IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Dr Dandys & Baldric

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Baldric
Nauczyciel wychowania seksualnego
Trener drużyny piłkarskiej
avatar

Liczba postów : 412
Join date : 06/02/2014

PisanieTemat: Dr Dandys & Baldric   Pon Cze 15, 2015 11:59 pm

Strasznej wichurze towarzyszyła już mocna ulewa, kiedy do jednego z londyńskich domów weszły dwie postacie: odziany w długi, przesiąknięty deszczem płaszcz mężczyzna i owinięta w gruby, tylko z wierzchu potraktowany kroplami koc młoda kobieta. Obie sylwetki szybko skierowały się do przytulnego salonu ogrzewanego płomieniem z kominka, gdzie czekała na nich wielce zatroskana pani domu. Brunet ściągnął z siebie płaszcz ociekający wodą i porzucił na podłodze tuż obok kominka, następnie pomógł swej towarzyszce zasiąść w fotelu leżącym najbliżej źródła ciepła. Z posępną miną wyszedł z pomieszczenia, aby kobiety mogły w spokoju porozmawiać, choć wiedział, że wymiana zdań prawdopodobnie będzie burzliwa. Od tygodnia był jedynie świadkiem kłótni pomiędzy nimi, więc miał dość niezdrowej atmosfery. Starał się być bezstronny, choć po cichu wspierał swoją wiecznie zmartwioną żonę w jej racjach, z drugiej strony także rozumiał perspektywę jej siostry. Pozbawiona godności przez obcego mężczyznę musiała mierzyć się jeszcze z jedyną żyjącą krewną. Nic dziwnego, że atmosfera pod tym dachem była coraz bardziej gęsta. Wszyscy znaleźli się teraz w miejscu, z którego nie ma już odwrotu; muszą stawić czoła tej skomplikowanej sytuacji.
- Dlaczego uciekłaś? – spytała szeptem starsza siostra, kierując spojrzenie zmęczonych od niewyspania oczu na dwudziestojednolatkę. – Przecież nie musisz borykać się z tym wszystkim sama. Pomogę ci z Brianem.
Młodsza blondynka na te słowa zerwała się dziko z miejsca i zrobiła krok ku siostrze, aby brutalnie chwycić ją za ramiona i posłać jej na wpół obłąkańcze spojrzenie. Coś pękło w jej wnętrzu, gdy kolejny raz usłyszała tę samą formułkę. Doskonale wiedziała, jak może poradzić sobie ze swoim własnym problemem, jednak ta opcja według najbliższego otoczenia nie wchodziła w grę. Na samą myśl o uporze siostry robiła jej się niedobrze i wybuchała wściekłością.
- Nie rozumiesz, że ja nie chcę tego bachora?! Wolę umrzeć niż go urodzić!
Prawda wykrzyczana głośno w drugą twarz sprawiła, że trzydziestolatka instynktownie uniosła dłoń i spoliczkowała niestabilną emocjonalnie siostrę. Gdy ten fakt do niej dotarł i w cudzych oczach dostrzegła szok oraz ból, zabrała drżącą dłoń i przytknęła ją do ust. Również górę nad nią wzięły emocje.
- Urodzisz – wyrzuciła z siebie prawie niesłyszalnie, spoglądając na siostrę ze łzami żalu i gniewu w oczach. – Urodzisz to dziecko, a ja się nim zajmę. Ono będzie moje i Briana, a ty nie będziesz musiała go oglądać.
Zrozpaczona dziewczyna huknęła płaczem i padła na kolana, chowając twarz w dłoniach. Nie powinna była dzwonić do siostry po pomoc, powinna była się zabić. Perspektywa noszenia pod sercem owocu gwałtu wydawała jej się gorsza niż śmierć. W mgnieniu oka zerwała się z podłogi i rzuciła biegiem do kuchni, aby sięgnąć do szuflady ze sztućcami, lecz w ostatniej chwili powstrzymał ją przerażony szwagier. […]
Kolejne miesiące były istną torturą dla wszystkich. Problemom wciąż nie było końca i żadna z osób zaangażowanych w sytuację nie potrafiła temu zaradzić. Co prawda kłótnie ustały, jednak niezdrowa atmosfera stale wisiała w powietrzu. Pan Cornwell uciekł w pracę, jego żona nieustannie pilnowała młodszej siostry, a ta ostatnia robiła chyba wszystko, aby utrudnić życie już i tak wystarczająco zatroskanemu małżeństwu. Wiecznie starała się sięgać po używki, wypominała siostrze najgorsze zdarzenia z przeszłości, oskarżała jej małżonka o zdrady, szukała jakiegokolwiek pretekstu do wszczęcia nowej awantury. Jej intrygi zeszły na drugi plan dopiero w ósmym miesiącu ciąży, gdy nieoczekiwanie przyszedł czas rozwiązania. W takim pośpiechu pędzili do szpitala i przez chwilę nawet sama ciężarna wydawała się być prawdziwie przejęta tym, że ma skurcze miesiąc przed wyznaczonym terminem. Nim ból nadszedł, była całkiem spokojna. Jej nastawienie diametralnie zmieniło się podczas porodu, kiedy przeklinała cały świat, wszystkich mężczyzn oraz własną siostrę i jej męża. Od początku chciała uniknąć tej męczarni. Sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej, gdy pojawiły się powikłania: dziecko ułożyło się nóżkami do przodu, na dodatek zawinęło w pępowinę, więc istniało ryzyko podduszenia. Należało wykonać cesarskie cięcie, więc nikt z personelu szpitala nie pytał o zdanie rodziny. U noworodka szybko zauważono problemy z oddychaniem. Choć w ósmym miesiącu drogi oddechowe są  już wystarczająco dobrze ukształtowane, to jednak ten dzieciak nie wybuchł płaczem, jakby brakło mu głosu. Następne pięć tygodni było więc walką malca o życie. Gdy chłopczykowi udało się wreszcie samodzielnie oddychać, przytrzymano go kilka dni na obserwacji, a po tych paru dobach oddano pod opiekę wujostwa. […]
Wspomnienia z dzieciństwa często są nieostre, zamazane, jakby osnute mgłą niepamięci. Tylko te drastyczne zdarzenia z pierwszych lat życia są w stanie wyryć się w pamięci. Z opowieści cioci wiedział, dlaczego podczas potężnej ulewy i w środku nocy jechał z wujem samochodem. Po kilkudniowej wycieczce opiekunowie mieli odebrać swoje pociechy spod przedszkola. Autokar miał zawitać pod umówionym miejscem koło dwudziestej drugiej, lecz z przyczyn pogodowych nastąpiło kilkugodzinne opóźnienie. Gdzieś tak koło trzeciej w nocy autobus dotarł bezpiecznie na miejsce, to już jako tako pamiętał bez relacji osób trzecich. Nieco zaspany wpadł w ramiona wuja nie zważając na deszcz. Szybko został poprowadzony do auta i posadzony na foteliku na tylnym siedzeniu. Jak zawsze wuj solidnie zapiął go pasami, a obok położył torbę podróżną i mały plecak z rysunkiem krzywego misia. Ruszyli w drogę, krople uderzały o metalowy dach pojazdu i tworzyły dziwnie sentymentalną melodię. Nic dziwnego, że zaczął przysypiać. Powieki kleiły mu się niemiłosiernie, jednak starał się wykrzesać z siebie jakieś zdania na temat wycieczki, dopóki emocje były w nim jeszcze żywe. Dla małego dzieciaka nawet byle pierdoła wydawała się być wielką atrakcją, a takimi każdy chętnie się dzieli.
Rozbudził go potężny wstrząs, któremu towarzyszył huk. Ogrom dźwięku ogłuszył chłopca, wtedy tak mocno zaszumiało mu w głowie i znienacka zrobiło niedobrze. Jakby ktoś wykręcił mu narządy na drugą stronę. Pasy bezpieczeństwa wbiły się w boleśnie w drobne ciało. Uderzenie w mur budynku sprawiło, że szyba tuż obok niego rozproszyła się i niektóre ostre kawałki wbiły w skórę. Roztargnionym wzrokiem zerknął ku kierowcy, starając się odnaleźć w nowej sytuacji. Dociśnięty przez masywny bok drugiego auta mężczyzna nie miał szans na przeżycie. Wokół dorosłego osobnika było tyle krwi.  To właśnie widok wszechobecnej czerwonej posoki sprawił, że z dziecięcych ust wydobyły się przeraźliwe wrzaski. […]
W późniejszych latach Baldric zrozumiał przyczyny wypadku. Jakieś auto pędziło nocą przez miasto, w pewnym momencie straciło przyczepność do mokrej powierzchni i uderzyło w drugie. Siła uderzenia nie tylko była przyczyną wgniecenia w bok auta, ale również przyczyniła się do wbicia drugiego pojazdu w ścianę. Dla  wuja skończyło się to śmiercią na miejscu, dla niego zaś kilkoma ranami od odłamków szkła i złamaną ręką. To było jego pierwsze w pełni świadome spotkanie ze śmiercią.
Z biegiem lat zaczął rozumieć coraz więcej rzeczy. Od najmłodszych lat wujostwo przyzwyczajało go do myśli, że brak rodziców nie jest czymś normalnym, mimo to starali się rekompensować siostrzeńcowi stratę. Nie mogli jednak uchronić go przed całym złem świata, który prędzej czy później musiał upomnieć się o niechciane dziecię. Dokonać tego nie można było w pojedynkę, czego z trudem próbowała ciotka po śmierci męża. Zaczęło się niewinnie, od szukania własnej tożsamości w nastoletnim życiu. Okres buntu, mnogość pytań o rodziców i ich przeszłość, zainteresowanie egzotycznym pochodzeniem ojca, czego dowodziła ciemniejsza karnacja czternastolatka. Troskliwa opiekunka z początku milczała, jednak stopniowo zaczęła odpowiadać na pragnienia siostrzeńca i karmiła go zmyślonymi faktami.
Gdy prawda ujrzała światło dzienne, był to wielki wstrząs dla wszystkich. Jakimś cudem jedno z rodziców w szkole wykopało historię gwałtu, dzieci podchwyciły temat i wykazując się bezmyślnym okrucieństwem zaczęły osaczać niegdyś jeszcze bardzo lubianego rówieśnika. Przykre uwagi były niczym wobec porwanych ubrań, pociętych plecaków i zagubionych butów. A kiedy problemy zaczęły docierać do nauczycieli, ci poczęli obarczać winą za wszystko ofiarę. To owoc gwałtu ciągnął za sobą nieszczęścia. Geny po ojcu gwałcicielu musiały się w nim odezwać. Powinien był umrzeć wcześniej. Wiele razy żałował, że w ogóle się urodził.
Skrycie płakał, przed wszystkimi udając, że trzyma się świetnie. Pewnego deszczowego dnia złamał się. Poszedł do kuchni, otworzył jedną z szuflad, chwycił za nóż i wraz z nim przeszedł do łazienki. Ze spokojem wszedł do wanny, odkręcił zimną wodę, a gdy po raz pierwszy przeciął ostrzem po nadgarstku, po jego policzkach popłynęły pierwsze słone łzy. Kilka głębokich pchnięć później do domu wróciła ciocia. Zaniepokojona brakiem odpowiedzi na powitanie zaczęła przeszukiwać dom, dzięki czemu szybko go znalazła. Natychmiast zadzwoniła na pogotowie. Miała nigdy nie dowiedzieć się od siostrzeńca dlaczego ten próbował się zabić. Wolał o tym nie mówić, również nie pomyślał o tym, by wszystko opisać w pożegnalnym liście. Cały ból stłumił w sobie. […]
Szczerze nienawidził samochodów od czasu nieszczęśliwego wypadku, w którym zginął jego wuj. Niekiedy łapał się na tym, że nadal obarcza się winą śmierć mężczyzny. Gdyby nigdy nie istniał, nikt nie musiałby przyjeżdżać po niego, aby odebrać go spod przedszkola po wycieczce. Pogrążał się w takich mrocznych myślach przed próbą samobójczą i długo po niej, jednak udało mu się zerwać z tym niezdrowym przyzwyczajeniem. Karanie samego siebie stanowiło dla niego swego rodzaju uzależnienie. Takie torturowanie absurdalnie przynosiło ulgę. Oczywiście, nikomu nie mówił o swoim upodobaniu, zwłaszcza, że z wiekiem coraz bardziej od niego odchodził. Małymi krokami rzucał z tym nałogiem.
Nie przepadał też za wycieczkami, mimo to wsiadł do pociągu i wyruszył z Londynu do Manchesteru, aby zobaczyć mecz ligowy pomiędzy dwoma drużynami wiodącymi prym w obu miastach. Gorliwie kibicował Arsenal Londyn, nie mógł więc przegapić tak ważnego meczu wyjazdowego, który mógł zadecydować wyniku całego sezonu. Zajął więc miejsce w jednym z przedziałów wraz z innymi kibicami faworyzowanej drużyny, raczej nie wdając się z nimi w dyskusje na inne tematy poza tymi dotyczącymi futbolu.
Spokój został przerwany najpierw przez gwałtowne hamowanie maszyny, następnie przez odgłos podobny do eksplozji. Wszystkie wagony zatrzęsły się, następnie znakomita większość z nich została powalona na bok. Również przedział Baldricka nie ominął tej drastycznej zmiany położenia, przez co wokół zapanował okropny chaos. Mocno przywalił głową w szybę, przez co z jego skroni zaczęła spływać krew. Zemdliło go, jednak udało mu się powstrzymać od wymiotów i sprawnie opuścił przedział. Śmiało wybił jedną z szyb i przez nią wyszedł na zewnątrz. Ludzie zaczęli wydostawać się z wagonów, aby móc rozejrzeć się dookoła nieprzytomnym spojrzeniem. Ogromna ilość rannych była zatrważająca. Większość pasażerów próbowała zadbać o siebie i tylko nieliczni wychodzili naprzeciw innym z pomocą. Zewsząd docierały do niego krzyki, błagania o pomoc, nawoływania krewnych i przyjaciół. Dopiero z potężnym opóźnieniem do wszystkich dotarło, że zderzyły się dwa pociągi pasażerskie. Ale to nie to wstrząsnęło nimi najbardziej. Ogrom tragedii ukazany był nie poprzez skalę, lecz osobiste dramaty pojedynczych osób. To widok matki z zakrwawioną kilkuletnią córką w ramionach sprawił, że Baldric bez słowa padł na ziemię i schował twarz w dłoniach. Czuł się związany ze śmiercią, jakby to właśnie ta była mu przeznaczona. Wcześniej szukał w niej ukojenia, teraz widział w niej jedynie cierpienie dla ludzi żyjących.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dr Dandys
Smakosz win ludzkich
avatar

Liczba postów : 87
Join date : 19/09/2014

PisanieTemat: Re: Dr Dandys & Baldric   Nie Cze 21, 2015 12:38 am

Nawet na najbardziej samotnego człowieka ktoś czeka. Ktoś, dla kogo czas nie ma znaczenia, bo oznacza tylko czekanie. Ktoś bliższy ludziom, niż by tego chcieli, ktoś bliższy niż sam by chciał. Ktoś, kto mógł być upragnionym albo niesprawiedliwym. Ktoś, kto niósł ulgę albo szaleństwo z bólu. Ktoś, kto niedługo złamie jedną z nienaruszalnych zasad.

Oni już się wcześniej spotkali. Kiedy to było? Aby odpowiedzieć, musiałby się długo zastanawiać. Zdecydowanie łatwiej przypominał sobie miejsca. Więc gdzie to było? Pierwszy raz kojarzył mu się z deszczem, tak, wtedy bardzo padało... Londyn. Pamiętał zapach mokrej ziemi, potem przesiąkniętego materiału płaszcza, a w końcu cieplejszą mieszankę woni w powietrzu, charakterystyczną dla współczesnych domów, w których ktoś mieszkał. Tak, tak, coraz wyraźniej przypominał sobie tę scenerię, dom i kobietę. Widział ją już wcześniej, sama systematycznie go przywoływała, a on przybywał i czekał. Szedł za nią w ciemnej uliczce, obserwował jak przechodziła przez jezdnię albo leżał obok w łóżku i liczył jej łzy, które wsiąkły w poduszkę. Dziś znowu tu był, odwieczny, niechciany świadek dramatów. Nie wiedział, czy rozmowa kobiet trwała dłużej niż odstęp pomiędzy jedną kroplą rozbijającą się o parapet a drugą, bo nie skupił się na ludzkim postrzeganiu czasu. Wystarczyło, że był tu i nie odstępował zrozpaczonej dziewczyny na krok. Wiedział, że ona chce już go mieć, chce by dał jej wytchnienie od bólu. Samo pragnienie wystarczyło, aby z chwili na chwilę stawał się jej częścią coraz bardziej, nawet jeśli ona tego nie była świadoma. Młoda kobieta umierała, tracąc chęć do życia i radość, chcąc zabić siebie i... dziecko. A on obserwował każdy jej ruch, czuł każdą myśl jak własną, mieszankę bezsilności i desperacji zaciskającą się na gardle, czuł chłód i ciężar noża w dłoni, w końcu czuł jak ktoś mu go odbiera. Przyszła matka chwilowo była bezpieczna, mógł odejść.

To było szaleństwo, ale z całą swoją ponadludzką wyrozumiałą cierpliwością odwiedzał dziewczynę za każdym razem, gdy tylko go zawołała. Będąc przy niej i dziecku nie mógł powstrzymać się przed zadawaniem pytań, na które odpowiedzi się nawet nie spodziewał. Naprawdę go zostawisz? Wykorzystasz władzę, jaką nad nim masz? A ty, chłopcze, kim będziesz? Jak będziesz mnie sobie wyobrażać i nazywać? Kiedy się spotkamy i jaki wtedy będziesz?
Nie potrzebował skupiać się na czasie, by wiedzieć, że widzi małego Baldrica za wcześnie, ale przecież nie mógł ingerować. Znowu pozostawało mu to cholerne czekanie! Niech ktoś pomoże. No już, szybciej! Przecież dzieciak ledwie co zaczął żyć i już ma umierać?
To wcale nie jest prawda, że śmierć wybiera sobie osoby, to one same jakoś sobie go upatrują. Wierzą, że mają umrzeć i ciało w końcu się ich słucha, pakują się w kłopoty, świadomie wołają go albo po prostu mają pecha. On życzy wszystkim jak najlepiej, a raczej nie życzy wcale, starając się wykazać jak największą profesjonalną obojętnością, tylko... Ostatnio miał z tym drobne kłopoty. Już parę razy zbytnio przywiązywał się do takiej lub innej fizycznej formy i nie tylko zatracał w materialnym świecie, ale przy okazji w nim mieszał. Wiedział za dużo, a za mało trzymał język za zębami. Pchany jakimiś dziwnymi sentymentami, których wyzbywał się trwając bez ciała, stawał się zbyt rozmowny. Za każdym razem obiecywał sobie, że będzie ostrożny, ale przeważnie go ponosiło. Czucie było tak fascynujące! Wtedy, gdy czuwał pierwszą dobę przy Baldricu, ledwie powstrzymał się, by nie stanąć obok niego i nie zadbać w typowo ludzki sposób. Nie. Nie po to tu jest. Skarcił się w myślach i zmusił do czekania.

Już dawno zdążył zapomnieć o tych zdarzeniach, konsekwentnie oddając się codzienności, dotrzymując towarzystwa podczas ostatniej podróży innym osobom, gdy pewnej nocy został przywołany przez znajomego. Stosunkowo często zdarzało mu się wracać, w końcu ludzie nawet nieświadomie ocierali się o śmierć, ale i tak za każdym razem spotkanie robiło na nim wrażenie. Dostrzegalne gołym okiem, fizyczne zmiany powodowane przez upływ czasu wywoływały falę ciekawości i jednocześnie odrobiny niepewności: czują, że się starzeją? Czy on też kiedyś był prawdziwie żywy, że to go tak interesuje? A może to jeden ze skutków odwiecznego przebywania w świecie z ustalonymi zasadami biegu lat i ciekawość? Na szczęście teraz nie miał ochoty się nad tym zastanawiać, bo śmiertelnik wezwał go gwałtownie, żądając wręcz, by zostawił kogoś ważnego, kto najwyraźniej też był w niebezpieczeństwie. Myśli umierającej osoby potrafiły uderzać z szokującą siłą, brzmieć jak jego własne. Tylko przez doświadczenie i nadnaturalną intuicję potrafił odgraniczyć swoją świadomość od świadomości tego, kogo przeprowadzał na drugą stronę. Wtedy zaczynało się jedno z trudniejszych zadań, czyli ukojenie rozszalałej energii. Wymagało to indywidualnego podejścia, bo skomasowane wspomnienia, emocje, charakter i cała feeria innych czynników tworzyły niepowtarzalną mieszankę. Jeszcze musiał... zresztą, nieważne. Trudno opisać coś, co dla żyjącego nie było dostępne, a co każdy martwy prędzej czy później sam przejdzie.
Gdy skończył swoje zdanie... albo był w trakcie jego wykonywania? A może nawet jeszcze go nie zaczął? Nie dało się tego jednoznacznie określić, gdy czas praktycznie nie grał roli. Najważniejsze było to, że tym razem przyglądał się Baldricowi z daleka, z czystej ciekawości, bez konieczności działania wbrew ostatniemu błyskowi świadomej woli jego krewnego. Zostawił młodego w spokoju, bo nie musiał go zabierać, choć pierwszy raz byli tak blisko, pierwszy raz byli dla siebie tak realni.

Od tamtej pory spotykali się regularnie. Przeważnie przypadek decydował o tym, że chłopak pojawił się w złym miejscu i czasie narażając na niebezpieczeństwo, ale zdarzało się, że zwyczajnie wzbudzał ciekawość, zapewne nawet o tym nie wiedząc. Obserwator zachowywał dystans i stał z założonymi rękami, pomimo tego, że nie raz miał ochotę bronić dzieciaka przed rówieśnikami, zmienić ich świadomość, wsączyć im do głów niepokojące myśli, które zmuszą je do zastanowienia nad tym, co robią. A co się tyczy ich rodziców, z przyjemnością nagrodziłby każdego z osobna za błędy, których konsekwencje ponosi ktoś zupełnie niewinny. Osobiście dopilnowałby, aby największemu plociuchowi pękło serce, sam rozerwałby tkanki jedna po drugiej i pozwolił soczystej krwi wypełnić osierdzie...
Krew i konsekwencje. To przywołało go z powrotem do Londynu. Musiał się skupić, bo zamroczyła go świadomość konającego żołnierza w połączeniu ze wspomnieniem jego ostatnich odczuć, bólem, smrodem topiących się części wozu, w którym zginął i majakiem twarzy kobiety, którą zostawiał samą. Tutaj w Brytanii czuł chłód, bez parności, bez wszechobecnego piasku i pyłu. Krew i konsekwencje. Gdyby jego jaźń przybrała cielesną formę, na pewno w geście skupienia zasłoniłby usta dłonią i obserwował, powoli podchodząc coraz bliżej. W końcu usiadłby na podłodze tuż przy wannie i oparł przedramiona na jej brzegu. Świadomością znalazł się tuż-tuż przy Baldricu. Pozwalał mu czerpać z siebie, znajdować namiastkę poczucia bezpieczeństwa w myśli, że ma chociaż taką władzę nad swoim życiem, że może się go pozbawić. Być może to dziwne, ale nie tylko śmiertelnik był zmęczony tym wszystkim. Obserwator z bezdenną fascynacją chłonął uczucia i stan człowieka po części się z nimi utożsamiając. Gdyby tylko mógł, oddzieliłby świadomość chłopaka od ciała i stworzył mu nowe, takie, które nie nosiłoby żadnych znamion przeszłości, które poznałoby inną stronę życia i dało szansę na ponoszenie konsekwencji własnych błędów, nie cudzych. Bez frustracji, bezsilności, odrzucenia.
Z drugiej strony, dla Obserwatora destrukcja i tworzenie to taka sama rzecz. Po tym wszystkim poczucie siły znika.
Dlaczego nie pozwoli sobie na chwilę słabości? Przecież tak bardzo chciał zabrać mu ten cholerny nóż! Chciał wpleść dłoń w jego włosy, chciał wziąć go w ramiona i zabrać stąd, uciec w ciemność. Obmyłby go, napełniłby jego żyły deszczem, by gorąca krew nie mogła nosić w sobie bólu, dałby mu życie, życie!
Musiał cofnąć się, bo zaczynało dziać się z nim coś niepoprawnego. On nie dawał życia. Był za blisko i Baldric na pewno to poczuł. Zimno. Tak namiętne zimno, jakby sama śmierć całowała jego nadgarstki.
Zostawił go pod opieką ciotki, a potem lekarzy. Uciekł.

Obserwator był wszędzie, patrzył, czekał. Tuż przed tym, jak rozpętało się piekło, usłyszał czyjś głębszy wdech wyróżniający się niepokojąco spośród miarowego szumu deszczu i podekscytowanych rozmów kibiców. A potem huk, zgrzyt metalu, trzask rozpryskującego się szkła wkomponował się we wręcz idealną symfonię z ludzkimi jękami i krzykami. Wiedział, że to okropne, ale taka nagła zmiana emocji i myśli była dla niego jak narkotyk. W końcu coś czuł, dlatego upajał się cudzym bólem, strachem i paniką, jednocześnie witając trzy osoby, którym przyszło odnaleźć wieczny, martwy spokój. Odprowadził je kolejno (a może wszystkie naraz? znowu ten czas, czas nie jest istotny) z należytym szacunkiem, jednocześnie czuwając nad tymi, którzy jeszcze nie zdecydowali się, po której stronie chcą być. Bez problemu kojarzył większość pechowych pasażerów pociągu, ale szczególną uwagę zwrócił na jednego młodego mężczyznę. On... tak, to on. Wtedy, w Londynie. Rainy Boy... tak go nazywał. Ile razy już go widział? Ile razy smakował jego cierpienia i zmuszał się, by mu nie pomagać? Ile razy tracił okazję do tego, by poczuć razem z nim ulgę?! Nigdy więcej! Nigdy więcej.



Dziś poranek był pochmurny i zapowiadało się, że to będzie jeden z tych dni, kiedy wiele osób chodzi z migreną i w złym nastroju, mrucząc o niskim ciśnieniu i mocnej kawie. Lunęło wczesnym popołudniem i nikt nie wróżył rozpogodzenia przed nadejściem nocy. Obserwator ostatnimi czasy (co znaczyło, że mógł siedzieć tu od końca Drugiej Wojny Światowej albo odwrotnie, pojawić się wraz z dzisiejszym deszczem) wczuł się w klimat stolicy, coraz częściej świadomie wracając tu dla przyjemności, dla widoków i atmosfery, a nie z zawodowej konieczności. Przez myśl mu przeszło, że to nagłe zainteresowanie ma coś wspólnego z osobą, która tu żyła, ale przecież to absurd. Absurd, jasne! No, może odrobinkę prawdy w tym było... Dobrze, dobrze! Był tu przez Baldrica. Ale w końcu powiedział, że osobiście dopilnuje mężczyzny – jakkolwiek złowieszczo by to nie brzmiało od Obserwatora... Miał szlachetne zamiary i nie zamierzał przyciągać pecha. Chciał mu się pomóc przed nim bronić, nawet jeśli oznaczałoby to uśmierzenie ewentualnego bólu i jak najszybsze zabranie na tamtą stronę. Ale nawet on nie mógł przewidzieć, że... teraz, już! Był potrzebny. O, szlag, szlag! Jak straszliwie to wyglądało: samochód wchodzący w zakręt z pełną prędkością, a na tej samej drodze parę metrów dalej dziecko, złotowłosa dziewczynka. Za niecałe sześć sekund podlotek zdąży zatrzymać się w takim miejscu, że zderzenie z maską wyrwie jej mały bark ze stawu, zmiażdży twarzoczaszkę, zgruchocze żebra, które pluną odłamkami w płuca. Impet przerwie rdzeń kręgowy w dwóch miejscach, więc dla niej nie będzie potrzebna karetka. Koroner wystarczy... Co innego z mężczyzną, który rzucił się na ratunek. Jego da się odratować, jeśli wstrząs nie będzie na tyle poważny, by obrzęk doprowadził do ucisku na mózg, a w efekcie do obumarcia z niedotlenienia. No i na pewno nigdy nie odzyska pełnej władzy w lewym ramieniu. Prowadzący pojazd wyszedłby z kilkoma siniakami.
Nie. Stop. Stop! Obserwator pierwszy raz od dawien dawna poczuł, że coś było dawno, a coś dzieje się teraz. Wyjątkowo incydent w pewien sposób dotyczył jego samego! Musiał działać jak najszybciej. Przywołał ostatnie materialne ciało, które wymyślił dla siebie wiek temu, celując tuż obok bezmyślnego, brawurowego kierowcy. Przez pośpiech na pewno coś sknocił, zapomniał o jakimś narządzie, bo poczuł się dziwnie słabo i coś źle szło z oddychaniem. Pieprzyć to, przecież nie umrze! Moment zawahania wystarczył, by niedoszły morderca spostrzegł więcej niż powinien, zanim nieproszony gość przejął władzę nad jego autem, szarpiąc kierownicę i znowu rozpływając się w powietrzu. Wóz skręcił ostro i ustawił się bokiem do kierunku jazdy, przez co gwałtownie wyhamował, ze zgrzytem otarł się o barierkę na zakręcie i resztką siły pędu został wypchnięty znów na jezdnię, stając dosłownie parę metrów przed dzieckiem i Baldriciem.
Pierwszą reakcją kierowcy, oczywiście po tym, jak zorientował się, że nadal żyje, była wściekłość. O co, kurwa, chodziło! Kto to, kurwa, był! Co za dziad w dupę jebany dorwał się do jego nowiusieńkiego Merca! Porysował mu lakier i... ooonieee... na pewno wgniótł zderzak... on go zajebie... zajebie skurwysyna... lump nie wypłaci się do końca swojego psiego życia... zajebie... zajebie...
Wysiadł z samochodu i trzasnął drzwiami. Rozejrzał się za dziadem w dupę jebanym, ale przed maską zobaczył tylko dziewczynkę i jakiegoś młodego mężczyznę. Dopiero teraz do niego dotarło, co mogło się stać przez jego własną nieuwagę i brak ostrożności. Zakręciło mu się w głowie, cofnąłby się, gdyby nogi nie przyrosły mu do ziemi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Baldric
Nauczyciel wychowania seksualnego
Trener drużyny piłkarskiej
avatar

Liczba postów : 412
Join date : 06/02/2014

PisanieTemat: Re: Dr Dandys & Baldric   Czw Cze 25, 2015 9:08 pm

Od samego rana był to pochmurny dzień, który nie zapowiadał niczego dobrego. W powietrzu wisiało coś ciężkiego, już z samej natury niedobrego i budującego w ludzkim ciele dziwne napięcie. Trudno było zmusić się do wstania z łóżka, a właściwie zwleczenia z niego, by boleśnie osunąć się o podłogę. A na podłodze już czekały przedwczorajsze, wczorajsze i nawet jeszcze niezakładane ubrania, choć pozbawione pierwszej świeżości, gdy przez jakiś czas walały się po całej sypialni. Mimo to, gdy tylko poderwał się z ziemi, zgarnął też bokserki, bieliznę i niechętnie doczłapał do szafy, aby z jej dna wygrzebać koszulkę, jeansy i ogromną bluzę, która dawała mu mnóstwo swobody ruchu. Z taką kupką garderoby w rękach przeszedł do łazienki, ciuchy wrzucił niedbale do wanny, a sam zbliżył się do umywalki. Przetarł leniwie twarz dłońmi i spojrzał w lustro z wielce zmęczoną miną. Westchnął ciężko na ten widok i rozpoczął poranną toaletę od zaspokojenia potrzeby fizjologicznej. Przemył twarz, umył zęby i w mgnieniu oka się ubrał, nie chcąc tracić więcej czasu. O śniadaniu nawet nie pomyślał, po prostu zgarnął jeszcze z sypialni portfel, komórkę i wyszedł. Niedzielę jak zwykle miał spędzić z ciocią. Z każdym tygodniem zwyczaj ten stawał się bardziej przykrym obowiązkiem niż przyjemnością, kiedy to kobieta stale upierała się przy tym, by udali się razem do kościoła. Oczywiście pojawił się w rodzinnym domu dokładnie o dziewiątej i towarzyszył najbliższej jego sercu kobiecie w drodze do kościoła, lecz nie przekroczył jego progu. Poczekał na zewnątrz, a gdy nadszedł koniec celebracji, wrócił z panią Cornwell do domu, by tam wraz z nią przygotować obiad. Ale tak naprawdę nic nie robił, tylko stał z boku, przyglądając się poczynaniom pani domu.
Od popołudnia dzień stał się deszczowy, aby dać się wszystkim we znaki. Właśnie wtedy kończyli oglądać ostatni z kilku odcinków różnych seriali lecących na rozmaitych kanałach. Maraton był emocjonujący dla przedstawicielki kobiecego rodu, zaś Baldric okropnie się męczył, przyglądając się wynurzeniom kolejnych postaci przy ich zawiłych losach. Z ulgą podniósł się z kanapy, pożegnał opiekunkę i uciekł. Skoro spełnił swą powinność, miał do tego prawo. Gdy tylko znalazł się na zewnątrz, powitał go deszcze i chłód, który przyniósł. Słyszał już wcześniej uderzenia kropel, jednak nie zwrócił uwagi na intensywność dźwięku. Rozpoczęła się prawdziwa ulewa, a bluza łatwo przesiąkała wodą. Naciągnął kaptur na głowę i pognał szybko przed siebie. W takie dni marzył tylko o tym, by zaszyć się u siebie i nie wychodzić z łóżka, ponieważ każdy deszcz przynosił też ze sobą gorzkie wspomnienia, w tym pamięć o wszechobecnej śmierci. Skrzywił się i jeszcze bardziej przyspieszył kroku, już dochodząc do przystanku. Chciał przejść przez pasy, gdy kilkanaście metrów przed nimi na jezdnię wyleciała mała dziewczynka ubrana w przeciwdeszczowy płaszczyk. Bald w pierwszej chwili dostrzegł ją, a zaraz później pędzący samochód. Nie myślał co robi, zwyczajnie podbiegł do dziewczynki i chwycił ją, odrywając od podłoża i chowając w swych ramionach. Odwrócił się tyłem do zbliżającego pojazdu, licząc się z siłą uderzenia. Lecz te nie nastąpiło, więc Bald odwrócił się w kierunku, z którego miało najechać auto. Te dziwnym trafem zatrzymało się tuż przed niedoszłymi ofiarami, a kierowca w nerwach wysiadł , aby rzucać wściekłymi spojrzeniami. Dopiero po chwili zamarł, najwidoczniej uświadamiając sobie, że o mały włos uniknął strasznej tragedii. Brunet wypuścił przestraszoną dziewczynkę z uścisku, by ta zaraz wpadła w ramiona jeszcze bardziej strwożonej matki i wybuchła płaczem. Kierowca stał cały blady, a Baldric ściągnął kaptur i w nerwach chwycił nieznajomego za ramiona i potrząsnął nim agresywnie.
- Prawie nas pozabijałeś, gnoju?! – wykrzyczał wściekle, odpychając od siebie tego śmiecia. Widział w tym mężczyźnie tego samego skurwiela, przez którego stracił w wypadku samochodowym najbardziej wyrozumiałego opiekuna na tym pieprzonym świecie. Tamtej noc też padało i również za kółkiem znalazł się nieodpowiedzialny oszołom. – Niech cię szlag!
Jakoś nie interesowało go to, że prawdopodobnie mężczyzna ten w ostatniej chwili gwałtownie odbił w bok i w ten sposób on i dziewczynka nie znaleźli się na masce. To był cud, jakich brakuje w czasach ciągłej rozpaczy.
- To nie ja… - wypowiedział szeptem oszołomiony kierowca, przyglądając się rozwścieczonemu mężczyźnie. – To nie ja, przysięgam – próbował dalej rozpaczliwie się bronić, chwytając przy tym za bluzę. – To tamten drań, to on jest winny!
Bald zabrał jego ręce i ponownie go odepchnął, nerwowym krokiem kierując się do auta. Nikogo w nim nie było, dlatego spojrzeniem brązowych oczu powrócił do prawdziwego winowajcy. Wręcz doskoczył do niego, jedną ręką złapał za szyję, a drugą przywalił mu w twarz. Jeden cios nie mógł wystarczyć, zaraz padł drugi, trzeci, czwarty. Przed piątym ktoś go powstrzymał, chwytając za rękę i potem za ramię, aby odciągnąć go, starając się nie dopuścić do samosądu.
Który to już raz miał szansę umrzeć? Czy to znak, żeby wreszcie zniknął z powierzchni ziemi, która nigdy nie powinna go nosić? Miał totalny mętlik w głowie i górowały nad nim negatywne emocje, co wcale nie poprawiało sytuacji. W końcu dał spokój i przysiadł na mokrym chodniku, czekając na policję, która już została przez kogoś wezwana.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dr Dandys
Smakosz win ludzkich
avatar

Liczba postów : 87
Join date : 19/09/2014

PisanieTemat: Re: Dr Dandys & Baldric   Nie Cze 28, 2015 12:00 am

Co to za zamieszanie? Mimo wyjścia z wprawy, szczęśliwie udało mu się tak zgrać czas i miejsce, że wybiegł z jednej z pobliskich uliczek akurat, gdy jeden z gapiów odciągał Baldrica od kierowcy. Pewnie gdyby nie widział jak bezmyślny gość dostaje w dziób, sam miałby ochotę wymierzyć mu jakąś karę, być może w bardziej wysublimowany sposób, ale za to okrutniej. Obserwator czuł, jak rodzą się i wygasają w nim emocje, co w połączeniu z czysto fizycznymi bodźcami dawało wspaniały efekt. Miał ochotę przymknąć oczy i wąchać powietrze albo właśnie patrzeć na okolicę, poznając ją w typowo ludzki sposób. Najpewniej zrobiłby to, gdyby nie ciekawość pchająca go na miejsce zdarzenia. Skoro już zrobił pierwszy krok, drugi był tylko kontynuacją, konsekwencją.
Podbiegł mijając gapiów zbierających się na chodniku, w międzyczasie wymyślał, jak ma zareagować, by wyjść naturalnie i wiarygodnie. Zatrzymał się parę metrów obok Baldrica, nie chcąc wyjść na nachalnego, zaraz kucnął, by mieć lepszy kontakt z mężczyzną. Nawet wyciągnął dłoń, jakby chciał go dotknąć, ale nie zrobił tego, jedynie gestem potwierdził, że tak, na pewno zwraca się do niego i nie ma złych zamiarów.
– Przepraszam, źle się pan czuje? Potrzebuje pan pomocy? – Udało mu się zabrzmieć na zaniepokojonego, ale kompetentnego. Tak naprawdę niewiele musiał udawać, ten cud biochemii, jakim było ludzkie ciało, sam pompował w żyły adrenalinę. A niedoszły poszkodowany? Wyglądał na nienaruszonego, ale niebezpieczna sytuacja, nawet jeśli obeszło się bez drastycznych scen, mogła doprowadzić do szeregu różnych komplikacji. Ktoś powinien się zainteresować, dlaczego chłopak siedzi na mokrym chodniku, zamiast dalej wciekać na brawurowego idiotę albo chociaż próbować schronić przed deszczem.
W tej chwili Obserwator nie miał wiele czasu na reakcję. Kierowca, gdy tylko go zauważył, przestał nerwowo dreptać przy samochodzie, masować obolały nos i tamować krwawienie, a przez dobrych kilka sekund po prostu się gapił, najpewniej znów nie wierząc w to, co widzi. Ciekawe, jakby zareagował, wiedząc, że nie tylko on może spojrzeć w oczy śmierci, ale i ona w jego. Dosłownie.
– To... to... To on! – wydarł się mężczyzna, gdy już odzyskał język w gębie, wskazując oskarżycielsko gdzieś przed siebie. Cholera jasna! Obserwator stary, ale głupi. Że też nie pomyślał o zmianie ciała albo chociaż ubrania... Szare spodnie, golf i biały wiosenny płaszcz na pewno wtedy w samochodzie rzuciły się w oczy. Jednak bezczelnie szedł w zaparte, spojrzał na Baldrica, jakby pomyślał, że to o niego chodzi. Coraz bardziej zdenerwowany kierowca szybko popsuł plan podchodząc i gapiąc się wściekle wprost na Obserwatora. Zamiana ról? Trzeba improwizować!
– To on był w samochodzie! To on kierował!
– Ja dopiero tu przyszedłem. – Obserwator wstał i cofnął parę kroków, czując się zagrożonym (kolejne okropne, wspaniałe uczucie!), gdy ten bufon wymachiwał do niego łapskami.
– Coś ty? Pieprzony złodzieju! Chciałeś...
Już nie "dziad w dupę jebany?" Idź po swojego prawnika i mnie "zajeb", ale spiesz się, zanim tłum cię zlinczuje za narażenie dziecka. – Obserwator z całą siłą wbił własną myśl w głowę kierowcy, najwyraźniej samemu tracąc cierpliwość. Przez jego twarz przemknął cień złości, ale szybko zastąpiła go powaga. Milczał.
– ...co? – Wyszczekany kierowca zmarszczył brwi. Teraz bardziej przypominał rozwydrzonego młokosa, który dostał pstryczka w nos i zwyczajnie nie wiedział, jak ma zareagować.
– Proszę się uspokoić – zaczął swoją gadkę niezrażony oskarżeniami Obserwator. – To na pewno dla pana szok... Proszę się uspokoić, policja już jedzie – tym razem zwrócił się do jednego z gapiów, który zaczął coś wrzeszczeć, podjudzany innymi głosami i płaczem przerażonej dziewczynki.
Wszystko działo się tak szybko, że Obserwator ledwo nadążał, ale udało mu się rzucić kontrolne spojrzenie na Baldrica.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Baldric
Nauczyciel wychowania seksualnego
Trener drużyny piłkarskiej
avatar

Liczba postów : 412
Join date : 06/02/2014

PisanieTemat: Re: Dr Dandys & Baldric   Nie Cze 28, 2015 11:56 pm

Źle zrobił, że rzucił się na kierowcę i był tego boleśnie świadom, jednak nie potrafił inaczej. To była jego próba odreagowania, do której zresztą miał pełne prawo, w końcu postawił na szali swoje własne życie, gdy wbiegł na jezdnię. Ale czy mógł postąpić inaczej? Uderzające z każdą chwilą coraz mocniej myśli nie dawały mu chwili wytchnienia. Choć uparcie analizował całą sytuację od nowa, to jednak nie potrafił racjonalnie uzasadnić swoich decyzji. Reagował impulsywnie, emocjonalnie i instynktownie, zatem musiał być ostatnim głupcem. Mógł przecież zginąć! To zapewne nie byłaby zbyt wielka starta dla tego świata, mimo to takie narażanie się było niezgodne z ludzkim instynktem samozachowawczym. Zapewne to dobrze, że dotarło do niego ryzyko, jakiego się podjął, jednak za wybranie drugiej opcji – zadbanie tylko o własne bezpieczeństwo i pozostawienie dziewczynki na pastwę losu – plułby sobie w brodę do końca życia. Nigdy nie spojrzałby w lustro, a co dopiero w przypadku śmierci tej małej.
Powinien dać spokój kierowcy i przestać go atakować, zwłaszcza, że to jego gwałtowna reakcja zmusiła samochód do odbicia w bok. W jakimś stopniu wszyscy powinni mu być wdzięczni, a może by byli, gdyby nie starał się wykręcać. Niby kto kierował, skoro to on wysiadł zza kierownicy i nikogo innego w pojeździe nie było? Prawa ręka lekko drżała od zadanych wcześniej ciosów, choć właściwie całe ciało było pod wrażeniem tej sytuacji. Mężczyzna co chwilę zaciskał swą dłoń w pięść, próbując rozruszać tym samym rozedrgane palce. Dość nieskuteczna próba uspokojenia się, skoro nie przynosiła ukojenia. Również wcelowane w niego spojrzenia innych nijak nie pomagały mu się pozbierać. Tak nagle zleciał się tłum gapiów. Szeptali, ktoś czasem powiedział coś nie głośniej, jednak wszyscy woleli trzymać dystans niż samemu się zaangażować. Przynajmniej jedna bardziej roztropna osoba odciągnęła Balda od kierowcy, ale szybko umknęła, żeby czasem bardziej się nie mieszać. Kiedy jednak obcy mężczyzna przykucnął przy moknącym brunecie, ten nieprzytomnie skierował spojrzenie brązowych oczu na mężczyznę, ledwo rejestrując jego słowa. Przede wszystkim słyszał szumiącą przy skroniach krew i plamy gorąca na twarzy powstałe z powodu złości. Zadziwiło go to, że jednak ktoś zdecydował się zwrócić na niego uwagę i nawet wyciągnąć do niego pomocną dłoń. Samo pytanie o jego samopoczucie dodało mu jakoś otuchy. Ktoś, kompletnie obcy człowiek, zajął jego stronę.
- Nic mi nie jest – odparł stanowczo, po czym zaczął rozglądać się wokół w poszukiwaniu dziewczynki. Nadal tu była, już mniej płakała, jednak nadal rozpaczliwie wtulała się w ukochaną matkę. Na ten widok w Baldricku coś szarpnęło, zawyło, a na koniec załkało żałośnie cicho. Zaraz spuścił wzrok, by móc spojrzeć na spokojniejsze już dłonie.
W oszołomieniu nie zrozumiał pierwszych wykrzyczanych słów, jakie wydobyły się z roztrzęsionego kierowcy, jednak kolejne doskonale odnalazły drogę do jego uszu i umysłu. Sam bezmyślnie zerknął na mężczyznę, a gdy okazało się, że paluch celuje w przyjaznego nieznajomego, który pochylił się nad jego niedolą, znów wzrosła w nim wściekłość. Poderwał się na równe nogi i stanął przed blondynem, aby posłać kolejne przepełnione furią spojrzenie kierowcy. Jeszcze śmiał machać łapami, kiedy wszyscy widzieli jak to on opuszczał miejsce kierowcy? Nie zważał na fakt, że ten pobladł i się uciszył, również nie robiły na nim wrażenia próby uspokojenia sytuacji ze strony bezpodstawnie oskarżonego jegomościa, po prostu znów doskoczył do winowajcy, chwycił za poły jego bluzy i mocno uderzył jego ciałem o cholerny samochód.
- Zamknij ryja! – zawył wściekle, całkiem nad sobą nie panując. – Bądź mężczyzną i przyznaj, że to twoja wina!
Miał tak wielką ochotę znów dać mu w twarz i przy okazji upewnić się, że jednak złamał mu nos. Już zaciskał dłoń w pięść, trzymając ją w pogotowiu, lecz odpuścił. Ten gość naprawdę musi być psychicznie chory, skoro ubzdurał sobie, że może zwalić winę na przypadkowego przechodnia. Kiedy ten fakt znów w niego uderzył, wymierzył prawego sierpowego, potem padły kolejne ciosy. Oczywiście kierowca nie zamierzał stać jak ostatnie miernota i próbował się bronić, jakoś osłonić, lecz agresywne uderzenia pięści stale trafiały do celu, obijając twarz bydlaka, który próbował się migać od odpowiedzialności.

_________________


Ostatnio zmieniony przez Baldric dnia Pon Cze 29, 2015 10:54 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dr Dandys
Smakosz win ludzkich
avatar

Liczba postów : 87
Join date : 19/09/2014

PisanieTemat: Re: Dr Dandys & Baldric   Pon Cze 29, 2015 10:44 pm

Baldric złamał nos kierowcy, ale za to być może uratował jego serce przed złamaniem. Ach, ile z tym Obserwatorem przenośni nabierało dosłownego, upiornego znaczenia! Uśmiechnąłby się do tej myśli, gdyby nie był tak pochłonięty całą sytuacją. Wolał trzymać rękę na pulsie i nie uciekać w świat myśli, już nie tylko z powodu młodego mężczyzny, ale tego starszego i jego gróźb. Głupio byłoby oberwać przy pierwszej od około wieku okazji.
Cofnął się jeszcze bardziej, gdy wzburzony Baldric znów doskoczył do niedoszłego zabójcy. Obserwator przyłapał się na tym, że podświadomie unika bliższego kontaktu z interesującym go człowiekiem, jakby bał się, że w jakiś sposób naruszy jego wyjątkowość, swego rodzaju sacrum, albo po prostu zdradzi swoją inność i spłoszy. W pierwszej chwili chciał odsunąć ich od siebie, ale zrezygnował i stanął z boku.
– Ale... Ale panowie, nie powi... – przerwał, bo zorientował się, że wcale nie ma siły przebicia. Może zaczął za cicho? Albo powinien jednak szarpnąć wpierw jednego, potem drugiego, w końcu nie raz widział, że w tak napiętych sytuacjach działa coś, co swoją obecnością rzuci się w oczy bardziej niż wściekłość. O, a jednak zadziałało! Zdążył tylko odetchnąć z ulgą, wierząc w nadejście względnego zawieszenia broni, ale... nie, jednak nie. Ten cios był tak niepotrzebny! Obserwator przeczuwał, że lepiej znów zaingerować, bo jego Rainy Boy wpadnie w kłopoty większe niż potencjalny morderca dziecka. Zmarszczył brwi, pierwszy raz tak wyraźnie okazując złość.
– Baldric, dość! – Niby nie krzyknął, ale lekko podniesiony ton wystarczył, by do tej pory łagodny, wyrozumiały brytyjski dżentelmen zmienił się nie do poznania. Dał się to poznać przede wszystkim po jego oczach, które teraz wbijały lodowate spojrzenie w mężczyznę. Dodatkowym czynnikiem było użycie imienia... to potrafiło przypomnieć człowiekowi kim jest i znaleźć choć cień opanowania. Nie obawiał się, że z ust przypadkowego przechodnia to może zabrzmieć dziwnie? Nie, a raczej gdzieś w duchu miał nadzieję, że zwróci jego uwagę. Pewnie i tak wytłumaczy się, sięgając po logiczne argumenty, ale każda chwila, każda relacja była cenna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Baldric
Nauczyciel wychowania seksualnego
Trener drużyny piłkarskiej
avatar

Liczba postów : 412
Join date : 06/02/2014

PisanieTemat: Re: Dr Dandys & Baldric   Wto Cze 30, 2015 12:05 am

Przez chwilę wydawało mu się, że żadna siła nie jest w stanie oderwać go od mężczyzny, póki całkiem go nie rozszarpie. Sam nie wiedział skąd ten nagły wybuch agresji z jego strony, był jedynie świadom tego, że musi rozładować pokłady negatywnej energii. Niestety, spirala nienawiści kręciła się dalej, ponieważ przemoc tylko podsycała płomień zniszczenia tlący się wewnątrz niedoszłej ofiary. Kompletnie nie zważał na własną kondycję, kiedy przy każdym kolejnym ciosie kłykcie zaczynały boleć go coraz bardziej. Docierały do niego próby załagodzenia sytuacji przez inne osoby, jednak to płacz dziecka roznosił się echem po jego umyśle. Jeszcze chwilę temu dziewczynka kończyła płakać, więc dlaczego ponownie zaniosła się szlochem? To na pewno przez tego drania!
Gdy usłyszał stanowcze przywołanie do porządku, zatrzymał dłoń w połowie drogi podczas wymierzania kolejnego ciosu, następnie wypuścił z drugiej materiał koszuli, za którą uparcie przytrzymywał znienawidzonego kierowcę, by czasem nie umknął przed pięścią. Zrobił krok do tyłu i wolno odwrócił się w kierunku, z którego rozbrzmiał z mocą wcześniejszy głos. Niepewnie spojrzał na mężczyznę, który odważyły się mu przerwać i jednocześnie zbudził resztki zdrowego rozsądku u rozszalałego Baldricka. Wbił w zagadkową postać zagubione spojrzenie, starając się rozpoznać jego rysy twarzy.
- Co powiedziałeś? – spytał niepewnie swym lekko roztrzęsionym głosem od masy emocji, marszcząc przy tym brwi z konsternacją. Przekopując swą pamięć, starał się odszukać tej jednej konkretnej twarzy, nawet nikłe wspomnienie wystarczyłoby mu w tej całej sytuacji. – Jak mnie nazwałeś?
Z każdą chwilą był coraz bardziej przekonany, że nigdy wcześniej nie spotkał tego człowieka, więc jakim cudem ten znał jego imię? Poza tym, mógł wcześniej zdradzić, że się znają, kiedy wyraził troskę, gdy jeszcze oszołomiony brunet siedział na mokrym chodniku. Może jednak rzeczywiście mieli ze sobą w przeszłości styczność i z powodu nerwów Bald nie jest w stanie sobie teraz tego przypomnieć. Tak, cała ta sytuacja go przerosła i ma to swoje konsekwencje.
- Ja przepraszam, naprawdę tego nie chciałem – wyrzucił z siebie nieco ochrypłym głosem, już odczuwając pierwsze skutki naruszenia strun głosowych krzykiem. Przy przeprosinach nie był w stanie spojrzeć na kierowcę, wbił za to wzrok w tajemniczego nieznajomego. Następnie przesunął spojrzenie po wpatrującym się w niego tłumie, by dostrzec dziewczynkę, której pomógł. Od razu dostrzegł przerażenie malujące się w jej oczach na jego widok. Ze wstydu spuścił głowę, zdając sobie sprawę z tego, że to nie ten gnój był przyczyną jej dalszego płaczu, lecz on sam. Naciągnął kaptur na głowę i bez słowa wyminął zgromadzoną grupkę, aby móc odejść. Miał tego dość i musiał zniknąć, zanim policja wpakuje go dalej w całe to szambo. Przynajmniej nikt go nie zatrzymywał, z kolei chęć odgadnięcia kim jest mężczyzna znający jego imię była zbyt słaba, aby powstrzymała go od odejścia.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dr Dandys
Smakosz win ludzkich
avatar

Liczba postów : 87
Join date : 19/09/2014

PisanieTemat: Re: Dr Dandys & Baldric   Wto Cze 30, 2015 9:04 pm

Czas jakby zwolnił. Obserwował obydwu mężczyzn w odrobinę inny sposób niż zwykły człowiek, podświadomie chcąc wyłapać jak najwięcej szczegółów. Co do kierowcy, to niespecjalnie mu współczuł, najwyraźniej zachowując swoją niezdolność do tego typu emocji, dlatego skupił się na czysto fizycznych aspektach, przede wszystkim na jego bólu i próbach wyszarpnięcia. A Baldric? To już było bardziej skomplikowane... najważniejsze, żeby nie wpakował się w większe kłopoty.
– Nazwałem pana po imieniu... – wyjaśnił tę oczywistość, dopiero po chwili wpadając na pomysł, że mężczyzna wcale nie oczekiwał odpowiedzi. Już miał zamiar dodać coś jeszcze, ale rozproszył go kierowca, plując krwią na chodnik, mamrocząc coś niezrozumiałego i zataczając się. Ledwie stał na nogach, dlatego Obserwator podtrzymał go i podprowadził do samochodu. Bezceremonialnie wyjął materiałową chusteczkę i podał ją mężczyźnie. Przy okazji dyskretnie rozejrzał się, czy nikogo nie ma w pobliżu, kto mógłby ich usłyszeć. Człowiek był tak zamroczony, że przyjął jego pomoc. Nieźle oberwał.
– Proszę nie składać doniesienia o pobiciu, dobrze? Bo będę zmuszony znów z panem jechać. – Jeszcze raz na niego spojrzał uśmiechając się smutno i przy okazji kontrolując, czy jegomość zrozumiał. To było przykre, że ludzie doprowadzali do takich sytuacji. Przecież gdyby odrobinę zwolnił, nie naraziłby innych i siebie. Z drugiej strony dał Obserwatorowi okazję do wyjścia ze swojej roli, a ten chętnie skorzystał.
Właśnie! Podbiegł do Baldrica i zrównał się z nim. Przez chwilę nic nie mówił, bo wymijali grupkę gapiów, których nie odstraszył deszcz. Odchrząknął.
– Nie chce pan zaczekać na policję? Oni zaraz przyjadą. Kierowca nie będzie robił panu problemów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Baldric
Nauczyciel wychowania seksualnego
Trener drużyny piłkarskiej
avatar

Liczba postów : 412
Join date : 06/02/2014

PisanieTemat: Re: Dr Dandys & Baldric   Sro Lip 01, 2015 11:31 am

Przez chwilę był oszołomiony tym, że obcy mu mężczyzna wypowiedział głośno jego imię. Nawet w ferworze walki, a raczej brutalnego pobicia, zwrócił uwagę na ten rażący szczegół. Był świadom tego, że to właśnie przywołanie jego imienia pozwoliło mu powrócić do stanu względnej równowagi, mimo to nie potrafił być do końca wdzięczny. Szybko przybrał na nieufności względem nieznajomego, zwłaszcza, gdy z jego ust wypadła odpowiedź na pytanie, które należało raczej przemilczeć. I znów czujność niedoszłej ofiary wypadku samochodowego wzrosła, ponieważ wystąpiła kolejna nietypowa zmiana. Jeszcze przed chwilą ten konkretny mężczyzna śmiało wypowiedział jakże stanowczo jego imię, teraz z kolei powrócił do formalnego tonu i począł tytułować go panem. Znali się więc czy nie? Taka zagadkowa sprawa w podobnej sytuacji jedynie podnosiła rozdrażnionemu Baldowi ciśnienie, dlatego też lepiej było się nad tym nie głowić.
Chciał uciec od tego zdarzenia, nawet jeśli był świadom tego, że w ten sposób ucieka też przed wzięciem odpowiedzialności za swój gwałtowny wybuch. A zresztą, na miejscu zapewne pozostanie jegomość, który zna jego imię – i może nie tylko imię, ale nazwisko również - zatem policja znajdzie go prędzej czy później. Być może zawitają wieczorem u progu jego mieszkania i poproszą o stawienie się na komisariacie w celu złożenia zeznań. Oczywiście, mógłby się tłumaczyć emocjami i stresującą naturą całego zajścia, lecz to wcale nie zmieniłoby jego położenia, w końcu uciekł z miejsca zdarzenia. I jak miałby umotywować to, że zbiegł? Doznanym szokiem? Nadęty kierowca nie odpuści i na pewno zechce ciągać go po sądach bez względu na jego tłumaczenia. To było ponad jego siły, jak i możliwości finansowe, bo wynajęcie adwokata wcale takie tanie nie jest.
W chwili, gdy podejrzany mężczyzna znalazł się przy nim i skierował swoje słowa właśnie do niego, Baldric przystanął i obrzucił go pustym spojrzeniem. Kompletnie nie wiedział, czego ten konkretny osobnik od niego chce. Cała ta sytuacja go męczyła, tak samo jak zagadka znajomości, o której nie potrafił sobie przypomnieć.
- Jakoś nie czuję się na siłach, by dalej uczestniczyć w tym całym zamieszaniu – wyznał niechętnie, jednak jak najbardziej szczerze. Słowa te wcale nie odbiegały od prawdy, naprawdę czuł się wykończony. Kolejne otarcie się o niebezpieczeństwo przeraziło go. Od dawna starał się wieść spokojne życie, jednak zawsze coś stawało mu na drodze, by boleśnie uświadomić, że ten świat go nie chce i nigdy nie chciał.
- Nie wiem, skąd pan mnie zna, ale nie musi się pan dłużej o mnie martwić – wyrzucił z siebie wreszcie dość mrukliwie, jeszcze bardziej naciągając na siebie kaptur, jakby próbując całkiem skryć twarz. - Dziękuję za troskę – dodał jeszcze z gorzkim uśmiechem i ruszył dalej, zaraz skręcając w jedną z ulic, aby zniknąć zaaferowanym gapiom z pola widzenia. Teraz chciał tylko trafić do ciasnego mieszkania, paść na łóżko i zasnąć. Musi odespać to wszystko.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dr Dandys
Smakosz win ludzkich
avatar

Liczba postów : 87
Join date : 19/09/2014

PisanieTemat: Re: Dr Dandys & Baldric   Sro Lip 01, 2015 7:14 pm

Jasne. Rozumiał ten sposób myślenia, chociaż sądził, że mężczyzna zbyt ostro ocenił policję. Wiele rzeczy dało się wybaczyć komuś, kto ryzykował własnym życiem, by ratować dziecko. Z drugiej strony, nawet Obserwator nie mógł przewidzieć, jak zachowa się policjant. A nuż odezwie się z nim wieki sprawiedliwy służbista? Szkoda ryzykować. Och, Obserwator w takich chwilach był karygodnie stronniczy, ale świadomie sobie na to pozwalał, ot, w drodze wyjątku pośród monotonnej wieczności.
Pokiwał głową i odruchowo zaczesał mokre kosmyki do tyłu. Czuł, że płaszcz zaczyna przemakać, a niesforne krople wpływają mu z włosów po karku i wsiąkają w kołnierz golfa. Przez chłód i emocje zaczynał dygotać. Czy mógł się przeziębić?
Szedł jeszcze przez chwilę równo z Baldriciem, chociaż doskonale zdawał sobie sprawę, że jest w tej chwili niemile widziany. Jeszcze chwila. Nawet nie chciał tłumaczyć, skąd mogą się znać, skoro nie został o to zapytany.
– To nie troska – odpowiedział od razu. – Zaryzykował pan dla dziecka. Widziałem to i pomyślałem, że życie jest za krótkie, by być ślepym na drugiego człowieka. Po prostu ja też staram się nie być ślepy. – Mówił szybko, wyrzucając z siebie samą esencję tego, co miał w głowie on-człowiek, skutecznie ignorując wszechwiedzącą podświadomość. Nie chciał wyjść na natrętnego ani go do siebie zrazić, z drugiej strony skrycie ekscytował się tym spotkaniem. W końcu mógł wymienić parę zdań z tym człowiekiem!
Zatrzymał się i skłonił głowę w geście pożegnania.
Goodbye, Baldric. – Nie mógł powiedzieć ''żegnaj'', w końcu prędzej czy później znów się spotkają, wtedy wszystko się wyjaśni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Baldric
Nauczyciel wychowania seksualnego
Trener drużyny piłkarskiej
avatar

Liczba postów : 412
Join date : 06/02/2014

PisanieTemat: Re: Dr Dandys & Baldric   Czw Lip 02, 2015 6:03 pm

Musiał teraz w oczach mężczyzny prezentować się jako jeden z tych gburów, jacy to chodzą wiecznie obrażeni na cały świat i nie widzą nic poza czubkiem własnego nosa. Z pewnością wypadł dość nieprzyjemnie, więc wcale by się też nie zdziwił, gdyby nieznajomy opuścił go bez słowa, a na pożegnanie rzucił jedynie spojrzenie pełne pogardy. Baldric jakoś nie potrafił docenić troski obcego człowieka, nie w obecnych okolicznościach, gdy czuł się bardziej zaszczuty niż wspierany. Reagował zbyt agresywnie, wiedział to, lecz nie potrafił sobie z tym poradzić. Tyle negatywnych uczuć mieszało się w nim i pragnęło wydostać na zewnątrz, i chyba tylko deszcz tak naprawdę ostudzał te wszystkie destrukcyjne zapędy. Ale nie tylko on moknął, również mężczyzna idący obok niego był już całkiem przemoczony. Na te widok w Cornwellu coś drgnęło, jednak ze zbyt małą siłą oddziaływania, aby zmusić go do zmiany postawy.
- Czasem lepiej być ślepym – odparł z goryczą, nawet jeśli zawsze pragnął innego społeczeństwa, które zawsze reagowałoby na potrzeby i problemy drugiego człowieka. Niestety, żył już na tym świecie wystarczająco długo, aby wiedzieć, że najlepiej żyje się tylko tym, którzy kierują się własnym dobrem czy też interesem. Okrutne, lecz prawdziwe.
Sam się zatrzymał na pożegnanie i ledwo wydobył je z siebie. Chyba powinien znowu podziękować, ale nie zrobił tego, jakoś łatwiej było mu obserwować cudze plecy okryte całkiem przesiąkniętym deszczem płaszczem niż obcą twarz. […]
Zajęło mu nieco czasu całkowite dojście do siebie. O ile całą niedzielę przespał, tak kolejne dni spędzał jak najbardziej aktywnie, aby tylko zbyt szybko w łóżku się nie znaleźć. W pracy i poza nią działał na pełnych obrotach, w wolnym czasie wynajdował sobie zajęcia, które zawsze go cieszyły. Dopiero w środę zdecydował się zwolnić tempo, przecież nie mógł żyć tylko tym jednym zdarzeniem. To już było za nim, czasu nie cofnie, poza tym wszystko skończyło się dobrze, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że nic nikomu się nie stało. No, prawie nikomu, ponieważ kierowca dostał dość bolesną nauczę z ręki swej niedoszłej ofiary. Samo wspomnienie o tym sprawiało, że w brunecie coś się gotowało. Dobrze, że starał się o tym wszystkim nie myśleć, właściwie to starał się zapomnieć, wyprzeć złe przeżycia ze swego umysłu.
Z drobnym uśmiechem wszedł do jednej z londyńskich kawiarni, jaką uznawał za swój ideał. Blisko jego mieszkania, o przytulnym wnętrzu, ciesząca się miłą atmosferą dzięki przyjaznej obsłudze oraz idealnie parzoną kawą. Już po przekroczeniu progu w jego nozdrza uderzył zapach kawy. Ochoczo podszedł do młodego baristy i poprosił o karmelowe Latte Macchiato oraz kawałek sernika. Wymienił kilka zdań z pracownikiem i zaraz z przygotowanym napojem i ciastem na talerzyku skierował się do stolika przy oknie. Ku jego zaskoczeniu ulubiony stolik był zajęty i to nie przez byle kogo, ponieważ na jednym z dwóch krzeseł siedział tajemniczy mężczyzna przypominający o niedzielnym incydencie. Im dłużej Baldric się zastanawiał, kim on jest, tym bardziej był przekonany, że nigdy wcześniej go nie poznał. To było dość zagadkowe. Czyżby poznali się kiedyś w tym miejscu? To brunet raczej by zapamiętał. Nie zmienił kierunku i gdy tylko przystanął przy stoliku, spojrzał z uwagą na blondyna. Trzeba wyjaśnić kwestię ich znajomości.
- Dzień dobry – zaczął kulturalnie od powitania, choć jeszcze z pewną niepewnością, jakby drobnym wahaniem. - Czy można się dosiąść? – spytał całkiem grzecznie, nawet przyjaźnie, starając się zmienić swój wizerunek w oczach mężczyzny. Przy ich ostatnim spotkaniu nie zrobił najlepszego wrażenia.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dr Dandys
Smakosz win ludzkich
avatar

Liczba postów : 87
Join date : 19/09/2014

PisanieTemat: Re: Dr Dandys & Baldric   Czw Lip 02, 2015 7:53 pm

Czekał. Nie potrafił wyzbyć się tego przyzwyczajenia, musiał być wcześniej. Przez te parę dni zaczynało brakować mu rozkosznego napięcia, gdy wiedział, że zaraz dostanie dawkę swojego narkotyki, emocji, ale nie potrafił przewidzieć nic poza przeczuciem, gdzie ma być. Dlatego musiał czekać. Wyobrażał sobie to, co miało nastąpić, tworzył najrozmaitsze scenariusze, a gdy na chwilę rozkojarzył się i odbiegał myślami w inną stronę, wracał z podwójną ciekawością.
Przyszedł do kawiarni kilkanaście minut temu, zdążył zamówić czarną i mocną jak piekielne sadze kawę i usiąść w upatrzonym wcześniej miejscu. Początkowo gapił się na każdego przechodnia za oknem, a osoby odwiedzające raczył wręcz podejrzliwym spojrzeniem, ale uznał, że musi się uspokoić. Baldric przyjdzie. Przyjdzie, przecież Obserwator to wiedział. Co do tego nigdy się nie mylił. Wystarczyło odrobinę cierpliwości i czasu.
Był gdzieś w połowie picia kawy, gdy kątem oka zauważył ruch. Nie musiał spoglądać, wiedział, że to on. Miał ochotę wykrzyknąć, chwaląc się nieznajomym, że serce mu bije szybciej, że już wie, jak to jest, jednak twardo usiedział na miejscu. Nawet udało mu się nie gapić na mężczyznę, gdy składał swoje zamówienie przy ladzie. Spuścił wzrok i wpatrywał się w splecione palce, które oparł na udach. Słyszał coraz głośniejsze kroki. Uświadomił sobie, jak dobrze je zna. Aż uśmiechnął się i na moment przymknął powieki. Nie spodziewał się, że Baldric do niego podejdzie. To najlepsze, co mogło się stać! Nagle poczuł ukłucie paniki. Nie ważne, czego chciał od niego mężczyzna, nie ważne, jakie uczucia w nim znów wzbudzi – to i tak będzie trwało chwilę. Za krótko. Całe życie trwa chwilę. Za krótko!
– Tak? – Podniósł wzrok i postarał się uśmiechnąć, chociaż słabo mu to wyszło. Niepokój i zaciekawienie były za duże, by potrafił je umiejętnie w sobie zamknąć. Jego pytanie zabrzmiało po części jako zachęta do wyjawienia powodu nawiązania kontaktu, a po części jako ironiczne upewnienie się, czy ten dzień aby na pewno jest taki dobry. Nie o to chodziło.
– Oczywiście, proszę. – Podniósł się, jak nakazywały dobre maniery, i usiadł dopiero, gdy zrobił to jego towarzysz. Obserwatorowi szybko udało się pokonać panikę. Nie będzie sobie psuć tych chwil własnym rozedrganiem.
Objął dłonią kubek.
– Cóż za spotkanie. Wierzy pan w przypadki? – Oczywiście, że domyślił się, o czym Baldric chce porozmawiać, ale grzeczność znowu nie pozwoliła mu przejść od razu do rzeczy. Poza tym przed podejmowaniem poważnego tematu, przydałoby się odrobinę rozluźnić atmosferę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Baldric
Nauczyciel wychowania seksualnego
Trener drużyny piłkarskiej
avatar

Liczba postów : 412
Join date : 06/02/2014

PisanieTemat: Re: Dr Dandys & Baldric   Czw Lip 02, 2015 10:03 pm

W pierwszej kolejności uwagę bruneta zwróciła sama obecność nieznajomego w tym konkretnym lokalu. Oto on, we własnej osobie, siedzi przy oknie, gdzie zajął nie tylko ulubiony stolik, ale również ulubione krzesło, czyli raczej miejsce, z którego można swobodnie obserwować całą ulicę oraz większą część lokalu. Potem kolejną intrygującą rzeczą okazało się zachowanie. Z początku wydał się nieco nerwowy, jednak po chwili niepokój zaczął przechodzić w drobną ekscytację, jaką zasugerował zbłąkany uśmiech gdzieś w kącikach ust. Trudno było zinterpretować podobną postawę, ale w większości wyrażała pozytywne emocje i przede wszystkim dawała przyzwolenie na dalszą rozmowę. Zresztą, zaraz otrzymał słowne potwierdzenie. Baldric usiadł więc naprzeciwko, tymczasem blondyn podniósł się, co drugiemu przedstawicielowi płci brzydkiej, wydało się nietypowe, bo zawsze mu się wydawało, że podobne gesty zachodzą tylko wtedy, gdy ma się do czynienia z kobietą. Na taki widok nawet nastawiony bojowo osobnik musiał uśmiechnąć się pod nosem. Kompletnie inaczej wyobrażał sobie ich ponowne spotkanie.
- Rzeczywiście niepojęte to spotkanie – przyznał z nadal utrzymującym się na ustach uśmiechem, za pomocą którego sam starał się pozbyć napięcia pomiędzy nimi. Mimo wszystko czuł się podenerwowany i przyczyn tego było wiele. Po raz pierwszy dosiadł się do czyjegoś stolika, to już samo w sobie było stresujące. W tym przypadku nie dosiadł się do byle kogo, ponieważ osobę tą spotkał nie tak dawno w bardzo niekomfortowej sytuacji. I jeszcze pozostawała zagadka tego, skąd obcy mu człowiek znał jego imię. Ale niezręcznie byłoby zaczynać ten temat bez wymienienia ze sobą wcześniej chociaż kilku zdań. – Chyba wierzę. Jestem sceptycznie nastawiony do rzeczy, których nie potrafię wyjaśnić, a nie mogę zignorować ich istnienia. Zatem wierzę, ale nie praktykuję.
Zbyt poważnie podszedł do naprawdę banalnego pytania. Usprawiedliwienia mógł szukać we własnej nerwowości spowodowanej sytuacją, która ciągnęła się za nim od niedzieli, jednak nie chciał powracać myślami do przykrych zdarzeń. Kęs sernika i późniejszy łyk kawy pomógł mu pozbyć się niepotrzebnych rzeczy z głowy i na nowo obudzić w sobie milsze doznania.
- Nigdy wcześniej nie widziałem pana w tym lokalu. Trochę zaskoczyła mnie pańska obecność. Aż w duchu pomyślałem sobie: jaki ten świat mały.
A może świat okazał się mały przez jakiś celowy zabieg? Taki przypadek wydał mu się podejrzany, jednak nie chciał też popadać w paranoję. To musi być zbieg okoliczności, przecież mężczyzna siedzący przed nimi musi być zajęty swoim własnym życiem, więc po co miałby uganiać się za kimś innym? Na pewno nie wyglądał na prześladowcę, zatem Baldric mógł czuć się względnie bezpiecznie.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dr Dandys
Smakosz win ludzkich
avatar

Liczba postów : 87
Join date : 19/09/2014

PisanieTemat: Re: Dr Dandys & Baldric   Pią Lip 03, 2015 9:25 pm

Nie. Gdyby Baldric był kobietą, Obserwator nie tylko by wstał, ale i podszedł, pomógł z krzesłem, a przy okazji dyskretnie zaciągnąłby się zapachem jego ciała, z czystej ciekawości sprawdzając, czy używa jakichś perfum, a jeśli tak to jakich.
Uśmiechnął się szczerze, słysząc tę odpowiedź. Przez myśl mu przeszło, że mężczyzna trafił, bo w tym wypadku nie mieli do czynienia ze zbiegiem okoliczności. Poczuł lekkie wyrzuty sumienia. Nie chciał kłamać, ale wiedział, że czasem musi nagiąć prawdę do ludzkich standardów. Tym razem wolał nie kontynuować tematu, bojąc się, że uczucia zajmą całą jego uwagę i palnie jakąś gafę.
– Parę dni temu wróciłem do Londynu po dłuższej nieobecności – wyjaśnił od razu, bez zbędnego udawania, że nie zdaje sobie sprawy z niezręczności całej sytuacji. A gdzie spotkali się wcześniej? Spojrzał w bok, nie dając rady znieść wspomnień i widoku tego mężczyzny. W głowie Obserwatora szumiało echo krzyków, zawodzenia i nawoływania. Odgłosy kroków, potem zgrzyt metalu, chrzęst szkła i kamieni...
Zmarszczył brwi. Ciężko mu było to znieść, a przecież zapamiętał ten wypadek w mniej namacalny sposób niż śmiertelnicy. Rozumiał, dlaczego niektórzy wariowali nosząc w sobie takie wizje.
Nagle pokręcił głową i zaśmiał się gorzko. Poczuł, że nie powinno go tu być.
– Cieszyłem się, że będę miał okazję wyjaśnić panu to wszystko. Ale pan powinien mnie znienawidzić i kazać odejść, zanim odpowiem na pańskie pytania, Baldric. – Ostrożnie podniósł wzrok, by poznać jego reakcję, zaraz jednak przetarł powieki dłonią i na chwilę je nią zasłonił. Pomyślał, że mogło to zabrzmieć dramatyczniej, niż by tego chciał, dlatego dodał już bardziej miękko, łagodniej. Nawet uśmiechnął się przepraszająco. – Jestem częścią pana złych wspomnień, mogę się z nimi kojarzyć. To wszystko.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Baldric
Nauczyciel wychowania seksualnego
Trener drużyny piłkarskiej
avatar

Liczba postów : 412
Join date : 06/02/2014

PisanieTemat: Re: Dr Dandys & Baldric   Pią Lip 03, 2015 10:32 pm

W jednej chwili poczuł się mocno niekomfortowo za zmuszenie rozmówcy do złożenia wyjaśnień. To niezdrowe, że siedzący przed nim mężczyzna musi tłumaczyć się z tego, że wrócił do miasta, zwłaszcza w obecnej sytuacji, kiedy tak właściwie się nie znają. Chociaż blondyn wykazywał jakąś wiedzę na temat swego towarzysza do kawy. Ale Baldricka również poczęło dręczyć poczucie winy za wszelką podejrzliwość wobec mężczyzny, ponieważ to ona była najbardziej prawdopodobną przyczyną nagłej zmiany jego nastroju. Jeszcze nie tak dawno wydawał się podekscytowany spotkaniem, teraz zaś na jego twarz wstąpiła powaga, a w głosie rozbrzmiała gorycz. Dość drastyczny kontrast musiał zwrócić na siebie uwagę nawet niezbyt uważnego obserwatora, ale w tym momencie spojrzenie ciemnobrązowych oczu starało się wyłapać każdy najmniejszy szczegół. Bardziej jednak przydał się słuch. Zagadkowa treść słów zmusiła bruneta do przemyśleń, jednocześnie nie potrafił połączyć ze sobą różnych ze swej natury elementów. Formalny ton, sugestia, iż spotkanie wcale nie jest takie przypadkowe, potem surowy osąd i na sam koniec wypowiedziane imię należące właśnie do niego. Było zaskakująco i tajemniczo, jak za pierwszym razem, gdy nieznajomy wyrzucił z siebie stanowczo właśnie to cholerne imię, co pomogło opamiętać się jego posiadaczowi. Odczekał jeszcze chwilę na wyjaśnienia i otrzymał kolejną wypowiedź, która jeszcze bardziej namieszała mu w głowie. Niby co kompletnie obcy mu człowiek miał mieć wspólnego z jego złymi wspomnieniami? Śmierć wujka, znęcający się nad nim rówieśnicy czy próba samobójcza – te stare dzieje nijak mają się do nowej znajomości.
- Ponosi pana wyobraźnia – zawyrokował po chwili namysłu, zaraz odsuwając od siebie talerzyk z sernikiem. Teraz to już na pewno nic nie przełknie, choć chętnie by się upił, aby odreagować. Alkohol we krwi miał też szansę pogorszyć jego samopoczucie. Pięćdziesiąt procent szans na powodzenie, całkiem niezła perspektywa.
- Chcę tylko wiedzieć skąd zna pan moje imię, niczego więcej nie oczekuję.
Wpatrywał się w rozmówcę, niecierpliwie oczekując odpowiedzi. Nawet zmęczony wyraz twarzy mężczyzny nie robił na nim specjalnego wrażenia. Skoro już zaczęli rozmowę, to niech wyjaśnią sobie wszystko i po tym rozejdą w pokoju.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dr Dandys
Smakosz win ludzkich
avatar

Liczba postów : 87
Join date : 19/09/2014

PisanieTemat: Re: Dr Dandys & Baldric   Sob Lip 04, 2015 5:11 pm

Wolno pokiwał głową. No to, w końcu to było kluczową zagadką. Pytaniem numer jeden. Dlaczego poczuł się tak nieswojo, gdy je usłyszał. Nabrał powietrza, zamierzając odpowiedzieć, ale zrezygnował. Podniósł do ust kubek, na którym już od dłuższego czasu zaciskał palce, jakby miał zamiar udusić. Gorzki smak kawy wydawał się być uosobieniem tego, co czuł Obserwator. Wiele razy myślał nad tym, jak będzie mógł rozmawiać z Baldriciem, ale nie przewidział, że uczucia pokrzyżują jego plany. Po części kochał ten stan i niepewność, a po części przez ten krótki czas zdążył się zmęczyć. Musi przypomnieć sobie, jak to jest być Obserwatorem.
Westchnął i odstawił naczynie, spoglądając na rozmówcę z mieszanką zmęczenia i spokoju.
– Spotkaliśmy się w tym pociągu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Baldric
Nauczyciel wychowania seksualnego
Trener drużyny piłkarskiej
avatar

Liczba postów : 412
Join date : 06/02/2014

PisanieTemat: Re: Dr Dandys & Baldric   Nie Lip 05, 2015 5:37 pm

To chyba niemożliwe, aby z jeszcze większą uwagą mógł przyglądać się reakcjom drugiego mężczyzny. Był już i tak w pełni zaabsorbowany jego osobą, dlatego nie zdejmował z niego ciemnobrązowego spojrzenia. Zdawało mu się, iż jest w stanie dostrzec i nazwać każdą emocję pojawiającą się - nawet przez niezwykle ulotny ułamek sekundy - na twarzy blondyna. Potrafił tylko patrzeć i snuć kolejne domysły, lecz z niecierpliwością oczekiwał odpowiedzi na pytania niekoniecznie do wypowiedzenia. Nie był w stanie dopić swojej ulubionej kawy czy też dojeść ciasta. Odsunięty talerzyk z kawałkiem sernika jakoś szczególnie rzucał się w ocz nay, jako ten jedyny neutralny punkt, ale Baldric uparcie go omijał. Wzrokiem poganiał rozmówcę do zdradzenia tajemnicy. Przyglądanie się jego zbolałemu wyrazowi twarzy stawało się męczące. Chyba obaj mieli już dość tego napięcia między nimi.
Gdy wreszcie dowiedział się, w jakich okolicznościach przyszło im się poznać. Przez jego twarz przemknął cień zaskoczenia, następnie ta stężała w powadze. Naprawdę był oszołomiony. Spuścił wzrok i ledwo zdobył się na podniesienie dłoni do ust oraz chrząknięcie. Choć bardzo nie chciał, przypomniał sobie tamte krzyki obcych ludzi, płacz i dalszy zamęt. Wtedy tak trudno było mu się pozbierać i wyciągał ludzi z wagonów, ale mało pamiętał, na dodatek jak przez mgłę.
- Przepraszam, ale nie pamiętam z tamtego wydarzenia zbyt wiele – wyznał szczerze, znów powracając spojrzeniem do twarzy rozmówcy. – Jak się pan nazywa?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dr Dandys
Smakosz win ludzkich
avatar

Liczba postów : 87
Join date : 19/09/2014

PisanieTemat: Re: Dr Dandys & Baldric   Nie Lip 05, 2015 9:52 pm

Zmarszczył brwi i skrzywił się lekko, widząc reakcję mężczyzny. Oczywiście, nie spodziewał się po sobie zupełnej obojętności, ale też nie pamiętał, by wcześniej zareagował taką empatią. Może naprawdę się starzał?
– Nie ma pan za co przepraszać... – Wzruszył ramionami. – A na pewno nie za szczęście zapomnienia. – Dalej wyglądał na zmęczonego, ale najwyraźniej odetchnął z ulgą, bo nie został wyrzucony, zbluzgany, oskarżony o okrutne żerowanie na ludzkiej tragedii... innymi słowy Baldric zareagował spokojnie, po części uspokajając Obserwatora.
– Edgar. – Uśmiechnął się już trochę pewniej. Widać było po nim wyraźnie, że poczuł ulgę, chociaż sam nic o tym nie wspomniał, taktownie woląc zachować swój stan bez komentarza.
– Edgar Manningham. – Odpowiedział bez wahania. W tym ciele utożsamiał się z tą osobą, wierzył, że nią jest. W końcu żył i podlegał (prawie) takim samym prawom natury jak reszta ludzi. Nauczył się uciszać ponadczasową jaźń Obserwatora, inaczej pewnie by zwariował: zwyczajnie, tak fizycznie, doprowadziłby biedny mózg do kapitulacji. Teraz potrzebował tylko trochę wprawy.
– Hm... Pracowałem na miejscu wypadku. – Nagle podjął wątek. – Nie mogę powiedzieć panu, czym dokładnie się zajmuję, ale czasem współpracuję z policją, pomagam poszkodowanym... – Wykonał gest dłonią, dając znak, że tych czynności jest więcej, ale nie będzie ich teraz wymieniać. Cóż, mówił prawdę, jednak bezczelnie wykorzystywał najprostsze skojarzenie. Pewnie jest jakimś agentem albo innym pracownikiem służb. Jasne, w pewnym sensie...
Nagle uśmiechnął się i wyciągnął rękę w stronę rozmówcy, jakby chciał go dotknąć, jak zrobił to parę dni temu, lecz tak samo i teraz zakończył ruch w połowie drogi, opierając dłoń na blacie stołu.
– Bardzo rzadko mam okazję osobiście spotkać kogoś po tym, jak usłyszę o nim pierwszy raz. Nie wiem, co mógłbym powiedzieć... – Szybko rozejrzał się po pomieszczeniu, szukając odpowiednich słów. – Mogę obiecać, że czegokolwiek bym o panu nie wiedział, nie zamierzam pana oceniać. – Teraz mówił poważnie, bez uśmiechu i odrobinę ciszej, choć wcale nie popadał w jakąś przesadną nadętość. Po prostu informował o czymś, co wiedział, a co mogło być w jakiś sposób ważne dla drugiej osoby.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Baldric
Nauczyciel wychowania seksualnego
Trener drużyny piłkarskiej
avatar

Liczba postów : 412
Join date : 06/02/2014

PisanieTemat: Re: Dr Dandys & Baldric   Sro Lip 08, 2015 5:26 pm

Bolesne wspomnienia z tamtego jakże tragicznego wydarzenia uderzyły w niego z wielką siłą. Udało mu się stłumić w sobie żałosny skowyt, lecz ten zdawał się nieść echem w jego umyśle. Tyle razy rozmyślał nad tym, z jakiego powodu wciąż żył, kiedy tak wiele niewinnych osób zginęło przy zderzeniu dwóch pociągów. Niegdyś przecież pragnął śmierci, rozpaczliwie pchał się w jej ramiona, z kolei ofiary tej katastrofy komunikacyjnej chciały żyć dalej. Żadna z tych osób nie wsiadłaby dobrowolnie do jednego z tych dwóch pociągów, gdyby tylko wiedziała, co może jej grozić. Miarą wszechrzeczy jest czas, dlatego każdy stara się utrzymać przy życiu jak najdłużej. Wszyscy boją się końca, bo ten jest jedną wielką niewiadomą. Czy można w ogóle mówić o życiu po śmierci?
- Wydaje mi się, że przy spotkaniu w tak dramatycznych okolicznościach powinienem pamiętać każdą twarz. Gorszym od śmierci wydaje się tylko zapomnienie.
Czuł się zobligowany do tego, by pamiętać wszystkie ofiary. Nie miał na tym punkcie obsesji, jednak przez ponad miesiąc od wypadku starał się zgłębić, przynajmniej powierzchownie, historię tych wszystkich ludzi. Szybko dał sobie spokój, ponieważ zrozumiał, że nie może żyć utraconym życiem innych. Ruszył do przodu i uciekł w zapomnienie. Zrobił wiele, by zepchnąć to okropne zdarzenie w najdalsze czeluście podświadomości. Przeszłość jednak postanowiła o sobie niespodziewanie przypomnieć.
- Baldric Cornwell – przedstawił się po prezentacji mężczyzny, po czym zdobył się na uniesieniu kącików ust, by te przybrały na siebie blady uśmiech. – Ale to już pan wie.
Mężczyzna zyskał w jego oczach, gdy wyszło na jaw, że pomagał ludziom podczas tej ogromnej katastrofy. Grzecznie nie wypytał go o szczegóły jego zawodu, jedynie przytaknął głową. Obserwował wędrówkę dłoni, jednak ta została wycofana w połowie drogi. Chyba jednak nie uścisną sobie dłoni, może to i lepiej. Teraz, gdy wiedzą, kiedy i gdzie rozpoczęła się ta znajomość, mogą zamknąć ten rozdział. Widok tego osobnika będzie teraz Baldrickowi kojarzył się z jego niemocą podczas ogromu tragedii oraz niekontrolowaną agresją przy innym, równie paskudnym zdarzeniu.
- Cieszę się, że stara się pan być obiektywny, bo to na pewno w pańskim zawodzie jest istotne.
Uczestniczenie w tragedii raczej nie jest najważniejszym czynnikiem przy postrzeganiu drugiej osoby. Zresztą, to było już tak dawno, więc  możliwość poradzenia sobie z całą sytuacją dawno powinna już nadejść.
- Chciałem też przeprosić za mój wybuch przy naszym ostatnim spotkaniu – dodał jeszcze cicho, nareszcie chwytając za wysoką szklankę i upijając z niej dwa porządne łyki kawy. – I muszę również podziękować za przywołanie mnie do porządku – dodał niepewnie, gdy tylko oderwał usta od naczynia, które to odstawił ostrożnie na stolik.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dr Dandys
Smakosz win ludzkich
avatar

Liczba postów : 87
Join date : 19/09/2014

PisanieTemat: Re: Dr Dandys & Baldric   Sob Lip 11, 2015 6:41 pm

Obserwator słuchał uważnie, ale na jego usta wystąpił łagodny uśmiech ze znajomą nutą wyrozumiałości.
– Sam przed chwilą pan powiedział, że niewiele pamięta... – Nagle pokręcił głową. – Obydwaj... – zająknął się, ale podjął szybciej, z większą pewnością własnych słów. – Obydwaj żyjemy. Szanujmy ofiary tego wypadku , ale nie dręczmy się tym teraz. Im życia nie zwrócimy, jedynie zmarnujemy chwile, które mogą być szczęśliwe. – Lekko pochylił głowę i spojrzał na rozmówcę w inny sposób niż wcześniej, jakby odrobinę karcąco, wyzywająco. Na szczęście żaden z nich nie był świadomy, jak bardzo to spojrzenie było podobne do tego, które Edgar rzucał osobom, które zwyczajnie, prozaicznie podrywa.
– Nie, nie, nie. Jestem stary, ale nie aż tak. – Zaśmiał się cicho. – Edgar. Zostawmy już panów w spokoju, dobrze? Dystans nie polepszy nam humorów. – Od pewnego czasu jako-tako wyczuł nastawianie Baldrica i wykazywał się bezpretensjonalną pewnością siebie. Poza tym udało mu się odnaleźć swój edgarowy charakter, a to zdjęło mu z ramion wielki ciężar. Czuł się tak wspaniale żywy!
Pochylił się w stronę rozmówcy.
– Przeprosić? To było coś świetnego! – Najwyraźniej rozluźnił się już na tyle, by zachowywać bardziej dynamicznie i swobodnie. Nic trudnego, przecież te uczucia były takie dosłowne, intensywne! Teraz wyglądał, jakby najchętniej uściskał Baldrica, gratulując mu. – Na taką bezmyślność, jaką wykazał się tamten , khm... – odchrząknął, by nie przekląć – powinno się przepisywać długotrwałą kurację, jaką mu pan zafundował. Och, nie jestem zwolennikiem przemocy, ale wiem, że do niektórych tylko to dociera. – Nagle zamilkł i wbił w Baldrica uważne spojrzenie. Wyraźnie chciał coś jeszcze powiedzieć, ale musiał przemyśleć temat. Wspominał... nie. Nie. Spuścił wzrok i tym razem on upił parę łuków ze swojego kubka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Baldric
Nauczyciel wychowania seksualnego
Trener drużyny piłkarskiej
avatar

Liczba postów : 412
Join date : 06/02/2014

PisanieTemat: Re: Dr Dandys & Baldric   Nie Lip 12, 2015 9:52 pm

Dostrzegał nieocenioną mądrość w słowach mężczyzny, jednak nie potrafił tak po prostu się z nimi zgodzić. Przez długi czas żył jedynie myślą o ofiarach tej wielkiej tragedii, z której jemu samemu udało się szczęśliwie wyjść bez szwanku, dlatego zwyczajnie nie mógł przyznać, że przez tyle tygodni tkwił w błędzie. Skinął jedynie głową i to tylko wyłącznie dlatego, że znalazł się pod sporym wrażeniem tego stanowczego spojrzenia. Nieznajomy nieświadomie wskazał mu brak logiki w jego rozumowaniu. Trzeba żyć dalej, pamiętając i jednocześnie się nie zadręczając. Godnym upamiętnieniem ofiar może być godne życie.
Odrobinę zaskoczyła go zmiany atmosfery. Z grobowej powagi nagle przeszli do rozluźnienia. Subtelny śmiech rozmówcy był całkiem miłym kontrastem dla ważonych jeszcze przed chwilą słów. Nawet na twarzy bruneta zagościł delikatny uśmiech. Chyba jednak potrzebował zwyczajnej rozmowy, dzięki której mógłby oderwać się od wszystkiego, co złe i bolesne. Potrzebuje tylko kilku chwil szczęścia.
- Skoro pan – urwał i przywdział na usta przepraszający uśmiech. – Skoro sobie tego życzysz – sprostował grzecznie, po czym odchrząknął i rzucił blondynowi rozbawione spojrzenie. – Baldric, miło mi poznać.
Teraz zadziwił go entuzjazm rozmówcy, gdy ten począł mu gratulować agresywnej reakcji. Rzeczywiście rozprawił się z niemądrym kierowcą, jednak mimo wszystko nie było to najlepszym posunięciem. Przemoc nigdy nie prowadzi do niczego dobrego. Zresztą, sam Edgar przecież go w pewnej chwili spróbował powstrzymać od dalszej brutalności.
- Jednak nie było to coś świetnego, skoro żałuję – odparł spokojnie, marszcząc przy tym brwi w zadumie. Mimo wszystko czuł się winny. Zaraz jednak wziął głębszy wdech, następnie wypuścił powietrze z płuc, aby wyzbyć się resztek negatywnej energii. Musi wziąć się w garść, nie może dalej rozpamiętywać złych zdarzeń. Nieco przymusił się do kolejnego uśmiechu, starając się ukazać całe swe przyjazne nastawienie wobec nowego znajomego.
- Ty też rzuciłeś się na kogoś jak dziki zwierz? Oczywiście, wykluczając sytuacje o naturze intymnej.
Po tych słowach jego uśmiech przybrał na zadziorności, przynajmniej odrobinę. Musiał zażartować, aby całkowicie zabić resztki dawnej, ciężkie atmosfery.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dr Dandys
Smakosz win ludzkich
avatar

Liczba postów : 87
Join date : 19/09/2014

PisanieTemat: Re: Dr Dandys & Baldric   Sob Lip 18, 2015 9:04 pm


Żal w takiej sytuacji wydawał się Obserwatorowi bardzo ludzkim uczuciem, wręcz spodziewał się tego po Baldricu, ale nie wyczuł, by mężczyzna jakoś bardzo żałował. Ileż to on rzeczy już pozapominał! Nawet wyczulenie na cudze uczucia brał za pewnik, gdy tymczasem miał własne, odwracające jego uwagę od wielu subtelniejszych bodźców. Do tego dochodziły zachcianki, pozorna przynależność do jakiejś grupy. Człowiek. Edgar. Żyjący. Z chęcią opowiedziałby towarzyszowi całą prawdę, pochwalił się, jak czuje i co czuje, jaka jest różnica między jednym stanem a drugim i całą resztę.
Tymczasem wykorzystał kolejny przypływ dobrego humoru, by stłamsić w sobie odrobinę skrępowania, która pojawiła się wraz ze słowami Baldrica. Milczał, patrząc na niego dłuższą chwilę z tym swoim charakterystycznym spokojem. Czy kiedykolwiek rzucił się na kogoś, by go pobić? Nie pamiętał, cholera... Musiałby sięgnąć pamięcią do ponadludzkiej świadomości, a za wszelką cenę starał się tego uniknąć. Pamiętał zeszły wiek, gdy był tu w tym ciele, ale co było wcześniej? A seks? Uśmiechnął się kącikiem ust, podniósł kubek do ust i upił parę małych łyków kawy, by zamaskować ten grymas.
– Tak – odpowiedział, w końcu przestając się gapić na mężczyznę. Nie chciał kłamać, ale założył, że miał już tyle okazji do jednego i drugiego, by którąś wykorzystać. Po prostu nie pamiętał. Nieświadomie chwycił widelczyk od ciasta i zaczął się nim bawić. – I jedno tak i drugie. – Podniósł wzrok. – Obydwa przypadki stanowczo zbyt dawno temu. – Znowu ten uśmiech! – Zbyt dawno też nie piłem, zbyt dawno nie... hm, nie żyłem. – Tym razem skrzywił się. Naprawdę tak pomyślał, bo może gdyby częściej łamał zasadę, której jarzmo narzucił sobie na ramiona, nie byłby tak podatny na ludzką codzienność?
– Przepraszam, to chyba więcej, niż chciałeś wiedzieć. – Wzruszył ramionami i uszczknął widelczykiem kawałek sernika. Cóż za niesubordynacja! Chyba naprawdę miał dobry humor, skoro pozwolił sobie na tak swobodne zachowanie. – Mmm! Zapomniałem, że nie lubię serników... – Przełknął mały kęs i wyciągnął dłoń, w której trzymał sztuciec w stronę Baldrica, oddając mu go jakby nigdy nic. Dziwne, bo cały czas zachowywał się kulturalnie, a jego ekscentryzm był godny angielskiego dżentelmena.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Baldric
Nauczyciel wychowania seksualnego
Trener drużyny piłkarskiej
avatar

Liczba postów : 412
Join date : 06/02/2014

PisanieTemat: Re: Dr Dandys & Baldric   Nie Lip 19, 2015 4:57 pm

Przez chwilę ogarnęła go wątpliwość co do zadanego pytania, choć właściwie bardziej nieodpowiednia wydawała się być ta wzmianka o „sytuacjach o naturze intymnej”. Jemu samemu trudno było uwierzyć w to, że wydobył z siebie podobne słowa, a co dopiero, że udało mu się to w podobnych okolicznościach. Chyba pozwolił sobie na zbyt wiele i nabierał tego przekonania, gdy uparcie wpatrywał się w rozmówcę, a ten pozostawał dość poważny. W ciszy i spokoju zdawał się coś analizować. Pierwszym ruchem, jaki wykonał, okazało się być uniesienie naczynia z kawą, z którego upił kilka łyków, zapewne próbując w ten sposób zyskać więcej czasu. Spojrzenie brązowych oczu dostrzegło jednak cień uśmiechu czający się w kąciku ust. Czyżby był on efektem tych ostatnich słów, które wypadły z ust bruneta? Podobne podejrzenie dodało mu jakiejś otuchy.
Gdy otrzymał odpowiedź, niekoniecznie wiedział jak zareagować, więc na początek przytaknął głową, nawet nie starając się ciągnąć specjalnie tematu. Przesunął wzrokiem za widelczykiem, gdy ten znalazł się w obcej dłoni. Była to dłoń zadbana, nieco blada i z długimi, smukłymi palcami. Nawet w tej części ciała kryła się jakaś szlachetna tajemniczość i swego rodzaju ideał. Mógłby jej dotknąć, była na wyciągnięcie ręki, mimo to nie drgnął nawet o cal i jedynie odpowiedział na spojrzenie zielonych tęczówek. Wtedy dotarły do niego kolejne słowa brzmiące na swój sposób kokieteryjnie w jego uszach. Być może to tylko jego naiwny umysł doszukiwał się aluzji czy nawet jakiejś niekoniecznie jawnej propozycji, jednak to ten lekko wyzywający uśmiech Edgara sprawił, że uległ takiemu wrażeniu. Czar jednak prysł niczym bańka mydlana, gdy na twarzy mężczyzny zagościł nieprzyjemny grymas. Mimo to Baldric wciąż był pod głębokim wrażeniem niedawnej zalotnej nuty czy też ulotnej iluzji zalotności. Po prostu obserwował z uniesionymi kącikami ust w postaci subtelnego uśmiechu,
- Może to rzeczywiście więcej, ale jestem zadowolony z tych nowych odkryć – odparł z zadowoleniem, przyglądając się temu, jak blondyn odbiera mu kęs sernika. Absolutnie nie mógłby się za to na niego gniewać, w końcu poczynił tę kradzież w tak urzekający sposób. Szybko jednak pożałował, w końcu sernik nie przypadł mu do gustu. Dziwne było to, że zapomniał o tym, iż nie lubi tego typu ciasta. – Dzięki tobie już wiem, że jeśli zaproszę cię na drinka, to istnieje spore prawdopodobieństwo, że przyjmiesz zaproszenie, w końcu dawno nie piłeś.
Kolejny raz uśmiechnął się pewny swego, prostując się przy tym na krześle. Ponownie pozwolił sobie na śmiałość, może nawet zbyt wielką, lecz musiał ulegać swoim zachciankom. Perspektywa bliższego poznania tego konkretnego osobnika budziła w nim ekscytację. Nie znał powodu tego stanu rzeczy, za to wiedział, że chce zaznać jeszcze więcej tego uczucia.
- Obiecuję, że cię nie spiję. Będziemy jedynie razem smakować trunków i życia.
Czy takie zapewnienie nie uczyniło jego propozycji jeszcze bardziej podejrzanej? Miał zamiar zapewnić towarzyszowi poczucie bezpieczeństwa w swoim towarzystwie. Zresztą, osoba współpracująca z policją raczej nie powinna czuć się zagrożona. Obaj nie mają nic do stracenia.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dr Dandys
Smakosz win ludzkich
avatar

Liczba postów : 87
Join date : 19/09/2014

PisanieTemat: Re: Dr Dandys & Baldric   Nie Lip 19, 2015 6:21 pm

Nieświadomie ulżyło mu, gdy Baldric nie zareagował w żaden gwałtowny sposób. Cały czas sprawdzał, na ile dobrze pamięta, jak się żyje i czy jego własny, indywidualny charakter (który miał, owszem! Zawsze, odkąd tylko pamiętał miał swoją naturę) nie będzie przeszkodą.
Czy właśnie został zaproszony na drinka? Nie mógł powstrzymać uśmiechu. Ale zaraz, zaraz, moment, chyba właśnie coś nastąpiło. Młodszy palnął coś niekoniecznie taktownego podczas rozmowy z nieznajomym, ale nie został wyśmiany, czyli Edgar (nieświadomie, ale jednak!) zostawił mu uchylone drzwi. A on wykorzystał tę szansę i, co? Zaprosił na drinka. Jak to się nazywa? Czyżby to był flirt? Och, Obserwator miał ochotę zapytać się wprost, by wiedzieć. Ot, nie miał wprawy i wolał rozeznać się w sytuacji. A może istniała jakaś instrukcja obsługi? Tak na chwilę, żeby tylko podejrzeć i zostawić. Tylko czy nie popsułby sobie całej zabawy? Niepewność dawała im obydwu margines bezpieczeństwa: Baldric nie musiał się bać, że ma przed sobą kogoś fizycznie innego, lepszego, a Edgar dostawał tego, czego chciał, czyli dreszczyk emocji i coś, a raczej kogoś nieprzewidywalnego. Improwizowanie było wręcz podniecające! Mógł pokazać, jaki jest, działać wedle zachcianki.
– Uwierzę w twoją obietnicę, ale wpierw musisz mnie na tego drinka zaprosić, bo... na razie jest „jeśli” – załapał go za słówko i uśmiechnął się, niefrasobliwie patrząc mu w oczy. W końcu też wsunął w dłoń mężczyzny widelczyk od ciasta. Ni chciał jednak wyjść na czepliwego bufona, więc dodał:
– Ale masz rację, zgodzę się... tylko pod jednym warunkiem... – zawiesił głos, by podkreślić wagę tych słów, ale dobrze było po nim widać, że to nic poważnego, nic groźnego. – Będzie to smakowanie trunków i życia z pasją.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Baldric
Nauczyciel wychowania seksualnego
Trener drużyny piłkarskiej
avatar

Liczba postów : 412
Join date : 06/02/2014

PisanieTemat: Re: Dr Dandys & Baldric   Nie Lip 19, 2015 8:16 pm

Zmiana atmosfery między nimi była nagła, z całą pewnością, lecz była też w pełni naturalna. Spokojnie z powagi przeszli do rozluźnienia i wielką zasługę miał w tym Edgar, który wyszedł z propozycją przejścia na ty. Nie znali się, łączyły ich nieprzyjemne zdarzenia – jedno z dalekiej, drugie z niedalekiej przeszłości – jednak to przestało mieć znaczenie, kiedy mężczyzna zaczął zachowywać się swobodnie, czym zaraził również swego towarzysza. Dość łatwo przychodził im teraz żartować, a nawet flirtować. Chyba żaden z nich nie mógłby teraz tak zwyczajnie zaprzeczyć, że jest żywo zainteresowany drugim. Przynajmniej Baldric by nie mógł, zwłaszcza, że sam wyszedł z propozycją wspólnego wyjścia na drinka. Być może się pospieszył ze złożeniem podobnego zaproszenia, jednak nie mógł się powstrzymać. Czy przypadkiem to nie Edgar zaczął? Tak, to on przecież pierwszy zaczął zachowywać się dość urzekająco. Drobne gesty z jego strony wystarczały, żeby brunet poddał się jego woli, nawet jeśli czynił to nieświadomie.
Kiedy została mu zwrócona uwaga na dość istotny szczegół, z jego ust zaraz wypłynął subtelny śmiech. Przykrył usta dłonią i, po czym podrapał się po brodzie. Jakoś było mu wesoło, rzadko kiedy był w tak intrygujący sposób pouczany.
- Moje niedopatrzenie, najmocniej przepraszam – odparł z rozbawieniem, rzucając mu zaraz nieco poważniejsze spojrzenie, w którym kryły się iskry pełne wyzwania i zadowolenia. – Zapraszam cię na drinka.
I nareszcie padła wyczekiwana odpowiedź. Spodziewał się tego, że będzie pozytywna, od początku na to liczył, jednak coś w duchu drgnęło i całkiem odpuściło, kiedy okazało się, że jego przypuszczenie odnalazły odzwierciedlenie w rzeczywistości. Ale miał zapaść jeden warunek. Już w tonie głosu rozmówcy słyszał żartobliwą nutę, więc nie zamartwiał się jakoś specjalnie. Na postawiony warunek mógł jedynie uśmiechnąć się pod nosem.
- Chętnie zobaczę, ile posiadasz w sobie pasji – odparł śmiało, po czym odłożył wcześniej włożony mu do dłoni widelczyk. Powstał ze swojego miejsca i z powrotem naciągnął torbę na ramię, aby zerknąć na blondyna i posłać mu szeroki uśmiech. Im szybciej ruszą razem na te drinki, tym szybciej będą mieli sposobność do lepszego poznania w jeszcze milszych warunkach.
- Idziemy?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Dr Dandys & Baldric   

Powrót do góry Go down
 
Dr Dandys & Baldric
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 3Idź do strony : 1, 2, 3  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Yaoi Gakuen :: Off top :: Archiwum-
Skocz do: