IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Stefek i Vincuś

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Stephen

avatar

Liczba postów : 947
Join date : 12/04/2014

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Pią Sie 15, 2014 10:58 am

Vincent absolutnie nie był skromny! I Stephen czuł się tym faktem tak niesamowicie oburzony, jakby właśnie ktoś go mocno spoliczkował. Co jak co, ale ten długowłosy osobnik był tak potwornie pewnym siebie typem, że przy nim nawet Smirrnow czuł się dziwnie. Nie „nieswojo”. I nie był onieśmielony. To, czego doznawał, kojarzyło mu się poniekąd z tym rodzajem niewygody, której można doświadczyć, zasypiając na kanapie. Rozkoszny rodzaj niewygody, na którą człowiek godził się niezwykle często, jednocześnie równie często obiecując sobie samemu, że tego nie powtórzy.
- Nie będę pił z twojej szklanki, Vinny – westchnął niemalże cierpiętniczo, spoglądając na niego wymownie. Czy to nie było oczywiste? Nawet, gdyby wymuszono na nim napicie się z CZYJEJŚ szklanki, Stephen skończyłby wymiotując. Ta ilość zarazków byłaby nie do zniesienia. Wyobrażałby sobie jak grasują w jego przełyku, nawiązując bliską znajomość z komórkami ciała krótkowłosego. Nie, nie, nie. Podobne rzeczy nie wchodziły w grę i najpewniej obaj już o tym wiedzieli.
Podobnie podchodził do pocałunków.
Już miał odpowiedzieć coś na jego złośliwą przytyczkę, gdy poczuł te długie, smukłe palce obejmujące go za nadgarstek i pociągające z miejsca. Zmarszczył czoło, nie do końca rozumiejąc o co chodzi! Momentalnie poczuł się tak paskudnie zdezorientowany, że przez krótką chwilę poczuł dziwny ucisk w krtani, jakby oddech na kilka sekund kompletnie zniknął.
Gdy w końcu ich spojrzenia się spotkały, Stephen zmarszczył czoło. Cudem zwalczył w sobie chęć wymierzenia mu kolejnego ciosu, choć już oczami wyobraźni widział swoją zaciśniętą pięść spotykającą się z jego policzkiem. Z przyjemnością zmasakrowałby tę piękną buzię! Aby tylko wiedział, że postąpił źle. Nieodpowiednio. Karygodnie.
- Przestań, Vincent – wysyczał jedynie, chcąc uciec. Miał ochotę przyłożyć mu, a później odwrócić się i po prostu zwiać z tego paskudnego miejsca. Wsiąść do swojego auta, odkazić dłonie, a później ruszyć do domu. Tam wykąpałby się i odkaził całe swoje ciało, aby w ten żałosny sposób nadać sobie odrobiny normalności. Stabilności.
Jego ciało zareagowało jednak szybciej niż umysł. W żaden, najmniejszy nawet sposób nie przewidział swojego własnego ruchu!
Gwałtownym ruchem zacisnął dłonie na ramionach Vincenta, aby następnie pchnąć go i zamienić ich miejscami. W efekcie sam zaczął kontrolować sytuację – objął smukłe ciało długowłosego, przyciskając go do siebie stanowczym, silnym ruchem. Na tyle silnym, że osłabiony panicz Star nie mógłby się łatwo uwolnić.
- Jesteś debilem, Vincent – warknął mu prosto do ucha, niemalże dotykając jego płatka swoimi wargami. – Kompletnym debilem. Sądzisz, że boję się dotyku? To głupie, Vinny. Jesteś głupi. Dotykając mnie, budzisz we mnie taką odrazę, że najchętniej zabiłbym cię swoimi własnymi rękoma. Poczuł twoją krew na mojej skórze. A ty lgniesz do tego, kretynie. Idioto skończony. Tak bardzo chcesz ryzykować swoje życie spędzając czas z psychopatą? – zaśmiał się krótko, odpychając go od siebie silnym ruchem. Dopiero wówczas odwrócił się i energicznym krokiem ruszył w kierunku wyjścia bez większego problemu przeciskając się pomiędzy tymi spoconymi ciałami. Nie obejrzał się o niego nawet na krótki moment. Nawet na sekundę.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Sob Sie 16, 2014 7:23 pm

Vincent nie poszedł za drugim nastolatkiem, romantycznie wołając jego imię na połowę sali, nie tylko dlatego, że nie pozwalała mu na to duma, ale też dlatego, że spodnie w szczególnym miejscu PONOWNIE się odezwały, napierając na materiał bezlitośnie, a to tylko przez to, że miał bliski kontakt z ciałem Stephena, tak samo jak i jego oddechem owiewającym ucho. Mimo to, odrobinę się zraził. Panicz Star był świadom tego co ryzykował, ale i tak poczuł się mocno urażony i niemal odrzucony. Nie spędził długo nad użalaniem się nad sobą, widząc w tym świetną okazję na załatwienie swoich seksualnych potrzeb.
W szkole, o dziwo, zawitał dopiero kilka dni później, w szkolnej stołówce. Nawet nie raczył przyjść wcześniej na lekcje.
Vincent jak zwykle odziany był w samą czerń; bawełniany, za duży golf, spodnie, które zwężały się tam, gdzie powinny i półbuty od Gino Rossi. Srebrny łańcuszek ukryty był pod grubym materiałem. W Starze obudziła się parodia romantyka, bo oprócz swojej stałej mieszanki mocnych perfum Hugo Bossa i piżma, można było czuć zapach róż. Oczywiście, jego przyjście nie pozostało bynajmniej niezauważone i nie chodziło tutaj o to, że bladość cery nieprzyzwoicie kontrastowała z przytłaczającą czernią, która niektórych nadal wprowadzała w zdumienie; od razu został zaciągnięty do stolika dla snobów, gdzie od razu przyszła żywiołowa dyskusja na temat nauczania gry na fortepianie innej szkolnej gwiazdy, a z drugiego końca sali dobiegł okrzyk domagania się nagrody po przegranym zakładzie, zapewne o zabarwieniu seksualnym.
Nie obeszło się bez wymian zdań takich jak:

„ - Gdzie byłeś?
- A co, tęskniłeś?
- Nie.
- Dlaczego nie?
- Czemu miałbym?
- A czemu nie miałbyś?
- A pieprz się, Star”


Słynne unikanie odpowiedzi, made in Starlland, zawsze było niesłychanie skuteczne.
Opuchlizna z policzka zeszła, ale nadal musiał pudrować schodzącego siniaka, jeśli nie chciał niewygodnych pytań i – nie daj Boże! - minus tysiąc do atrakcyjności. Zdawał się mieć naprawdę koło nosa istnienie nijakiego Stephena Smirrnowa... na którego zerknął kątem oka... i dostrzegł coś powyżej jego ramienia – u jakiegoś kujonka zauważył najprawdziwszy, jeszcze nieotwarty kubek kakao. Starowi więcej zachęt od tego na dole nie potrzebował; bezgłośnym krokiem udał się do swojej ofiary, ignorując wszystkich innych (w tym Stephena, chociaż wątpił, żeby taka kara w ogóle go ruszyła). Dzieciaka wstrząsnął dreszcz, kiedy poczuł cudzy oddech na swoim uchu, a chwilę później łaskoczące go kosmyki włosów w szyję i odsłonięty obojczyk, a potem zmysłowy, odrobinę chłopięcy, ale niezmiennie jednostajny i melodyjnie czysty głos.
- Witaj, kolego Powell.
Vincent potrafił zdobywać to, czego chce – a klęska rumianego blondasa była wiadoma z góry. Czarnowłosy dostrzegł z zadowoleniem, że ten reagował na niego całkiem silnie – wszak niegdyś zabawił się z nim w szkolnej szatni. Ten, wiedząc czego chce ten wyuzdany i bezwstydny, kolejny rozpieszczony bachor, niemal od razu uległ mu, podstawiając rozkoszny napój pod nos; niemal, bo Vincent musiał zwinąć krzesło z innego stolika i usiąść obok niego, odpowiednio przytłoczyć swoją obecnością i przymrużeniem niemal niewinnie powiek.
Po krótkiej chwili, kiedy z pomrukiem maczał usta w płynnym kakao, które cholera, nie umywało się do cudeńka stworzonego przez tego bezczela, a niech go zarazki pochłoną, odbył się z blondynem schemat pytań i odpowiedzi podobny do tego podanego wyżej.
I zapanowała cisza. Vincent odczuwał i widział, że przynajmniej kilkoro z towarzystwa czuło się niewygodnie w jego obecności, czym nie zamierzał się przejmować.
Nie lubił ludzi. Nikt nie powiedział, że pójdzie komukolwiek na rękę, tym bardziej, że mógł zagrać na nosie panu bokserowi.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stephen

avatar

Liczba postów : 947
Join date : 12/04/2014

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Sob Sie 16, 2014 7:38 pm

Stephen przez ten czas uczęszczał na zajęcia tak jak zawsze – niezwykle punktualnie, skrupulatnie. Chyba, że akurat złapał ten dzień, w którym nie mógł wyjść. Miewał takie. Nieczęsto, ale jednak zdarzały się – wówczas opuszczenie sypialni stanowiło dla niego zbyt duży problem, a każdy jeden bodziec przytłaczał go tak, jakby doznawał niesamowitej migreny. Nie wiedział, dlaczego wpada w takie stany i kompletnie nie potrafił sobie z nimi radzić. Nie trwały jednak długo; same mijały w przeciągu dwóch-trzech dni. A później czuł się ze sobą tak dobrze, jak tego cudownego dnia, gdy panicz Star w końcu przybył do szkoły.
Widział go odkąd ten wkroczył na stołówkę. Bo Vincent przyciągał wzrok, jednak Stephen nie obdarzył go szczególnym zainteresowaniem. Ważniejsze były owoce, które właśnie wyciągał z plecaka. Kolejne kąski smakowitych owoców pocięte w idealną, perfekcyjną kostkę. Z cichym westchnieniem szczerej przyjemności otworzył plastikowe pudełeczko i wyciągnął widelczyk, będąc gotowym do rozpoczęcia konsumpcji. I wówczas zjawił się ten gad.
Smirrnow podniósł na niego uważny wzrok, doszukując się w wyrazie jego twarzy jakiejś zdrady. Po co przyszedł? Tylko po kakao? Jeśli tak, krótkowłosy nie musiał się nim przejmować, a mógł poddać się swojemu posiłkowi. Dlatego też ze stoickim spokojem nadział na widelec kiwi, które następnie zaczął jeść, ignorując obecność tego niesamowicie pachnącego typa.
- Powell, jeśli będziesz tak chętnie rozchylał nogi przed mężczyznami, skończyć z bólem tyłka i kacem moralnym – i nawet nie wiedział, dlaczego to powiedział! Miał przecież być cicho! Ignorować obecność tego typa i zachowanie swojego kumpla. Ale coś mu nie wyszło. A raczej wyszło zbyt wiele: te słowa same opuściły jego usta. Stephen na krótki moment zmarszczył czoło, po czym znów skupił się na posiłku, próbując ukryć swoje własne zażenowanie.
Kęs za kęsem.
Kolejny kęs. I następny.
Aż w końcu nie wytrzymał. Podniósł na Vincenta swoje uważne, surowe i potwornie zimne spojrzenie srebrnych oczu, mierząc go wyczekującym wzrokiem. Na co czekał? Na jego kolejny ruch. Milcząc, obserwował tego bezwstydnego typa.
- Straciłem apetyt – mruknął pod nosem. Tak cicho, że wątpliwe było, czy Vincent usłyszał.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Sob Sie 16, 2014 8:17 pm

Nie spodziewał się jakiejkolwiek reakcji Stephena, mimo jego bacznej obserwacji – w końcu miał dowiedzieć się, czy bardziej irytować go będzie ignorancja, czy przyczepienie się do jego boku. Kiedy w końcu go usłyszał, a poświęcił mu chwilę, naprawdę upierdliwą chwilę swoich oczu, lekkomyślnie zakładając, że chyba takie przytyki bardziej podziałają niż jakiekolwiek adorowanie. Gdzieś w tle dobiegł go nieznacznie piskliwy głosik blondyna, który nagle gdzieś wyszedł, Vincent nie przejął się tym, dzieciak był zupełnie nieistotny, bo właśnie ICH oczy się spotkały. Pod wpływem tego chłodu, Vincent mimowolnie wyprostował się jak struna, bynajmniej nie opuszczając spojrzenia. Uniósł tylko brewkę, żeby dosłodzić nastolatkowi.
- Widzę, Stephen, że masz spore doświadczenie, jak chodzi o sprawy analne. Chcesz się podzielić tymi emocjonującymi zdarzeniami, czy może wolisz to przemilczeć? - zapytał uszczypliwie, mierząc go wzrokiem od góry do dołu i mimowolnie wyobraził sobie, jak Stephenowe mięśnie drgają pod wpływem pieszczot, brodawki znaczącą twardnieją przez pieszczoty języka, a penis- STOP! Niech to cholera jego wyobraźni. Przynajmniej spodnie go nie uciskały.
Pokręcił głową z politowaniem nie dla samego siebie ni to do Stephena, zajmując miejsce Powella i tym samym lądując tuż obok pana-boksera. O ile na widoku siedział grzecznie, o tyle pod stołem nieznacznie przybliżył swoje kolano do sportowca, ciekaw jego reakcji. Nie sądził, żeby brunet brzydził się materiału spodni.
Zastukał paznokciami o podłokietnik.
- A wiecie o tym, że jest teoria, iż Vincent van Gogh nie odciął sobie ucha, a zrobił to jego przyjaciel? Ach, cóż za wspaniały człowiek. Nie dość, że schizofrenik, to jeszcze taki lojalny, gdyż podobno milczał na ten temat jak zaklęty – wypalił ze swoją miłością do dziwaków. No cóż, to było raczej książkowe towarzystwo, więc nie mógł się powstrzymać od debat! - A jak każdy z nas wie, jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze, a jeśli nie o pieniądze, to o kochanicę... bądź kochanka. - W tym, jakże romantycznym momencie, zetknął swoje kolano ze stephenowym, ale uparcie nie patrzył na niego, jakby wszystkie te gesty były zupełnie niechcący! Odcinane ucho w tle – chyba - miało w tym pomóc.
Machnął niefrasobliwie dłonią na własne słowa, po czym uniósł kubek z resztkami drogocennego napoju.
- Wypijmy za geniusza! - powiedział wzniośle, nie potrafiąc powstrzymać się od teatralności. - I nie mówię tutaj o mnie – puścił oczko nieznacznie oniemiałym kolegom, upijając ostatni łyk napoju i odłożył pusty kubek, splatając dłonie na swojej klatce piersiowej. W końcu rąk na stół się nie daje, taka była reguła savoir vivre, oczywiście. Kiedy noga Vincenta zawędrowała śmielej, dotykając nawet stephanowej swoją własną, niemal odskoczył od Smirrnowa, odsuwając nawet nieznacznie swoje krzesło.
- Och, wybacz. To było niechcący.
Uniesiony kącik ust i zadziorno-wredny błysk w oku mówił zdecydowanie o czystej perfidii.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stephen

avatar

Liczba postów : 947
Join date : 12/04/2014

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Sob Sie 16, 2014 8:33 pm

W tym miejscu niewiele ludzie wiedzieli o samym Stephenie. On ukrywał swoje życie za murami własnego mieszkania, chroniąc tych drobnych szczątków prywatności przed jakąkolwiek eksploracją. Nie chciał, aby ktoś wchodził tam. Niszczył to, co jego. Ale moment… Czy to nie on – zupełnie dobrowolnie! – zaprosił do siebie niedawno Vincenta? Do świata, którego tutaj – siedząc przy stoliku ze swoimi przyjaciółmi – tak zaciekle bronił.
- Utożsamiasz się ze schizofrenikiem czy zakochanym przyjacielem? - rzucił szorstko, nie unosząc napoju do ust. Nie zamierzał wznosić tego komicznego toastu. Wręcz odsunął od siebie butelkę z wodą mineralną, zerkając kątem oka w stronę Vincenta. Przy tym wszystkim niezwykle umiejętnie ignorował jego kolano. Zazwyczaj spinał się i już w trakcie tak subtelnych pieszczot był przerażony, gotów do obrony jak i ataku. Ale teraz nie. Po prostu sprawnie ignorował go, nie mówiąc nic.
- Ja sądzę, że już szykują dla ciebie łóżko w szpitalu dla chorych psychicznie – dodał zupełnie spokojnie.
Sprawnie przy tym wszystkim zignorował sprawę swoich umiejętności analnych. Wiedział, że Vincent wie… Wie, że Stephen nie pozwolił jeszcze nikomu na dotykanie siebie w ten sposób. Mógłby kogoś zdominować, bez większego problemu! Ale w życiu nie zamierzał pozwolić na to, aby obce dłonie sięgały jego ciała. Nie chciał nikomu się oddawać. W najmniejszym nawet stopniu. A już na pewno nie paniczowi Starowi.
- Najwyższa pora na mnie. Stołówka jest za ciasna o jedną osobę – kierując się zasadą „Głupszemu należy ustąpić”, Stephen spokojnie podniósł się z miejsca, uciekając od tego zapachu ciała Vincenta. Jego obecności. Pozbierał swoje rzeczy, po czym zarzucił sobie czarną torbę na ramię i wcisnął ręce do kieszeni czarnych spodni ozdobionych niewielkim, srebrnym łańcuszkiem.
- Chodź, Vincencie – zwrócił się w jego stronę niespodziewanie. Tym razem nie uciekał, a po prostu wychodził w jego towarzystwie. Coś w zachowaniu Stephena zdradzało go – wydawał się nieco chaotyczny, niespokojny. Jakby nie do końca wiedział, czego chce. A raczej: jak dosięgnąć tego, czego tak cholernie pragnie.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Sob Sie 16, 2014 9:00 pm

- Czuję się żywszy niż kiedykolwiek, Steph. Nie pozwolę się zamknąć w psychiatryku – mruknął ni to do siebie, ni odbiorcy, bo owszem, przez ciężkie dzieciństwo, a potem przez uzależnienie od narkotyków i sam odwyk coś się w nim zepsuło, a Vincent był tego w pełni świadom. Wiedział, że na tą kąśliwość nie musiał odpowiadać, ale usta i język same się ruszyły, a potem już zupełnie zmilkł.
Tym bardziej, że był cholernie zdziwiony i czujny.
Jeszcze chwilę wcześniej chyba był zawiedziony tym, że ten ot tak chciał sobie iść. A teraz, kiedy dostał niespodziewane zaproszenie, wstał sztywno i towarzyszył mu u boku, starając się nie wgapiać w niego zupełnie bez żadnego zrozumienia. No cóż, na staraniu się skończyło, a zawrócić bynajmniej nie miał zamiaru. Był za ciekawski i, no cóż, miał małą, malusienką słabość do jego osoby. W końcu przestał wpatrywać się w jego profil, a zaczął pod stopy, bo ostatnim czego chciał to wyrżnięcie się na oczach wszystkich. Przesunął dłonią po swoich włosach, zaczesując je do tyłu, a te tylko się nieznacznie rozczochrały i ani myślały zmienić pozycji; Star zdradzał, że był nieznacznie niepewny, bo tego najzwyczajniej w świecie nie przewidział, a co najgorsza, wiedział, że był na tyle wielkim idiotą, że z czystej ekscytacji polezie za nim chyba wszędzie.
- Gdzie chcesz iść? - zapytał w końcu. - Mam nadzieję, że nie chcesz mi ponownie przywalić, bo już policzek znacznie poprawił swój stan. W ogóle, dzięki, że pytasz – sarknął pod nosem, przy okazji się rozglądając. W razie potrzeby natychmiastowej ucieczki, będzie wiedział, gdzie biec. Absurdalny wydawał mu się fakt, że ten chciałby znowu go uderzyć, bo zrobiłby to publicznie – już raz to udowodnił! Ale ten miał takie niespokojne ruchy, że...
- Cholera, Steph - fuknął na niego, odsuwając się nieznacznie. Wcześniej niemal ocierali się o siebie ramionami, co owszem, Vincent robił celowo. - Swoją drogą... nikt nie zakapował? Ani trener, ani żaden mściwy dzieciak z drużyny? - zapytał, nawiązując do wiadomego incydentu. Zapytał, ot tak, chcąc nawiązać jakikolwiek kontakt z drugim nastolatkiem.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stephen

avatar

Liczba postów : 947
Join date : 12/04/2014

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Sob Sie 16, 2014 9:13 pm

Nie odpowiedział, zerkając jedynie w jego kierunku z pobłażliwością w oczach. Gdy Stephena nie prowokowano, ten był naprawdę grzeczny i panował nad szalejącymi rękami. Nie zaciskał nawet dłoni w pięść! Robił to tylko wtedy, gdy przekraczano pewną delikatną granicę, na której Vincent uwielbiał balansować, samego siebie skazując na niebezpieczeństwo w postaci bomby zegarowej, którą był Stephen.
- Nikt. Sam się przyznałem. I uniknąłem w ten sposób konsekwencji. Przebiegły ze mnie typ – stwierdził, wzruszając lekko ramionami. Poprawił torbę, po czym westchnął raz jeszcze. Udali się na zewnątrz – o tej porze roku raczej niewiele osób przesiadywało na dziedzińcu i właśnie dlatego to miejsce wydało mu się niesamowicie przyjemnym. Wolał tkwić tu niż na zatłoczonej stołówce.
- Przepraszam cię za moją agresję, Vincent – powiedział w końcu, siadając na drewnianej ławce pod przyjemnym zadaszeniem. Odstawił torbę obok siebie, po drugiej stronie swojej osoby robiąc wystarczająco dużo miejsca, aby Star mógł spokojnie usiąść. Nie patrząc na towarzysza, wyciągnął z torby żel antybakteryjny i sprawnie oczyścił dłonie, jednocześnie kontynuując swoje tłumaczenia.
- Panuję nad sobą niemalże zawsze. Ale ty sam mnie prowokujesz, Star. Sorry za tę akcję w klubie. Choć obaj wiemy, że to nie była tylko moja wina – podniósł na niego wzrok, przechylając lekko głowę w bok. – Nie wiem, o co ci chodzi. Życie ci nie miłe? Wiem, że lubisz z nim igrać… Bawić się swoim własnym bezpieczeństwem – zdradził, obserwując uważnie zmiany na twarzy Vincenta. – Kiedy przestałeś brać? – padło niespodziewanie. Skąd ktoś taki jak on mógł wiedzieć podobne rzeczy? Nie należał do osób, które obgadują. Ani do takich, które interesują się plotkowaniem.
- Wiesz, że nigdy dobrowolnie bym cię nie dotknął, gdybym wcześniej wiedział, że ćpałeś? Za duże ryzyko przenoszenia różnorodnych bakterii, sorry – wzruszył lekko ramionami, nie spuszczając z niego swojego uważnego, surowego spojrzenia. W tej jednej chwili wydawał się być jeszcze starszy. Jeszcze bardziej zimny, zdystansowany i niedostępny. Oceniający. – Dlaczego zacząłeś?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Sob Sie 16, 2014 9:50 pm

Niespodziewane przeprosiny przyjął ze sceptycznym uniesieniem brewki. Usiadł grzecznie obok Stephena, a mróz pozbawił go wszelkich zboczonych myśli. Nie skomentował tego żelu, wszak póki co wpływu na to nie miał i tylko wysłuchał bez słowa, co ten miał do powiedzenia. Ale, kiedy ten bezpośrednio wtargnął na jego osobiste terytorium, bardzo czułe, niemal od razu Stephen mógł poczuć wręcz namacalny mur w gęstniejącej atmosferze. Vincent miał ochotę rzucić jakimś drwiącym komentarzem, wstać i już nigdy więcej nie podejść do nastolatka, którego niewątpliwie pożądał. Wtedy jeszcze nie opanował trików nerwowych; tutaj pomacał się po udzie, a zaraz bawił się swoimi palcami.
- Przeprosiny były częścią bezkarnej umowy, Stephen? - zapytał najpierw cynicznie. Wizja realna i naturalna, ale jakoś go zniesmaczała. - Nie wiem, dlaczego miałbym udzielać ci odpowiedzi na cokolwiek – odparł jakże chłodno, unosząc nieznacznie podbródek do góry, w jakże snobowskim geście.
Przez dłuższą chwilę po prostu wpatrywał się w Smirrnowa, będąc zupełnie zniesmaczony, zdegustowany i w ogóle zniechęcony, ale również był to wyraz obronny. To było dosyć świeże. Uchylił wargi, sunąc językiem po tej dolnej, patrząc przez nastolatka. Rozważał wszelkie „za” i „przeciw” - więcej było tego drugiego, ale zdecydował się nieznacznie odkryć. Odrobinkę. Niech go cholera, pomyślał.
- Nie jestem idiotą. Nie dzieliłem igieł z moimi kumplami, więc nie patrz na mnie z góry, Smirrnow – powiedział szorstko, śmiało dorównując swoim chłodem nastolatkowi. - Nie mam żadnego syfa. Nie biorę od sześciu miesięcy i bynajmniej nie mam zamiaru tego robić. Nie mogę tego robić, bo mam kogoś, kto jest dla mnie cholernie ważny i nie, nie twój biznes. Robiłem to, bo miałem problemy, ba, nadal mam problemy, jak każdy ćpun. Ale wyszedłem z tego, dobra? - nawet nie wiedział, kiedy chłodny, zdystansowany głos zmienił się w zwykły warkot cedzony przez zęby. No proszę, już wyciągnął pazury, a Stephen nawet nie zdążył go porządnie zaatakować.
To aż zadziwiające, jak gwałtownie libido mu spadło!
- Moja siostra. Ona jest moim hamulcem – dodał na koniec, wstając z tej – jakże niewygodnej – ławeczki. - A teraz, kiedy w końcu zaspokoiłeś swoją ciekawość, chyba pójdę.
Gdyby sam siebie nie uważał za oziębłego ułoma emocjonalnego, pomyślałby, że niemal poczuł się zraniony. Niemal.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stephen

avatar

Liczba postów : 947
Join date : 12/04/2014

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Sob Sie 16, 2014 10:01 pm

Spodziewał się tego wybuchu, prawdziwej złości… I poniekąd właśnie do tego zmierzał. To po to szukał o nim informacji, marnując na to zajęcie niesamowitą ilość pieniędzy. Bo ciężko jest przekupić lekarza, aby zdradził informacje o swoim pacjencie. Ale Stephen Smirrnow – tak jak i jego ojciec – potrafił zrobić wszystko, aby osiągnąć to, czego chciał.
Milczał, obserwując i analizując, wyciągając kolejne wnioski. A kiedy Vincent podniósł się, już po krótkiej chwili poczuł na swym nadgarstku zimne, kościste palce Stephena, które zatrzymały go w miejscu. Smirrnow nie ruszył się z miejsca, ale też nie przyciągnął Stara do siebie – po prostu przytrzymał go przy sobie i obserwował.
- To nie było częścią umowy, Star. Ja wpuściłem cię do swojego świata. I teraz mało delikatnie wziąłem sobie to samo od ciebie – oznajmił. Wszystko, co się działo, Stephen dokładnie sobie zaplanował. Nie dzięki przewidywalności Vincenta, absolutnie. Raczej dzięki świadomości siebie samego – wiedział, jak reagują osoby, które chowają siebie samego przed światem.
Dopiero po dłuższej chwili podniósł się z miejsca, wciąż jednak nie puszczając jego nadgarstka. Trzymał go przy sobie w stanowczym, silnym objęciu, spoglądając mu przy tym niezwykle uważnie w oczy. Wolna dłoń spokojnie ruszyła w kierunku ramienia Stara, aby tam spocząć łagodnie. Jak to ciało wyglądało pół roku temu, gdy jeszcze było tak męczone zabójczymi substancjami? A jak wyglądało przed tym wszystkim?
- Jedyną umową, jaką chciałbym z tobą zawrzeć, jest pakt milczenia, Vincencie – głos Stephena zabrzmiał delikatniej, cieplej. – Wiesz o mnie więcej niż moi przyjaciele. Ty milczysz, więc i ja będę trzymał język za zębami. Nie musisz się mnie bać, Star – nie groził mu. Raczej podawał swoje własne ramię, oferując coś więcej niż ci wszyscy znajomi ze szkoły. Niedojrzałe psychicznie nastolatki, którym nie warto powierzać jakichkolwiek sekretów.
Przysunął się jeszcze bliżej. Zbyt blisko jak na Stephena Smirrnowa. Na tyle blisko, aby móc sięgnąć ustami jego ucha i wyszeptać wprost do niego kilka nisko brzmiących słów:
- Ja nie chcę się ciebie bać, Vinny.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Nie Sie 17, 2014 7:30 am

Początkowo szarpnął gwałtownie bezceremonialnie pochwycony nadgarstek, a kiedy nie spotkało się to z żadną reakcją, po prostu grzecznie stał w miejscu. Nie uważał, żeby jego własny świat został jakoś szczególnie mocno naruszony, ale i tak Stephen wiedział więcej niż inni; po raz pierwszy potwierdził to, o czym szeptano za plecami i teraz stał cały spięty, wręcz najeżony. Odwzajemniał spojrzenie, chociaż z mocno przymrużonymi powiekami, za dumny aby patrzeć na stopy, a jednocześnie będąc za skrytym. Cynicznie odebrał to jako zabezpieczenie na przyszłość, co również było zrozumiałe, w ogóle nie dostrzegając w tym innych aspektów, jak na przykład nawiązanie przyjaźni. Przeszedł go dreszcz, słysząc tak niski, męski głos blisko ucha i jakoś mimowolnie stało mu się nieznacznie cieplej, co było wręcz zbawieniem na tym mrozie. Stephen mógł poczuć na swojej szyi ciepły oddech, być może nawet odrobinę przyspieszony. Vincent w końcu kiwnął głową.
- W porządku. Umowa stoi – powiedział oczywiste, ale kto pogardzi oficjalnym potwierdzeniem. Położył dłoń na jego talii, bynajmniej nie w czułym geście; wbił w nią pazurki, żeby zadać mocny, ale ulotny ból. - Ale jeśli mnie zdradzisz, nigdy, ale to nigdy ci nie wybaczę – mruknął stanowczo, zostawiając talię w spokoju... ale dłoń teraz sunęła wzdłuż przedramienia, w sposób niespodziewanie delikatny. Kiedy dotarł do trzymającego go nadgarstka, nieznacznie uniósł materiał i przesunął kciukiem po znacznie wrażliwszym miejscu, mianowicie po jego wnętrzu. Spojrzał w dół, sunąc po liniach niebieskich żył, aż w końcu dotarł do palców, od razu odplatając siebie ze szponów. Bynajmniej się nie odsunął; chwycił dłoń w swoją i splótł razem ich palce. No proszę, jaki czuły Vincent, aż łezka w oczku się kręci! Czyż zapach róż nie robi odpowiedniej atmosfery? Tym bardziej, że sam przysunął się bliżej, tak, że ich klatki piersiowe śmiało się stykały i przywarł ustami do szyi. Cudem powstrzymał się od wysunięcia języka i posmakowania drugiego nastolatka. Panicz Star, kiedy tylko wszedł w swoją rolę, od razu się rozluźnił.
- Miałbyś coś przeciwko, gdybyśmy poszli teraz do ciebie? Chcę twoje kakao.
Powolnym ruchem ułożył dłoń na karku drugiego bruneta, a sam uniósł się nieznacznie na palcach, stykając ich czoła razem. Spojrzał na usta. Cholera, jak bardzo go chciał! Kiedy ponownie złapał kontakt wzrokowy, bynajmniej nie ukrywał tego, że w oczach pojawił się TEN błysk.
- Pocałuj mnie. Na przypieczętowanie umowy – wypalił, z pomrukiem lądując piętami na śniegu. - Tylko szybko, bo marznę. - Jeszcze śmiał pospieszać! Ale już miał poliki i nos przemarznięty, zaróżowiony, tak samo jak i palce. Puścił dłoń Stephena, żeby nie było AŻ TAK uczuciowo i intymnie. Chciał zdobyć jego ciało, a nie gruchać jak świeże małżeństwo.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stephen

avatar

Liczba postów : 947
Join date : 12/04/2014

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Nie Sie 17, 2014 5:45 pm

Kiedy to Stephen kontrolował formę i drogę dotyku, wszystko było w porządku. Kompletnie przejmował inicjatywę nad kolejnymi wydarzeniami i czuł się z tym zupełnie dobrze, wygodnie. Nawet mimo zarazków i bakterii! Kiedy jednak dłoń Vincenta zaczęła sunąć po jego ciele, Smirrnow momentalnie utracił pewność siebie. Choć starał się nie uciec od niego uważnym, surowym spojrzeniem, miał na to cholerną ochotę. Potężną.
- Jestem wiernym człowiekiem – odparł krótko, ale jakże stanowczo, mocniej zaciskając swoje palce na jego dłoni. Wiedział, że gdy tylko ta bliskość zniknie, znów powróci do niego widmo obrzydliwości dotyku i wówczas czym prędzej odkazi swoje dłonie. Teraz… Było po prostu miło.
- Możemy iść do mnie, Vincencie. Skończyłem już zajęcia i chętnie przygotuję nam coś do picia – stwierdził, uśmiechając się pod nosem nieznacznie. Chciał móc go znów gościć u siebie – sprawiało mu to jakąś dziwaczną przyjemność. Choć zasadniczo nie chciał zapraszać ludzi.
Na jego prośbę nie zareagował w żaden szczególny sposób – po prostu patrzył na Vincenta tak samo, zastanawiając się, kiedy ten wystrzeli „Jaja sobie z ciebie robię”. Ale Star najwyraźniej nie zamierzał niczym i nigdzie strzelać. Dlatego też Stephen sięgnął dłonią jego podbródka, delikatnie ujmując go w dwa palce, przytrzymując sobie nieruchomo jego podbródek. A następnie wolno, spokojnie przysunął się do niego, aby spełnić prośbę Vincenta. Złożył łagodny pocałunek miękkich warg na skroni Vincenta, zamykając na krótki moment oczy z cichym, niskim westchnieniem szczerej przyjemności. Bo jemu także to sprawiło pewną rozkosz.
- Jadłeś. I piłeś jego kakao. Nie pocałuję cię w usta, Vincencie – powiedział spokojnie, nie odsuwając się szczególnie od miejsca, które przed chwilą obdarzył pieszczotą. Niedyskretnie zaciągał się zapachem jego włosów, tkwiąc dłuższy moment w tym miejscu, z przyjemnym ciałem Vincenta przy sobie.
- Zimno – stwierdził w końcu, sięgając po swój płaszcz, który dotychczas leniwie leżał na torbie. Narzucił go na swe ramiona, nie wiążąc jednak szala na szyi – ten materiał zarzucił na ramiona Stara, niemal od razu ruszając w kierunku auta. Nie chciał więcej mówić. Bo po co? Czasami pewne rzeczy można było przekazać gestem.
Kiedy tylko dotarli do auta, Stephen od razu wsiadł, czekając w środku na Vincenta. Przyjemne, czyste i ciepłe wnętrze samochodu zachęcało do podróży. Nawet tej krótkiej, zaledwie kilkuminutowej.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Nie Sie 17, 2014 6:20 pm

Był przygotowany na odrzucenie, wszak wiedział, że niekiedy nie mógł użreć całej ręki, kiedy podawano mu palec, ale to się nie stało, ku zdumieniu Vincenta. Nie był nawet zawiedziony tym, że nie został pocałowany w usta, mimo że ewidentnie się do tego przymierzał, starając się w żaden sposób nie zrobić nic zarazkowego. Kiedy ten był już bardzo, bardzo blisko, przymknął powieki i... i poczuł miękkie, kuszące wargi Smirrnowa tam, gdzie się nie spodziewał. Mimowolnie otworzył jedno oko, mimo to stojąc grzecznie biernie. Słysząc te pedantyczne słówka, zamruczał rozbawiony. Naprawdę, gdyby nie to, że podzielił się swoim libido z kimś innym, wgryzłby się w tę szyjkę, zostawiając czerwony ślad po swoich prostych zębach, bo zwyczajnie nie mógłby się powstrzymać.
Przesunął dłonią po pożyczonym szalu, badając materiał między palcami i w końcu opatulił nim luźno, chowając nos. Wciągnął zapach nastolatka, udając się potulnie do samochodu, a kiedy już zasiadł na swoim miejscu, potarł zmarznięte dłonie o siebie, chcąc je rozgrzać. Kiedy w końcu przetrawił naglą sympatię Stephena, odezwał się w końcu:
- Wiedziałem, że o czymś zapomniałem. Nic dzisiaj nie jadłem – wzruszył ramionami, przyglądając się nieskrępowany brunetowi. - I kubek był, z tego co wiem, uszczelniony. Chyba mi nie powiesz, że jesteś... z a z d r o s n y? - Przeciągnął samogłoski ostatniego słowa, jakby delektował się jego znaczeniem i torturowaniem kolegi. Ten nie mógł dostrzec, że na ustach tego bezczela krąży mały, zadowolony uśmieszek. Nie tylko z tej sytuacji, a ogółem, obdarzając go cienką linią sympatii. A to bardzo duży krok, jak chodzi o tego mizantropa! Zsunął materiał ze swojej szyi, od razu miękko układając go na swoich kolanach. Już widział oczyma wyobraźni, jak ten prowadzi staranną dezynfekcję nad zużytym szalem.
- Powiem ci w tajemnicy, że w porównaniu do twojego napoju, ten mój ukradziony był naprawdę do dupy – prychnął rozbawiony, już czując, jak wnętrze samochodu przyjemnie ocieplił jego ciało. - A jeśli napiję się twojego, zapominając o tamtym kakao, pocałujesz mnie w usta?
Pewnie, Vincent sam mógł sobie wziąć pocałunek, ale pewnie skończyłby z kolejnym siniakiem na buźce.
Położył dłoń na stephanowym udzie, nachylając się nad jego uszkiem.
- Prrroszę. - Ta logika wydawała mu się bardzo naiwna, a jednocześnie za rozkoszna, żeby ją porzucić.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stephen

avatar

Liczba postów : 947
Join date : 12/04/2014

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Nie Sie 17, 2014 6:32 pm

Zazdrość? On i zazdrość? Stephen prychnął z zupełne szczerym rozbawieniem, kręcąc głową z niedowierzaniem. Właściwie nie spodziewał się, że kiedykolwiek ktokolwiek wysnuje podobnie absurdalne wnioski. A jako, że Vincenta miał za całkiem bystrego, nie sądził, aby to ten wpadł na równie idiotyczny pomysł.
- Jasne. O to, że mówisz „dzień dobry” szkolnemu portierowi też jestem zły! – zakpił, ruszając samochód. Niemalże od razu zaczęło działać ogrzewanie, przez co wnętrze pojazdu wydało się znacznie bardziej przyjemne, rozkoszne. Mógłby tu zostać. Zatrzymać się na jakimś totalnym zadupiu. I po prostu rozmawiać, pijąc dobre kakao.
Nigdy nie myślał o spędzaniu z kimś czasu w ten sposób.
- Ale na twoim miejscu unikałbym Powella. Ześwirował na twoim punkcie do tego stopnia, że zrobił ci ołtarzyk w swojej szafce. Widziałem – zaśmiał się krótko, zerkając w kierunku Vincenta. Zaraz jednak znów skupił się na drodze.
- Nie sądzę, Vinny. Usta są pełne zarazków. Nie lubię się całować – stwierdził zupełnie szczerze. – Ale jestem w tym zajebisty – zaznaczył zaraz. W całym swoim życiu przeszedł przez trzy rozkoszne, wspaniałe pocałunki… I właściwie nie pamiętał tego jakoś szczególnie dobrze. Dla niego te momenty były obrzydliwe.
Po dziesięciu minutach znaleźli się na miejscu – opuścili wygodny samochód, aby następnie udać się do mieszkania Stephena. Windą, której Smirrnow tak nienawidził. Paskudna klaustrofobia, którą i teraz sprawnie ukrył, skupiając się na muzyce lecącej we wnętrzu windy. Gdy dotarli w końcu pod drzwi mieszkania Stephena, ten wpuścił Vincenta przodem, zamykając za nimi drzwi. Odwiesił płaszcz, zdjął buty i od razu ruszył w stronę kuchni.
- Dlaczego ci się podobam, Vinny? – rzucił w końcu to, co tak męczyło go. – Nie ma we mnie nic szczególnego. Nic ważniejszego niż to, co mają inni faceci w szkole. Właściwie jestem wręcz odstręczający, a ty chcesz się ze mną całować. To dziwne – przyznał, odkażając dłonie przy umywalce.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Nie Sie 17, 2014 7:09 pm

Zrobił dzióbek z ust, kiedy usłyszał te drwiące słowa i nijak to komentując. Och, połechtać ego sobie można! Jego dziecinność była na tyle urażona, że nawet nie zapiął pasów, życząc Stephenowi z całego serca, żeby zatrzymała ich policja.
- Mam nadzieję, że chociaż wybrał zdjęcia, gdzie wyszedłem całkiem nieźle. A o to nie trudno, bo mam spory potencjał – pochwalił się, chociaż taki obsesyjny fan wydawał się być naprawdę kłopotliwy. - Zresztą, Steph, może mi się to podoba? Lubię być adorowany. Może owinąłem go sobie wokół palca? - zapytał lekko, jakby nie mówił o poważnych uczuciach, tylko o nieszkodliwej zabawie! Ponownie przejawił brak empatii i przedmiotowe traktowanie innych.
Prychnął z rozbawieniem na uwagę o całusach. No cóż, Vincent naprawdę lubił się całować, naprawdę lubił macać i być macanym, i niemal wydawało mu się to niepojęte, jak można tego nie lubić. Za to nie lubił gruchać.
- Jeśli tego nie lubisz, to nie robiłeś tego często, a z tym idzie, że nie masz praktyki, więc nie jesteś zajebisty. Co prawda, mógłbym powiedzieć, że mogę zmienić zdanie, jeśli w końcu mnie pocałujesz, ale przecież sam o tym wiesz, prawda? - wzruszył nonszalancko ramionami. - Ja jestem w tym cholernie dobry. Tak samo jak i w wielu innych rzeczach. - Posłał mu jednoznacznie oczko, śmiejąc się po chwili pokrótce. Naprawdę lubił towarzystwo tego nastolatka.
Kiedy znaleźli się w apartamencie, ponownie rozejrzał się pokrótce; nadal było cholernie czysto, zupełnie nic się nie zmieniło. Ściągnął obuwie, a szal luźno powiesił sobie na szyi, jak zwykle udając się za Stephenem. Przeżył małe deja vu siadając na blacie.
Z przymrużeniem powiek wysłuchał kolejnych słów, zdecydowanie zupełnie zbędnych. Ktoś mu się podoba, albo nie, zawsze prosta zasada.
- Myślę, że to moje ciągotki do masochizmu, jak sam wyczaiłeś – prychnął pod nosem, samemu w to wątpiąc. Co najwyżej był uzależniony od odpowiedniej porcji adrenalinki. - Zresztą, czy ma to jakieś znaczenie, kiedy sam nie podzielasz moich... uczuć? - Ostatnio słowo zabrzmiało cholernie ironicznie w jego ustach.
Ściągnął z szyi materiał, przez chwilę po prostu na niego patrząc... potem na Stephena, którego złapał na lasso i przyciągnął do siebie tak, że znowu zetknął ich czoła razem. W oczach Vincenta czaiło się jawne wyzwanie. Chuchnął w jego wargi, ale nie musnął ich własnymi.
- Jeśli pocałowałeś mnie w skroń, nie będziesz miał nic przeciwko w pocałowaniu szyi i ugryzieniu jej, prawda?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stephen

avatar

Liczba postów : 947
Join date : 12/04/2014

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Nie Sie 17, 2014 7:33 pm

- Jesteś psychiczny, Vinny – podsumował jego wywód, mimowolnie uśmiechając się pod nosem. Dla niego to było wręcz chore – chęć bycia adorowanym? Idiotyczna i niewytłumaczalna potrzeba! Znacznie lepiej było tkwić w słodkiej samotności, bez konieczności znoszenia dziwnych maniakalnych zapędów innych osób. Zdrowsze.
Osuszył dłonie w papierowy ręcznik, po czym spojrzał w kierunku Vincenta, mrużąc nieznacznie oczy. Obserwował jego gesty i zachowania, odnajdując niesamowitą przyjemność w analizowaniu go. Star był ciekawszy niż inni ludzie.
- Kto wie, może kiedyś cię pocałuję – odparł na krótki moment przed tym, jak został przyciągnięty za pomocą szala. Zastygł w bezruchu, patrząc mu w oczy niezwykle uważnie – automatycznie stał się znacznie bardziej ostrożny. Znacznie. Zawsze w ten sposób reagował na jakiekolwiek przejawy spontaniczności drugiej osoby.
- Nie rób tak, Vinny – mruknął, opierając się jednak czołem o jego czoło, patrząc uważnie w jego oczy. Wyczuwał ewidentne zagrożenie i był gotów odpowiedzieć na nie. – Nigdy nie powiedziałem, że mnie nie pociągasz. Nie powiedziałem też, że mi się podobasz… Ale to drugie zrobiłem z czystej przekory. Abyś nie czuł się zbyt pewnie – dodał, przechylając nieznacznie głowę w bok, posyłając mu przy tym kąśliwy uśmieszek.
- Nie pocałuję cię, Vincencie. Tylko po to, aby dbać o twoje ego. Niebawem tak się roztyje, że nie zmieści się w moim małym mieszkaniu, Star – wymruczał, sięgając dłonią jego włosów, przeczesując je spokojnym ruchem. – Będziesz na tyle odważny, aby wziąć sobie to, czego chcesz? Czy raczej potulnie będziesz czekał? - zakpił, doskonale wiedząc, że to zmotywuje długowłosego. – Zazwyczaj ludzie walczą o ciebie. Błagają o chwilę twojego zainteresowania. Ja ci się podobam, bo nie biegam za tobą z wywieszonym jęzorem. Bo stanowię pewne wyzwanie. A jeśli mnie osiągniesz stracę na wartości. I przestanę cię interesować, Star – przyznał, sprawnie wyswobadzając się spod szala, aby ponownie umyć dłonie i w końcu – jak gdyby nigdy nic – zająć się przygotowaniem kakao. Wielkiego dzbana napoju.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Nie Sie 17, 2014 8:14 pm

Co jak co, ale tego się nie spodziewał. Stephen teraz NAPRAWDĘ go zaskoczył, o co mimo wszystko było trudno. Z tego wszystkiego aż potulnie wypuścił go ze swoich materiałowych szpon, a kiedy ostrożnie przeanalizował i przetrawił padnięte słowa, łypnął na profil tego młodocianego psychologa. Nastolatek był inteligentny, to nie ulega wątpliwości i nie wiedział, czy wolał z nim porywalizować, czy skryć za przymkniętymi powiekami i w końcu zdobyć to ciało.
- Mmm... – mruknął z pewnym uznaniem, zsuwając cztery litery z blatu. - Boisz się, że jak mi ulegniesz, to stracisz bezpośredni kontakt ze swoją psychologiczną ofiarą? Boisz się samotności, Smirrnow, kiedy w końcu się dowiedziałeś, że obecność drugiej osoby jest całkiem milusia? - Nie pozostał bierny! Jako manipulant musiał mieć przynajmniej cząsteczkę pewnych zdolności, chociaż nie był pewien, czy owych wniosków nie wysunął pochopnie. Nierzadko bywał bardzo lekkomyślny.
Szal wylądował na blacie, gdzie jeszcze przed chwilą siedział, a sam nieśpiesznie udał się do wyjścia z pokoju. Dzban kakao był niemal zrobiony, więc musiał zająć sobie miejsce. Kiedy był w progu, odwrócił się tylko na chwilę w kierunku Stephena.
- Podobam ci się nie tylko od strony fizycznej.
Kiedy udał się do pamiętnego salonu, wpierw nader skromnie zasiadł na kanapie. A kiedy poczuł się pewniej z pomieszczeniem, postanowił rozciągnąć się na całą długość mebla brzuchem do góry, bezpardonowo zawłaszczając całą powierzchnie. Ulubiona miejscówka panicza Star, nie ma co. Podsunął dłonie pod głowę, wpatrując się w równie zadbany sufit.
- W ogóle, podoba mi się, kiedy mówisz do mnie „Vinny”. Jeśli jednak upierasz się przy moim nazwisku, to możesz „panie Star”. To takie sexy – wypalił nagle, przekręcając się na brzuch. - Za tydzień przyjeżdża moja siostra. W piątek. Podwieziesz mnie na lotnisko, a potem nas – mnie i Angie – do mojego apartamentu?
Jeśli Stephen chciał wejść do jego świata, to usłużnie poczęstuje go kolejnym kawałkiem. Oczywiście, nie zamierzał dać spoufalać się mu z jego siostrą, ale coś przeczuwał, że wyciągnie z tego niemałe korzyści.
- Ach i nie ma podrywania jej. Może i jest najpiękniejszą dziewczynką w całej cholernej galaktyce, ale jest tylko moja. No i Faith, moja matka, chciała się pobawić w rodzinę, ale odmówiłem. Zaprasza i ciebie. Do restauracji.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stephen

avatar

Liczba postów : 947
Join date : 12/04/2014

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Nie Sie 17, 2014 8:45 pm

- Zagalopowałeś się, Vinny – oznajmił zupełnie spokojnie, uśmiechając się ze szczerym rozbawieniem. – Ja lubię swoją samotnię. Twoja samotność pasuje do mojej samotni, więc jakoś nieszczególnie mi tutaj przeszkadzasz. Ale to nie zmienia faktu, że mogę być zupełnie sam. Bez większego problemu, paniczu Star? – rzucił, ostatnie słowa wypowiadając z jawną kpiną, uśmiechając się przy tym. Ta rozmowa szczerze go rozbawiła. Rozśmieszyła wręcz! Dawno nikt nie powiedział o nim równie zabawnych i jednocześnie prawdziwych słów. Ale do ostatniej kwestii Stephen wcale nie zamierzał się przyznawać.
Ruszył za nim do salonu, niosąc ze sobą tacę, na której stał dzban cudownego kakao oraz dwa eleganckie, wysokie kubki. Ustawił to wszystko na stoliku, z jawnym powątpiewaniem obserwując poczynania Vincenta. Gdy naczynia zostały idealnie rozłożone na stole, Stephen usiadł po prostu na podłodze, plecami opierając się o kanapę za sobą. Na wysokości bioder panicza Stara.
- Żartujesz sobie? – mruknął, przechylając głowę w tył, aby móc dalej obserwować go. Ostatnimi czasy patrzenie na Vincenta i analizowanie jego poczynań sprawiało mu niesamowitą przyjemność. Większą niż siedzenie samemu w domu.
- Mam być twoim szoferem czy częścią twojej rodziny? – zażartował, sięgając po swój kubek. Ujął go między zniszczone dłonie, obserwując ciepły, parujący jeszcze płyn. – Doceniam to, Vinny. Ale chcę znać swoją funkcję w tym wszystkim, co planujesz – dodał już nieco poważniej, upijając niewielki łyk słodkiego napoju. Dotychczas nie pijał takich rzeczy szczególnie często. Dopiero od niedawna. Przez Vincenta.
- Gdzie pójdziemy, co będziemy robić i czego ode mnie oczekujesz. Dopiero wówczas zastanowię się, czy chcę w to wchodzić – wyjaśnił, spoglądając na niego. Kierując się bardziej impulsem niż racjonalnym rozumowaniem, sięgnął jego dłoni i ujął ją w swoją własną. Przysunął… I po prostu złożył delikatny pocałunek na jego nadgarstku. Na tej delikatnej skórze, przez którą widoczne były żyły. Żyły, w których jeszcze niedawno krążyło tyle świństw.
- Dlaczego zacząłeś brać? – zapytał, znów kierując się impulsem. Nie myślał nad tym pytaniem. Ono z niego samo wyskoczyło! I nie miało służyć naigrywaniu się z Vincenta – było wynikiem chęci poznania tej osoby.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Nie Sie 17, 2014 9:44 pm

Kiedy Stephen raczył się zjawić w pomieszczeniu, jego spojrzenie padło najpierw na tacę, którą trzymał i na te kubki; bardzo przypadły mu do gustu. Mruknął z aprobatą, dając znać ich właścicielowi i zaraz spojrzał na niego uważniej. Wzruszył ramionami, samemu nie wiedząc co, czemu i po co, ale po prostu chciał. Przesunął dłonią po włosach, nie pozostawiając jednak pytań bez odpowiedzi:
- Będziesz szoferem, jak wspomniałeś – mruknął w końcu, uśmiechając się półgębkiem. - Nie wiem, gdzie pójdziemy. Nie zabiorę siostry w jakieś podejrzane miejsca. Może park, może jakiś sklep, na co będzie miała ochotę. A ty zdecydujesz, czy chcesz się angażować w nasze zabawy, czy po prostu się przyglądać. Oczekuję od ciebie czystego autka i dyskrecji, ot co.
Drgnął nieznacznie, czując dotyk w tym wrażliwszym miejscu i przekręcił się na bok, podpierając o drugą dłoń. Miał lepszy widok na Stephena i jego poczynania. Nie wyrwał dłoni, ciekaw, kiedy włącza się blokada jego kolegi. I naprawdę, mógłby się tutaj zupełnie zrelaksować, gdyby nie – ponowne, niemniej upierdliwe – pytanie.
- Jest kilka ciekawych powiedzonek na temat ciekawości, kotek – pozwolił sobie na takie zdrobnienie, mając nadzieję, że rozproszy to uwagę Smirrnowa. - Mam ci je zacytować?
Zbliżył się do drugiego nastolatka, bynajmniej nie mając inwazyjnych zamiarów; po prostu sięgnął, z trudem bo z trudem, po kakao i upił z niego jednego, solidnego łyka. Zamruczał zadowolony, oblizując usta. Oj, tego mu było trzeba! Uniósł się do przysiadu, żeby czasem nie zmarnować drogocennego daru na kanapie i upił ponownie łyka. Odsunął dłoń od tego ciekawskiego kolesia, obejmując ją obiema dłońmi.
- Mówiłem ci, bo miałem problemy. Sprawy rodzinne – wzruszył ramionami. - Swoją drogą, pieprzyłem faceta, który mi sprzedawał igłowe zbawienie. To było moje pierwsze zauroczenie. Chcesz coś jeszcze wspomnieć o mojej psychiczności? - uśmiechnął się czarująco, nachylając nad buźką mężczyzny, ale w stosownej odległości. - Z czasem cała namiętność i moje domniemane uczucie zmieniły się w zupełną, bezgraniczną beznamiętność. Stawałem się coraz bardziej nieczuły na bodźce zewnętrze. Narkotyki wyniszczały nie tylko moje ciało. - Upił porządnego łyka kakao. Najwidoczniej za wszelką cenę nie chciał odpowiedzieć na pytanie „dlaczego?” - Odwyk, w gruncie rzeczy, przeżywałem sam. Nie chciałem chodzić na kółka, patrzeć na tych... ludzi. Zniesmaczali mnie. Nawet nie wiesz, jakie to uczucie, kiedy żyły domagają się kolejnej dawki, napierając na ciebie, żądając, a ty popadasz powoli niemal w psychozę. Co to był za ból, Stephen! - pokręcił głową, wzdychając ciężko. - Oczywiście, miałem tam jakieś... coś. Ale nie załatwiło to wszystkiego – złapał go za podbródek, żeby trzymał grzecznie buźkę, a Star pochylił się nad nim, najpierw całując go w nos. - Odwyk wyżarł mnie tak samo, jak igła – zakończył w końcu i oczekując, że ten przynajmniej przetrawiał informację, wykorzystał moment i musnął w końcu jego usta własnymi. Krótki kontakt, cholernie ulotny. Wyprostował się i ponownie upił łyka kakao, przyglądając się Stephenowi spod rzęs, wyczekując reakcji.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stephen

avatar

Liczba postów : 947
Join date : 12/04/2014

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Nie Sie 17, 2014 9:58 pm

- Jestem drogi, Vinny. Nie sądzę, aby było cię na mnie stać… Więc – w ramach rekompensaty za to, że obiłem ci twarz – możesz liczyć na drobną zniżkę – rzucił żartobliwie, posyłając mu krótki uśmiech. Nigdy nie zgodziłby się na podobne umniejszenie znaczenia swojej osoby! Miał być szoferem, który będzie wykonywał polecenia pana Stara? Śmieszna sprawa. I właśnie przez to całkiem interesująca. Był ciekaw, jak to wszystko będzie wyglądało.
Oparł się wygodniej o kanapę, ignorując te słowa o ciekawości. Miał prawo wiedzieć. Chciał wiedzieć! Ale jednocześnie nie zmuszał Vincenta do udzielania odpowiedzi – dzielnie zniósłby odmowę i wróciłby do tematu dopiero po pewnym czasie.
Najwyraźniej nie było takiej konieczności, bo już po chwili Star sam podjął temat. Brzydził się tymi ludźmi… Zaćpanymi typami, którzy w niewielkich alejkach wbijają sobie brudną igłę w bladą skórę. Budzili w nim odrazę i strach. Ta różnobarwność historii, które mogliby opowiadać o swym życiu… W małym, schematycznym i pedantycznym świecie Stephena Smirrnowa dopuszczalne były maksymalnie trzy kolory. Nie więcej.
A jednak – wbrew swym własnym oczekiwaniom – nie poczuł do Stara odrazy. Wysłuchał go spokojnie i wzdrygnął się dopiero w momencie, gdy poczuł jego miękkie, ciepłe wargi na swoich ustach.
- Nie rób tak, Vinny – rzucił niezwykle szorstko, chłodno, momentalnie przybierając typową dla siebie zimną postawę gotowego do obrony zwierzęcia. Czując potrzebę odsunięcia się, wstał z miejsca i przeszedł pomieszczenie, aby dotrzeć do okna po drugiej stronie. Otworzył je i dopiero wtedy – zwracając się w stronę gościa – znów się odezwał.
- A teraz? – mruknął nisko, opierając się pośladkami o parapet. Teraz jeszcze nie chciał znaleźć się bliżej jego ciała. – Jak się kontrolujesz? Twojej siostry nie ma przy tobie. Nie jesteś kompletnie zdrowy… Mawia się, że z podobnych rzeczy nie można się wyleczyć. Że owszem, możesz pokonać nałóg, ale narkomanem już zawsze będziesz. Że tego już się nie pozbędziesz, a jedynie zyskasz kontrolę nad tą kwestią – mówił delikatnie, niemalże ciepło, aby tylko nie rozgniewać go. – Potrzebujesz kontroli kogoś czy radzisz sobie sam? Przydałaby ci się silna, męska dłoń, Vinny – dodał, ostatnie zdanie wypowiadając czysto żartobliwie.
- Jak ty mi się podobasz... - westchnął zupełnie niespodziewanie, zwracając się w przodem w stronę okna, a tyłem do Vincenta. Chciał się nim opiekować. A z drugiej strony, pragnął mu się poddać.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Nie Sie 17, 2014 10:37 pm

- A więc, jaka jest twoja waluta, Stephen? - zdecydował się przejść do konkretów, niemal robiąc tą nieprzeniknioną, gotową do biznesu minkę! Niemal, bo wiedział, że ten się zgodzi.
Wiedział, że ten się odsunie – chociaż za cud uważał, że nie dostał w pysk! Wziął to, co chciał, jak jeszcze niedawno sugerowała ofiara. To było takie proste. Odprowadził go wzrokiem i utkwił go w mimice twarzy. Nie poczuł się nawet rozdrażniony słowami Smirnowa. Po prostu siedział, popijając  te ciepłe kakao i analizując całą tę sytuację. Zupełnie wypadł z rytmu, słysząc – ponowne! - wyznanie Stephena. W takim momencie.
- Jesteś masochistą, czy włączył ci się instynkt macierzyński? - zapytał uprzejmie, zupełnie nietaktownie, oczywiście, przez brak większej empatii. Nie mógł zaprzeczyć, że mimowolnie spojrzał na jego pośladki, a potem w dół, na te umięśnione uda.
Miał tylko nadzieję, że temu nie włączy się litość, czy współczucie, bo tego bynajmniej nie potrzebował. Starowskie ego, dziedziczone z pokolenia na pokolenie kiepsko zniosłoby taką zniewagę. Kiedy zauważył, że wypił już do końca swój kubek kakao, od razu sięgnął po dzbanek, nalewając sobie hojną porcję. Oczywiście, normalnie zażądałby o to drugiego nastolatka, ale tym razem mu odpuścił.
- Radzę sobie sam. Jestem dużym chłopcem, mimo że jestem na etapie zaglądania dziewczynom pod spódnicę – mruknął rozbawiony, chcąc rozładować to napięcie. Nigdy nie był dobry w emocjach. - Non-stop coś robię, to dobry sposób na niećpanie. Tutaj imprezuje, tutaj śpię, tutaj się z kimś bawię na boku... i ostatnio dostałem rolę w jakimś filmie. I mam konkurs gry na pianinie. - A przede wszystkim, pomyślał Vincent, znalazłem sobie inny sposób na ucieczkę.
Westchnął ciężko i wstał z kanapy, odkładając kubek na stolik. Podszedł do Stephena, jednak nie zetknął się z nim ciałem, po prostu stojąc obok. Nawet nie drgnął, kiedy mroźny wiatr pokąsał policzki. Wcisnął dłonie do tylnych kieszeni własnych spodni, po czym samemu oparł tyłek o parapet.
- Dużo ci powiedziałem. Póki co nie musisz więcej wiedzieć, bo i tak nie odpowiedziałbym ci na kolejne osobiste pytanie. - Czuł się nieprzyjemnie naruszony, mimo że to, co przedstawił Stephanowi było historią typowego ćpuna.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stephen

avatar

Liczba postów : 947
Join date : 12/04/2014

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Nie Sie 17, 2014 10:52 pm

- Nie posiadam instynktu macierzyńskiego. Owszem, wydajesz się być po prostu rozpieszczonym bachorem… Ale nie dlatego cię wypytuję o to wszystko. Interesuje mnie twoje uzależnienie. Powody, skutki, przebieg… Jak się zmieniałeś w trakcie. To po prostu ciekawe, Vinny. Jak mysz w laboratorium - paskudne porównanie, które ozdobił jednym z piękniejszych uśmiechów. Nie byłby sobą, gdyby nieustannie mówił mu miłe rzeczy. Musiał raz na jakiś czas (czyli praktycznie zawsze!) wrzucić w ich dialog jakąś paskudną złośliwość. Jak teraz. I sprawiało mu to cholerną, niepohamowaną przyjemność.
- Może po prostu lubię sposób w jaki mówisz i barwę twojego głosu? - przeniósł spojrzenie na Vincenta, gdy ten zbliżył się. Zaraz jednak znów wrócił wzrokiem na teren za oknem – mieszkał na jednym z ostatnich pięter i widział z okna niemalże całe miasto. Nocą ten obraz wydawał się znacznie ciekawszy, bardziej barwny. Ale Stephena drażniły te wszystkie światła. Wolał poranny spokój.
- Mówisz w bardzo specyficzny sposób. Kojarzysz mi się czasami z jadowitym wężem, wiesz? – rzucił, dając mu do zrozumienia, że nie zamierza go ciągnąć za język. Już dzisiaj wyciągnął z niego już wystarczająco wiele, a przecież nie chciał go speszyć.
Odstawił kubek kakao na parapet, nie dopijając napoju. Ukrył zniszczone dłonie w kieszeniach swojej bluzy, opierając się bokiem o ścianę zaraz przy oknie. Było chłodno, co samemu Stephenowi niezwykle odpowiadało – zimno kojarzyło mu się z nim samym. Zawsze przecież był taki jak wiatr, który tego dnia wybitnie mocno wiał.
- Też mam siostrę, wiesz? Bliźniaczkę – mruknął po dłuższej chwili milczenia, spoglądając na niego spod lekko przymrużonych powiek. – Lizzy. Zachowała nazwisko ojca, ja matki – dodał jakoś tak, odruchowo.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Nie Sie 17, 2014 11:25 pm

- A może poczytaj jakąś książkę na ten temat? - zaproponował uprzejmie, wcale nie urażony porównaniem go do szczura. Leniwie kroczył w etap zupełnej regeneracyjnej, przyjemnej (dla niego samego) apatii.
Kiwnął głową na znak, że przyjmuje komplement głosowy, a jednak zmarszczył nieznacznie brwi, słysząc tego ciąg dalszy.
- Dlaczego specyficznie? - zapytał, przyglądając się mu. - Jadowity wąż. Lubisz węże? - kolejne pytanie, tym razem z cieniem leniwego uśmiechu. No cóż, niektórzy bardzo lubili czuć zagrożenie.
Sam schował się przed wiatrem, stojąc obok, ale i dalej od Stephena, bez większego żalu. Potarł palcami swój obojczyk i skinął głową, przyjmując do wiadomości. Miał ochotę zarzucić jakimś sprośnym komentarzem, typu „A może trójkącik?”, ale powstrzymał się. Tym bardziej, że wtedy wyobraziłby sobie piersi, co napawało go zniesmaczeniem.
- Twoi rodzice wzięli rozwód – bardziej stwierdził, niż spytał. - Zapewne przez ojca. Moja matka traktuje go jak smakowity kąsek. Ma uraz do mężczyzn, nic dziwnego, że chce upokorzyć twojego ojca. Pokazać mu swoją... dominę – powiedział lekko, zupełnie nie przejmując się ich losem. Ba, nawet lekko wzruszył ramionami, żeby pokazać, jak cholernie ma to w nosie. Ta kobieta od dawna stała się dla niego obojętna, a przynajmniej to sobie wmawiał.
Nie miał ochoty rozmawiać, zupełnie. Pokonał odległość dzielącą jego od Stephena i oparł jedną dłoń o ścianę za nim, a drugą odnalazł jego palce, splatając je razem. Ponownie znalazł się na tyle blisko, żeby stykali się klatkami, biodrami i udami. Przesunął nosem po szyi nastolatka, wdychając jego zapach, aż w końcu ponownie przywarł do skóry wargami, uprzednio chuchając w nią i powodując gęsią skórkę. W końcu zdecydował się zrobić to, czego chciał cały czas, mianowicie powoli zatopił zęby w jego skórze, i cholera, to aż tak spodobało się Vincentowi, że niemal bezwstydnie westchnął. Kiedy upewnił się, że pozostawił po sobie mały, czerwony punkcik, zamruczał cicho w ucho Stephena. Stanął na palcach, żeby sięgnął do płatka i potraktować go zębami i krótkim muśnięciem języka.
- Smakujesz dobrze – mruknął cicho z westchnięciem, wiedząc, że musi się powstrzymywać. A naprawdę miał ochotę zrobić wiele nieprzyzwoitych rzeczy.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stephen

avatar

Liczba postów : 947
Join date : 12/04/2014

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Nie Sie 17, 2014 11:37 pm

Zignorował wzmiankę o książce – obaj doskonale wiedzieli, że realne doznawanie czegoś jest ciekawsze niż jedynie czytanie o czymś. Choć czytać uwielbiał.
- Węże są zajebiste. Mało zarazków, serio - mruknął, uśmiechając się pod nosem. O ile nie musiałby karmić gada, sam chętnie posiadał by potężnego węża w swoim mieszkaniu. Na razie musiał zadowolić się Vincentem.
Zmarszczył nieznacznie czoło, gdy Star podjął temat ich rodziców. Dziwnie czuł się, rozmawiając z kimkolwiek o ojcu; niemy pakt, który zawarł ze „swoimi dziewczynami” zakazywał rozmawiania o tym mężczyźnie. Lizz go broniła i poruszanie jego tematu zawsze wiązało się z kłótnią. A mamuśka starała się wyprzeć tego drania ze swojej pamięci. Tak, jakby nigdy nie pojawił się w jej życiu i nie zrujnował go doszczętnie.
Westchnął pod nosem. Gdzie w tym wszystkim był on? Nienawidził w sobie swojego własnego niezdecydowania. Chciał ojca. I jednocześnie pałał do niego niesamowitą nienawiścią i niechęcią.
- Wiem – mruknął. – Wzięła go pod swoje skrzydła zaledwie kilka tygodni po tym jak doszczętnie oskubał moją mamuśkę z pieniędzy. Mam nadzieję, że ona potraktuje go podobnie… A później zostawi – puścił mu zaczepne oczko. I już chciał coś dodać, gdy Vincent znów znalazł się tak paskudnie blisko. Czuł zapach jego perfum, bardzo wyraźny. Delikatność skóry. Oddech, bicie serca. W takich momentach Stephen wydawał się znacznie bardziej wrażliwy na wszelkie doznania – widział, czuł i słyszał więcej. Zbyt wiele. Drażniąco zbyt wiele.
- Nie rób, Vincent – szepnął, samemu stojąc z dłońmi w kieszeni, nie reagując na jego pieszczoty przez dłuższą chwilę. Bo były miłe, po prostu rozkoszne. A mimo to, czuł pewien strach przed nimi. I w momencie, gdy wyczuł wilgoć na jego wargach, przyjemność zniknęła. Gwałtownym ruchem wyciągnął dłoń z kieszeni, aby zaraz sięgnąć jego włosów; wplótł w nie palce i silnym pociągnięciem zmusił Stara do odchylenia głowy w tył. Sam natomiast patrzył na niego ze stoickim spokojem. Właśnie to było najgorsze! Jawne potwierdzenie tego, że właśnie odgrodził się od wszystkiego murem. Szerokim, potężnym murem. Jak spłoszone zwierze.
- Jesteś głuchy czy głupi? Kazałem ci przestać – odezwał się zimno nawet na krótki moment nie zwalniając uścisku. Był silny. Dużo silniejszy niż osoba, która jeszcze niedawno ćpała. Szarpnął lekko za jego kosmyki. – Wyjdź stąd, Vincent. Nie chcę cię już dzisiaj widzieć – dodał wręcz beznamiętnym głosem, dopiero po chwili zwalniając nieznacznie uścisk. Na tyle, aby długowłosy mógł zwiać.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vincent

avatar

Liczba postów : 735
Join date : 11/01/2014
Skąd : Ameryka, Los Angeles

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Pon Sie 18, 2014 8:19 am

Syknął i od razu mocno zacisnął szczęki czując mocne szarpnięcie i mimowolnie wbił pazurki w talię Stephena, jakby to miało w czymkolwiek pomóc. Pomagało. Vincent czuł wtedy jakąś małą, drobną kontrolę, ale jakże słodką. Z tego wszystkiego zapomniał, że mógł oddychać nosem i wciągnął mocno powietrze przez usta, nie spuszczając wzroku z twarzy nastolatka. Przygryzł dolną wargę, kiedy ten ponownie – chociaż delikatniej – go szarpnął i z talii przeniósł dłoń na nadgarstek bruneta, wbijając w niego palce. Na pewno zostaną ranki, a może nawet siniaki. Kolejne pamiątki z wieczoru? Star nie zwykł uciekać z podkulonym ogonem, do diabła! Czy król lew spieprza, czy odchodzi z godnością? Oczywiście, że to drugie, dlatego kiedy uścisk palców jeszcze bardziej zelżał, odsunął się powoli i nawet nie patrząc na niego oddalił się, sięgając po swój kubek kakao i dopijając to, co tam zostało. Pomasował krótko skórę głowy.
- Byłoby miło, gdybyś się zgodził towarzyszyć mi i mojej siostrze. Ufam ci – powiedział nagle, a to bynajmniej nie miało na celu zmiękczenia Stephena, tym bardziej, że macający udał się grzecznie do przedpokoju, nieśpiesznie zakładając buty. Gdzie tam, wcale nie wydawał się garbić od tego odrzucenia, jak zwykle wyprostowany jak struna. Nie był przy tym sztywny, to przychodziło mu zupełnie naturalnie. Eleganckie półbuty znalazły się w końcu na stopach i niemal każdy dałby sobie głowę uciąć, że w rodzinnym domu, w Ameryce, to sługusy go ubierali.
- Kiepski z ciebie dżentelmen, jeśli wypuszczasz mnie na taki mróz – prychnął jeszcze pogardliwie i sam siebie obsłużył otwierając drzwi. Nawet oczyma przekazywał mu informację, typu „Mnie? Takiego pięknego i delikatnego samego w noc?”, „Chcesz, żebym zachorował?” - Żegnaj, Stephen.
I nie czekając na jakiekolwiek słowa nastolatka, wyszedł zamykając za sobą drzwi. Chciał poruszyć jego sumienie, dlatego przez dłuższą chwilę szedł odrobinę wolniej, dając czas na uspokojenie się Smirnowa i wyskoczenie z propozycją „Chodź, przynajmniej dopij kakao!”, ewentualnie „Jesteś gnojkiem, ale cię odwiozę!”. Vincentowi przyniosłoby to nie tylko satysfakcję, a byłoby to po prostu... całkiem miłe, ot co. Ale bynajmniej nie miał zamiaru przeprosić, czy oglądać się za siebie.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stephen

avatar

Liczba postów : 947
Join date : 12/04/2014

PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   Pon Sie 18, 2014 10:11 am

Beznamiętnym wzrokiem obserwował kolejne ruchy Vincenta, nie mówiąc nic. Stał oparty o ścianę, czekając na dalszy rozwój wydarzeń. Dopiero po dłuższej chwili zauważył, że nadgarstek go piecze… Gdzieś w tym wszystkim nie zauważył, że Star złapał go tak boleśnie. Zerknął na swą dłoń, mimowolnie uśmiechając się pod nosem – doskonale wiedział, że za chwile pójdzie wysterylizować niewielkie ranki. Ale na razie sprawiały mu dziwną przyjemność. Bo tak, nie ukrywajmy, Stephen Smirrnow był masochistą.
- Idź – mruknął jedynie, czekając aż Vincent opuści pomieszczenie. Słyszał jak ten wychodzi i czuł się z tym naprawdę dobrze – znów na krótką chwilę odzyskał swoją bezpieczną samotnię. Ale to uczucie zniknęło już po niespełna minucie. Stephen nerwowym krokiem przespacerował się po salonie, po czym zatrzymał się przy wyjściu, zerkając w stronę drzwi wyjściowych.
Tak. Głupota.
Niemal od razu i zupełnie boso wyszedł z mieszkania. Na szczęście winda jeszcze nie dojechała na górę i to przy niej zastał panicza Stara.
- Chodź tu, wredny gnoju. Zwymiotuję, jeśli wypiję jeszcze kroplę kakao. Więc z łaski swojej wróć i dopij to, co zostawiłeś – powiedział stanowczo, od razu odwracając się w stronę mieszkania, aby zniknąć za jego drzwiami. Nie chciał widzieć teraz tego triumfu na twarzy Vincenta. Bo tak, Star wygrał.
- No chodźże! – zawołał jeszcze, czekając na niego w przedpokoju.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Stefek i Vincuś   

Powrót do góry Go down
 
Stefek i Vincuś
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Yaoi Gakuen :: Off top :: Odpisz mi, Stefan! :: ∎ Historie-
Skocz do: