nieco zaintrygowały. – Pomijając fakt, że danie wyszło Ci bardzo dobre… To znaczy… Ja umiem lepsze, ale twoje jest zjadliwe. – pokazał język przyjacielowi i nawet nie udawał zdziwionego po zapytaniu o SMS. – A nie, nie odczytałem. Czekaj. Nie chciało mi się, myślałem, że ktoś mi znów dupę zawraca. Ale powiedz mi.. po co wysyłać sms z łazienki. Papier się skończył czy się zatrzasnąłeś? – mruczał pod nosem, wygrzebując z kieszeni spodni telefon. Klik, kod i już mógł zobaczyć kopertę. Odczytał i prychnął. – Uwierz mi, wolałbym mieszkać w stodole te dziewiętnaście lat niż w Szwajcarii z moją rodziną. – mruknął. – A tak w ogóle. Jesteś homo, nie? – wypalił ni z gruchy ni z Pietruchy. Szokujące? Ta bezpośredniość właśnie taka miała być. Szybko zabrał się za wyjaśnienia. – W momencie w którym załapałem Cię za nadgarstki mogłem wyczuć twój puls. Zamiast dać mi w mordę, twoje tętno po prostu skoczyło. Lekki trik, którego warto się nauczyć, karakanie. – Cwany Leo, wysferzył się w tym swoim złym uśmiechu i ukuł widelcem leżącego chłopaka w udo. – Jak my o sobie jeszcze dużo nie wiemy… - W tym czasie, coś zahałasowało i coś jakby ziewnęło.. Ruch, jakiś ruch pod pościelą! Zombie? Nie… może potwór? Nie… - Ciel? – zdziwiony Leo podniósł krawędź pościeli by kudłacz mógł wyjść, ten od razu przyszedł do Pana i zaczął się ocierać o jego twarz. – No co tam maluchu.. Tęskniłeś, nie? To tak jak i ja... Wiesz co, pokłóciłem się z Par... – jego głos zrobił się bardzo miękki, a wyraz twarzy przybrał ten dziecięcy. Zaczął mówić do kota ale kiedy zorientował się, że nie jest sam... Zamieszanie pięknie wypłynęło na jego twarz. Najwidoczniej kot smacznie zasnął pod pierzyną, a ci zrujnowali mu sen. – Biszkopcie, przedstawiam Ci Ciela. Ciel, to jest Biszkopt.- kot zauważył gościa i zgrabnie przeszedł po nogach Pana, by zwąchać co tam nieznajomy ma na talerzu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bishop
Kapitan drużyny siatkarskiej
Captain Awesome ♥
avatar

Liczba postów : 81
Join date : 26/01/2014

PisanieTemat: Re: Kamienica panów Van Graaf   Pią Gru 05, 2014 11:55 pm

Cóż, Bishop niestety nie wiedział nic o jakimś tajemniczym planie Leonarda, więc miał prawo być zaskoczonym! Zresztą, nawet gdyby wiedział, sytuacja sprzed chwili była dla niego na tyle nowa, że pewnie zareagowałby na nią w podobny sposób, może tylko mniej rozegzaltowany.

— Taaa... Jakbyś mógł, to pewnie zaserwowałbyś nam obojgu surowy czosnek do jedzenia, a wtedy na pewno niechybnie zginąłbyś z mojej ręki — odparł na komentarz blondyna odnośnie przygotowanego posiłku. Rzecz jasna, nadal się z nim droczył, choć dla zabawy udawał śmiertelnie poważnego. Chciał jeszcze coś dodać odnośnie tego sms-a, kiedy to padło bardzo ważne pytanie. Biszkopt nie był nim zaskoczony. Nie odpowiedział jednak od razu, a po jego twarzy widać było, że trochę się zasępił. — Wiesz, zawsze możesz spróbować jeszcze raz, kto wie, może tym razem faktycznie strzelę cię w pysk? — zapytał, chichocząc pod nosem. Ostatecznie jednak nie odpowiedział konkretnie. Nie lubił wpisywać się w ramy, zwłaszcza te związane z orientacją. Zresztą, nie był pewien w jaki sposób Leo mógłby zareagować, gdyby powiedział mu, że podobają mu się także znacznie starsze od niego kobiety...

Tak czy siak, po chwili całą uwagę chłopcy skupili na kocie o wdzięcznym imieniu Ciel. Bishop strasznie lubił koty. Wiedział, jak się z nimi obchodzić, a miauczące czworonogi z jakiegoś powodu nigdy się go nie bały. Siatkarz wystawił swoją dłoń pod pyszczek kociaka, kiedy ten stracił zainteresowanie jego talerzem. Pozwolił mu poznać swój zapach, a następnie spróbował delikatnie pogłaskać go po głowie i podrapać za uszami.

— Cześć, śpiochu! — przywitał się, kończąc w międzyczasie resztki makaronu, który zdążył już lekko ostygnąć, a następnie odłożył talerz na podłogę i z pozycji leżącej przeszedł do siadu, planując zemstę na artyście za ukłucie widelcem w udo...




_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Leon

avatar

Liczba postów : 85
Join date : 28/11/2014

PisanieTemat: Re: Kamienica panów Van Graaf   Sob Gru 06, 2014 12:13 am

Oj, czyżby ktoś tutaj podważał talent kucharski Pana Leona? - Wtedy niechybnie zginąłbym od zapachu z twojej gęby. – mruknął do przyjaciela, w odpowiedzi na kąśliwą uwagę dotyczącą jego gotowania. – Nigdy nie jadłeś niczego ugotowanego przeze mnie więc proszę się w tym temacie nie wypowiadać karakanie. Orgazm kubków smakowych gwarantowany by Leo Gourmee!– Starał się wykrzesać karykaturę francuskiego akcentu. Moment później prychnął pod nosem i zacieszył do talerza, gdy ten wspomniał o dostaniu w ryj. A jednak.. coś go gdzieś ubodło. Ledwo wyczuwalnie ale... było tam. I jeden i drugi zdawali sobie z tego sprawę. Leo jadł zazwyczaj wolno, więc nie dziwota, że kiedy czarny odłożył już swój talerzy to ten jaśniejszy z paczki był w połowie posiłku, dalej oglądając kanał kryminalny. Tym razem próbowano rozwiązać zagadkę Kuby rozpruwacza. Przyjemna tematyka jak na kończenie wieczornego posiłku. Jego kot tymczasem położył się na grzbiecie niczym pies, domagając się pieszczot po brzuchu od ich nowego gościa. Leo zmierzył go kątem oka. – Dziwny kocur, uwierz mi. Czasami mi się wydaje, że reinkarnacja spłatała figla i mam psa. Zdarza się, że gdy jest wkurzony szczeka podobnie do nich. – Mruknął, odstawiając talerz na podłogę. – To jak będzie z tym strzałem w pysk? – zapytał, momentalnie się obracając na pościeli. Znalazł się znów blisko przyjaciela (choć nie aż tak bardzo jak poprzednio). Bawiła go ta sytuacja. W życiu by nie pomyślał, że dwójka przyjaciół, facetów będzie się tak luźno czuła w swoim towarzystwie. Leo dość niegrzecznie zgonił kota z łóżka. – A mnie kto poszmyra? – prychnął rozbawiony po raz kolejny i zaczesał swoim standardowym ruchem włosy do tyłu paczając na reakcję karakana cicho zamiauczał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bishop
Kapitan drużyny siatkarskiej
Captain Awesome ♥
avatar

Liczba postów : 81
Join date : 26/01/2014

PisanieTemat: Re: Kamienica panów Van Graaf   Sob Gru 06, 2014 12:35 am

— I jak tak dalej pójdzie, to nigdy niczego od ciebie nie zjem, bo wcześniej cię zwyczajnie zatłukę! — Bishop nie dawał za wygraną, choć musiał przyznać, że rozbawiło go to zdanie związane z kubkami smakowymi. Alice był strasznie wybredny, kiedy przychodziło do jedzenia. Stąd na przykład nadal ubolewał nad dodaniem czosnku do potrawy, którą przygotowywał. Koniec końców jednak, był w stanie zjeść niemalże wszystko, co swoim wyglądem nie odstraszało go na drugi koniec świata. Wkrótce siatkarz przestał zwracać uwagę na telewizor, a rozdzielił ją (niemalże po równo) między Ciela, a jego opiekuna. Ciastek wiedział, iż koty lubią być drapane po brzuszku, ale każdy z futrzaków pozwala się dotknąć w tym miejscu tylko określoną liczbę razy, zanim zdezorientowany napływem przyjemności nie wyciągnie pazurów, zaciekle atakując obiekt sprawiający mu tyle radości. Ot, jedno z kilku niezrozumiałych zachować wśród kociaków.

Z kolei Leo był raczej bezpośredni w swoich żądaniach czy czynach. Jawnie domagał się zarówno manta, jak i pieszczot. Biszkopt, tym razem nieco odważniejszy, niż poprzednio, postanowił zagrać w grę artysty. Zmniejszył dystans pomiędzy nimi jeszcze bardziej. Szybko znalazł się na odległość oddechu od blondyna i zaczął wpatrywać się w jego oczka, choć dla urozmaicenia wodził wzrokiem także po jego szyi i klatce piersiowej. Lewą ręką przykrył nadgarstek Leo, palcem wskazującym łagodnie przemieszczając się po nim w tą i z powrotem.

— Podobno mam bardzo delikatne dłonie. To dziwne, bo są to wszak dłonie pracujące... — odmruczał blondaskowi. Trudno stwierdzić, czy była to jakaś aluzja, czy może Alistair odnosił się do swojej gry w kosza oraz siatkówkę. Tak czy siak, widać było, że nie wstydził się i nie bał bliskości, dopóki miał nad wszystkim kontrolę. Prawie, jak dwie strony medalu.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Leon

avatar

Liczba postów : 85
Join date : 28/11/2014

PisanieTemat: Re: Kamienica panów Van Graaf   Sob Gru 06, 2014 12:53 am

Blondyn roześmiał się prawie na cały głos. – Dłonie pracujące? No patrz. Moje już takie delikatne nie są. A wydaje mi się, że nie mniej od Ciebie robię. – wykrzywił usta w podkówkę, jakby to go zmartwiło i ujął szorstką dłonią podbródek chłopaka. – Cwany się zrobiłeś w przeciągu ostatnich kilku minut. Na dole nie miałeś takiej miny. – wypowiedział ze swoim lekko wrednym uśmiechem jednocześnie niespodziewanie pchając go do tyłu. Wcale nie oszczędzając na sile. Zresztą co tu dużo mówić, i w pracach plastycznych było widać, że miewał problem z wycyrklowaniem odpowiedniej ilości powera. – Mówiłem już wcześniej, rozgość się. Czyż nie wygodny materac? – rzekł wygodnie usadawiając się w pasie przyjaciela. Bezczelne, czyż nie? – Nie wpatruj się tak tymi paskudnymi oczami we mnie bo zrobię coś, wbrew swojej woli. – czy chłopak wyczuje sarkazm w stwierdzeniu iż jego ślepia są paskudne? Nie wiadomo. Ale Blondyn czuł się dziwnie i „miękko” kiedy te wpatrywały się w niego. Jedna z niewielu rzeczy, które powodowały, że Leo był bardziej przystępny. Van Graaf lekko odchylił się do tyłu, sięgając po pilot. Pstryknął guziczek i w pokoju zapanowała egipska ciemność. Przynajmniej do czasu aż ich oczy się nie przyzwyczają. Nachylił się do ucha czarnucha (nie czuję, że rymuję) i cicho zasyczał, naśladując głosy znane z horrorów. – Boisz się …? – Po pokoju rozszedł się makabryczny śmiech. – Panie od pracujących rąk, jak tam z resztą? – palec wskazujący ułożył przy krawędzi jego koszuli i bluzy, lekko podnosząc je do góry. W razie sytuacji w której Biszkopt będzie chciał go z siebie zrzucić bądź podnieść się, ten bezceremonialnie przygniata go do łóżka, łapiąc za nadgarstki. – Zawsze mnie ciekawiło czy brzuch siatkarza jest wytrenowany tak jak reszta ciała. Hm?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bishop
Kapitan drużyny siatkarskiej
Captain Awesome ♥
avatar

Liczba postów : 81
Join date : 26/01/2014

PisanieTemat: Re: Kamienica panów Van Graaf   Sob Gru 06, 2014 1:21 am

I znowu nastał ten moment, w którym Bishop stracił kontrolę nad tym, co się wokół niego działo. Pewność siebie opuściła go i tym razem, chociaż nie aż tak dobitnie, jak wtedy, kiedy obaj stali oparci o drzwi, a Leo się wygłupiał. A tak w zasadzie, to co oni teraz robią? Siatkarz nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie i pewnie zmartwiłoby go to, gdyby nie fakt, że był zajęty rozpaczliwą próbą odzyskania plakietki samca alfa.

Niestety, jego protest nie doszedł do skutku. Popchnięty na materac Alistair zdał sobie sprawę z tego, że dość szybko ustępuje pola blondynowi. Nie potrafił nawet odgryźć się mu, jak to robił do tej pory. Nie wszystko jeszcze było stracone, a i Biszkopt nie chciał poddawać się tak łatwo, ale gdzieś w środku czuł, że tym razem będzie skazany na porażkę. Pomimo tego, iż uciekał wzorkiem po całym pokoju, to mimo wszystko zawsze wracał do jednego konkretnego punktu, jakim były oczy artysty-buntownika. Patrzył w nie raz krócej, raz dłużej, a jego spojrzenie najtrafniej określałoby słowo "maślane".

Chyba najbardziej ze wszystkiego, na Biszkopta wpłynęła ciemność, która tak nagle zapadła po zgaszeniu telewizora. Młodszego chłopaka przeszedł lekki dreszcz związany z zadanym mu pytaniem.

- Nie boję się - odparł na tyle stanowczo, na ile w tym stanie potrafił. Nie słychać było w jego głosie tej samej odwagi, co poprzednio, aczkolwiek wciąż był on przyjemny dla ucha za sprawą chrypki. Gdyby czarnowłosy był teraz podłączony do wariografu, maszyna zakomunikowałaby pewnie, że skłamał. Nie był jakoś specjalnie przerażony, ale z drugiej strony odczuwał ten specyficzny rodzaj niepokoju. Nie umiał stwierdzić, czy to wciąż zabawa, czy już nie. Orientując się, że Van Graaf trzyma jego koszulę i przymierza się do odsłonięcia brzucha, gwałtownie się podniósł, lecz został błyskawicznie spacyfikowany. Syknął coś tylko pod nosem, nie mogąc wykonać praktycznie żadnego ruchu. - Leo... - mruknął cicho. Nie było to ani pozwolenie, ani sprzeciw. Bishop czuł się... po prostu inaczej. Może trochę nieswojo, może w jakimś sensie niekomfortowo, ale z drugiej strony zrobiło mu się jakby troszkę cieplej. No i trzeba przyznać, że pomimo tej całej mieszaniny uczuć, podobała mu się ta bliskość.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Kamienica panów Van Graaf   

Powrót do góry Go down
 
Kamienica panów Van Graaf
Powrót do góry 
Strona 1 z 4Idź do strony : 1, 2, 3, 4  Next
 Similar topics
-
» "Czarna kamienica" Shasamo.

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Yaoi Gakuen :: Londyn :: Dzielnica mieszkalna :: ∎ Kamienice-
Skocz do: