IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Dante i Xavier [Ireland]

Go down 
AutorWiadomość
Gość
Gość



PisanieTemat: Dante i Xavier [Ireland]   Nie Paź 26, 2014 5:14 pm

Około dwóch lat wstecz, Irlandia.


Dante (alias Theo): Raz i Dwa.

Naas. Małe miasto, liczące sobie około dwudziestu tysięcy mieszkańców. Plus jeden obcokrajowiec. Dante Arrow.
Gdyby ktoś go spytał o powód, dlaczego znalazł się nagle, właściwie z dnia na dzień, w środku irlandzkiego państwa. Potrzebował zakosztować wolności, po roku zapuszkowania. Pragnął niezależności jak niczego innego.
Gdy znalazł się jednak w mieście, o którym nigdy nie słyszał, bez grosza przy duszy, zaczął rozważać, czy był to tak dobry pomysł, jaki wydawał się po opuszczeniu progów więzienia. Sam fakt, że dotarł do tego miejsca bez żadnego wkładu własnego (a jedynie okradnięciu kilku niczego nieświadomych ludzi na stacji w Londynie) był rzeczą szokującą.
Niewiele jednak mogło zaskoczyć mężczyznę, który przez rok był odcięty od świata z powodu głupiego aktu wandalizmu. Potrzebował spokoju, zapomnienia i wolności. Niekoniecznie w tej kolejności. Dlatego, czemu nie Irlandia?
Problem polegał na tym, że był głodny, zbliżała się pora obiadowa, a ani kraść, ani prosić się o jedzenie nie zamierzał. Honor syna mafioza. Nie pozostało mu wobec tego nic innego, jak tylko położyć się na murku i przespać. Może wtedy problem apetytu zniknie.
Spojrzał krzywo na swoje przyszłe "łoże". Nie wyglądało może najczyściej, ale stanowczo prezentowało się lepiej od ziemi. Przesunął rękawem po kamieniach, próbując przed sobą udawać, że to wystarczy, by były czyste. Aż nim wzdrygało na myśl, kto jeszcze mógł w ten sposób korzystać z tego miejsca wątpliwej wygody.
Ułożył się na prowizorycznym łóżku i owinął skórzaną kurtką, podkładając przedramię pod głowę. Zamknął oczy i spróbował odpłynąć. Był przecież wolny. Na dobry początek to musiało wystarczyć! Jedzeniem i prysznicem zajmie się później.
Przysnął na dość długą chwilę. Obudziło go dopiero mocne potrząsanie. Warknął z niezadowoleniem, chwycił za trzymającą go dłoń i mocno wykręcił, wydobywając z ust antypatycznego człowieka jęknięcie bólu.
- Ej, ej, stary, spoko! Wiesz, gdzie jest Galway?
Brunet zmarszczył brwi i uniósł niespiesznie powieki, wciąż trzymając w żelaznym uścisku dłoń narzucającego się gościa. Zamrugał oczami i powoli się uniósł, rozglądając dookoła. Gdzie on właściwie...? Ach, no tak. Irlandia.
- Galway? - powtórzył pytająco, szybko odzyskując pełną przytomność umysłu. Te dwanaście miesięcy za kratami bardzo wyostrzyły jego uwagę, oraz wzmocniły fizycznie. Ani jednemu dupkowi się nie oddał, ale zakosztował przez to sporej ilości przyspieszonych kursów walki. Czy to środek nocy, czy stołówka, musiał być przygotowany do ewentualnej obrony. A najlepszą obroną jest... Atak.
Skomlący z bólu osobnik nie był najwyraźniej doświadczony w tej kwestii. Przypominał skrzyżowanie dziecka kwiatu z punkiem. Połączenie tak dziwne, że natychmiast zdobył dziewięćdziesiąt procent uwagi Arrowa. Pozostałe dziesięć odnotowały obecność campera, z dwoma panienkami, które machały intensywnie ku Dantemu i nowemu koledze.
- Galway, tak? Jasne, że wiem, człowieku! Ale takie informacje tylko za podwózkę! - Uśmiechnął się szeroko, puszczając w końcu poskręcaną dłoń swej ofiary, wyprostował się, górując nad bad hippisem i waląc go w ramię.
Mężczyzna nie był człowiekiem, który żywił zbyt długo urazę. Najpierw roztarł nadgarstek, a potem ramię, by uśmiechnąć się szeroko i zaprosić nastolatka ku swemu domowi na kółkach.
Dziewiętnastolatek oczywiście nie miał bladego pojęcia, jak dotrzeć do jakiegokolwiek miejsca w tej krainie, ba! nie potrafiłby nawet wrócić do Dublinu. Nie zamierzał jednak dawać tego po sobie poznać. Darmowa podwózka nie trafiała się codziennie.
Zapakował się na tył wozu, do dziewczyn, by zaraz odnotować znajomy zapach w nozdrzach. Trawka.
- Gościa nie poczęstują państwo? - Roześmiał się, całując na powitanie obie panienki w policzek. - Jestem Theo i będę wam towarzyszem oraz drogowskazem, coś mi się należy. - Zażartował.
Przybrał pozę wyluzowanego nastolatka, by ukryć dawne przeżycia z więzienia. Chciał luzu i zapomnienia, dlatego zdecydował się całkiem oszukać nowych znajomych. Tak było łatwiej, a przede wszystkim nikt nie zadawał głupich pytań. Wskazał kierunek przeciwny, do jakiego był ustawiony wóz, a potem rozłożył się na łóżku z koleżankami i przyjął zapalonego jointa.
Wszystko świetnie się składało. Ze swojego miejsca dostrzegł nawet mapę, częściowo wystającą z zamkniętej szafki. Później się nią zajmie i odkryje, gdzie też właściwie zmierzali jego nowi znajomi.
Jak im właściwie było?
Nieważne. Te dwie panienki i tak były lesbijkami, a facet prowadził samochód. Nie potrzebował rodowodów do chwilowego odpoczynku. Może nawet prysznic mieli...?
Powrót do góry Go down
Xavier

avatar

Liczba postów : 170
Join date : 11/02/2014
Skąd : United Kingdom - Bristol

PisanieTemat: Re: Dante i Xavier [Ireland]   Nie Paź 26, 2014 7:06 pm

Okres wakacyjny był zapowiedzią niezapomnianych przygód i przelotnych romansów, zarezerwowanych dla starszych. Młodsze dzieciaki zwykle bawiły się pod opieką dorosłych, wyjeżdżając w śnieżne góry tudzież nad cieplutkie bajora. Nastolatek jednak nie miał tyle szczęścia i co roku rodzice wcześniej wspomnianego, zwykli wysyłać swoje pociechy nie na kolonie czy ekscytujące podróże, a do mieszkań i niewielkich domków na odludziach, należących do rodziny. Tam też młodzi mieli uczyć się pokory w stosunku do starszych, którym to trzeba było okazywać szacunek na każdym kroku i cierpliwości, gdyż ta człowiekowi zamieszkującemu wielkie miasto i nie raz metropolie, bywała potrzebna. Chociaż wśród przyjaciół czuł się swobodniej, niż jedząc obiad przy stole z krewnymi nie mógł decydować, bo na nic zdawały się kłamstwa i prośby, czy obietnice o poprawieniu dotychczas popełnionych błędów wspominając o tym, że dorastający chłopaczek nie należał do szczególnie poukładanych, a szlak problemów ciągnął się za nim długim sznurem. Towarzystwo emerytowanych rencistów przywitałoby go z otwartymi ramionami, kolejny raz wypytując o to, jak się miewała jego piękna dziewczyna o której zwykł opowiadać, a która w rzeczywistości nigdy nie istniała, będąc stworzoną jedynie na potrzeby sprawiania dobrego wrażenia wśród pomarszczonych, poczciwych Irlandczyków mających bzika, na punkcie nastoletnich miłości i zaręczyn pod drzewem z cukierkowymi tanimi pierścionkami. Rodziciele na stacji pożegnali go bardzo czule, w rzeczywistości niezmiernie ciesząc się z tego, że i tego roku udało im się wypchnąć najmłodsze dziecko z domu, który gdy tylko zamknęły się drzwiczki stał się całkowicie pusty, przeznaczony do dyspozycji dość nieobliczalnych, ciągle zakochanych w sobie ludzi noszących miano rodziców. Podróż trwała naprawdę długo i była strasznie męcząca dla kogoś, kto źle znosił jazdy pociągiem za względu na przemijające z wiekiem choroby lokomocyjne, zaś spoglądanie do wnętrza toalety przez którą widać było tory z wiadomych względów nie należało do najprzyjemniejszych przeżyć. Jednym słowem nienawidził podróży w pojedynkę,  kiedy to musiał martwić się dosłownie o wszystko. Z niewiadomych przyczyn, nikt nie chciał nawiązać z nim dłuższej rozmowy co strasznie go frustrowało. Ludzie jedynie łypali spod gazet i czasem coś mruknęli lub zapytali o to, jak daleko do następnej stacji. Wsparł podbródek na dłoni, spoglądając przez szybę na zmieniający się krajobraz który praktycznie znał, gdyż nie raz jeździł w te strony tymi samymi trasami i podobnymi pociągami zapamiętując na przyszłość kolejno jak nazywały się poszczególne mniejsze lub większe miasteczka. Gdy znalazł się na terenie Irlandii bilety były sprawdzane jeszcze kilkakrotnie, tuż przed tym nim w okolicy Naas pociąg nie zatrzymał się na dobre, a to z powodu samobójczej pary zbiegiem okoliczności, wyskakującej przed nadjeżdżającą maszynę która rozbryznęła przedstawicieli płci żeńskiej i męskiej na miazgę. Pociągi ubabrane krwią nie mogły od tak jechać dalej przed siebie. Potrzebna była interwencja policji oraz innych przedstawicieli władz, tudzież szpitali którzy pozbyliby się fragmentów zmasakrowanych szczątków nie tylko z torów, ale także z posadzki stacji. Nie zrobiło to na nim większego wrażenia. Nie znał nieszczęśników więc zignorował wszystko, co ich dotyczyło nie wsłuchując się w historie krążące po peronie. Musiał wysiąść z pociągu zabierając ze sobą wszystkie rzeczy i przede wszystkim, dostać się do następnego. Ten miał jednak zjawić się dopiero za trzy godziny... Następnego tego dnia być już nie miało. Nikt o zdrowych zmysłach nie miałby ochoty czekać tak długo, na dodatek na miejscu zdarzenia. Zarzucił na wątłe barki ciężki plecak i wyszedł ze stacji z zamiarem przejścia się po okolicy i powrotu na stacje. Nie miał ochoty patrzeć na fragmenty mózgowia porozrzucane pomiędzy kamieniami a fragmentami węgla. Chodził bardzo długo i nie raz przysiadał na ławce odpoczywając, by przyjrzeć się opustoszałemu miejscu. W pewnym momencie zgubił się i krążył nie mogąc znaleźć drogi którą miał wrócić. Przejeżdżające samochody, były jego jedyną deską ratunku z której zamierzał skorzystać. Machając na przejeżdżające czterokołowce po długim czasie oczekiwania, sukcesywnie zatrzymał okazały samochód. Nie potrafił określić jego nazwy, bo takie widywał głównie w filmach, jednak to nie miało tu teraz dużego znaczenia. Gdy tylko szybka się uchyliła, podszedł od strony kierowcy i przedstawił swoją sytuacje, lecz zamiast podwózki bezpośrednio na pociąg dostał propozycje wspólnej podróży w podobną okolicę z której do domu miałby kawałeczek. Zastanawiając się dłuższą chwilę w końcu się zgodził, nie mogąc ustać na obolałych stopach. Szczeniak nie miał jeszcze oficjalnie skończonej siedemnastki. Oko kierowcy jednak niczego nie dostrzegło, lub przymrużyło się od razu biorąc młodziaka pod swój dach. Wchodząc do wnętrza czegoś przypominającego przyczepę, spojrzał się jeszcze za siebie mając nadzieję, że nie popełniał największego błędu w swoim życiu, że ten miły wyraźnie starszy od niego facet w rzeczywistości nie okaże się seryjnym mordercą który zawiezie go wprost do swojej obskurnej, zielonkawej piwnicy pełnej małych kotków. Zdziwił się gdy spostrzegł we wnętrzu pojazdu także innych ludzi. Nie wyglądali na przestraszonych. Wręcz przeciwnie, zachowywali się tak, jakby naprawdę byli na jakiś wczasach i niczym się nie przejmowali. Odłożył swój plecak gdzieś w rogu z początku nie ogłaszając wszystkim o tym, że właśnie wszedł. Dopiero mężczyzna postanowił go przedstawić, wcześniej zasłyszanym imieniem. Xavier. Odgarnął z oczu przydługą rudą grzywę, nim nie przeleciał wzrokiem po wszystkich zebranych. Uśmiechnął się niemrawo, by w końcu przysiąść na jednym z foteli z początku nie szczególnie włączając się do rozmów. Wszyscy wydawali się być od niego starsi. Miał nadzieję, że nikt nie będzie miał z tym problemu. Dziewczyny co rusz się ze sobą przytulały czy chichotały szepcząc coś sobie na ucho. Nawet przez myśl nie przeszło mu to, że mogły być parą. Wydawały się być typowymi przedstawicielkami płci przeciwnej to znaczy, jakimiś siostrami czy innymi kumpelami którym po prostu milsze było towarzystwo wzajemne niż podejrzanego wyłożonego jak kot salonowy chłopaka obleczonego masą tatuaży.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dante i Xavier [Ireland]   Nie Paź 26, 2014 10:19 pm

Kot salonowy, a właściwie lew, znany powszechnie pod imieniem Dante, a w tej przyczepie jako Theo, nie dostrzegł nastolatka ani w pierwszej chwili, ani w kolejnych. Tkwił gdzieś daleko, pomiędzy krajem snów, a jawą związaną z trawką. Miał przymrużone oczy, rozłożone nogi, a ręce założone starannie na piersi. Wpatrywał się w bliżej nieokreślony punkt, będący dokładnie naprzeciwko niego. I tkwił tak, bez ruchu, rozleniwiony, daleko od kotłujących się po łóżku panienek. W tej rzeczywistości dzieliło je od niego jakieś dwadzieścia, w porywach czterdzieści centymetrów (jeśli jedna weszła na drugą), ale tam, gdzie znajdował się umysłem brunet, nie dostrzegał ich nawet na horyzoncie. Co dopiero mówić o nowo przybyłym.
Podróż przebiegała spokojnie i bez żadnych sytuacji, które mogłyby zaniepokoić towarzystwo znajdujące się na łóżku. Przybycie Xaviera nie zostało przez nikogo zauważone przez naprawdę długi czas. Pierwsze dostrzegły go lesbijki, gdy jedna rzuciła na niego swój stanik. Roześmiały się, bynajmniej nie spłoszone obecnością osoby, która je podglądały.
- Przystojniaku, mogę? - rzuciła blondynka, do której bielizna należała. Zasłoniła dłonią piersi, bez zbytniej jednak skromności, a po prostu tak, by nie podrygiwały, gdy przesuwała się po łóżku w stronę nastolatka. Puściła do niego oko, a potem kopniakiem poruszyła leżącego bruneta.
W Dantem ponownie obudził się więzień. Złapał dziewczynę za nogę i sprawnym ruchem rozpłaszczył ją na łóżku. Wszystko przebiegło w ciągu ułamku sekundy, między jednym mrugnięciem oka, a drugim. Blondynka stękała w pościel, z wykręconą dłonią, a jej koleżanka wpatrywała się z przerażeniem w wciąż nieprzytomnego mężczyznę.
Gangsterowi zajęło chwilę odzyskanie względnie normalnej percepcji. Przetarł twarz wolną dłonią, spojrzał na dziewczynę pod sobą i wyswobodził ją z uścisku.
- Wybacz, jestem kompletnie nawalony - mruknął, uśmiechając się, jakby to, co się zdarzyło, nie było niczym poważnym. I nie było, bo koleżanki szybko się roześmiały, poklepały wytatuowanego po ramionach i zabrały za poszukiwania materiałów do kolejnych jointów. Zaś Arrow spojrzał na nowego towarzysza i zmierzył uważnym spojrzeniem. Sam wyglądał jak człowiek, który... No tak, w rzeczy samej, był gangsterem. Albo... No tak, wyszedł z więzienia. Patrzył spode łba na wszystko, wciąż nosił ślady po bójkach, był ubrany w skórę, a dłuższe włosy miał nierównomiernie poszarpane. Do tego, nawet na haju, obserwował nastolatka jak drapieżnik. Oceniając, czy stanowi dla niego zagrożenie i jaką osobowość posiada. Wyglądał bardzo niebezpiecznie, wpatrzony dwukolorowymi oczami prosto w chłopaka.
- Theo. - Uśmiechnął się nagle, wstając i podchodząc do szczeniaka. Wrażenie otaczającej go grozy nagle zniknęło, ale pozostała wciąż tajemnica i stanowcze ruchy, osoby, która bardzo dobrze wie, jaki ma cel w życiu.
Zdominować cały świat tak, by ten znalazł się na kolanach i mu obciągnął.
- Gdzie jest cel twojej podróży? - Dodał po chwili, ściskając dłoń Xaviera.
- Może trochę trawki na osłodzenie? - Dorzuciła brunetka, zawijając jointa na brzuchu kochanki.
- Jeśli ci wolno, dzieciaku. - Wtrącił się jeszcze brunet, pozwalając sobie na drwiący uśmiech. Otwarcie sprowokował rudowłosego knypka.
Powrót do góry Go down
Xavier

avatar

Liczba postów : 170
Join date : 11/02/2014
Skąd : United Kingdom - Bristol

PisanieTemat: Re: Dante i Xavier [Ireland]   Wto Paź 28, 2014 4:45 pm

Nie na co dzień ktokolwiek rzucał w niego damskimi biustonoszami. Mimo zaskoczenia tak śmiałym posunięciem, nie wystraszył się a jedynie odrobinę zapeszył, pierwszy raz mając okazje ujrzeć w pełnej okazałości, przysłoniętej tak czy owak dłonią dość dobrze wykształcone piersi, większe od tych, którymi pochwalić mogły się na imprezach nawalone koleżanki zwykle nie rozbierające się, a jedynie podnoszące koszulki. Pokręcił z niedowierzaniem głową, nim nie odrzucił fragmentu bielizny, faktu zbytnio nie komentując. Świadek przemocy stosowanej na niczemu winnej dziewczynie, ożywił się dopiero wtedy, gdy sam widząc przewagę i brak jakichkolwiek skrupułów względem drugiego człowieka, poczuł się zagrożony.  Nie uczestniczył w tym spięciu bezpośrednio, jednak przyłapał się na odruchowym wstrzymaniu oddechu. Zadrżał na myśl o tym, do czego jeszcze czarnowłosy mógł być pod wpływem narkotyków zdolny. Jednak zaraz zaklął na siebie siarczyście w myślach, powtarzając, że jeśli chciał zyskać sobie czyjkolwiek szacunek, nie mógł pokazywać jak duże wywarło to na nim wrażenie. W końcu nie był już takim niedoświadczonym życiem dzieciakiem, za jakiego wszyscy inni go mieli.
- Limerick. Dość daleko, ale jak mi szczęście dopiszę znajdę się na miejscu późnym wieczorem. W najgorszym przypadku rano, bo z tego co mi wiadomo, jedziecie w trochę innym kierunku. - Zagryzł wnętrze własnych policzków, nim nie zmierzył starszego od dołu ku górze, oceniając jego całkiem okazałą sylwetkę. Zastanawiał się, jak duża dzieliła ich różnica wzrostu i ile tak właściwie mógł na karku mieć bo nie różnił się wiele od samego rudzielca.
- Też załapałeś się na darmową podwózkę, czy jedziesz rodzinnie, a kierowca robi za przyzwoitkę was wszystkich? - Wyszczerzył się niemrawo, nim nie usłyszał drażniącej docinki dzięki której postanowił wstać i przechodząc na łóżko, by na tym przysiadnąwszy, podciągając do siebie nogi, poprosić o odpalonego skręta z niszczącym życie świństwem. Miał już doświadczenie ze zwykłymi papierosami, więc będąc pewnym siebie zaciągnął się bez krztuszenia. Chociaż od pierwszego machnięcia, nie było mu zbyt przyjemnie przetrzymał, wypuszczając dym w kierunku chłopaka.
- Niby ile masz lat, żeby mnie dzieciakiem nazywać? Całkiem przyzwoicie się trzymasz. Ale emeryturę dostajesz, czy raczej balujesz za kasę wnucząt? - Język zdążył mu się z wrodzonej wredności prędko rozwiązać, a czy była w tym jakaś zasługa narkotyków; nie wiedział, bo przedtem nie miał z nimi zbyt dużego kontaktu, bardziej lubując się w dostępniejszym w mieście alkoholu. Skinął na niego głową by nie stał tylko się przyglądając i nawet zrobił mu obok siebie miejsce, podając zawinięty rulonik dalej do następnej osoby, jeszcze leniwie się przeciągając, by przechylając łeb mieniący się rudością jeszcze przedstawić się wpatrzonym w niego dziewczynom, których imiona a właściwie pseudonimy zdawały się być tak pokręcone, że tylko był w stanie mruknięcie z siebie jakieś wydać, nie wnikając głębiej dlaczego i po co gdyż pewnie i tak by nie zrozumiał, bo według zapewnień przedstawicielek płci przeciwnej wiązały się z tym bardzo długie historie.
- A tatuaże dawno już robiłeś, czy raczej są świeże? Opowiedz coś o nich. Też bym chciał w przyszłości jakieś mieć. - Zaraz zagadał czując zbliżającą się, niezręczną przynajmniej dla niego ciszę, której presji nie chciał ulec. Zamachał ręką w powietrzu, odganiając od siebie drażniący dym, wychodzący ze skręta, który rozchodził się po całym samochodzie i przenikał przez ubrania czy włosy. Dosłownie wszystko, o czym z każdą chwilą coraz bardziej się przekonywał, nie raz zerkając w kierunku kierowcy. Ten raczej żywo nie opowiadał, bo zajęty był słuchaniem muzyki, czy patrzeniem przed siebie. Żył w swoim świecie i nikomu nie wadził, ale jednak sprawiał wrażenie kogoś, kto mógł być równie naćpany co inni.
- Zastanawialiście się kiedyś nad tym, jakby to było zginąć w wypadku samochodowym? Tu chyba nikt by nawet nie zauważył, że coś poważnego się stało bo wszyscy tak się najarali, że ledwo co kontaktują ze światem zewnętrznym. - Zamruczał pod nosem, nim nie oparł się o górę poduszek powoli, mimo zdrowego rozsądku ulegając atmosferze wszechobecnego odupienia, podsłuchując jedną z kolejnych mało znaczących, jednak teraz dość interesujących rozmów. Czasami mówił więcej niż powinien, zadając dziwne pytania a zaraz potem milczał, uważnie się wsłuchując. Wiele rzeczy go rozpraszało, dlatego próbował skupiać się raczej na jednej czynności, by zachować względne opanowanie i nie pokazywać po sobie tego, chociaż już w źrenicach porządnie było to widać, że nie był już trzeźwy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dante i Xavier [Ireland]   Sro Paź 29, 2014 10:43 pm

Dante odprowadził wzrokiem nastolatka, rozważając odpowiedź. Miał wrażenie, że powinna była ona mu o czymś przypomnieć. Dopiero po chwili zaświtała myśl, co konkretnie - powinien znaleźć mapę i zorientować się, gdzie właściwie zmierzali. Sięgnął do szafy, w której wcześniej dostrzegł kawałek papieru i z ulgą odnotował, że dzięki niemu w jakiś sposób uda mu się poinstruować kierowcę, jak ten powinien się przemieszczać. Dopiero wtedy odmruknął:
- Ja prowadzę tą “rodzinkę” do Galway. I jak preferujesz, mogę nazwać cię też kurduplem, albo rudzielcem.
Można powiedzieć, że pyskówka Xaviera spłynęła po nim jak woda po kaczce. Nie czuł się w obowiązku merytorycznie odpowiadać, bo i dzieciak nie miał o co się obrażać. Wyglądał jak szczeniak? Wyglądał. Zachowywał się? Zachowywał. A zresztą, dla kogoś, kto spędził rok w więzieniu i przeżył, każdy nastolatek wyglądał jak obcy z innej planety, pełnej niedojrzałości i głupoty. Co on właściwie wiedział o życiu? Cud, że się nie zakrztusił, wdychając dym.
Bystre oko Dantego dostrzegło te maleńkie, sekundowe drgnięcia mięśni twarzy, które świadczyły o niezadowoleniu z zapachu. Trucie się zawsze wymagało odrobiny przyzwyczajenia, nawet narkotykami, które szybko wywoływały pozytywne reakcje. Chyba, że ktoś nieczęsto z nich korzystał.
Arrow dzięki ostatnim dwunastu miesiącom radził sobie z każdą formą odurzenia świetnie. I nawet w stanie największego otępienia reagował ze zwinnością pantery, nie pozwalając nikomu na atak. Chwila nieuwagi mogłaby go kosztować zbyt wiele, a więzienną dajką zostać nie planował. Za bardzo go to obrzydzało, by pozwolił nawet sobie obciągnąć, a co dopiero miałby zrobić przyjemność komuś innemu.
Usiadł pomiędzy rudzielcem, a dziewczynami, przyjmując bucha i w milczeniu wciągając w siebie dym. Skupił wzrok na chłopaku, gdy usłyszał skierowane do siebie pytanie. Zmarszczył brwi z namysłem i sięgnął palcami do kolczyków na uchu, gładząc je w namyśle. Pytanie było całkiem, całkiem sensowne.
- Tatuaże robiłem rok-dwa temu. - Wzruszył lekko ramionami. - Ale jeden wciąż jest nieskończony. - Poklepał prawą dłonią wystający fragment wężowego tatuażu. Pozwolił sobie nawet na delikatny uśmiech, który przez dłuższą chwilę nie spełznął mu z twarzy. Położył się wygodnie na łóżku, przeciągnął i odgarnął włosy z twarzy.
- Drugi nie powstał, by być dziełem sztuki. Ale sam musiałbyś go znaleźć. - Arrow puścił oko do chłopaka, nie mówiąc specjalnie poważnie. Może i od dawna nie uprawiał porządnego, prawdziwego seksu, ale przywykł do tego stanu rzeczy na tyle, by nie rzucać się ot tak na jakiegoś małoletniego. Zupełnie inaczej miałaby się sprawa, gdyby Xavier miał już tą osiemnastkę na karku…
Gangster nie zamierzał wchodzić w jakieś zawiłe konwersacje. Pozwalał gadać dziewczynom i nastolatkowi, samemu tkwiąc w milczeniu aż do momentu, gdy ktoś nie odzywał się wprost do niego. Słuchał też jednym uchem, sporadycznie kiwając głową, lub wyrzucając z siebie odpowiedź, która może nie była sucha i krótka, ale na pewno nie zawierała w sobie ważnych szczegółów jego życia. Dlatego mimo upływu czasu, wciąż towarzystwo nie wiedziało o nim niczego konkretnego. Pozwolił sobie jedynie powiedzieć, że jest starszy od osób leżących na łóżku, a młodszy od kierowcy. Plasowało go to w przedziale między osiemnastym, a trzydziestym rokiem życia. Biorąc pod uwagę wygląd zewnętrzny, można było mu dać ten niższy próg, ale sposób bycia i samo spojrzenie postarzały go o kilka lat. Stanowczo przywodził na myśl osobę, która przeszła o kilka zdarzeń za dużo.
- Dzieciak, to mówiłeś, że ile masz lat? Czternaście? - rzucił mafiozo w chwili, gdy całe towarzystwo milczało już tak długo, że zdążyli skończyć zaciągać się kolejnym już jointem. Przestali liczyć po… dwóch?
Dobry towar.
- Jedenaście! - Rozchichotała się blondynka, przekładając nogi nad brunetem i kopiąc lekko nastolatka w bok. - Taki mały pyszczek, który potrzebuje mamusi. - Dorzuciła zaraz, by pogrążyć skutecznie Röslera.
Camper wypełnił się śmiechem towarzystwa, który jako pierwszy przerwał okolczykowany. Zrzucił z siebie dziewczynę, mamrocząc, że on nie ma cycków, więc niech klei się do koleżanki. Jego zainteresowanie płcią przeciwną było jeszcze mniejsze, niż pragnienie konwersacji z kierowcą, a to było naprawdę dużym osiągnięciem.
Przeciągnął się, ziewając jeszcze krótko i przecierając twarz dłońmi. Dalsze wciąganie narkotyku nie wchodziło w grę, dlatego odmawiał następnym propozycjom. Był na tyle oderwany od rzeczywistości, że gdy panienki znowu się rozochociły i zaczęły zabawiać, przez dłuższą chwilę nie reagował, by w ostateczności obrócić się jedynie na bok, w stronę rudzielca. Wzruszył lekko ramionami, informując go niemo, że nie miał wyboru. Wyglądał na tak mocno nawalonego, jakby nic nie mogło go już wyprowadzić z równowagi. Kompletnie nic. Właściwie spał, tylko z otwartymi oczami.
A jednak gdzieś tam, głęboko, wciąż czaił się czujny obserwator, który badał otoczenie i zachowanie nastoletniego szczeniaka. Ze zwykłego przyzwyczajenia, oczywiście. Niespodziewany atak mógł nadejść z każdej strony.
Powrót do góry Go down
Xavier

avatar

Liczba postów : 170
Join date : 11/02/2014
Skąd : United Kingdom - Bristol

PisanieTemat: Re: Dante i Xavier [Ireland]   Sob Lis 01, 2014 2:51 pm

Rozbolał go brzuch i przez moment nie było mu dobrze, acz ten stan tak szybko jak się pojawił, tak przeszedł. Nieprzyjemny skurcz żołądka wywołany niewyjaśnionym zdarzeniem, był jeszcze długo rozpamiętywany lecz nikt z zebranych nie został słownie, ani też werbalnie powiadomiony, o złym stanie wyczerpanego podróżą młodszego. Dziary na rękach i nadmiar kolczyków w uszach, były jego pierdolonym fetyszem i nie mógł przejść obok nich obojętnie, dlatego też, wsłuchiwał się z trudem powstrzymując dłonie od spoczęcia na przeciwległym, starszym od własnego ciele.
- A dałbyś mi przyzwolenie, na samodzielnie znalezienie? - Podpytał jeszcze uśmiechając się zadziornie, na myśl gdzie mógłby znaleźć niepokazany przedtem tatuaż. Chociaż był bardzo młodym szczeniakiem, dość prędko odkrył swoje upodobania względem mężczyzn, jednak nie wychwalał się niecodzienną orientacją przy każdej możliwej okazji, z tego też powodu na dzień dzisiejszy nie mając przy boku żywej duszy, skłonnej do odwzajemnienia narastających z biegiem lat potrzeb dorastającego, potrzebującego uwagi nastolatka.
- Osiemnaście! Ślepi jesteście czy o co chodzi? Niby z której strony wyglądam, jak czternasto czy jedenastoletnie dziecko? - Odparł z oburzeniem, by nerwowo zaciągnąć się do połowy wypalonym już skrętem, wzrokiem omiatając zebranych. Wypuścił spomiędzy ust dym, zawieszając nieprzyjemny wzrok na blondwłosej, obłapianej przez kochankę dziewczynie. Przytrzymując zdobycz którą nie prędko zamierzał się dzielić wargami, złapał w dłoń jedną z leżących poduszek i celnie rzucił nią w twarz rozbawionej w najlepsze dziewczyny, która zdziwiona nagłym, nieprzewidzianym atakiem wpadła wprost w piersi wiercącej się na łóżku koleżanki, zaraz to z chichotem dociskającej ją do wcześniej wspomnianych.
- No chodź tu do mnie! Nie puszczę Cię tak szybko, jak ostatnim razem! Nie ma przebacz, teraz jesteś moja tylko i wyłącznie. - Partnerka zawołała radośnie, mając zamiar zachęcić wybrankę swego serca do dalszej w jej mniemaniu, znakomitej zabawy prędko to chwytając ją w pasie i przewracając się z nią tak, by górować nad tą bardziej wygadaną która z obserwacji, nie łatwo chciała dać za wygraną szamocząc się z uśmiechem na ustach z biuściastą blondynką. Teraz tylko rudzielec dopalał spokojnie do końca i nikt mu niczego z dłoni nie wydzierał. Mógł bez skrępowania dalej raczyć się dość cennym towarem, za rozmówce mając obróconego ku sobie czarnowłosego. Jego obecność nijak mu nie przeszkadzała, dlatego też odpowiedział wzruszeniem na wzruszenie, nawet przysuwając się bliżej, by lepiej ze względu na piski i jęknięcia dochodzące zza pleców słyszeć słowa dobiegające z ust obtatuażowańca.
- Zawsze tak odganiasz od siebie dziewczyny, czy to był wyjątek? - Podpytał mimochodem, chcąc w jakiś sposób nawiązać z nim krótką konwersacje, bo nijak nie miał ochoty tylko na niego patrzeć podziwiając majestat, w międzyczasie szukając najmniejszych skaz, odejmujących mu uroku osobistego. Przeciągnął się leniwie i trzymając niedopałek pomiędzy palcami, padł na łóżko tuż obok prędko spostrzegając, że ten z którym miał zamiar rozmawiać coraz mniej kontaktował co nijak mu się nie spodobało, bo podróż do krótkich należeć nie miała, a niegrzecznie byłoby przeszkadzać bawiącym się dziewczynom, które w trakcie wymiany zdań zwykle dotykały się między sobą dla żartów lub próbowały całować oczekując reakcji.
- Nad czym się tak zastanawiasz? - Trącił go palcem w brzuch, próbując rozbudzić go z narkotycznego letargu. Chłopak naprawdę był w jego typie i obronić potrafił gdyby sytuacja wymagała użycia przemocy – można by rzec, partner idealny który pewnie i w łóżku ciekawe rzeczy wyczyniał, bo takie indywidua niezależne i krzykliwe zwykły wybijać się ponad przeciętność w głowie mając coś więcej, niż zgaszone światło i modlitewki przed spaniem.
- Jesteś studentem czy kimś takim? Może gdzieś pracujesz? - Zadając następne pytanie dokończył misternie skleconego papierosa, niedopałek odkładając na tutejszy prowizoryczny parapet, na którym zwykły spoczywać bibeloty różnorakiej maści. Sięgnął dłonią do przydługich pasm włosów podróżnika, i owinął sobie wokół palców kilka plączących się kosmyków przyglądając im się z uwagą, mimochodem bardziej otwierając się na konfrontacje ze swoim przeciwnikiem, mijając z biegiem działania narkotyku kolejne, teraz nic nie znaczące granice, by poznać przyćpanego starszaka dokładniej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dante i Xavier [Ireland]   Sob Lis 01, 2014 7:16 pm

- Przyzwolenie? - Powtórzył niemal z namysłem brunet i zmrużył oczy. Nie odpowiedział przez naprawdę długą chwilę, jakby już zdążył o pytaniu całkiem zapomnieć. Pozwolił sobie nawet na wejście w inną konwersację, dotyczącą wieku. A gdy uzyskał potwierdzenie, że Xavier ma te -naście lat...
- Sądzę, że tak - rzucił w końcu, niejednoznacznie nawiązując do pytania, które miał pełne prawo już dawno zniknąć w mrokach niepamięci zgromadzonych. Gdy zrzucił z siebie dziewczynę, przymrużył oczy z leniwym uśmiechem, przeciągając się powoli, z satysfakcją, że panienka zmieniła swoje miejsce pobytu. Wzrok wbił gdzieś ponad chłopakiem naprzeciwko siebie i pogrążył w milczeniu. Dopiero po chwili dotarło do niego pytanie nastolatka.
Wzruszył lekko ramionami.
- Może Scarlett Johanson bym nie odrzucił, ale za lesbijkę siebie nie mam - mruknął, jakby mimochodem, ponownie nie odpowiadając wprost. Mówienie wprost o własnej orientacji nie należało do najinteligentniejszych posunięć w więzieniu. W tym momencie, teoretycznie, był na wolności, ale przyzwyczajenia ciężko było od razu zmienić...
Drgnął z zaskoczeniem, gdy został dźgnięty w brzuch. Chwycił mocno za nadgarstek chłopaka i wykręcił go, wraz z całą ręką, aż do oporu. Wyostrzył wzrok, skupiając się na niedoszłym atakującym i zaraz zorientował się, że trochę przesadził. Dzieciak nie wyglądał jak osoba, która mogłaby w jakikolwiek wyrządzić krzywdę, a wręcz przeciwnie, prędzej potrzebowała opieki. Była to jednak dla niego nauczka, by nie prowokować osoby pół przytomnej, która już wcześniej pokazała, że potrafi się bardzo sprawnie bronić.
- Wybacz - mruknął ugodowo, niemal natychmiast puszczając dłoń z uścisku i lekko rozmasowując mu nadgarstek, by rozluźnić automatycznie napięte i naciągnięte mięśnie. - Pogrążyłem się w pół śnie i zareagowałem odruchowo.
To wytłumaczenie nie zabrzmiało zbyt dobrze. Wręcz przeciwnie, stawiało Dantego w kiepskim świetle. Jeśli ktoś machinalnie wykręcał innym członki, to, no cóż… Na pewno nie był zwyczajnym, przeciętnym gościem, który po prostu znał dobrze samoocenę. Nawet, jeśli wyglądał, jakby wyszedł z jakiejś otchłani piekielnej, to wciąż mógł nie mieć związku z przemocą. Mógł, ale jak było widać, miał. Z faceta tajemniczego, może nawet mrocznego, zgrabnie przechodził w niebezpiecznego. I raczej nie istniało wiele osób, które by chciały się oprzeć takiej osobie.
- Nie. W tej chwili podróżuję bez celu i pieniędzy. - Mówiąc to, nie wyglądał na osobę przejętą swoim stanem rzeczy. Przeciwnie, był tak bardzo wyluzowany, jak tylko mógł. Nawet przymknął oczy, gdy chłopak ujął część jego włosów między swoje palce.
Brunet lubił taki dotyk. Nie tylko będąc obiektem, ale i przeciwnie, gdy to on kogoś głaskał. Za kratkami taki dotyk raczej nie wchodził w grę - a jeśli nawet, był raczej związany z szarpaniem i rzucaniem o ścianę, lub dociskaniem do krocza. Taka forma bliskości, z krótkimi, poszarpanymi puklami nie wchodziła w grę. Poza tym, nigdy nie było wiadomo, kiedy ten człowiek mył włosy (lub ręce). Zbyt obrzydliwe, jak na gusta Arrowa. Cudem przeżył ten rok i nie zwariował, ale jego delikatna mania czystości stanowczo przybrała na sile. Prysznic, prysznic, prysznic. żadnych kutasów.
Uchylił powieki i obdarzył nastolatka długim spojrzeniem, od którego niejednej dziewczynie spadłyby majtki. Uśmiechnął się leniwie, z groźną nutą.
- A ty jesteś grzecznym uczniakiem, co? Jadącym do rodzinki na wakacje i zamierzającym spędzić resztę życia tak, jak tatuś każe, z panienką, jaką mamusia wybierze? - Zadrwił widocznie, śmiało drażniąc dzieciaka. Już zdążył zauważyć, że ten jest przewrażliwiony na punkcie swojego wieku. Miał się za takiego dojrzałego, a pewnie nawet się nie całował w swoim życiu. Dzieciak.
Dzieciak i prawiczek. Osiemnastoletni.
W sumie… Brzmiało to nawet interesująco.
Nagle wyciągnął prawą dłoń przed siebie i złapał chłopaka za koszulę. Przyciągnął mocno do siebie, zmniejszając ich odległość do takiej, że stykali się całymi ciałami. A potem oblizał wargi, wpatrując się w jego oczy niebezpiecznie i kpiąco. No dalej, uciekaj dziecino, i nie wracaj… - zdawał się mówić.
Powrót do góry Go down
Xavier

avatar

Liczba postów : 170
Join date : 11/02/2014
Skąd : United Kingdom - Bristol

PisanieTemat: Re: Dante i Xavier [Ireland]   Nie Lis 02, 2014 6:34 pm

Dziewczyny tylko przelotnie rzuciły wzrokiem na szarpiącego nastolatkiem mężczyznę, w żaden sposób nie wykazując chęci udzielenia pomocy poszkodowanemu rudzielcowi, który z bólu wręcz żałośnie bo  jak ten szczeniak zaskomlił.
- Puść mnie! - Na wargi cisnęły mu się nieprzyjemnie słowa, których z trudem z siebie nie wyrzucił, nie chcąc pogorszyć sytuacji. Unieruchomiony zastygł w bezruchu i tylko wpatrywał się w swojego oprawcę niezrozumiałym spojrzeniem. Wydawało mu się, że nie zawinił niczym jednak bardzo się mylił, naruszając czyjąkolwiek tym bardziej tę jego przestrzeń osobistą której zaciekle bronił, na moment zapominając ile w ruchach bruneta było agresji i gniewu, względem potencjalnych, niegroźnych współpodróżników próbujących nawiązać z wspomnianym nić porozumienia. Dotykając obolałego nadgarstka, zawarkotał nieprzyjemnie to wytłumaczenie traktując jak zwyczajną kpinę. Kiedy już wyszedł z inicjatywą otworzenia się i snucia opowieści, został bezceremonialnie odtrącony, tym samym tracąc jakąkolwiek ochotę na dalsze, teoretycznie przyjemnie rozmówki z tym, który tak wzrok na nim zawieszał jak gdyby był świętym obrazem, który pod wpływem zastraszeń miał się rozpłakać krwią na życzenie zebranych.
- Przyznaj się, że spędziłeś ten rok w zakładzie dla obłąkanych. - Parsknął nim nie odsunął się od niego kawałeczek do tyłu, nie chcąc kolejny raz narazić się na poważniejsze uszczerbki. Miękki koc którym obleczone było całe łóżko, sprawdzał się całkiem przyzwoicie. Nie zsuwał się nigdzie i bez problemu mógł zmienić swoją pozycje, nie balansując pomiędzy upadkiem na podłogę a sylwetkę najbliżej siedzącej osoby, teraz mając za sobą ściankę samochodu, o którą wsparł się pozostawiając między obojgiem sporą, nienaruszoną niczym przestrzeń, dając mu tym samym jasno do zrozumienia, że spoufalanie się nie było w ich przypadku zbyt rozsądnym przedsięwzięciem. Powoli wycofał dłoń, która niegdyś buszowała w przydługich kłaczyskach, żegnając się z nimi i nie myśląc już o tym, że palce mogłyby jeszcze kiedykolwiek chcieć zawędrować w tamtejszym kierunku, gasząc swoje młodzieńcze zapędy. Nawet uśmiech, dość niecodzienny nie poprawił stanu rzeczy – chłopak ciągle nieufnie spoglądał na starszego, instynktownie obawiając się kolejnego ataku, który mógł nadejść w najmniej oczekiwanym momencie.
- Czy gdybym był grzeczny, tak chętnie wsiadałbym do obcych samochodów i ćpał niesprawdzony towar oraz wylegiwał się na łóżku z kimś, wyglądającym jak psychopata z zaburzeniami osobowości? - Podpytał równie drwiąco, ten kolejny raz wystawiając jak na prowokatora przystało cierpliwość i nerwy wspomnianego, na próbę tym razem starając się uwierzyć w to, że byłby w stanie wyrwać się z objęć kogoś kto bardziej znał się na samoobronie niżeli on sam, głupio szczerząc się na myśl o kłopotach, w jakie mógł wpakować się regularnie pyskując. Cisza przed burzą trwała nie zwiastując niczego złego, dlatego też odetchnął głęboko lustrując go rozmazanym spojrzeniem. Myślał, że na tym konwersacja się zakończy i jeden do drugiego odwróci się tyłkiem, nie zamierzając ciągnąć farsy dalej. Przeliczył się, oddechu nie nadążając złapać, gdyż w mgnieniu oka znalazł się niebezpiecznie blisko a odległość wyznaczająca granice, odeszła w niepamięć znikając całkowicie.
- Co chciałbyś ze mną zrobić? Ćpunie. - Teraz mógł wyraźnie słyszeć oddech czarnowłosego, przylegając własną sylwetką do przeciwległej, rozgrzanej w zdezorientowaniu wbijając wzrok w jedno z jego ramion. Ta bliskość mu się nie spodobała i widać było, że za złe miał mu przyciągnięcie ku sobie. Mimo strachu nie odskoczył jak oparzony, nie zamierzając nikomu pokazywać tego, jakim był strachajłą jeśli chodziło o  bezpośrednie konfrontacje szybko dopowiadając w myślach, że akt ten nie miał podtekstu seksualnego i kpiący mężczyzna, chciał tylko wystawić go na próbę by upewnić się, czy to on był tu przysłowiowym samcem alfa któremu ten, powinien się bezsprzecznie podporządkowywać.  Wzdrygnął się a jednak zebrał w sobie i bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, wsunął mu stopę pomiędzy łydki. Uniósł podbródek wyżej i boleśnie ugryzł go w wargę, powarkując ostrzegawczo, nim nie wplatając dłoni w kruczoczarne pasma miękkiego włosia, nie odchylił mu szybkim zdecydowanym ruchem głowy do tyłu, napierając nań własnym, dość wątłym ciałem tak, by z racji leżenia na boku spróbować go przewrócić mocniej, bo prawie do krwi zaciskając się na ustach per uciążliwego Theo.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dante i Xavier [Ireland]   Pon Lis 03, 2014 2:08 am

Brunet prychnął, słysząc takie podejrzenie. Nie zamierzał go kwitować w żaden sposób, bo musiałby się odnieść do niego merytorycznie. Zaprzeczyć, lub przytaknąć. A to by spowodowało tylko kolejną nawałnicę pytań, na które nie miał ochoty odpowiadać. I tak nie przyniosłoby to żadnego pozytywnego skutku.
W końcu, spędził rok w więzieniu. Jego zdolności komunikacji nie mogły być na zbyt dobrym poziomie. Stanowczo, nie mogły. I widział to wyraźnie, przez nieufne spojrzenie nastolatka, który jeszcze chwilę wcześniej był całkiem spokojny i rozluźniony. Nic nie mogło przynieść pozytywnego skutku, nawet uśmiech, pociągnięcie rozmowy, czy w końcu, próba nawiązania mniej bezpośredniego kontaktu.
Nie obraził się na stwierdzenie, że jest psychopatą. Nie było to tak dalekie od prawdy, jakby chciał. W końcu całkiem nieźle spaczono jego reakcje, skutecznie niszcząc "normalność" w codziennym zachowaniu.
"Normalnie" jeszcze przedwczoraj siedział o tej porze na pryczy i myślał o tym, co będzie robił, kiedy stamtąd wyjdzie.
Nie mógł jednak przejść obojętnie wobec otwartego wyzywania, oraz wbicia zębów prosto w delikatną skórę. Zasyczał z niezadowoleniem, łapiąc nastolatka za ramiona i bynajmniej nie pozwalając mu się przeważyć. Przeciwnie, zacisnął dłonie i jednym sprawnym pchnięciem posłał go na materac, samemu znajdując się nad nim. Xavier mógł już przestać łudzić się, że w jakikolwiek sposób podoła brutalnej sile towarzysza. Ten w pierwszej chwili, gdy został uwolniony z uścisku zębów, nabrał szczerej ochoty na rozkwaszenie twarzy nastolatka. Widocznie zarysowało się to w jego kolorowych, błyszczących oczach. Nie uniósł jednak dłoni, hamując się w odpowiednim momencie. Nawet zsunął z niego i z powrotem położył na łóżku, na plecach.
- Nie wyzywaj, skoro z naszej dwójki to ty więcej się nawdychałeś. - Uciął spokojnie, jakby wylano na niego wiadro lodowatej wody i już nie odczuwał potrzeby gwałtownego reagowania.
W rzeczy samej, tak opisałby swój aktualny stan psychiczny. Upojenie trawką coraz sprawniej mu przechodziło. Do tego stopnia, że ponownie zirytował się, gdy został dźgnięty przez jedną z panienek i wstał, by otworzyć okna. Trawkę wywiało stosunkowo szybko, szczególnie u okolczykowanego, który oparł się o framugę i wdychał świeże, wilgotne powietrze. W trakcie ich wycieczki musiało zdążyć się rozpadać, a potem przestać.
Wziął spod łóżka mapę i przyjrzał się jej starannie, by rzucić ku kierowcy pytaniem, gdzie właściwie się znajdywali. Po chwili zawiłej konwersacji i jednemu przystankowi, by zapytać przechodnia, doszli do jako-takiego porozumienia odnośnie dalszej drogi.
A brunet z powrotem rozpłaszczył się na łóżku, ignorując uśpione i zaspokojone dziewoje.
- A ty co, całkiem zdziczałeś? - Przerwał w końcu ciszę, nie obracając jednak głowy w stronę nastolatka. Do tego posuwać się nie zamierzał, skoro ten wgryzł się w jego wargę do krwi. Czuł wyraźnie, że jest napuchnięta i przy każdym wyraźniejszym ruchu pulsuje bólem.
Rudzielec zachował się nie jak dominujący facet, a przerażony, spłoszony lisek. Całkiem zabawne zachowanie, gdyby nie fakt, że łypał ze złością na czarnowłosego, który wcale, a wcale nie chciał pakować się w żadne kłopoty tuż po wyjściu z paki. Ledwo udało mu się zwiać spod łap kuratora, a już ktoś na niego łypał wrogo.
Życie jest doprawdy chujowe...
Powrót do góry Go down
Xavier

avatar

Liczba postów : 170
Join date : 11/02/2014
Skąd : United Kingdom - Bristol

PisanieTemat: Re: Dante i Xavier [Ireland]   Sro Lis 05, 2014 8:37 pm

Niezadowolony z niemożności przewrócenia większego od siebie chłopaczyny i pokazania, kto tu był górą zawarkotał, z głuchym tąpnięciem opadając plecami na sprężysty materac, poruszając palcami unieruchomionych dłoni, by szczerząc wrednie zęby zacząć się szarpać, chcąc jak najszybciej po dłuższej chwili ciszy i bezruchu, wyrwać się z objęć nachalnego starszaka, który w tym momencie nawet najmniejszym gestem, prowokował go do nierozsądnych zagrywek. Niezręczna nieprzyjemna bliskość i możność wsłuchania się, w niespokojny oddech rozdrażnionego nastolatka, zdawała się trwać nieskończenie, wysysając z człowieka resztki zdrowego rozsądku i woli walki, bezsprzecznie zmuszając rudowłosego szczeniaka, do zaakceptowania stanu stłamszenia i przyciśnięcia, wbrew chęciom wyraźnego droczenia się. Niebezpieczne błyśnięcie w dwukolorowych tęczówkach, zmroziło mu krew w żyłach i mógłby przysiąc, że gotów był na ścierpienie niesprawiedliwej kary wymierzonej przez niedoszłego przyćpanego kata.
- Polemizowałbym. Bo kiedy przyszedłem, byłeś w trakcie palenia więc wdychałeś dłużej ode mnie. - Orzekł uszczypliwie, wzdychając głęboko i z ulgą gdy tylko ten postanowił z niego zejść, rozkładając się obok. Długo nie ruszał się ze swojego miejsca nie mogąc z pamięci wymazać swoistego zdominowania i zagórowania.  Bezpośredniość nie była szczególnie dobrą cechą czarnowłosego, zaś jego brak samodyscypliny i opanowania chociaż tworzył obraz idealnego włóczęgi, za nic mającego sobie zasady rządzące całym światem, również pozostawiał wiele do życzenia i mógłby mu zarzucić, że mimo wieku gorzej było nim niż z upartym dzieckiem, a jednak w porę ugryzł się w język przypominając sobie o tym, że sam jeszcze ledwo co wyszedł spod skrzydeł opiekuńczych rodziców i nie mógł upominać kogoś, kto rzucał się z zamiarem spełnienia gróźb rękoczynów, na niczemu winnych istotach ludzkich. Przyjemny chłód i zapach mokrej ziemi, prędko wdarł się do obszernego wnętrza samochodu. Można było odetchnąć niekoniecznie wdychając opary żarzących się, niedopalonych skrętów ustawionych na stoliku. Dziewczyny czując chłód, tylko wtuliły się w siebie mocniej i nawet naciągnęły na swoje odsłonięte tyłki jeden z kocy. W pewnym momencie wystawił swój łeb przez całkiem uchylone okno i zmrużył powieki, chcąc jak najszybciej dojść do siebie i przestać rozmyślać o głupotach, drażniąc się ze wszystkim co na drzewo nie ucieka. Rozwiało mu czuprynę i ta wyglądała jeszcze bardziej chaotycznie, niż zwykle i przez pewien czas nie zwracał uwagi na tego, którego zdarzyło mu się okazjonalnie, w gronie towarzyszy ugryźć. Starał skupić się na krajobrazie, czy wietrze szumiącym w uszach wpatrując się w przejeżdżające samochody i ludzi, wybierających raczej piesze lub rowerowe wycieczki, którym się dziwił, bo sam ochoty i chęci odkąd wydoroślał na pędzenie na rowerze w nieznane nie miał, wybierając komunikacje miejskie i własne, strapione wędrówkami stopy. Zmartwił się, gdy wszystko zaczynało wskazywać na to, że kierowca się zgubił nie wiedząc którędy powinien jechać. Kątem uchylonych oczu spostrzegł mapę, do której dobierał się starszy i ani przez chwilę nie pomyślał, by pomóc zwyczajnie nie potrafiąc czytać tak teoretycznie skomplikowanych, nabazgranych tu i ówdzie linii nachodzących na siebie, tylko kręcąc z niedowierzeniem głową by w końcu znajdując w miarę miękkie i ogrzane miejsce, opaść z powrotem na pościel uważając przy tym, by nie zbudzić żadnej z w kółko paplających panienek, z którymi ochoty szczególnej rozmawiać zważywszy na okoliczności, nie miał.
- A co z tobą? Nareszcie się ucywilizowałeś? - Przewrócił oczyma, odpowiadając pytaniem na pytanie spoglądając na zaczerwienioną wargę, która zbyt pięknie nie wyglądała. Chłopak z nowo nabytym śladem, nie wyglądał już tak groźnie jak przedtem. Wręcz przeciwnie. Jak gdyby dopiero co uciekł jakiejś panience spod pierzyny, ugryziony i obolały, cierpiący bo taki któremu należałoby współczuć i roztkliwiać się godzinami nad tym jaki to on biedny i pokrzywdzony.
- I wcale nie jest mi przykro. Zasłużyłeś sobie za to drażnienie się ze mną. Co to w ogóle było? Coś ty chciał wtedy zrobić? - Podpytał przy okazji, nim nie obrócił się na jeden z boków tak, by móc patrzeć tylko na niego, jak przedtem z tą różnicą, że tym razem nie syczał tak agresywnie i nie stroszył wyimaginowanej sierści uważnie bacząc na ruchy delikwenta. Pogładził swój obolały kark, czując się odrobinę niezręcznie, z powodu wcześniejszego skutecznie wykonanego ataku. Nie poniósł jednak żadnych konsekwencji swoich czynów, więc nie nauczył się, że tak robić nie powinien na przyszłość mając zamiar obierać podobną taktykę, bo jak inaczej mógłby bronić się przed kimkolwiek, skoro nie miał wystarczająco siły a słowa ranić specjalnie ludzi pokroju Arrowa nie potrafiły. Pochuchał w zziębnięte od chłodu dłonie te zaraz rozcierając by odrobinę je ogrzać, był strasznym zmarzluchem nawet w środku lata.
- Dowiedziałeś się tego, gdzie teraz jesteśmy i jak jeszcze daleko? - Zagaił, nim nie skrył się pod rogiem koca.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dante i Xavier [Ireland]   Nie Lis 09, 2014 1:18 am

Dante, wbrew myślom kompana, był jak najbardziej daleki od posadzenia swoich czterech liter na łóżku, pogrążeniu się w rozpaczy i wyczekiwaniu na pocieszanie ze strony swoich towarzyszy. Rok w więzieniu potrafił porządnie człowieka zahartować. Może i Arrow nie zachowywał się tak, jak normalny człowiek, ale i nie miał za sobą przeżyć normalnego człowieka. Nawet jego rodzina była dziwna i nie mogła dać mu wcześniej normalnych wspomnień. Był w pewien sposób zepsuty i wiele nie dało się na tym polu zrobić.
Xavier powinien szybko nauczyć się przy nim trzymać język za zębami, najwyraźniej jednak nie posiadał takiej samokontroli i odpowiednio dużego pragnienia przeżycia, by po prostu opanować durne prowokacje, cisnące mu się na usta.
- Nie jest ci przykro? To urocze. - Prychnął brunet, wywracając oczami. Nie miał ochoty na dalszą rozmowę, nie po takim stwierdzeniu. Szczerze zaczął żałować, że nie połamał czegoś dzieciakowi, by mu udowodnić, że powinien umieć opanować swoje niektóre odruchy. Z drugiej jednak strony, nie byłoby to zbyt dobrze postrzegane przez resztę towarzyszy podróży, a skoro to on się do nich doczepił, musiał jednak szanować ich samopoczucie. Które bez dwóch zdań by na pewno się pogorszyło na widok pobitego młodocianego. Rzekomo był nawet pełnoletni, ale w praktyce… Kto by tam wiedział. Arrow nie uważał się za speca od prawa, a już na pewno nie miał żadnego związku z Kodeksem Cywilnym, czy innymi cudami, w Irlandii. Była to równie abstrakcyjna lektura, co, dajmy na to, epopeja napisana po Japońsku, z tymi wszystkimi znaczkami, czytana pod jakimś dziwnym kątem. Kompletnie nie jego rzeczywistość.
- Ja się drażnię? To intrygujące stwierdzenie, biorąc pod uwagę twoje pyskówki, dzieciaku. - Prychnął pod nosem, kręcąc głową z niesmakiem. Jakiś szczeniak próbował się przy nim wymądrzać. Jakby wszystkie rozumy pozjadał. Dante nie sądził, że tak łatwo było go wyprowadzić z równowagi. Być może jednak była to kwestia przyzwyczajenia. Gdy ktoś go atakował w więzieniu, bez względu na to, czy werbalnie, czy fizycznie, musiał takiemu delikwentowi natychmiast pokazać, gdzie jego miejsce. W momencie wyjścia z terenu paki i znalezienia się w wolnej Irlandii, wszystkie dotychczasowe reguły straciły sens. Arrow nie był pewny, co powinien zrobić w takiej sytuacji. Kompletnie nie wiedział i nic nie mogło go przygotować na ten moment.
Dlatego czuł irytację na tego cholernego dzieciaka. Nie mógł, jak normalny facet, zaprotestować i przypieprzyć z pięści, albo pocałować? Nie, musiał wgryźć się w wargę. Co to w ogóle była za reakcja? Ani to homofobiczne, ani homo-sympatyczne… Do dupy z taką niejednoznaczną informacją.
- A jak myślisz, co chciałem zrobić? - Spojrzał na niego uważnie, przewiercając przez krótką chwilę dwukolorowymi oczami. Utrzymał jego wzrok tak długo, aż dzieciakowi do oczu nie napłynęły łzy. Prześwidrował go starannie, by w końcu “spuścić ze smyczy” i z powrotem wylądować spojrzeniem na suficie.
- Jeszcze kawałek. Trochę zboczyliśmy z trasy - mruknął pod nosem. - Nie jestem pewien, czy zdążysz dzisiaj na rodzinną kolacyjkę. - Dodał kąśliwie, choć, prawdę mówiąc, nie był pewien, czy dotrą nawet na kolejną “kolacyjkę”.
On nie znał trasy. One też nie. A kierowca… Kierowca był w innej rzeczywistości. Dzieciak też nie wyglądał na specjalnie zorientowanego w mapach, więc mimo wszystko, całe zorientowanie się w terenie na mapie, oraz na żywo, pozostawało na barkach wytatuowanego. Nie miał specjalnego wyboru, wobec czego udawał, że świetnie się zna na tym, do czego przecież go “wynajęto”. Szkoda tylko, że nie miał bladego pojęcia, nigdy wcześniej nie był w Irlandii, a do tego ostatni rok spędził na dosłownie kilku metrach kwadratowych plus spacerniaku.
Właściwie cudem by było, gdyby gdziekolwiek dotarli. Nawet do punktu wyjścia.
- Każdego tak gryziesz w usta, co? - Brunet spytał po naprawdę długiej chwili ciszy, szeptem, by nie obudzić drzemiących panienek. Seks każdego mógł zmóc, a co dopiero dobry seks, otoczony potężną dawką trawki. Okolczykowany jednak nie miał szans na zaśnięcie - po pierwsze, bo musiał pilnować, dokąd jadą. Po drugie, sam przewietrzył wnętrze pojazdu, ze szczególnym uwzględnieniem własnej głowy i płuc. A po trzecie, nie mógł ryzykować kolejną wpadką z nastolatkiem.
Kompletnie nieistotnym szczegółem był punkt piąty. Delikatne pragnienie, by posiąść rudowłosego, leżącego niedaleko. Już raz na nim siedział i to tylko wywołało ochotę ponowienia tej czynności. Najlepiej jednak bez spodni i z rozchylonymi nogami ulegającego.
Brunet przeczesał dłonią włosy i odetchnął ciężko. Nawet sufit nie pomagał. Nie wtedy, gdy wiedział, że już jest na wolności i właściwie może zrobić wszystko. Nieważne, że większość z tych rzeczy nie była do końca zgodna z jakimkolwiek zdroworozsądkowym prawem i wiązała się z ponownym powrotem do celi. Potrzebował zaszaleć i odbić sobie wcześniejsze przeżycia.
A ten dzieciak musiał gryźć, drapać i fuczeć jak jakiś nienormalny. Cholerne szczęście młodego gangstera.
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Dante i Xavier [Ireland]   

Powrót do góry Go down
 
Dante i Xavier [Ireland]
Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Dante Kehl

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Yaoi Gakuen :: Off top :: Archiwum-
Skocz do: