IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Stefek i Vincuś

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Stefek i Vincuś   Sob Lip 12, 2014 9:01 am

Czas i miejsce akcji: Trzy lata wcześniej, Traditional Royal School.

Szum, doping, docinki i przekleństwa - coś normalnego w grach zespołowych, kiedy w narwanych sercach pojawiła się chęć niepohamowanej rywalizacji i - ostatecznie - wygranej, która była ważna nie tylko dla grających chłopców; zakłady oraz głośniejsza, bądź bardziej wstydliwa faworyzacja ładniejszych twarzyczek i tyłeczków w niektórych grupkach była tak samo normalna, jak wspieranie swoich przyjaciół i kolegów. Piłka siatkowa cieszyła się nie mniejszą popularnością od innych sportów, tym bardziej wśród młodszych klas, które najzwyczajniej w świecie obawiały się piłki nożnej i lekkoatletyki, ze względu na nierzadkie przypadki prześladowania i chęci pokazania dominacji ze strony starszaków - zdaniem Vincenta niemądre było przypuszczenie, że na tych zajęciach dodatkowych będzie inaczej, tylko dlatego, że ten sport powszechnie uznawany jest za babski. Gwiazdka, chociaż była w tej szkole zaledwie od kilkunastu miesięcy, szybko wspięła się po szczeblach hierarchii uczniaków, stając się jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzyczek w Traditional Royal School, więc bez większej krępacji mogła rozmawiać z innymi szkolnymi gwiazdkami, którymi - o dziwo - niezbyt się interesowała, co było wręcz ekscentryczne, manewrowała między kilkoma stolikami. Trener był wręcz zdziwiony tym, że panicz Star, kolejny, niemal otwarcie zdemoralizowany bogacz, który chętniej rozciągnie mięśnie w klubie niż na sali gimnastycznej zaszczycił go swoją obecnością, niewiarygodne, co się stało? Och, kolejni dwaj! Co to za święto? Nieważne, jeszcze zdążycie się spocić, no już, biegnijcie! Tym świętem był zwykły zakład o to, który najdłużej wytrzyma i najwięcej punktów zdobędzie w ich zabawie z piłką. Vincent rzadko co pozwalał sobie na takie marnowanie czasu, w końcu w ten czas mógłby poszerzać krąg znajomych w klubie gejowskim, bądź uczyć się kolejnych melodii na skrzypce i pianino, ale uznał, że może być całkiem zabawnie. Młode, odważne i ambitne umysły były czymś pożądanym w tej męskiej placówce, w końcu - spokojnie, przecież resztę można naprostować. Jednym z tych przedstawicieli był długowłosy brunet, który śmiało uważał, że świat należy do niego, a to kłopotliwe mniemanie, mimo nadziei, wcale się nie zmieniło kilka lat później; śmiało igrał na noskach starszaków, dużo przy tym nie tracąc, przez co stał się wrzodem na dupie samców alfa, pozwalając sobie na pieprzne żarciki ze starszymi kolegami, a nawet dotrzymując kroku w wyzwiskach, których i tak nie brano poważnie (przynajmniej Vincent nie brał, a co reszta, to...) - i właśnie tak wyglądała gra nowych i zdolnych, którzy mimo że bez problemu odbierali piłki i dobrze serwowali, to woleli się śmiać i faulować klepaniem w tyłek swoich ziomków z przeciwnych drużyn pod siatką, kiedy akurat mieli przyjąć piłkę, a wszystko to było robione na tyle sprytnie, że umykało oczom trenera. Na nic zdała się irytacja stałych graczy, tym bardziej, że dobra połowa sama wciągnęła się w ich zabawę.
Czarnowłosy, który w tej chwili uchodził za najbardziej ogarniętego ze swoich kumpli, przedstawiciel gatunku "Białasów długonogich", zaczął żwawo cofać się do tyłu, mając ambitny cel odebrania piłki i owszem, odbił ją, ale przy tym przyległ [czyt. przyjebał] w kogoś całym swoim tyłem. Dopiero po chwili jego zmęczone ciało i umysł pełen satysfakcji (w końcu zdobył już trzeci punkt, tyle wygrać!) zorientował się, że właśnie bezwstydnie opierał się o te drugie, nie mniej spocone ciało. Odwrócił się w kierunku poszkodowanego, chcąc wymamrotać jakieś sorry, stary.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stephen

avatar

Liczba postów : 947
Join date : 12/04/2014

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Nie Lip 13, 2014 5:20 pm

Okej. Nadzieja na to, że Stephen jest zupełnie normalnym nastolatkiem zniknęła już dawno temu i nikt nie liczył na jej powrót. Zupełnie nikt. Choć posiadał typowe dla swojego wieku zainteresowania, widać było jak mocno odróżnia się od rówieśników – nie był tak swobodny jak oni, ha. Wręcz przeciwnie. Stres budziło w nim wiele sytuacji. Począwszy od uściśnięcia komuś dłoni, a skończywszy na rozmowie z drugą osobą.
A mimo to, interesowały go te rzeczy i sprawy, które powinny interesować chłopaka w tym wieku. Sport, seks, pornosy, papierosy, seryjni mordercy i psychopaci. Ot, nastoletni standardzik.
I właśnie dlatego niezwykle chętnie uczęszczał na zajęcia z siatkówki – seks i sport w jednym momencie! Nie mógłby odmówić sobie takiej przyjemności. A ta dyscyplina należała do stosunkowo niezbyt kontaktowych, co jego samego cieszyło. Nie będzie musiał ocierać się o spocone ciała członków drużyny.
Nienawidził potu! Zarazków, drobnoustrojów i całej reszty tego łatajstwa, którego było wszędzie mnóstwo. Nie bez powodu odkażał dłonie niemalże za każdym razem, racząc już zniszczoną skórę potężną dawką alkoholu.
Nie, absolutnie. Stephen nie należał do normalnych. I – w przeciwieństwie do większości nienormalnych osób – starał się to starannie ukrywać, szukając wśród towarzyszy choć odrobiny akceptacji dla jego dziwaczności. Przez te wszystkie lata pojął, że są w stanie go akceptować, tolerować, a nawet odrobinkę lubić, tylko gdy nie wiedzą, jaki jest naprawdę.
Ale czasami ktoś zepsuł jego misternie budowaną maskę, brutalnie zdzierając mu ją z twarzy. Vincentowi wyszło to na tyle umiejętnie, że Stephen nawet nie zdążył się zastanowić przed tym, co zrobił. Nim długowłosy odsunął się, ten przyciągnął go za koszulkę mocniej, aby wolną dłonią wymierzyć mu potężne uderzenie w ten cholernie jasny, gładki policzek!
Bo nie był ciotą, która wpadała w histerię, kiedy zderzył się z zarazkami. O nie. On wpadał w kurewską, niepohamowaną złość, którą opanowywał dopiero wtedy, gdy poczuł na dłoni jego pot. Może nawet dojrzał niewielkie krople krwi?
Spojrzał na swą rękę i warknął pod nosem niewyraźnie, krzywiąc się przy tym. Było mu niedobrze. I duszno. Miał ochotę po prostu się zrzygać. Tutaj, na ten pieprzony parkiet, prosto pod nogi tego lalusia, któremu przed chwilą pieprznął. Podtrzymał się słupka siatki, pochylając się przy tym nieznacznie.
Opanuj się, do kurwy nędzy.
Gdzieś w tyle pobrzmiewał mu głos ojca przywołującego go do porządku. Nie dzisiaj, tatusiu. Spóźniłeś się.
- Nie dotykaj mnie więcej! – warknął bezmyślnie w kierunku Vincenta, nie podnosząc na niego wzroku. Obserwacja czubków własnych butów była ciekawsza…

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Nie Lip 13, 2014 6:50 pm

Tego panicz Star się nie spodziewał – w jednej chwili jego koszulka została szarpnięta, a twarzyczka obróciła się na drugą stronę pod wpływem (niesprawiedliwego!) uderzenia. Spomiędzy zębów wydobył się jakiś syk, mający wydźwięk rozjuszenia i bólu, bólu impulsywnego, który z pewnością niedługo przejdzie, o ile nie będzie się obmacywać i nie dostanie drugi raz. Na tworzącego się siniaka i ewentualną ranę w tej chwili nie mógł poradzić nic. W jednej chwili, jego nastoletnie, narwane serce miało ochotę podejść do tego kolesia i porządnie mu przypieprzyć – albo raczej na tyle mocno, na ile jego jeszcze nieznacznie chłopięce (nie wątłe) ciałko by zdołało. Kiedy już był blisko drugiego ciała, a blada, chuda dłoń sięgała do ramienia, w jednej – i ostatniej – chwili powstrzymał się, i tylko spojrzał na ukrytą twarz nieszczęśnika tym wyniosłym wzrokiem. Nie lubił przemocy, a przynajmniej tak utrzymywał, wszak to królewska krew! Wziął głęboki wdech i wydech. Jedni byli zniesmaczeni, drudzy rozbawieni, a jeszcze inna garstka uczniów przestraszona zajściem. Trener profilaktycznie obejrzał buźkę Vincenta i po kilku pomrukach w końcu uznał, że do wesela się zagoi, przy czym Stephen został zganiony. Uznając, że chłopcy raczej będą grzeczni, udał się żwawo po apteczkę.
Czarnowłosy stał przed jego nowym kolegą, z rękoma założonymi na klatce piersiowej, mając podbródek nieco wyżej niż zwykle, jakby samo to, że jego napastnik w tej chwili wyglądał naprawdę żałośnie, mu nie wystarczało. Oczywiście, jeszcze się powstrzymywał żeby nic nie zrobić, ale z każdym kolejnym pulsowaniem polika miał coraz mniej chęci do utrzymania emocji na wodzy. Uchylił wargi, sunąc językiem po swoich zębach i kiedy wstępnie uznał, że większych szkód nie było, w końcu mógł wycelować w starszego chłopaka tym swoim palcem, zakończonym zadbanym paznokciem. W końcu Vincent był narcyzem, a ten przypadek dbał o siebie jak mało kto!:
- Słuchaj no, ty prostaku! - ryknęło jego gwiazdorskie gardełko, robiąc znakomite przedstawienie swej publiczności. - Jeśli naprawdę myślisz, że twoja obrzydliwa agresja uczyni cię ciekawszym, albo załatwi twój problem, który najwidoczniej masz sam ze sobą, to się grubo mylisz! Może i zaimponowałeś tym próżnym, małym dzieciaczkom, ale mój poziom kultury i optymistycznie sądzę, że niektórych innych, jest o wiele wyższy!
Może Vincent nie liczył na nawrócenie jego nowego kolegi, ale przynajmniej wyładował kłębiącą się w nim irytację. Zresztą, znowu pojawił się u niego hipokryta – wyzwolony gej, który najchętniej porzuciłby wszystko i tylko pieprzyłby się w swoim wielkim łożysku i ewentualnie w kiblu na imprezie, śmiał mówić o kulturze i moralności? A może jeszcze zacznie nawracać ateistów, wmawiając im istnienie i miłość do Boga, mimo że osobiście sam pokazywał mu środkowy palec?
Jeszcze raz przesunął językiem po swoich zębach, następnie dotknął policzka, co poskutkowało sykiem.
- No, nieważne. Co było, to było – machnął ręką nonszalancko, jakby przed chwilą nic takiego się nie wydarzyło – Wy sobie grajcie dalej, a ja i... jak on ma na imię?
-  Stephen!
- … to ja i Stephen sobie pójdziemy. Prawda? - w tym momencie uśmiechnął się czarująco do pana agresora, jednocześnie odwracając się i udając leniwie do wyjścia z sali gimnastycznej. Vincent raczej nie należał do osób taktownych, ale być może już ujawnił się, że był zainteresowany drugim nastolatkiem. Może nie sposób ludzki, póki co nie jak obiekt pożądania, a raczej ciekawy przedmiot – jedna ze słabości młodego Stara, mianowicie słabość do dziwaków, którzy przecież zwykle przedstawiali barwną osobowość. I nie patrząc się za siebie, przyjął od trenera plaster i jakąś maść, i oczywiście, że przyjdzie następnym razem, dlaczego nie... i zniknął za  uchylonymi, jakby zapraszająco, drzwiami.
Odczuwał drobną niechęć do Stephena, ale – jak sądził – jego osoba wydawała się przynieść mu nową zabawę.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stephen

avatar

Liczba postów : 947
Join date : 12/04/2014

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Nie Lip 13, 2014 7:35 pm

Serce pędziło mu jak szalone, obijając się wręcz boleśnie o klatkę piersiową. Wszystko wariowało, wszystko! Istne szaleństwo. I to nie w pozytywnym tego określenia znaczeniu – wręcz przeciwnie. Nie lubił tego stanu, w którym kompletnie tracił panowanie nad sobą… Wtedy działy się tylko i wyłącznie złe rzeczy. Bardzo złe, nieprzyjemne i odrobinę przerażające.
Tak przerażające jak drugi człowiek mówiący coś do niego – jak Vincent. Stephen drgnął, dopiero po dłuższej chwili podnosząc na niego uważne, surowe spojrzenie. Pełne chłodu, niechęci i szczerego obrzydzenia. Najchętniej uciekłby teraz pod prysznic i odkaził swoje ciało. CAŁE.
Powiódł beznamiętnym spojrzeniem po zgromadzonych zainteresowanych… I nie mógł powstrzymać chęci skrzywienia się. Może nie należał do szczególnie wyróżniających się osób. Ale ci wszyscy kretyni, którzy teraz obserwowali to zajście, wydali mu się jeszcze bardziej idiotycznymi ludźmi niż on sam. Oni byli poniżej niego. Oczywiście, że poniżej. Mogliby całować mu pięty po uprzednim odkażeniu swoich jam ustnych. Kto wie, co w nich trzymali.
- Nie pierdol… – mruknął pod nosem tak, że nawet stojący nieopodal Vincent nie mógł go usłyszeć. Wciąż miał mdłości i nie potrafił tego opanować, choć starał się jak mógł. Widok długowłosego jak i dźwięk jego głosu pogłębiały to nieprzyjemne uczucie, doprowadzając Stephena do szału.
Gdzie trener? Ach, był tu przed chwilą? Krzyczał na niego? Ten fakt kompletnie umknął uwadze Smirrnowa – nie zauważył go, nie usłyszał, skupiając się na uspokajaniu swojego ciała, jego naturalnych choć nienormalnych reakcji.
Mieli wyjść? Zgrabne brwi powędrowały w górę w geście szczerego zdziwienia. Sądził raczej, że to wszystko skończy się niesamowitą awanturą i ostatecznie bijatyką. Po której będzie musiał odkazić całe swoje ciało! Ale nie. Vincent nie odpowiedział na uderzenie uderzeniem. Jaki wychowany i grzeczny, no, no. Momentalnie w jego głowie zapaliła się czerwona lampka i pojawiło się proste pytanie: czego ten gościu będzie od niego chciał?
Bez słowa odepchnął się od pachołka i ruszył za nim dopiero po dłuższej chwili, nie śpiesząc się przesadnie. Obserwował jego tyły. Uważnie, chcąc wyciągnąć wnioski… Jakieś. Jakiekolwiek! Ze sposobu poruszania się, mówienia, gestykulowania. Ale nie znał go kompletnie! Pojęcia nie miał, jak na niego zareagować.
- Oddasz mi bez świadków czy uraczysz kolejną historią o braku moralności? – westchnął, gdy drzwi szatni zostały za nimi zamknięte z cichym trzaskiem. Rozejrzał się wokół orientacyjnie, po czym pochwycił swoją torbę i zarzucił sobie na ramię. Nie ubrałby czystych ciuchów na spocone ciało. Ale nie weźmie też kąpieli w publicznym prysznicu! Do domu miał całkiem niedaleko – zamierzał udać się do domu i tak ogarnąć tę kwestię.
- Ja stąd idę. Mogę cię przeprosić lodami w ciemnej uliczce. Ewentualnie kijem baseballowym, jeśli teraz coś odwalisz – ostrzegł bez większych emocji, odgarniając włosy w tył, czekając na jego reakcję. Naprawdę był jej ciekaw! Tego, jak Star się zachowa. Jak zareaguje? Stephen zmrużył lekko oczy, obserwując go uważnie, gotów odpowiedzieć na ewentualny atak.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Nie Lip 13, 2014 8:24 pm

Obejrzał się do tyłu, słysząc głos jego nowego przyjaciela, który uprzejmie przyjął jego zaproszenie, mając w tym osobiste korzyści. Słowa go rozbawiły; wywołały pół-kłębek uśmiechu i kolejny nonszalancki ruch - tym razem ramionami.
- Na twoje nieszczęście, nie jestem aż tak przewidywalny i nudny – zacmokał pod nosem, stojąc przed nim, jak zawsze pewny siebie, z nutką arogancji i prowokacji. - Vincent Christopher Star i nie podam ci ręki, bo chyba masz z nią jakiś problem. I to wydarzenie nie dobiegnie uszu dyrektora, przynajmniej nie z moich ust. - Takie fory musiały wprowadzić w dużą podejrzliwość Stephena, jednakże czarnowłosy nie miał zamiaru odpowiadać na co, po co i dlaczego, to przecież takie nudne. Słowa te również oznaczały, że w razie czego będzie go bronić, ani też zatykać usteczka kapusiom i trenerowi.
Z niezadowoleniem dostrzegł, że ten jest od niego odrobinę wyższy.
Westchnął ciężko, widząc jego natychmiastową próbę ewakuacji. Sam rzucił spojrzeniem na swoją torbę, czy znajdowała się na swoim miejscu. Jemu samemu przeszkadzał pot na własnym ciele, bo przecież był o wiele lepszy, kiedy tworzył się podczas o wiele przyjemniejszych czynności.
- Mógłbym umówić się z tobą na wieczór, bo z chęcią skusiłbym się na zimne kakao, ale zwiałbyś mi. Nie mam zamiaru również iść gdzieś w takim... – tutaj gestem dłoni ogarnął swoją sylwetkę – ... stanie. Więc ściągaj torbę, bo myjemy się tutaj. Liczę, że dbają tutaj o czystość, w końcu to szkoła dla burżujów. – Co za despota! To chyba dziedziczy się z nazwiskiem.
Pokręcił głową z politowaniem, idąc w kierunku pryszniców i zgrabnie pozbył się wf'owej koszulki, przy okazji już rozwiązując kłopotliwy sznurek z dresowych spodni. Kolejny objaw lekceważenia?
- Jestem pewien, mój drogi Stephenie, że jest wiele pedantów w tej szkole i ojczulków, którzy są uczuleni na swoje skarby, skarżących się synów na brud, pleśń i robactwo – prychnął z pogardą, a miało to przekonać siatkarza do tête-à-tête ze szkolnym prysznicem. Nigdy nie był jednostką empatyczną, a jego wewnętrzny mizantrop dawaj niekiedy we znaki.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stephen

avatar

Liczba postów : 947
Join date : 12/04/2014

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Nie Lip 13, 2014 8:55 pm

Zmarszczył czoło nieznacznie, gdy ten mu się przedstawił… Vincent był większym dziwakiem niż sam Stephen. Na litość nieistniejącego Boga – właśnie Star starał się zaprzyjaźnić z gościem, który chwilę temu próbował przestawić mu tę urokliwą twarzyczkę! To nie było normalne. Zakrawało o zapędy masochistyczne.
I tutaj należy wspomnieć, że jedyną dopuszczalną wizją seksu dla Stephena jest ta, w której partner leży kompletnie związany, a on sam robi z nim, co tylko chce, mając pełną kontrolę nad sytuacją. Tylko i wyłącznie dlatego lubił masochistów!
Przebiegły i pewny siebie Vincent Christopher Star. Cudownie.
- Stephen Smirrnow – odpowiedział bez większego entuzjazmu, mimo wszystko zwracając wzrok w kierunku jego dłoni. Nie zamierzał jej ściskać, oczywiście! Ale zapałał dziwnym pragnieniem przyjrzenia się tej ręce. Smukłym palcom, zgrabnemu nadgarstkowi. Pianista? To pianiści mieli silne, ale zgrabne i sprawne dłonie.
Postąpił mimowolnie krok w tył, jakby faktycznie miał się zaraz odwrócić i po prostu uciec. Ale on – Stephen Smirrnow! – nie robił takich rzeczy. Nawet jeśli niektóre sytuacje wprawiały go w dziwny stan zakrawający o panikę, to wcale nie zamierzał uciekać. Walczył, aby być gotowym do pokonania wszystkiego i wygrania ze wszystkim. Z samym sobą także.
- Przesadzasz – stwierdził, wzruszając lekko ramionami. Zrzucił torbę z ramienia, a ta upadła na drewnianą ławkę. Ha! Oczywiście, że całkiem elegancką, pasującą do tej całej szkoły. Może i ojczulek oskubał matkę z każdego grosza… Ale dbał o swoje dzieciaki. Bezwzględnie zapewniał im dwie rzeczy – najlepsze wykształcenie i surową dyscyplinę.
- Aż takiego problemu nie mam. Zostawiłem po prostu żel w domu. Jeśli użyczysz mi swojego, zobaczysz moją nagą klatę. O to ci chodzi, co? – rzucił. Ale coś się zmieniło. W oczach Stephena pojawił się pewien drobny, niemalże niezauważalny błysk, który nakazywał rozmówcy potraktować te słowa jako żart. Prosty, swobodny żart.
Wydobył z torby kilkukrotnie wyprany ręcznik oraz czystą, wyprasowaną bieliznę, po czym ruszył za nim w kierunku sektora z prysznicami. Faktycznie, było czysto… Ale on wyczyściłby to wszystko jeszcze dokładniej! Nie sądził, aby panie od sprzątania myły fugi szczoteczką do zębów. A tak się składa, że Stephen robił to co tydzień.
Leniwym wręcz ruchem ściągnął z siebie luźną koszulkę, która odrzucił w kierunku torby. Była brudna, a więc miał jej los w głębokim poważaniu – teraz mogła leżeć na podłodze, a on nie przejąłby się nią jakoś szczególnie. W ślad za górną częścią odzienia poszła cała dolna, a Stephen stanął przed Vincentem zupełnie nagi i kompletnie nieskrępowany. Owszem, widział w swym ciele wiele brzydkich wad, odpychających elementów… Ale nie chciał, aby inni je dostrzegali. Dlatego też prezentował im siebie jako niesamowicie pewnego typa, który uwielbia swą fizyczność.
- Jak uderzę cię w drugi policzek to mnie pokochasz od razu? – zakpił, odkręcając ciepłą wodę. Żył w strachu przed wszystkimi bakteriami żyjącymi w przewodzie słuchawki prysznicowej… Więc pierwszej fali wody pozwolił spłynąć do odpływu, samemu wchodząc pod strumień dopiero po dłuższej chwili.
- Masz… Dziwny sposób nawiązywania relacji z innymi ludźmi. I nie do końca wiem, czego ode mnie chcesz – przyznał, odgarniając włosy w tył, spoglądając na niego wyczekująco. – Nie lubię niejasnych sytuacji. I wolałbym wiedzieć, czego mam się po tobie spodziewać, Star – dodał, jakby nieco ostrzegawczo.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Pon Lip 14, 2014 8:56 am

- Nie tylko klatę mężczyźni mają interesującą – wymruczał z jednoznacznym błyskiem w oku, ale rozbawiony, jednocześnie zbliżając się do swojej torby, wyjmując potrzebne rzeczy do imprezy prysznicowej. - Mam nadzieję, że lubisz zapach kokosów – dodał nieskrępowany, unosząc nieznacznie drogą buteleczkę z płynem do mycia ciała.
Kiedy pan Adonis stanął przed nim kompletnie nagi, nie omieszkał pominąć okazji otaksowania go wzrokiem. Niebieskie tęczówki na chwilę podtrzymały kontakt wzrokowy z tą szarością, aż w końcu powoli opuściły się na usta towarzysza, podbródek, szyjkę i w dół, cały czas zapamiętując każdy mięsień, drobiazg i niedoskonałość jego ciałka, która nijak przeszkadzała Starowi. Nie mógł zaprzeczyć, że szczególną uwagę poświęcił sutkom i bliznom, pomijając ostentacyjne mierzenie wzrokiem dumy Adama. Przecież to było takie nieuprzejme! Na sam koniec powrócił do oczu Stephena, posyłając mu krótki uśmiech i ściągnął calutki dół, rzucając zużyte ciuchy niechlujnie poza zasięg wody i od razu odkręcił kurek. Nie ściągnął gumki do włosów, starając się pominąć zmoczenie ich i obolałej twarzyczki. Słysząc kąśliwe słowa jego nowego przyjaciela, miał ochotę dać mu wykład o tym, że nawet go jeszcze nie lubił, był na granicy tolerancji i niechęci – wszak dla Vincenta, mizantropa niskiej klasy, nie liczył się nikt oprócz jego siostry, a paradoksalnie był duszą towarzystwa.
- A co, chciałbyś mojej miłości? - odparował zatem, przyzwyczajony do takich słownych gierek. Łypnął na niego z ukosa, słysząc sugestię na temat nawiązywania relacji. – To ty mnie uderzyłeś, nie na odwrót. I nawiasem, NADAL mnie, KURWA, boli. I możesz wszystkiego się spodziewać. - Podirytowała się gwiazdeczka, a przekleństwa szły jej tak samo gładko, jak wyrażanie się w sposób ą i ę. Vincent był zdolnym uczniem, a narkotykowe i klubowe towarzystwo robiło swoje.
Westchnął ciężko, starając się niepotrzebnie nie irytować i nucąc pod nosem uspakajającą sonatę księżycową, sięgnął po swój płyn, nalewając hojnie na swoją rękę i wcisnął butelkę w dłonie Stephena, samemu nieśpiesznie rozcierając płyn na własnych ramionach i rękach. Oczywiście, że kątem oka dostrzegł te spływające krople po ciele jego kolegi, a w tym było coś bardzo zmysłowego. Mimo to, starał się skupić na szybkim umyciu się, bo o ile był cholernie pewien ponętności swojego ciała, o tyle nie lubił machać przed byle kim nagim tyłkiem – tak, Vincent odwieczny strażnik!
- Ile masz dzisiaj czasu? - zapytał, biorąc na chwilę swój płyn i ponownie nalał sporo cieczy na dłoń i zaczął rozprowadzać ją po klatce piersiowej i brzuchu. - Jak chcesz, to mogę umyć ci plecki - zamruczał rozbawiony.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stephen

avatar

Liczba postów : 947
Join date : 12/04/2014

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Wto Lip 15, 2014 9:04 pm

- Kokos może być – mruknął bez większego zachwytu ale i niechęci; zapach był mu po prostu zupełnie obojętny. Nie miał wielu swoich ulubionych aromatów. No. Może poza tymi, które wiązały się z płynami do odkażania dłoni. Albo z alkoholem, którego także używał do ich odkażania! Tak, te mu się podobały, uspokajały go i koiły, dając mu cudowną, błogą pewność bycia czystym.
Czekając na niego już pod prysznicem, wodził uważnym wzrokiem za swym towarzyszem. Obserwował jego ruchy niezwykle uważnie, wciąż uparcie twierdząc, że robi to tylko po to, aby wyciągnąć jakieś wnioski, przeanalizować jego stosunek… Bo to nienormalne, żeby osoba, którą przed chwilą się biło, wydawała się seksowna. Ale jednak. Należy wspomnieć, że do szczególnie normalnych osób Stephen raczej nie należał – tkwił gdzieś pomiędzy seryjnymi mordercami a schizofrenikami paranoidalnymi. I było mu tam całkiem wygodnie. Zwłaszcza przez to, że ta pozycja pozwalała mu na podziwianie smukłych ud Stara czy jego kształtnych bioder.
- Więc jesteś gejem. Jednym z tysiąca w tej szkole – powiedział pod nosem, przewracając przy tym oczami teatralnie. Co jak co, ale w gejostwo znacznej części ich uczelni wcale nie wierzył! Ot, rozpieszczone bachory, którym w ciągu kilku najbliższych lat przejdzie. Najpewniej wtedy, gdy w końcu ktoś będzie faktycznie starał się dobrać do ich tyłka. Wówczas olśni ich, że to było tylko głupim, młodzieńczym żartem.
On był pewien swego.
Był pewien tego, że leci na tyłek Vincenta Christophera Stara.
- Dla symetrii mogę ci jebną c z drugiej strony. I będzie w porządku – stwierdził zupełnie swobodnie, nieprzejęty salwą przekleństw. Jego ucho przywykło do podobnych wulgaryzmów – w końcu dobre osiem godzin w ciąg dnia spędzał z ludźmi, dla których wyrażanie się w ten sposób było głównym sposobem imponowania rówieśnikom.
Na jego kolejne pytanie, zmarszczył nieznacznie czoło. Nim odpowiedział, odebrał od niego butelkę z płynem do mycia i sporą jego ilość wylał na dłoń, żeby zaraz zacząć myć swoje ciało z przesadną wręcz dokładnością. Ale już teraz wiedział, że kiedy tylko wejdzie do domu, umyje się raz jeszcze. Porządniej.
- Sporo – postanowił nie kłamać. – A co? Chcesz nasłać na mnie kolegów, żeby mi oddali za ciebie? – dodał raczej żartobliwie, posyłając mu przy tym kąśliwy uśmieszek. Wszedł znów pod strumień wody, pozwalając aby piana spłynęła z jego ciała, umożliwiając mu ponowne równie dokładne umycie się. Podobne zabiegi były dla niego zupełnym standardem, więc nie krępował się przesadnie, a po prostu robił to, co zwykle.
- O co ci właściwie chodzi, Star? – westchnął w końcu, będąc po prostu zmęczonym. Bardzo szybko wyczerpywało go to ciągłe pilnowanie muru, który wokół siebie tworzył. A w chwilach takich jak ta, jego mur wydawał się wyjątkowo ciężki do utrzymania. – Jak chcesz się odegrać to śmiało. Nikomu nie powiem – przyznał, wzruszając lekko ramionami. Wolał mieć to za sobą! – Jeśli jednali liczysz na moją resocjalizację i nawiązanie pokojowych kontaktów… To chyba się, skarbie, przeliczyłeś. Poza tym, jestem chujowy w dotrzymywaniu towarzystwa. Więc serio – jeśli nie chcesz spuścić mi łomotu, nie ma się co wysilać w budowanie jakiejkolwiek relacji. Nawet w nienawiści nie jestem najlepszy! – oznajmił, nie wyglądając na szczególnie tym przejętego. On po prostu stwierdzał fakty, które były dla niego oczywistością.
- Dzięki za żel – mruknął jeszcze, oddając mu butelkę, samemu wychodząc już spod prysznica. Stojąc wciąż zupełnie nago, sięgnął po dwie buteleczki, które zawsze miał w torbie – jedna z zaufanym żelem do mycia dłoni. A druga z alkoholem. Pochylając się nieco nad umywalką, zaczął dokładnie oczyszczać swoje ręce, niszcząc już i tak wyczerpaną skórę.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Sro Lip 16, 2014 5:15 pm

- Jeśli uderzysz mnie jeszcze raz, zbadam twoją prostatę kijem od bejsbola. - Rozkoszny ton głosu Stara mógł zadziwić niejednego, w końcu nie każdy miał t a k ą władzę nad głosem, ale przecież już wtedy chodził na kursy aktorskie. Żeby zakończyć to bardziej teatralnie, prychnął pod nosem z jawnym lekceważeniem, żeby dogłębnie pchnąć w podświadomość Stephena poczucie wyższości Pana i Władcy.
Uniósł brewkę na kolejne kąśliwe słowa nowego kolegi, po czym zrobił młynek oczami. Przesunął palcami po włosach, które mimo wszystko trochę zmoczyły się na końcówkach, po czym powiedział wysoce beznamiętnie:
- Jestem pewien, że nie tylko mnie tak potraktowałeś, tak więc nie ma powodu, żebym cię krzywdził fizycznie, tym bardziej, że już czekają na ciebie za rogiem.
No proszę, tutaj niby chce się zaprzyjaźnić ze Stephenem, a zaraz po chwili udowadnia, że ma gdzieś jego los – jest mu zupełnie obojętny. Vincent był zniewolony przez namiętne gierki i niejednoznaczność, wszak mieszanie w głowach innych jest o wiele ciekawsze, dopóty sam trzyma bezpiecznie duuży dystans. Dlatego też, zniechęcające słowa nijak na niego podziałały, a jedynie utwierdziły go w jednej rzeczy. Kiwnął głową na podziękowania, samemu w końcu domywając się do końca – naprawdę nie chciał myć się wraz z innymi członkami drużyny siatkowej. Następnie zakręcił kurek, wyszedł spod prysznica i podszedł do swojej torby, wyciągając ręcznik i pokonał odległość oddzielającą jego od Stephena, nieśpiesznie wycierając swoje ciało. Dopiero teraz dostrzegł, że skóra na jego dłoniach jest zniszczona, a on i tak torturował go tymi swoimi dziwnymi procedurami. Przez chwilę po prostu stał w miejscu, obserwując jego poczynania, po czym zawinął ręcznik wokół bioder. Ściągnął gumkę z włosów, rzucając ją niedbale na podłogę. W końcu była już zużyta.
- Powinieneś mieć większe ego, albo mniej przejmować się innymi. Ewentualnie jedno i drugie. – I wtedy zrobił coś dziwnego, nawet jak na niego; złapał go za przedramię, lecz nie w mocnym uścisku i przywarł własnymi wargami do policzka, a włosy połaskotały jego ramię – niby coś niewinnego, ale jednocześnie bardzo barbarzyńska napaść na resztki prywatności i poczucia czystości biednego pedanta, a ten nawet nie mógł mu przywalić w drugi policzek, bo Vincent zdążył zwiać z zasięgu jego rąk i parę kroków dalej, tak dla pewności. Oczywiście, nie było to największe zło panicza – przecież się umył! Zamruczał rozbawiony i zadowolony z siebie, jak dziecko, któremu udało się napsocić swojej opiekunce i wyjął nowe ubrania z torby, jak zwykle wszystko w czerni; koszula, spodnie, bielizna i nawet wyjął buty, które zajeżdżały z daleka sporą kasą i elegancją. Okazało się, że miał dużego farta, gdyż zaraz po założeniu ciuszków, już można było słyszeć kilkanaście ciężkich kroków zmęczonych chłopaków. Uśmiechnął się pod nosem, traktując szyję perfumami. Od razu zmienił kilka słów z kilkoma, chowając swoje rzeczy niedbale do torby i chwycił za nadgarstek jakiegoś lalusia, któremu bliżej było do kobiety niż do mężczyzny, i odszukał wzrokiem spojrzenie Stephena i kiwnął mu głową na znak, że będzie na zewnątrz.
I już ich nie było, a chłopcy oddali się bezpamiętnie ratowaniem twarzyczki gwiazdy.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stephen

avatar

Liczba postów : 947
Join date : 12/04/2014

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Sro Lip 16, 2014 7:02 pm

- Co za teatr - mruknął pod nosem na moment przed tym, jak poczuł jego dłoń na swoim ramieniu. I to wcale mu się nie spodobało! Ale jeszcze gorszy był pocałunek, który został mu podarowany! Miał ochotę zmasakrować to cholernie seksowne ciało, powalając je na tę brudną podłogę. Chciał okładać jego twarz pięściami, aż na własnych dłoniach poczuje jego krew...
Stephen Smirrnow od dawna należał do potwornie agresywnych osób, co zaskakująco sprawnie ukrywał pod maską obojętnego, zimnego młodzieńca. Jak teraz, uciekając spojrzeniem w kierunku swoich dłoni. Niespodziewanie poczuł dziwną konieczność ponownego umycia ich... Sięgnął po żel, aby zaraz porządnie wyszorować swoje ręce po raz kolejny, zaraz wycierając je dokładnie w materiałowy ręczniczek.
- Mam wielkiego penisa. Wystarczy - stwierdził zupełnie swobodnie i na tyle donośnie, aby Vincent go usłyszał. Zerknął w jego kierunku z cichym westchnieniem witając tę elegancję. Pasowała do Stara - nie była przesadzona, a więc nie przytłaczała jego osoby, a jedynie uzupełniała ją, ładnie się komponując. Idealny. I jednocześnie tak potwornie niechlujny we wrzucaniu swoich rzeczy do torby.
Nieskrępowany wtargnięciem pozostałych, naciągnął na biodra bieliznę, przysłaniając swoje intymności. Strój już po chwili uzupełnił o szare, matowe spodnie i nieco wyższe buty. Koszulka - jak zwykle - szara, nie rzucająca się w oczy. Na ramiona narzucił ciemny płaszcz, szukając wzrokiem Vincneta.
Gdy już zebrał wszystkie swoje rzeczy, opuścił szatnię bez szczególnych rozmów z pozostałymi. Raczej wolał trzymać się na uboczu, w ten sposób czując się bardziej komfortowo. Nie potrzebował ich - wystarczyło mu jego własne, osobiste towarzystwo. I ewentualnie Vincent.
- Chodź - postanowił. - Nie jadam w restauracjach. Nie wiadomo, gdzie kelner trzymał dłonie przed podaniem nam zamówienia - stwierdził krótko, kierując się w stronę swojego samochodu. Bo tak, komunikacją miejską nie jeździł. Poruszał się czarnym audi, które nieszczególnie rzucało się w oczy, choć było pełne klasy. I skromności.
Otworzył je przy pomocy pilocika.
- Wsiadaj. Robię genialne kakao. To mój napój popisowy - zachęcił, uśmiechając się pod nosem krótko, jakby zachęcająco ale i odrobinę niepewnie. Nie wiedział w końcu, czego się spodziewać. I nieco się tego wszystkiego obawiał...
Sam wsiadł do samochodu i po prostu czekał.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Sro Lip 16, 2014 7:46 pm

Nie mógł powstrzymać wygięcia ust w głupim uśmieszku, kiedy usłyszał wzmiankę o dużym penisie. Och, Vincent nawet nie śmiał zaprzeczać! Był jednak pewien, że miał racje co do teorii o Stephenie, a co on zrobi z – zapewne starą – wiedzą, to już nie jego działka.
Kiedy ten raczył wyjść z łazienkowego pomieszczenia, akurat kończyli pudrować policzek gwiazdy, coby siniec nie był widoczny i za bardzo nie szpecił jego buźki – co było nieuchronne, bo po długich namowach dał się namówić na naklejenie plastra na rankę. Nie skomentował jego słów, za to posłusznie włożył swój (oczywiście, że czarny) płaszcz i ruszył za nim. Na zewnątrz było chłodno, w końcu powoli nadchodziła zima, ale zdecydowanie preferował angielskie klimaty od tej jego słonecznej LA. Wcisnął dłonie do kieszeni i gdy zauważył, że stają przed jakimś bardzo-niezłym samochodem, zaczął wyglądać za dżipem – był naprawdę zdziwiony, kiedy drzwi tego bardzo-niezłego auta się otworzyły za sprawą magii pilota należącego do Stephena. Spojrzał krótko na niego, po czym skomplementował go na swój sposób:
- Nie musisz być nawet ładny, żeby laski i chłopcy na ciebie lecieli.
Kiwnął głową na wiadomość o świetnym kakao, mimowolnie zaczynając bić się z myślami – jak bardzo to kakao było zajebiste i jak wielkim był masochistą, żeby pojechać z bokserem? Odpowiedzi nie szukał długo – bardzo wielkim, gdyż zaraz wszedł do pojazdu, zamykając za sobą drzwi. Westchnął ciężko i skierował lusterko na swój policzek; ślad był całkiem nieźle zamaskowany, ale opuchnięty był nadal.
- Cholera, jak ja cię nie lubię... - zamarudził dojrzale pod nosem, odwracając wzrok na szybę i zapiął grzecznie pasy i usadowił się wygodnie. - Tylko nas nie zabij, bo będę się nad tobą znęcał w piekle.
Oczywiście, podczas przygotowania do jazdy, która Vincentowi zajęła znacznie dłużej od samego kierowcy, musiał przeczesać włosy palcami, żeby na pewno nie sterczały na prawo i lewo, jeszcze poprawić swoją koszulę i rozpiąć płaszczyk, wraz z dwoma guziczkami koszuli... Po owych czynnościach, zaprzestał w końcu wymachiwania gałęziami i po prostu spojrzał na niego z ukosa.
- Masz jakieś fajne, rockowe płyty? Zapodaj coś.
Znowu wlepił spojrzenie w widok poza oknem, jakby chwilowo stracił zainteresowanie Stephenem.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stephen

avatar

Liczba postów : 947
Join date : 12/04/2014

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Sro Lip 16, 2014 8:42 pm

- Ale jestem ładny - odparł, wzruszając przy tym lekko ramionami. Z jednej strony nienawidził całej swojej osoby w zupełnie szczery i niepohamowany sposób. Z drugiej natomiast - uwielbiał siebie, swoją fizyczność.
Spojrzał na niego ze szczerym niedowierzaniem, unosząc brew ku górze. Przecież w samochodzie nikt nie będzie widział nierówno ułożonych włosów! Które - gdy były w lekkim nieładzie - wydawały się Stephenowi znacznie bardziej atrakcyjne. Nie skomentował tego jednak w żaden sposób, bo nawet jeśli Vincent mógłby mu się podobać, Smirrnow doskonale wiedział, że nie powinien. Nikt nie powinien podobać się jemu, koniec dyskusji.
Powiódł spojrzeniem w kierunku lusterka, upewniając się, że jest ustawione dokładnie tak, jak być powinno. Dopiero wówczas odpalił samochód, zapinając pasy.
- Jestem najlepszym studentem, siatkarzem i kierowcą - rzucił zupełnie swobodnie, posyłając mu kolejny ze swoich kąśliwych uśmieszków. W tym wyrazie twarzy pojawił się jednak pewien rozkoszny, subtelny błysk, który czynił jego uśmiech nieco bardziej przyjaznym i pogodnym.
- Rocka nie mam. Nie tu. Mam to - odparł, włączając odtwarzacz na światłach. Mimowolnie uśmiechnął się, słuchając pierwszych nut jednej z wielu piosenek, które pomagały mu się obudzić wcześnie rano.
Niestety, nim utwór się skończył, byli już na miejscu. Stephen mieszkał w apartamentowcu, który wynajął mu ojciec. Co jak co, ale Smirrnow Senior dbał o dobro swoich dzieci - zwłaszcza to materialne. Skoro oskubał ich mamuśkę, mógł sobie pozwolić na podobne atrakcje.
- Wyciągaj truchło z auta - mruknął, samemu także wysiadając. Udali się razem do windy, aby wjechać na jedno z wyższych pięter. Jego mieszkanie zajmowało połowę sektora - przestronne, nowoczesne i paskudnie czyste. Każdy jeden fragment był wypucowany do granic możliwości, lśniąc niesamowicie!
- Ściągnij buty, sorry. Nie chcę biegać z mopem - zwrócił się do niego, samemu wchodząc głębiej. Odwiesił swój płaszcz i odłożył obuwie, udając się od razu do kuchni. Jedną ścianę stanowiły same okna, przez co pomieszczenie było niezwykle jasne. Zadbał także o to, aby było odpowiednio przestronne. I może przez to odrobinę puste, co samemu Stephenowi odpowiadało.
Procedurę przygotowywania kakaa zaczął od procedury czyszczenia dłoni.
- Powiesz mi w końcu o co ci chodzi? Nie przeproszę cię. Zrobię przeprosinowe kakao - westchnął, oglądając się na niego.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Czw Lip 17, 2014 9:24 am

Łypnął z ukosa na tego skromnisia, zaraz jednak uśmiechając się pod nosem.
- A więc, w razie czego będę brał od ciebie prywatne korepetycje, panie najlepszy – oczywiście, nie mógł powstrzymać nutki ironii w swojej wypowiedzi.
Wsłuchał się w grającą muzyczkę i po dłuższej chwili kiwnął głową, wyrażając aprobatę. Poczucie rytmu Vincenta mimowolnie zareagowało i nieznacznie stukało palcami o kolano – nim się zorientował, już byli na miejscu. Nie skomentował w żaden sposób uprzejmości, po prostu grzecznie wysiadając. Nie był zdziwiony na widok apartamentu, przecież również miał wynajęty, ale sterylna czystość panująca w jaskini Stephena sprawiła, że panicz na chwilę przystanął w miejscu, obserwując brak kurzu, syfu na fugach i samych kafelkach – i wiele innych czystości. Spodziewał się tego, ale i tak to sprawiło, że przez chwilę tępo taksował spojrzeniem jego mieszkanko. Grzecznie ściągnął buty, kładąc je koło smirronowych, i odwiesił płaszczyk. Udał się w kierunku nastolatka, ale nie wszedł do pomieszczenia – oparł się niedbale o framugę drzwi, sunąc spojrzeniem po tyłach – w szczególności tyłku – kolegi, ładnie opiętym przez materiał spodni. Mimowolnie oblizał wargi, gdyż nagle wydawały mu się one podejrzanie suche.
- Równie dobrze ja mógłbym zapytać, czemu zaprosiłeś mnie do swojego świętego miejsca. Jak mniemam, chyba nie każdy posiada takie przywileje – wzruszył ramionami, jak zwykle zgrabnie unikając odpowiedzi.
Po dłuższej chwili wszedł głębiej w kuchnię, ignorując wszelkie należyte miejsca do siedzenia – tyłek usadowił na blacie, chociaż nie centralnie pośrodku! Bez słowa ponownie zaczął obserwować dłonie Stephena, zaraz samemu wgapiając się w swoje zadbane i (bardzo nie)zapracowane i potarł kciukiem o zewnętrzną stronę.
- Jestem egoistyczny, wredny, dziecinny, narcystyczny – w ogóle niefajny ze mnie gość. A ty, mój drogi Stephenie, jesteś moim kaprysem. - To była jedyna z możliwych odpowiedzi na temat czego ty, kurwa, ode mnie chcesz?!, która mogła ujrzeć światło dzienne.
Zawinął kosmyk włosów na palec, obserwując przygotowanie jego zajebistego kakao i w pewnym momencie chwycił jedną z dłoni Stephena w swoją i przesunął palcem po skórze jego wewnętrznej części dłoni. Spojrzał w szare oczy, sunąc ostatni raz palcem wzdłuż linii życia i zaprzestał dzielenia się zarazkami.
- A czy ty wiesz, że torturując siebie taką czystością, osłabiasz swój układ odpornościowy i w dodatku możesz nabawić się w końcu uczulenia? - zapytał poważnym tonem, chociaż sam ni chuja nie wiedział – ale mądrze to brzmiało! - Myślę, że mydełko, czy tam płyn stanowczo wystarczy... i polecam krem nawilżający, jeśli już przejdziesz na odwyk – Vincent-specjalista pokiwał głową, samemu wyciągając dłoń w kierunku boksera. Szczyt masochizmu, tym bardziej, że jego siła dopiero co wracała do normy po odwyku, więc w razie czego na pewno nie sprzeda Stephowi prawego sierpowego.
Oczywiście, panicz Star był zadbany bardziej, niż niejedna dziewczyna – był tego świadom, dlatego tak śmiało sobie poczynał w kierunku tego fobistycznego człowieka.
- Dotknij. O wiele przyjemniejsza skóra w dotyku i nadal czysta – podsunął trochę bliżej swoją dłoń w kierunku Smirrnowa.
Naprawdę rozkapryszona księżniczka.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stephen

avatar

Liczba postów : 947
Join date : 12/04/2014

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Czw Lip 17, 2014 8:58 pm

- W niezwykle drażniący sposób unikasz odpowiedzi - westchnął cicho, przewracając teatralnie oczami. Odkąd tylko zaczął dociekać o co w tym wszystkim chodzi, nie otrzymywał żadnej konkretnej odpowiedzi. Ot, raczono go ogólnikami. Ewentualnie niezwykle skutecznie unikano jakiejkolwiek rozmowy, ucinając ją bądź zwracając z tych torów na zupełnie inne. A to było paskudnie denerwujące!
Przeniósł uważne spojrzenie na Vincenta, obserwując jego kolejne ruchy niezwykle uważnie. Nigdy w żaden szczególny sposób nie przepadał za dotykiem... Raczej unikał go. I tak samo było przy Vincencie - wcale nie chciał czuć na sobie jego delikatnych, subtelnych ale i odpowiednio stanowczych dłoni. To całe dzielenie się zarazkami doprowadzało go na skraj szaleństwa, co sprawnie ukrywał pod standardową dla siebie maską obojętności. Umiał ją przywoływać na swą twarz niemal w każdym, nawet najbardziej stresującym momencie. Nie stanowiło to dla niego problemu. I właśnie dlatego taksował go uważnym, niezwykle surowym i chłodnym spojrzeniem, skupiając się głównie na jego twarzy, aby wyczytać jakiekolwiek emocje... Co ciekawe, zazwyczaj większą uwagę skupiał na samych dotykających go dłoniach niż na obliczu drugiej osoby. To jedno przy Starze było inne niż przy pozostałych.
- Dbam o siebie. Suplementy diety, zdrowa żywność. Nabawienie się uczulenia w ten sposób jest trudne, Vinny - westchnął tak, że zabrzmiał, jakby był tym wszystkim nieco zmęczony. I był. Odrobinę drażniła go sytuacja, której nie potrafił jasno zdefiniować. Jak teraz.
Nie dotknął dłoni Vincenta, absolutnie. Ręce miały w sobie stanowczo zbyt wiele zarazków... Ujął go jednak za podbródek i przytrzymał, zmuszając do spojrzenia na siebie. Przyciągnął go nieznacznie bliżej, mrużąc lekko oczy.
- Nie chcę cię dotykać, Star - stwierdził krótko, ale i niezwykle stanowczo. - Brzydzi mnie faktura ludzkich dłoni. I ich dotyk. Ale twarz masz całkiem znośną - mruknął niskim głosem, uśmiechając się nieznacznie. Niemalże znikomo, niewyraźnie... Ale srebrne oczy zabłyszczały czymś pogodnym, przyjaznym.
Dłoń z jego podbródka przesunął na policzek, który kilka chwil wcześniej uderzył. Przesunął po nim niezwykle delikatnie samymi opuszkami palców, pieszcząc go w ten sposób. Krótko. Zaraz cofnął rękę i odsunął się, sięgając po przygotowane napoje.
- Salon - oznajmił, samemu wychodząc z pomieszczenia i kierując się do sąsiedniego.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Pią Lip 18, 2014 9:13 am

Vincent sam potrafił schować wszystkie emocje za stałą maską; nieodgadnionym spojrzeniem i dwuznacznym uśmieszkiem igrającym na twarzyczce, ewentualnie chowając się za zupełnie beznamiętną miną i nie inaczej było teraz. Trzeba przyznać, że już wtedy był rasowym psem na chłopy, ale jakoś tym razem nie chciał iść na całość... przynajmniej nie od razu. Na swój sposób, Stephen podobał mu się, dlatego miał zamiar przeciągać tę słodką gierkę, delektując się każdą reakcją i każdym spojrzeniem drugiego nastolatka.
Nie spodziewał się przejęciem kontroli przez Smirrnowa, dlatego też biernie tkwił w jego uchwycie, posyłając jego oczom uważniejsze spojrzenie niebieskich tęczówek. Możliwe, że nawet sam nieznacznie zbliżył się do bruneta, będąc tym w ogóle nie skrępowanym, ale czujnym. Mimo że słowa nie wzbudzały zachwytu, to ten – zdaniem Vincenta - zmysłowy ton głosu sprawił, że posłał mu długie spojrzenie spod rzęs, niczym zawodowa kokietka. Czując dotyk policzka, jego głowa mimowolnie przekręciła się lekko w bok, jakby niemo dając pozwolenie na jego poczynania, i być może nawet odrobinę więcej... ale wszystko się skończyło, nim się w ogóle zaczęło i dostał kolejny rozkaz. Zmierzył jego odchodzącą sylwetkę wzrokiem, po czym pokręcił z politowaniem głową i grzecznie udał się do miejsca docelowego.
- Jeszcze nikt mi nie powiedział, że moja dłoń jest obrzydliwa. Moja pierwsza miłość stracona! - westchnął teatralnie, krótko jeszcze rozglądając się po pomieszczeniu i usadowił się na kanapie. - Jeśli masz taką fobię... to jak ty uprawiasz seks? - zapytał ciekawsko, nie popisując się zbyt dużym taktem. Oczy Vincenta nie ujawniły żadnego spisku, bo w istocie go nie było – nie miał w planach dowiedzenia się o upodobaniach nastolatka, żeby niecnie to wykorzystać. Był za pewnym siebie skurczybykiem.
Sięgnął w końcu po kakao, które wyglądało całkiem nieźle. Łypnął jeszcze podejrzliwie na Smirrnowa, czy czasem nie wrzucił tam czegoś fajnego... i upił łyka; mimika twarzy mimowolnie przynosiła na myśl łagodnego, ukochanego baranka, za to zaraz po przełknięciu tego cudnego napoju z jego gardła wydobył się pomruk, który doskonale mógł usłyszeć kakaowy mistrz – z cyklu „największa słabość panicza i jak zdobyć jego sympatię na przynajmniej kilkanaście chwil”. Upił jeszcze jednego łyczka, i jeszcze jednego, pomrukując równie zadowolony co wcześniej. Oblizał usta, po czym spojrzał na Stephena.
- Ja też mam kilka takich... fobii, ale całkiem łagodnych – wypalił nagle, za sprawą magii. No patrzcie, jak się dziecina otworzyła. - Nie lubię kobiet. Jakakolwiek fizyczna styczność z nimi powoduje, że mam niebezpieczne mdłości, a przebywanie z nimi w jednym pomieszczeniu wprowadza mnie w dyskomfort. Oraz poważniejsza – ludzie. Nie znoszę ludzi. Irytują mnie i zniesmaczają. Nawet biedne dzieci z Afryki irytują mnie samym swoim istnieniem. Siedem miliardów żałosnych istnień, a nie zwariowałem tylko dlatego, że moja ogromna niechęć jest rozdzielona na każdego z nich. Kobiety mnie poniekąd... przerażają, a ludzie po prostu zniesmaczają. Ale mam sporą słabość do dziwaków. A ty jesteś dziwakiem.
Wzruszył ramionami na zakończenie, upijając jeszcze łyka kakao. I w taki oto sposób, 3/4 napoju zostało niemalże pochłonięte. Odłożył szklankę na stół, wlepiając wzrok w Stephena. Siedział zupełnie rozleniwiony na kanapie, jak się rozgościł!
- Steph, czyli rozumiem, że jakbym zrobił dla ciebie striptiz, widziałbyś nie seksowny taniec, a zarazki? - wypalił, uśmiechając się czarująco w jego kierunku. Na chwilę obecną była to zwykła prowokacja, ale kto wie, wszak to kapryśna gwiazda.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stephen

avatar

Liczba postów : 947
Join date : 12/04/2014

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Nie Lip 20, 2014 4:23 pm

Nie spodziewał się, że padnie tak otwarte pytanie dotyczące seksu! Co jak co, ale nie przywykł do rozmawiania o podobnych rzeczach. Wśród rówieśników to było zupełnie normalne - nieustannie dyskutowali o tym kto, jak i co robili. Ale on nie był typowym nastolatkiem; raczej unikał podobnych zwierzeń, uwielbiając delektowanie się podobnymi wrażeniami z samym sobą. Jak delicje.
- Nie pieprzę się po kątach w porównaniu do niektórych - odparł, wcale nie zamierzając mu tłumaczyć jak to się dzieje... Bo się nie działo. Nie uprawiał seksu w ogóle. Ale to nie oznaczało, że nie miał potrzeb. Miał je - jak na osobę tak młodą przystało. Chciał. Czasami dochodziło nawet do tego, że z kimś próbował! I to najczęściej kończyło się niekoniecznie taktownym wypraszaniem gościa na zewnątrz.
Czasami - zwłaszcza w takich chwilach - zupełnie szczerze siebie samego nienawidził.
Usiadł przy nim wygodnie na kanapie, spoglądając w jego kierunku badawczo, wyraźnie ciekaw jego reakcji. Był gotów bronić się przed atakiem z jego strony! Właściwie... Wszystko, co robił, było nastawione na ewentualną obronę przed czymkolwiek. Czymś, czego nawet nie potrafił określić. Ale widząc jak oblicze Vincenta rozkosznie rozluźnia się i łagodnieje, sam poczuł się dziwnie przyjemnie... I bardzo wygodnie. Przyjrzał mu się uważnie, dopiero po chwili uśmiechając się nieznacznie, delikatnie.
- Każdy ma jakieś fobie - przyznał z cichym westchnieniem, zwracając wzrok na dłonie Vincenta. Nie lubił ich, były obrzydliwe, oczywiście. A mimo to, były piękne. Smukłe i niezwykle zadbane. A ich dotyk wydawał się przyjemnie delikatny...
- Zaawansowany introwertyk - mruknął, przechylając lekko głowę w tył, mrużąc przy tym oczy. Było przyjemnie, miło. I wygodnie. Westchnął cicho, upijając łyk kakaa. - Ludzie... Są odrażający. Wydajesz się sobie starszy niż faktycznie jesteś? Ja tak mam... I przez to nie dogaduję się z innymi - wzruszył lekko ramionami, bagatelizując tę sprawę. Choć wcale nie była błaha.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Nie Lip 20, 2014 5:08 pm

- Nie sądzę, że powinienem być zawstydzony i powściągliwy z moimi romansami tylko dla opinii publicznej. Każdy mężczyzna, którego miałem, był moim zauroczeniem. - Więc idąc tą drogą, Vincent był kochliwy... na swój sposób. - Przez zauroczenie mam na myśli czystą, niepohamowaną żądzę, a nie jestem tym typem, który się powstrzymuje. Stephen, pożądanie jest uzależniające, a ja lubię błądzić w tej rozkosznej mgle.
Nie był zawstydzony tym, co mówił. Odurzająca mgiełka, która spija umysł bez sięgnięcia procentów, było czymś nie przez każdego rozumianym. Nie szukał akceptacji, ani zrozumienia – po prostu mówił. Co innego, że przy vincentowym pożądaniu nierzadko włączała się też zaborczość, która potrafiła równie szybko przejść, co się pojawić.
Uśmiechnął się pół-kłębkiem, kiedy usłyszał kolejne słowa i pokręcił głową z lekkim politowaniem:
- Ze mną się dogadujesz, dlaczego więc nie możesz z innymi? - zapytał lekko. - Nie sądzisz, że twoim problemem jest to, że za bardzo się przejmujesz? Nie mówiąc nic o tej agresji... Och, nadal cię za to nie lubię. - Mimo to, w jego głosie nie było widać nawet grama niechęci, ale też nie sympatii. - Odpowiadając na pytanie – nie czuję się starszy. Czuję się po prostu od nich o wiele lepszya jednocześnie niekiedy odczuwam do siebie obrzydzenie...
Przeczesał włosy dłonią, niezupełnie nieświadom, przez co wprowadził je w delikatny nieład. Widocznie nad czymś myślał; mała zabawa włosami niemal zawsze oznaczała c o ś. Nie było to długo tajemnicą, bo zaraz po sięgnięciu po szkło i upiciu ostatniego łyka kakao, padło pytanie:
- Co powiesz na klub? Mam ochotę się napić jakiś procentów, ale mi nie sprzedadzą. A ty jesteś pełnoletni, co nie? Przynajmniej na takiego wyglądasz – zatrzepotał rzęskami, w iście teatralnie-kuszącym geście. - Mam pieniądze. Ty po prostu kupisz mi z jednego, dwa... ewentualnie sześć. Tobie też mogę postawić.
Oblizał kąciki ust z kakao, następnie spojrzał na puste dno szklanki... i podał ją Stephowi, ewidentnie chcąc jeszcze. Vincent nawet nie musiał nic mówić, bo czarujący uśmiech i zmrużone powieki ewidentnie czegoś chciały.  Nie był na tyle dużym skromnisiem, żeby odmówić sobie wysępienia – najlepiej całego – kakao. Tym bardziej, że jego gwiazdorska twarzyczka została uszkodzona.
Spojrzał na niego nieznacznie uważnie, ale z psotnym błyskiem w oku.
- Steeeph... - mruknął nagle panicz Star, a jego czarujący uśmiech zmienił się w typ „pewny siebie skurczybyk” . - Podobam ci się - wymruczał bezwstydnie, przy czym nie miał miny „bierz mnie, kocie!”; czyste, perfidne wytknięcie, a może nawet próba wmówienia tego Smirrnowi, co miało speszyć jego osobę.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stephen

avatar

Liczba postów : 947
Join date : 12/04/2014

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Nie Lip 20, 2014 5:54 pm

Słuchał go bardzo uważnie, choć pozornie i niezwykle obojętnie. Jego twarz nie wyrażała nic specjalnego, choć umysł błądził gdzieś daleko... Jak to jest? Dotykać się bez przeszkód. Robić wszystko, aby tylko doznać rozkoszy, przyjemności. Poddawać się swoim pragnieniom bez myślenia o zarazkach czy konsekwencjach. Owszem, zazdrościł mu. Zazdrościł cholernie.
W tym wszystkim tkwił bez jakiejkolwiek większej nadziei na zmianę.
Roześmiał się krótko, nisko i niezwykle dźwięcznie jednocześnie. Przechylił lekko głowę w tył tak, aby móc spojrzeć na niego spod przymrużonych powiek. Westchnął cicho, wciąż uśmiechając się pod nosem nieznacznie.
- Pieprzysz, Vinny, pieprzysz - wymruczał. - Ja się w ogóle nie przejmuję. Niczym. Robię to, co chcę i kiedy chcę - oczywiście, że skłamał, brzmiąc przy tym tak, jakby faktycznie było tak, jak mówił. - Ale wcale nie chcę się z tobą dogadywać. Jakoś wyszło. Z innymi też nie chcę. Lubię być sam, Vincencie. To wygodne - przyznał, wciąż nieznacznie uśmiechając się. Zmrużył powieki, upijając przy tym niewielki łyk ciepłego kakao.
Wysłuchał go, mimowolnie marszcząc czoło na samo wspomnienie o klubie. Nigdy nie odwiedzał takich miejsc - za dużo zarazków, pijanych i spoconych ludzi, marnej jakości trunków. Nie chciał spotykać spitych i naćpanych znajomych, więc unikał podobnych miejsc. I tak też planował zrobić teraz. Gdy on szukał odpowiedniej wymówki, Vincent wypalił z tym powalającym zdaniem, na które Stephen automatycznie zareagował śmiechem. Szczerym, pogodnym śmiechem.
Spojrzał na niego ze szczerym niedowierzaniem, odbierając po dłuższej chwili kubek.
- W ciągu ostatnich trzech minut powiedziałeś dwie największe bzdury w swoim życiu, wiesz? - stwierdził ze szczerym rozbawieniem, podnosząc się z miejsca. Ruszył spokojnym krokiem do kuchni, w salonie pozostawiając mu swój kubek, który jeszcze do połowy był pełen kakaa. Nie miałby nic przeciwko temu, aby Vincent je wypił... Ale jednocześnie nie czuł się w obowiązku do oferowania tego dziwactwa.
W kuchni napełnił kubek długowłosego pozostałym napojem, dorzucając do niego piankę.
- Chyba jestem aseksualny - stwierdził, kierując się ponownie do salonu. - Jak chcesz, podrzucę cię do klubu. A sam pojadę na siłownię. Dasz sobie radę, znajdziesz frajera, który ci postawi - zaproponował, podając mu kolejny kubek. - Ja do takich miejsc nie chcę - stwierdził, siadając na podłodze przy kanapie, opierając się o mebel plecami. Gdy odchylał głowę w tył, widział Vincenta z bardzo interesującej perspektywy.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Nie Lip 20, 2014 6:31 pm

- Niczym się nie przejmujesz, a przyjebałeś mi... bo zarazki – pokiwał głową, jakby wierzył w zapewnienia Stephana. - To bardzo logiczne. Poza tym! W takim razie twoje niedogadywanie jest ci na rękę – a oboje wiemy, że nie jest. Inaczej nie wspomniałbyś o tym – powiedziało gwiazdorskie wcielenie Sherlocka Holmesa.
Nie śmiał pić z kubka tego pedanta – w końcu obowiązywały go jakieś maniery. Po prostu grzecznie zaczekał na swoją porcję, ale widać było, że nieznacznie napuszył się, urażony. Bynajmniej nie chodziło o sprawę podobania się, bo wiedział swoje, ale o drinki! Cholera, to było nieuprzejme odrzucenie zaproszenia. Ale był pewien, że i tak postawi na swoim. Jak zawsze. Upił łyka kakao, ponownie mięknąc w oczach i odstawił je na stolik, jednocześnie wgapiając się w Stephana. Pochylił się centralnie nad nastolatkiem, jednocześnie zgarniając włosy do tyłu, żeby nie wpadały w oczy drugiego. Twarz Vincenta znalazła się bliżej, niż nakazywała prywatność. Lubił osaczać.
- Ale ja chcę, żebyś ty mi postawił drinka. Frajerzy mnie nie interesują. Za to ty tak – no proszę, jakie wyznanie! Najprawdopodobniej miał na myśli coś innego, niżeli każdy standardowy gej w takim momencie. W końcu był dziwakiem.
Wyprostował się, zakładając nogę na nogę i przesunął tą swoją obrzydliwą dłonią po jego włoskach, zaraz biorąc kilka kosmyków i obracając je palcami. Miały niezłą fakturę i były zadbane. Ale czy zniszczone? Nie dbał o to. Odwzajemnił kizianie policzka, bo i sam obmacał jego – nie w żaden perwersyjny sposób, raczej zapoznając się bardziej z ciałem Stephana; dotykając kości policzkowych i szczęki, obrysowując ją starannie opuszkami palców. Traktował go trochę jak przedmiot, który przypadł mu do gustu.
- Zabawmy się, Stephen. Nic ci się nie stanie. Nie musisz tańczyć z innymi, możesz wyjść, jeśli ci się nie spodoba. Po prostu spróbuj. Jak wspomniałeś – ja sobie znajdę jakiegoś frajera, więc mógłbyś opuścić mnie bez wyrzutów sumienia – zamruczał rozbawiony.
Okrężny ruch palców, ze małym talentem masażysty a ze sprawnością pianisty, przesunął niżej, na szyję tego tego osobnika. Od razu wyczuł tętno, po którym miejscu przesunął powoli palcami, a następnie obrysował paznokciem paznokciem obojczyk. Nie był gwałtowny, raczej powolny, ale dokładny. Rozleniwiony.
- Nie miałbym nic przeciwko, gdybyś zatańczył ze mną.
Tak, naprawdę z tym podobaniem wiedział swoje. Upierrrdliwy.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stephen

avatar

Liczba postów : 947
Join date : 12/04/2014

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Nie Lip 20, 2014 7:01 pm

Zmarszczył nieznacznie czoło, zaraz jednak znów przywdziewając swoją maskę kompletnie obojętnego typa. Westchnął cicho, nisko, kręcąc przy tym głową. Vincent nie był jak jeden z tych prostych kretynów - on faktycznie słuchał i nie pozwalał się zaskoczyć, ciągle trzymając rękę na pulsie. Jak teraz - sprawnie wyciągnął wnioski i nie pozwolił się sobie zamotać. Skazał na to Stephena, który już teraz wiedział, że przy Starze nie będzie mógł grać tak, jak zwykle grał przed innymi ludźmi.
Dlatego też nie powiedział już nic, dochodząc do wniosku, że urwanie tematu będzie rozwiązaniem najlepszym. Po co się pogrążać? Lepiej zająć się nieco inną, ciekawszą kwestią.
Pozwolił sobie na ciche, niemalże cierpiętnicze westchnienie, które ucichło urwanie, niespodziewanie. Stało się to za sprawą dotyku Vincenta, na który Stephen spiął się wyraźnie, nerwowym gestem sięgając po kubek kakao. Sam siebie wcisnął pomiędzy kanapę i stolik, a więc nawet prosta ucieczka wydawała mu się teraz niezwykle trudna. A może wymyślił sobie ten problem, aby tylko nie uciekać przed jego dłonią? Opuszkami palców pieszczącymi jego skórę w ten rozkoszny, intymny sposób.
Dopiero w momencie, gdy dłoń sięgnęła jego wytatuowanego obojczyka, Stephen spiął się nieco wyraźniej, łapiąc młodego mężczyznę za dłoń w niezwykle stanowczym, silnym uścisku. Nie spojrzał jednak na niego, a po prostu trwał w bezruchu, obejmując smukły nadgarstek Vincenta jedną dłonią. Stephen był silny mimo swojej smukłej sylwetki - mógłby bez większego problemu unieruchomić Stara.
- Ciężko jest grać w siatkówkę z połamanymi rękoma - rzucił tak swobodnie i beztrosko, jakby mówił o pogodzie za oknem! Dopiero po tych słowach odchylił głowę, aby ponownie spojrzeć na niego swoimi srebrnymi, zimnymi oczami.
- Zamierzasz szykować się długimi godzinami czy idziemy jak jesteśmy? - dodał po chwili, dopijając napój wolną ręką. Gdy w końcu puścił go, od razu podniósł się i ruszył do kuchni, aby umyć kubek po sobie, Vincentowi pozwalając spokojnie dopić.
Zgodził się. Tylko po to, aby udowodnić mu, że nie jest z nim tak źle.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Nie Lip 20, 2014 7:45 pm

Był przygotowany na atak, dlatego tylko nieznacznie się spiął od gwałtownego ruchu. Wiedział teraz, gdzie leżały granice... które i tak zamierzał przekroczyć. No cóż, vincentowa siła leżała w charakterze, a nie w sile fizycznej, w końcu to panicz, który ma nawet wiernego, osobistego sługę w swoim domu rodzinnym, więc w niektórych strefach był niesamodzielny, nieporadny i... słaby, po prostu. Niebieskie tęczówki od razu odwzajemniły to pewne siebie spojrzenie; spokojnie dotrzymywał mu kroku ze świadomością, że ten był od niego silniejszy, i że był w domu faceta, który już raz go uderzył. Ale w tej chwili był pewien, że więcej tego nie zrobi, dlatego uśmiechnął się lekko na groźbę Stephena, odpowiadając jakże słodko:
- Zostałbyś wtedy zmuszony do zaopiekowania się mną. Na pewno tego chcesz? - Był również zadowolony z tego, że jednak stanęło na jego. - Pójdziemy tak. Bo chyba wyglądam dobrze? - zapytał, mimo że to raczej było pytanie retoryczne, bo ponownie zanurzył wargi w kakao. Mrr. Uwielbiał, bez dwóch zdań.
Postarał się, żeby dopić swoje kakao przed skończeniem mycia szklanki stephanowej, dlatego już po chwili pod nosem drugiego bruneta wylądowała ta Vincenta, a sam odwrócił się na pięcie, bez zażenowania, żeby wyjść z pomieszczenia i krótko przejrzeć się w lustrze; no cóż, to rozpuszczony bachor, byłoby naprawdę dziwne, gdyby nawet pod małym przymusem umył swoje naczynia, nawet w swoim apartamencie. Udał się do przedpokoju, gdzie zostawił swoje buty i sprawnie ja ubrał, tak samo jak i płaszcz. Jedynie, co mu nie grało, to brak jakiegokolwiek srebra – cholera, przynajmniej jakiegoś naszyjnika! Czuł się dziwnie nagi bez nich. Potarł palcami swoją szyję, wzdychając cicho i jeszcze musiał zająć się tymi nieszczęsnymi mankietami.
- Znasz jakiś klub? Mnie to obojętne, gdzie... Jestem kameleonem, na swój sposób – prychnął pod nosem, nieznacznie rozbawiony tym stwierdzeniem. Czuł się dziwnie zrelaksowany po tym kakao... jak zwykle zresztą, jeśli było przynajmniej dobre. Zamruczał cicho, wsuwając palce pod ten drogi materiał, żeby naciągnąć rękawki od koszuli, żeby się nie pogniotły... Och, bywało to niekiedy bardzo irytujące, ale Vincenta to nie ruszało, póki wyglądał cholernie dobrze.
- Jedziemy twoim autem? I gotowy? - zapytał, w końcu racząc spojrzeć na swojego kolegę i zmierzyć go wzrokiem ponownie, od bucików po same włoski.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stephen

avatar

Liczba postów : 947
Join date : 12/04/2014

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Czw Lip 24, 2014 7:41 pm

Nie mógł nie uśmiechnąć się na myśl o opiece nad Vincentem. Co jak co, ale sadystyczne znęcanie się nad innymi ludźmi sprawiało mu niesamowitą przyjemność. Myśl, że mógłby pomęczyć w ten sposób panicza Stara, wyraźnie przypadła mu do gustu.
- Zacząłbym od dezynfekcji - rzucił zupełnie swobodnie, spoglądając na niego przeciągle. - Całego ciała. Kto wie, czego i kogo dotykało - dodał uszczypliwie, posyłając mu po krótkiej chwili krótki, zupełnie rozbawiony uśmieszek. Jego to wszystko niesamowicie bawiło - Vincent przykuty do łóżka, karmiony ze sterylnie czystej zastawy, aby następnie Stephen mógł pomóc mu bardzo dokładnie wyszorować zęby. Tak wyglądałby idealny wieczór.
- Klub? Ja? - mruknął ze szczerym niedowierzaniem, poprawiając płaszcz na swoich ramionach. Wyglądał jak zwykle - ładnie, na swój sposób specyficznie, ale jednocześnie tak, aby z łatwością przemykać ulicami zupełnie niespostrzeżony. Tak, jak lubił najbardziej.
- Nie chodzę do klubów, mówiłem już. Wskażesz mi drogę, a ja nasze trupy tam zawiozę - zawiadomił go z pełnym przekonaniem, po czym zwrócił się w jego kierunku z drobnym uśmieszkiem. - Idealnie gotowy, Star - oznajmił, chwilę później opuszczając mieszkanie. Zamknął za nimi drzwi, a następnie skierowali się do ciasnej windy. Nienawidził ciasnych pomieszczeń! Ale dzisiaj wyszedł już i tak na zbyt wielkiego dziwaka - postanowił odpuścić sobie zbieganie po schodach. Wystarczyło, że wstrzymał oddech i myślał o czymś innym, zwyczajnym. Wychodziło mu to tak sprawnie jak udawanie normalnego człowieka!
- Gdzie pana zawieźć? Pewnie wszędzie wozi cię szofer, nie? - rzucił niemalże pogodnie, uradowany faktem, że drzwi zostały otworzone. Czym prędzej opuścił paskudną windę, ruszając do podziemnego garażu, w którym zostawili samochód. Obejrzał się na swojego towarzysza ponaglająco.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Pią Lip 25, 2014 10:39 am

Made in Wenaland, w mieście Wodnice! <3

Już rozchylił wargi, żeby wypalić (za)szczerze, że przecież nie powstrzymuje się przed swoimi pragnieniami i dotykał wielu i wiele, ale czy jego stephenowy podryw nie zwiałby mu? Wobec czego zamknął usteczka... a po chwili znowu je otworzył. Przez chwilę przypominał rybę!
- Bo jeszcze pomyślę, żeś zazdrosny, czyścioszku – w końcu wymruczał rozbawiony, odwzajemniając uśmieszek. Och, przecież wiedział, że chodziło mu tylko o zarazki, ale pozaczepiać przecież można.
Nie trzeba nadmieniać, że Vincent nie miał problemu z windą? Co najwyżej przez jego młody umysł przeleciało kilkanaście scenariuszy rodem z prawdziwego pornola w razie awarii. Oczywiście, nie miałby nic przeciwko spełnić kilka z nich ze Stephenem. Nawet, jeśli musiałby go związać, bo przecież w zboczonych filmikach nie liczy się wiarygodność, a seksapil – kto by się czepiał wyczarowanego sznura, kiedy zostawiałby słodkie otarcia na skórze drugiego nastolatka. Przez chwilę był tak zaaferowany swoimi fantazjami, że z błogiego otępienia wyrwał go dopiero dźwięk otwieranej windy. I, cholera, jakiego miał farta, że Stephen przez dłuższą chwilę nie zwracał na niego uwagi, bo poczuł drobną ciasnotę w spodniach, którą – jakby nigdy nic – zakrył, zapinając do końca płaszcz. Nie było w tym nic dziwnego, w końcu zewnątrz panował chłód, zaś Vincent zajął się siarczystym przeklinaniem swojego młodego ciała, dopóty nie usłyszał kolejnych słów nastolatka. Spojrzał na niego z nienagannym spokojem, świetnie maskującym jego grzeszki i uśmiechnął się krzywo.
- Woził. Jestem dużym chłopcem, Stephen – mruknął pod nosem. No cóż, nie sądził, żeby duzi chłopcy dostawali erekcji przez fantazje i to w miejscu publicznym! Chociaż niewątpliwie tęsknił za swoimi bogactwami, zostawionymi w LA.
Kiedy weszli do samochodu, Vincent miał już opanowanego rozbrykanego przyjaciela. Taak, stanowczo to znak, że musiał się zabawić dzisiejszej nocy. Tylko chwilę poświęcił czasu na wybieranie odpowiedniego klubu, gdzie nie byłoby nader sztywno, a dbano o czystość i zaczął robić za GPS. Już po piętnastu minutach byli na miejscu. Z odległości było widać, że był to porządny klub, nie gejowski. Zwykły, dobry klub. O ile był pewien, że Stephen miał do niego słabość (z tajnym(?) odwzajemnieniem), o tyle przecież nie mógł być aż tak nietaktowny. Ruszył pierwszy w kierunku klubu, przy okazji częstując pana ochroniarza pięćdziesięcioma dolcami i przepuścił Stephena przodem. Klub był przyjemnie ciemny; jeśli wytężyć wzrok, można było dostrzec migdalące się parki na czarnych, skórzanych kanapach. Spore pomieszczenie było utrzymane w kolorze drewna, przyjemnie czyste, odpowiednio oświetlone, a jednocześnie bardzo dyskretne. Tutaj dilerzy nie byli kapturnikami, a chodzili w garniakach. Świetne miejsce na polowanie, co Vincent zdawał się doskonale wiedzieć.
Bez pardonu chwycił swoją ofiarę za przegub dłoni i poprowadził w kierunku baru. Mijali duży, przestronny parkiet. Przysiadł się na jednym z wysokich krzeseł, jednocześnie napierając na ramię Stephena tak, żeby ten usiadł obok. Całkowicie nieświadoma, a wydawać by się mogło, że naturalna dla jego osoby, władczość. Uśmiechnął się czarująco w kierunku Stephena, dając bez pardonu dłoń na jego udzie, zaś drugą podawał mu portfel.
- Mnie poproszę Bellini. I nie muszę mówić, że ja stawiam? - puścił mu oczko, nie przejmując się tym, że zabrzmiało to niestosownie z dłonią na spodniach Stephena. Zdaniem Vincenta, nie był przy tym nader upierdliwy, tym bardziej, że po chwili wziął dłoń, zostawiając prywatność nastolatkowi. Nie chciał, żeby jakiś chłopiec albo pannica zabrała mu jego dziwaka... w końcu musiałby szukać frajera!
- Po dwóch drinkach wezmę cię na parkiet.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stephen

avatar

Liczba postów : 947
Join date : 12/04/2014

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Nie Lip 27, 2014 12:34 pm

Co jak co, ale gdyby dowiedział się, ilu mężczyzn dotykało Vincenta… Albo co gorsza! Ilu dotykał on! Nie mógłby go nigdy w życiu nawet objąć. Dlatego wolał odepchnąć od siebie tę myśl jak najdalej, bo w jakiś sposób wizja obejmowania Vincenta mu się podobała. Odrobinkę. Niewielką! Ale jednak jakąś, drobną. Słodką.
- Zazdrosny? Proszę cię, nie kpij, Vinny – westchnął ze szczerym rozbawieniem, zerkając krótko w jego kierunku. Nigdy nie bywał szczególnie zazdrosny. Bez względu na to, co się działo, jemu zazdrość była zupełnie obca! A przynajmniej utrzymywał, że właśnie tak jest, idealnie radząc sobie ze zgrywaniem zupełnie obojętnego.
Ciekaw był, jak to jest być obiektem zazdrości.
- Daleko ci do dużego chłopca, Star. Duzi chłopcy to tacy, którzy nie chwalą się swoimi zabawkami na prawo i lewo. Twoje widział już chyba każdy, nie? – rzucił pogodnie, żartobliwie. I tutaj także nie okazywał ani odrobiny swojej zazdrości, oczywiście. Ot, stwierdził jak jest.
Bez słowa wszedł do klubu, krótkim skinieniem witając ochroniarza. Nie lubił takich miejsc. Skórzane kanapy – fajna sprawa. Ale fajną być przestawała, gdy pomyślał sobie, ile zarazków spacerowało po tym materiale… Najpewniej mnóstwo mężczyzn i kobiet ocierało się o te wszystkie meble, zostawiając na nich swoje zarazki! Mimowolnie wzdrygnął się na tę myśl, siadając przy barze.
Zerknął w stronę jego dłoni na swym udzie, ale nie skomentował jej obecności w żaden szczególny sposób. Nie musiał, skoro jego chłodny, przenikliwy wzrok był wystarczającym komentarzem. Nie chciał tego dotyku. Tego i jakiegokolwiek innego. Ale już zauważył, jak ciężko jest to wyperswadować Vincentowi.
Odebrał od niego portfel i złożył zamówienie, płacąc od razu. Dla długowłosego wziął Bellini, a dla siebie – wodę mineralną. Butelkowaną, aby mieć pewność, że żaden pracownik nie maczałw niej swoich oślizgłych paluchów.
- Dobrze ci wychodzi stawianie – skomentował krótko, nie odczuwając jednak ani krzty podniecenia. Bo w przeciwieństwie do Vincenta, Stephen był dużym chłopcem, który potrafił trzymać pewne rzeczy na wodzy.
- Tańczę zajebiście. Jeśli nikt się o mnie nie ociera – mruknął, zerkając w kierunku parkietu. W takich klubach to miejsce zawsze było pełne roznegliżowanych ludzi. – Zatańczę ci kiedyś w domu. Nie tutaj. Tutaj idź i podrywaj tych chętnych chłopców, a ja popatrzę i się pośmieję – zachęcił go, uśmiechając się pod nosem ze szczerym rozbawieniem.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Nie Lip 27, 2014 7:21 pm

- To nie ja mam popisowy samochód, Stephen – odparł, świetnie udając głupiego w rozmowie o zabawkach. Ale czyż nie tak było? Większość nastolatków uwielbiała się lansować, czego bynajmniej nie miał im za złe, w końcu to było coś normalnego. Tak, był cynikiem.
Był pewien, że jak zaciągnie starszego do baru, to i na inne rzeczy też się skusi, tym czy innym sposobem. Daj palec, a urwą ci całą rękę, ale trzeba było odrobinę taktu, żeby tak bardzo nie bolało. Vincent był świadom tego, że sam należał raczej do tych temperamentnych osób, dlatego starał się przez ten cały czas po prostu niczego nie zjebać, a reszta wyjdzie w praniu.  
„Dobrze ci wychodzi stawianie” - na te słowa o mało nie zszedł. Czyżby widział jego problem? Teraz przez jego głowę przebiegały myśli od niedowierzania, po usprawiedliwienia, kończąc na oskarżeniach; „Przecież zakryłem!”, „Cholera, jestem w TYM wieku, ty też w nim byłeś!”, „To twoja wina, bo jesteś całkiem w moim typie!”. No cóż, trzy lata później nie miał takich problemów, w końcu stał się DOROŚLEJSZY.

Bardziej markotny i nie śmieje się na słowo „kutas” (tak bardzo).
Chrząknął pod nosem, być może nawet nieznacznie się pesząc; jedna ze starowskich słabości – niemożliwy wstyd na wstyd. Był jednak pewien, że przecież Stephen skomentowałby to jakoś złośliwie, a przecież nic takiego wtedy się nie stało, więc pora się uspokoić!
- Uznam to za komplement – odparł w końcu, uznając to za najbardziej dyplomatyczną odpowiedź, którą był w stanie spokojnie wydukać.
Westchnął głęboko, słysząc wypowiedź Smirrnowa. Przecież przyprowadził go tutaj na tańce.
- Teraz mi to mówisz? - zapytał z nieskrywanym niezadowoleniem. - Za późno. Tańczysz ze mną. Bawimy się. W końcu to zaakceptuj i grzecznie się dostosuj! - szturchnął go łokciem w żebra, nieznacznie zniecierpliwiony. Wziął sobie za zadanie oswojenie i przeszkolenie kolegi, bo wiedział, że to nie będzie takie proste, ale jego osobliwy urok da mu sporo satysfakcji. Tak, miał zamiar zabawić się w czarną wdowę, chwytając ofiarę w swoją sieć i całkowicie go spałaszować, konsumując każdą kończynę i interesujące cząstki duszy tego dziwaka.
Vincent bez jakiegokolwiek pomyślunku przyjął swoje Bellini, upijając z niego łyka. Co za szczęście, że barman nie przejmował się aż tak etyką, bo tylko kiwnął mu głową i zaczął obsługiwać pozostałych. Zanurzył trzykrotnie te swoje blade usta w cieczy, mrużąc przy tym oczy. Zdawał się tym delektować alkoholem, ale jednocześnie nie przynosiło mu to tyle satysfakcji, co picie kakao. Jeszcze nie. Spojrzał na towarzysza z ukosa.
- Chcesz spróbować? - Podsunął mu napój pod nos, samemu odwracając się plecami do baru. Po dłuższych obserwacjach nie dostrzegł nikogo fascynującego, a sama świadomość, że po najlepsze kąski musiałby przechodzić przez kobiece ciała, wywoływały u niego dreszcze niesmaku. Cholera, zdecydowanie preferował gejowski klub. A Stephen nawet nie wiedział o jego poświęceniu.
- Przykro mi, ale nie ma bardziej fascynujących frajerów od ciebie. Jesteś na mnie skazany – zgrabnie posłał mu przytyk, posyłając mu przy tym zadziorny uśmieszek.
Czy Stephen raczył podzielić się zarazkami z Vincentem, czy też nie, ten opróżnił całe szkiełko i złapał go za przegub nadgarstka, ponownie nie przejmując się tymi odstraszającymi spojrzeniami, i zaciągnął go na parkiet... albo raczej w pobliżu, nie przejmując się ewentualnymi protestami. W końcu zawsze osiągał swój cel.
A sam też nie miał zamiaru ocierać się o kobiece ciała, dlatego kiedy znalazł odpowiednio-puste i usamczony kąt, pociągnął w tamtym kierunku nastolatka, jednocześnie torując drogę swoim ciałem, żeby mu pedant nie zwiał w trakcie drogi i już stali w niezłym miejscu.  
- Chciałem wykazać się cierpliwością, Steph, ale mnie nieznacznie sprowokowałeś – wyjaśnił na swój sposób to nagłe przemieszczenie się, jednocześnie kładąc powoli dłonie na ramionach Stephena przez materiał, żeby dziecina mu nie zeszła tak od razu. Powoli przysunął się jeszcze bliżej niego, uważnie obserwując jego mimikę twarzy i w końcu ujął jego kark rękoma. Skóra w skórę. Czuł się odrobinę kobieco, ale czego się nie robi dla nauki? Miał pewną przewagę w tym, że był słabszy od nastolatka, wszak ten mógł poczuć się bezpieczniej.
- Jedna piosenka i wrócimy do baru. Obiecuję.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   

Powrót do góry Go down
 
Stefek i Vincuś
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 3Idź do strony : 1, 2, 3  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Yaoi Gakuen :: Off top :: Odpisz mi, Stefan! :: ∎ Historie-
Skocz do: