IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 SOR

Go down 
AutorWiadomość
Edric

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 14/02/2014

PisanieTemat: SOR   Czw Wrz 25, 2014 10:37 pm

Szpitalny oddział ratunkowy, utworzona w celu udzielania świadczeń opieki zdrowotnej osobie w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego. To tu trafia się zazwyczaj w pierwszej kolejności po trafieniu do szpitala.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Edric

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 14/02/2014

PisanieTemat: Re: SOR   Czw Wrz 25, 2014 11:10 pm


Była to zdecydowanie najdłuższa noc w życiu Edrica. Pozostawiająca po sobie niezapomniane wrażenia - co fakt to fakt. Szkoda tylko, że owe nie należały do rodzaju tych najprzyjemniejszych.
Z oczywistych względów karetka zabrała ze sobą również i jego. Tym razem, nieco zbyt naciskany przez jednego z ratowników, mocno plątał się i przejęzyczał przy wyjaśnianiu tego, co działo się od czasu wezwania pogotowia z poszkodowanym oraz tym, że sam nie doznał żadnych obrażeń na ciele. W końcu jednak, jeszcze nim pędząc na sygnale dotarli do szpitala, udało mu się wystękać wszystko co miał w tym temacie do powiedzenia.
Pozostawiono go w poczekalni, przed salą szpitalnego oddziału ratunkowego, gdzie trafiali wszyscy świeżo z wypadkach. Po wstępnych oględzinach stanu Dantego, Edrica przyjąć miał w bocznym gabinecie ordynator, w celu osobistego zdobycia konkretniejszych informacje z wypadku. Gdy już zaś do tego doszło, nie próbował tuszować ewidentnego faktu pobicia, które i tak zgłosił już wcześniej przy rozmowie z dyspozytorką. A jednak mimo iż wiedział znacznie wcześniej, że dalszą procedurą w takiej sprawie jest wezwanie policji, słysząc tego rodzaju słowa wprost od lekarza, spazmatycznie zacisnął dłonie na materiale spodni na udach.
Nigdy dotąd nie miał styczności z policją w podobnej sytuacji, bo i nie należał do osób lubiących pakować się w kłopoty. Jeszcze w Australii, cała ich rodzina miała wybitnie dobre relacje ze wszystkimi służbami z bliższych i dalszych okolic. Zresztą jak wszyscy, którzy pomagali w razie stosunkowo częstych wybuchów pożarów lasów, zwłaszcza znosząc ranne i zaczadzone dymem zwierzęta do kliniki jego wuja. Inaczej jednak było rozmawiać z policją gdy nie masz nic na sumieniu, a inaczej kiedy trzeba tłumaczyć dlaczego dobrze po północy znajdowałeś się na terenie cmentarzyska w obecności bardzo podejrzanego typa - czyt. Dantego. Nic chyba dziwnego, że stresował się całym tym formalnym przebiegiem, a jeszcze bardziej czasem oczekiwania. Każda minuta zdawała się dłużyć niemiłosiernie. Siedząc jak na szpilkach na nowo w poczekalni, niemal mógł poczuć jak co rusz jakaś pojedyncza kropla potu spływa mu z czoła na nos lub z karku na plecy. Martwił się. Stresował. Bał. Czy to nie naturalne? Jasne, że tak! Był typowym dzieciakiem z dobrego domu, choć może standardy australijskich dzieciaków z dobrych domów były nieco inne niż te brytyjskie.
Dopiero po pewnym czasie zdołał powoli uspokoić nerwy. Przynajmniej na tyle na ile umiał, nim faktycznie w szpitalu pojawiła się policja. Już na pierwszy rzut oka widać było, że przynajmniej dwóch z trzech nie należało do tych, którzy próbują zastraszać pozycją oraz gabarytami. Trochę mu ulżyło, lecz wcale nie umniejszyło dławiącego w gardle niepokoju i niepewności.
Edric podniósł się z miejsca, a raczej podskoczył na sam ich widok, woląc podejść do trójki mężczyzn zanim wskaże go jeden z lekarzy. „To dobry ruch”, podpowiadał mu cichy głosik rozsądku, robiący nieraz także za głównego stratega. Ten sam zbeształ go również zaraz, ponieważ mało brakowało, a w niepotrzebnym pospiechu potknąłby się o własne nogi niczym bohater jednej z tych idiotycznych kreskówek, jakie teraz serwowano dzieciakom w telewizji.
Nie powinien był kłamać. Wiedział, że nie powinien. Nie miał absolutnie żadnego powodu aby to robić. Został napadnięty podczas być może nieco nierozważnej, lecz nie nielegalnej przecież eskapady na cmentarz z całkiem błahego, hobbystycznego powodu. Coś jak zabawa w detektywa z ta tylko drobną różnicą, że on bynajmniej nie planował wpadać na żadną inną, ludzka istotę. Kosmita, jakieś dziwne stworzenie, duch - cokolwiek nadprzyrodzonego byłoby dobre. Zamiast tego, otrzymał najpierw jednego, a potem jeszcze dodatkową gromadkę ludzi wątpliwego pochodzenia i zamiarów. Mógł z całą pewnością przyznać się bez bicia do każdego szczegółu tego zajścia! Dlaczego więc zamiast tego, postanowił zachować się niemądrze drugi raz tej samej nocy?
Spuścił wzrok na swoje własne, blade dłonie, które splatał aktualnie palcami.
- ...to był mój pomysł, ale nie spodziewaliśmy się tak naprawdę nikogo spotkać. – tłumaczył skruszonym tonem, który nie był ani przesadzony, ani nieszczery. Bo i czuł się źle z tym co właśnie robił. Nie lubił kłamać. Naprawdę nie lubił. A już na pewno nie ludziom, mogącym wynieść z tego wobec niego konsekwencje prawne.
Zaryzykował wbrew wszelkiej logice. Dante nie był przecież dla niego nikim ważnym. Nikim, dla kogo warto się poświęcać. Pamiętał jednak jego reakcję na wieść o telefonie i pierwsze skojarzenie tego wszystkiego z glinami. Nie miał pojęcia, czy chodzi o jakieś wcześniejsze zatargi z władzami czy coś jeszcze innego. Po prostu... Czuł, że prawda może sprawić mu niebanalne kłopoty. A Edric był z natury jednym z tych, którzy nienawidzili sprawiać kłopotów innym, a nadmierna troska o innych wylewała im się bokami. Wbrew zapowiadającym się przy pierwszym spotkaniu nieprzyjemnościom, młody mężczyzna nie wyrządził mu koniec końców żadnej krzywdy.
Wymyślił zatem niezbyt przesadzoną wersję wydarzeń, którą będzie musiał przedstawić również Dantemu zanim i on zostanie przesłuchany. Całe szczęście, nieprędko do tego dojdzie z tego co zdołał się wcześniej dowiedzieć. Aktualnie wożono go po rentgenach i tomografiach wszelakich, a funkcjonariusze nie kwapili się poczekać aż drugi młodzik się przebudzi. O wiele wygodniej było im poczekać na telefon lekarzy, skoro połowę roboty i tak mieli już z głowy.
Osiemnastolatkowi z kolei pozwolono zostać przy domniemanym „przyjacielu”, przeniesionemu po kolejnych dwóch godzinach badań na jedną z sal. Usiadł na krześle niedaleko łóżka. Zgłosił, że niestety nie wie gdzie ten mieszka i nie ma sposobności pomóc w kontakcie z jego rodziną. Tyle kłamstw...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: SOR   Sob Paź 04, 2014 10:58 pm

Gdy Edric na zmianę panikował, hiper wentylował i przeklinał w myślach fakt, że tej nocy zdecydował się na wizytę w szpitalu, Dante po prostu spał. Nie był to jednak zdrowy, spokojny odpoczynek. Nie, spowodowany został utratą przytomności i dawką leków przeciwbólowych. Odzyskiwał zdolność kontaktu sporadycznie, na krótką chwilę i bynajmniej nie wykorzystywał jej do tracenia czasu na odpowiedzi lekarzom. Próbował raczej zorientować się, czy gdzieś w pobliżu nie czai się policja, chętna do zamknięcia go w pace. Raz mu wystarczy, dziękuje, postoi.
W pełni przytomność odzyskał dopiero, gdy umieszczano go na sali. Pielęgniarki nie traktowały łóżka z ciałem jak czegoś, co jest ważniejsze od worka starych kartofli. Młody Arrow powiedziałby im co nieco do słuchu, gdyby był do tego zdolny. Wciąż jednak czuł się zbyt źle, a obwiązana bandażami głowa i pozszywana twarz skutecznie zniechęcały do jakiejkolwiek formy poruszenia mięśniami.
Brunet poddał się, odpływając zanim jeszcze do sali wpuszczono nastolatka.
Ponowne odzyskanie przytomności zostało uzyskane dopiero po kilku godzinach, az to utrzymało się już na dłużej. Okolczykowany mógł obrócić głowę na lewo i prawo, w poszukiwaniu poświadczenia, że wciąż nie ma przy nim policji. Zmarszczył brwi, dostrzegając nastolatka, w pierwszej chwili go nie poznając. Spotkali się w środku nocy i zbyt wiele sobie nie przypatrzyli. Dante wolał skupić się na zastraszaniu “od tyłu”, by później ofiara nie mogła zbyt wiele powiedzieć na temat swojego oprawcy. Sprawa jednak uległa drastycznym zmianom w momencie, kiedy to “zwierzem” okazała się być banda hien cmentarnych.
W końcu brunet mógł spojrzeć na twarz swojego wybawiciela. Nie mógł powiedzieć, by to go cieszyło, ale z drugiej strony, wciąż żył, a nie zdychał na cmentarzu. Stanowczo trzeba było uznać to za pozytywny akcent.
- Rozmawiałeś… - Odchrząknął i niemal wypluł coś ze swoich obolałych płuc. - Już z policją? - spytał w końcu, po skończeniu charczenia. Znów bolało go wszystko, jednak stanowiło wspaniałe potwierdzenie, że nie znajduje się nigdzie indziej, tylko na świecie.
Uniósł dłoń i z pewną konsternacją zauważył przypięty do niej wenflon, z rurką, zapewne ciągnącą się ku kroplówce. Nie przypominał sobie, by stracił tyle krwi, czy czegokolwiek, by potrzebować takich uzupełnień, ale z drugiej strony… Niewiele w ogóle pamiętał.
Westchnął ciężko, odkładając dłoń na miejsce, zaś drugą, wolną, spróbował podciągnąć się ku górze. Pragnął zobaczyć coś więcej, najlepiej w pionie, dlatego ból go specjalnie nie zdeprymował. Po krótkiej chwili wysiłku doszedł jednak do wniosku, że w ten sposób równowagi długo nie utrzyma. Położył się z powrotem i wybadał lewą ręką obie strony łóżka, niedaleko głowy.
Wszystko wskazywało na to, że da się trochę zmienić pozycję. Potrzebował jedynie pomocy z zewnątrz. Idealnie do tego pasował człowiek pozbawiony asertywności, który uratował go i wciąż tkwił u jego boku. Czyżby czegoś oczekiwał? Niemożliwe.
- Podniósłbyś? Tu jest wajcha. Trzeba tylko jednocześnie pociągnąć do góry za jakąś rączkę nad moją głową - mruknął, zdobywając się nawet na krzywy uśmiech. Chciał zobaczyć NAOCZNIE jak przedstawia się jego stan. Jedynym problemem był brak lustra. Cóż, tu musiał już wystarczyć sam dotyk.
Ostrożnie przebadał twarz palcami i doszedł do wniosku, że nie jest tak źle, jak mogłoby być. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, nie zostanie po wypadku nawet ślad. Wprawdzie dopiero za kilka miesięcy, ale zawsze to coś. Pretensje i tak mógł mieć już tylko do siebie, więc taki stan rzeczy lepiej było już całkiem zignorować, dla własnego zdrowia psychicznego.
Gdy fioletowowłosy się nad nim pochylał, poprawiając umiejscowienie podpórki, Dante odnotował nietypowy kolor czupryny. Tak, dopiero wtedy.
Zamrugał oczami z zaskoczeniem i odprowadził wzrokiem chłopaka na krzesło. Nieznajomy jeszcze bardziej niż na cmentarzu przypominał nastolatka. Nie można było tego uznać za wadę, oczywiście, chociaż Arrow odnotował to bez smaku. Nie przepadał za gówniarzami, szczególnie tymi ze zbyt wygórowanym ego. Ten konkretny szczeniak jednak przypominał bardziej przestraszone zwierzątko. W pewien sposób to zaintrygowało młodego mafioza, który ostatnie swoje chwile spędzał aż z nadmiarem osób pewnych siebie, ostrych, twardych i nieznoszących słowa sprzeciwu, a już tym bardziej jego niechętnej postawy wobec każdego autorytetu. Dlatego nastolatek, choć zwykle zostałby uznany za irytującego, tym razem mógł spotkać się z odrobiną całkiem przyjaznego zachowania.
- Nazywam się Dante Arrow. A ty? - rzucił, wyciągając najpierw prawą rękę przed siebie, a gdy dostrzegł, że wciąż ma do niej przypiętą kroplówkę, opuścił i podał lewą. - Gdzie są moje rzeczy? - dodał po chwili, czując lekkie zaniepokojenie niedostrzeżeniem swojej skóry. Lubił te ciuchy. Nadawały mu odpowiedniego charakteru, a gdy dojdą do niego plamy po krwi, w ogóle akcje młodego Arrowa wywindują w górę. Musiał je odzyskać, między innymi dlatego, że to w nich miał dokumenty i… Och. Kurator.
Skrzywił się lekko, poprawiając na łóżku. Na przeklinanie w myślach w tej chwili nie miał ochoty. Głośne również. Potrzebował szybkiego poprawienia swojego sparszywiałego humoru. A w takich chwilach zazwyczaj oddawał się jednej rzeczy… Dlaczego tym razem nie miałoby być podobnie?
- Poprawiłbyś mi poduszkę? - spytał, z powrotem wbijając wzrok w chłopaka. Gdy ten ponownie się nad nim nachylił, wykorzystał bezczelnie okazję, wsuwając dłonie w jego włosy i ciągnąc w dół. Pocałował go mocno i intensywnie, nawet w tym stanie z pełną dominacją i męskim smakiem. Przygryzł wargi Edrica, a nawet wkradł się między nie okolczykowanym językiem. Przytrzymał przypadkowego kochanka na tyle mocno, by od razu się nie wyrwał, ale nie zmuszał go do tego zbyt długo. Oderwał palce i powrócił głową na poduszkę, czując, że delikatnie kręci mu się w głowie.
Nawet pomogło.
Powrót do góry Go down
Edric

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 14/02/2014

PisanieTemat: Re: SOR   Sro Paź 08, 2014 9:36 pm

W czasie gdy Dante pogrążony był w słodkiej nieświadomości (a przynajmniej o tyle słodkiej, że nie musiał przejmować się w trakcie jej trwania niczym co dotyczyło świata dookoła niego), Edric miał wreszcie świetną okazje przyjrzeć mu się z bliska i przy jakim takim świetle niewielkiej lampki, którą pozostawiono jako jedyne źródło światła na noc, o ile rzecz jasna ktoś nie pokwapiłby się do włącznika przy drzwiach. „Nie wyglądał dobrze” - to mało powiedziane. Hieny cmentarne nieźle obiły mu twarz, ale przynajmniej nie była ona już zalana krwią, a miast opuchlizny, znacznie więcej dopatrzeć dało się rozcięć lub siniaków. Zapewne mógł wyglądać o wiele gorzej, ale Edric raczej nie miewał wielu okazji ani powodów do oglądania ludzi po podobnych przejściach, zatem dla niego był widok ten sprawiał wrażenie dostatecznie drastycznego. W końcu trzymał się od przemocy i incydentów mogących wpakować go w większe kłopoty jak najdalej. Co nie znaczyło rzecz jasna, że owe kłopoty miały podobny stosunek również do jego osoby. Idealnym przykładem na to, mógł być właśnie ten, nieprzytomny dwudziestojednolatek. Patrząc na niego, Shepard po raz kolejny zdziwił się, jak spokojnie w trakcie snu mogli wyglądać podobni mu delikwenci. Nie lubił oceniać ludzi przedwcześnie, ale na takiego właśnie jak na razie mu wychodził... Karcąc się za wybranie tak koszmarnie złego czasu na podobne wycieczki, nie miał póki co innego wyboru jak  po prostu czekać na przebudzenie młodego mężczyzny. W trakcie czuwania, sam przysnął mniej więcej ze dwa-trzy razy na kilkanaście minut. Nic dziwnego, bo był całym zajściem naprawdę zmęczony.
Przebudziwszy się raz ostatni, ruszył wreszcie tyłek do automatu na korytarzu, piętro niżej. Gdy wrócił, miał już ze sobą do połowy opróżniony kubek gorącej kawy w dłoni. Przysiadł na tym samym krześle nieopodal łóżka Arrowa, starając się rozbudzić. Drzemki pomogły się uspokoić, albo też zmuliły go na tyle mocno, żeby chwilowo dać sobie spokój z głowieniem się problemami. To dobrze. Tak zapatrzony w okno, początkowo w ogóle nie zauważył kiedy dokładnie ranny przebudził się. Dopiero dźwięk jego głosu, tak niezwykle dźwięczny mimo chrypki i pewnego osłabienia, w tej jakże niewielkiej, ale pustej sali, sprawił iż prawie poderwał się z zaskoczenia i wyskoczył z własnej skóry. Co prawda udało mu się tego niemądrego ruchu zaniechać, ale nie w całości. Wzdrygnął się bowiem na tyle gwałtownie, że część ciepłego naparu chlusnęła na prawe udo, plamiąc złośliwie spodnie. Niewiele, a co najważniejsze, ostygła na tyle żeby obeszło się od poparzenia. Nie zaszczycił zatem plamy niczym więcej jak pojedynczym spojrzeniem, a tylko odłożył kubek w pośpiechu i wychylił bardziej w stronę łóżka.
- Dobrze się czuje-... – chciał zapytać zanim sam udzieliłby odpowiedzi na postawione przed nim pytanie, jednak zawahał się i nie minęła sekunda nim zacisnął usta. Idiotyczne. Oczywiście, że nie może czuć się dobrze! W swej bezmyślności, ludzie zawsze zadawali to pytanie gdy odwiedzali chorego lub rannego, niezależnie od tego, co podpowiadał już po drodze umysł. Skoro nie wyglądał na kogoś czującego się dobrze, to niby jakiej odpowiedzi oczekiwał, do cholery? Pokręcił więc jedynie głową do swoich myśli i zostawił to.
- Rozmawiałem. – potwierdził, nerwowo wyłamując palce. - Dlatego tutaj jestem... – dodał, pocierając jedną dłonią kark. - Żeby o tym porozmawiać. – spojrzał na niego z pewnym zmartwieniem, lecz jednocześnie pełną powagą. Jeśli popełnił błąd, postąpił niewłaściwie i źle odczytał znaki... Co wtedy będzie musiał zrobić? Ah. No tak... Oczywiście przyznać się do wszystkiego przed policją. Nie miał pojęcia jaki rzeczywisty stosunek miał do tego mężczyzna, ale będzie musiał mu to dokładnie wyjaśnić. Przedstawić całą historyjkę jaką na poczekaniu wymyślił i z której wcale, ale to wcale nie był dumny.
- Oh... Jasne.
Poproszony o pomoc, jak to on, nawet nie próbował odmawiać. Spokojnie podniósł się z siedzenia i podszedł do łóżka, najsampierw dokładnie przyglądając się mechanizmowi. Obsługiwał podobne podczas pobytu ojca w szpitalu, dlatego obeszło się bez głowienia i kombinowania.
- Lekarze mówili, że nie jest tak źle jak wygląda i szybko się wygoi. Przy zastosowaniu odpowiedniej maści, nie zostanie nawet najmniejsza blizna. – odezwał się niezbyt głośno, uważnie obserwując jak Dante obmacuje swoją twarz centymetr po centymetrze. Starał się zamaskować obudzony na nowo stresik. Cóż, miło było chociaż usłyszeć coś poza opryskliwością. Nie był aż tak zły na jakiego wyglądał. Zresztą Edric wychodził z założenia, że ludzie z natury nie są źli. Mogą mieć co najwyżej odmienne patrzenie na świat.
- Edric Shepard. - uśmiechnął się łagodnie i z pewną ulgą, również zmieniając rękę, aby przywitać się należycie. Zaraz potem sięgnął do niewielkiej szafeczki na której stała lampka i otworzył ją. Na pułkach w środku, leżały ułożone rzeczy Arrowa.
- Przyniosłem wszystko tutaj. Chcieli je przeszukać w celu znalezienia jakiegoś dokumentu tożsamości, ale... Miałem co do tego wątpliwości, więc sam to zrobiłem. Przepraszam... Niczego więcej w każdym razie nie ruszałem. – splótł palce obu dłoni na padołku. Niby nie zrobił niczego niewłaściwego, ale to nadal jedna z tych sytuacji, w których czuł się mało pewnie. Przede wszystkim postawa tego człowieka była mocno myląca. Nie mógł ocenić jakim jest typem osoby, jednakże miał w sobie coś takiego, co zdawało się wytwarzać wokół niego niespokojną aurę – brakowało mu innego określenia na to odczucie.
- Hm? Poczekaj... – ponownie podniósł się z miejsca i podszedł maksymalnie blisko, sięgając obiema rękami pod poduszkę z dwóch różnych stron jego głowy. I wtedy stało się coś kompletnie abstrakcyjnego. Praktycznie nie zdążył zareagować. Zrobił jedynie wielkie oczy, w których zaświtało nieme pytanie.
Ech...?
Usta, język, ugryzienia, ciepły oddech, dźwięk nagłego łomotania w uszach, mieszającego się z delikatnym poklikiwaniem. Klik. Klik. Klik. Był zbyt zdezorientowany, żeby skojarzyć to z kolczykiem na języku, który pewnie obił się parę razy o zęby.
Zesztywniały w pochylonej pozie, lub wręcz sparaliżowany na jakieś trzy pierwsze sekundy, czuł jak twarz w przyspieszonym tempie zalewa mu żar. Dopiero gdy tamten go puścił, zdołał wierzgnąć w tył i chwiejnie odstąpić dwa kroki. Zahaczył o krzesło, które przewrócił i omal sam nie wyrżnął przez to na podłogę. Przytrzymał się parapetu okna. Jego także pochwyciły dziwne zawroty, aczkolwiek z zupełnie innego powodu.
Co to miało być, u licha?!
- H-hah... – odetchnął ciężko i przytknął wierzch dłoni do ust. - Co... ?! Ha-... haha... Podali ci pewnie... Coś dziwne...? – serce waliło mu jak młotem. Cholera. W życiu by się nie spodziewał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: SOR   Nie Paź 12, 2014 3:11 pm

Dante musiał przyznać, że chłopak jednak miał głowę na karku. Został, by wytłumaczyć, co też naopowiadał policji. Brunet mógł tylko liczyć, że cała historia miała sens i przedstawiała go w możliwie najlepszym świetle. Nie chciał mieć kolejnych problemów u kuratora, ani tym bardziej znowu wylądować w więzieniu. Dopiero osiągnął względnie pewne stanowisko pracy i mieszkanie, nie potrzebował dodatkowych kłopotów. Patrząc na nieznajomego przypuszczał, że wszystko potoczy się jak najłagodniej. Nastolatek wyglądał kompletnie niegroźnie, jak osoba, którą bardzo łatwo manipulować. Jak nic cechowało go olbrzymie współczucie wobec istot poszkodowanych przez świat. A w tym momencie to Arrow był najbardziej poszkodowanym w pobliżu człowiekiem. Jakiś plus jego sytuacji jednak był obecny.
Oczywiście, z pełną premedytacją wykorzystywał całą sytuację. I to niejednokrotnie.
Z pewną ulgą przyjął informację, że ubrania pozostały niemal nienaruszone. Fioletowowłosy nie wyglądał na osobę, która w jakiś perfidny sposób mogłaby wykorzystać przewagę nad poszkodowanym. Arrow w irracjonalny sposób czuł zaufanie do tego szczeniaka. Nie darzył specjalną sympatią nastolatków, jednak miły i niegroźny chłopak bardzo go uspokajał.
Młody mafiozo nie byłby sobą, gdyby nie wykorzystał maksymalnie całej sytuacji. Nie spotkał się jednak ze specjalnym sprzeciwem podczas pocałunku. Dopiero potem chłopak się odsunął, rozglądając niczym przerażona łania i potykając o wszystko, na co tylko mógł trafić. Okolczykowany uśmiechał się pod nosem, obserwując z uwagą poczynania swojej ofiary. Zachowywała się ona w sposób, który można było zinterpretować na dwa sposoby.
a) przerażony heteryk.
b) zaskoczony i nie do końca uświadomiony gej.
Brunet nie gustował w takich ludziach. Kiedy jednak nie ma się wyboru… Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.
Uniósł brew wysoko, próbując odnaleźć sens w niewyraźnym mamrocie nastolatka. Cała ta jego reakcja była naprawdę zabawna.
- Leki? - Powtórzył z zawahaniem.
To było całkiem niezłe wyjaśnienie jego zachowania. Mógł je spokojnie przyjąć i udawać, że wcale, a wcale nie jest świadom tego, co robi. Przy okazji kwestia, dlaczego w ogóle zainteresował się człowiekiem kompletnie nie w jego typie, sama by się wyjaśniła. Idealne. Dzieciak naprawdę miał głowę na karku.
- Możliwe. Przeszkadza ci to? - spytał ciekawie. Nie bał się odrzucenia, a zresztą, może faktycznie leki trochę na niego wpłynęły? Nie miał się czym przejmować.
Skinął dłonią na nastolatka, by podszedł bliżej, a sam usadowił się wygodniej na łóżku i uniósł trochę poduszkę, by móc spojrzeć Edricowi prosto w twarz. Taksował go uważnym spojrzeniem, szukając wszelkich oznak protestu, albo przychylności. W sumie… W szpitalach bywał rzadko, nie zdążył jeszcze niczego w nich nawyrabiać… Taka przelotna przygoda byłaby całkiem ciekawa. A nastolatek na pewno da się łatwo zamanipulować. I będzie uważał, by nie zrobić krzywdy jego potłuczonemu ciału.
Szkoda tylko, że Arrow nie wyglądał tak przystojnie, pociągająco, groźnie i namiętnie jak zawsze. Przeorana sztucznymi pazurami twarz na pewno nie działała jak afrodyzjak. Chociaż, chociaż… Któż to wie, tak naprawdę? Niektórzy w takich gustują.
- No już, zbliż się - mruknął, używając tym razem tonu mocno rozkazującego. W końcu… Było mu wolno, prawda?
Powrót do góry Go down
Edric

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 14/02/2014

PisanieTemat: Re: SOR   Pon Paź 13, 2014 7:13 pm

Jakby nie było, Edric to wybitnie honorowy i uczciwy chłopak. Nigdy nie zostawia spraw niedokończonych. Skoro już sam postanowił wejść w bagno kłamstwa, ciągnąc za sobą przy okazji  kogoś, kto wcześniej zgody na to nie wyraził, odczuwał machinalną potrzebę wytłumaczenia wszystkiego jak najbardziej klarownie, a przy tym gotów wziąć za to całą odpowiedzialność. Zwłaszcza jeśli się pomylił, źle odczytał wcześniejsze reakcje Dantego i miało się to okazać niepotrzebną inicjatywą z jego strony. Nie wykluczał i takiego scenariusza. Co prawda rzadko kiedy mylił się co do swoich przeczuć względem innych ludzi, ale przecież nigdy nie mógł mieć co do nich stuprocentowej pewności. Zwłaszcza kiedy owy człowiek był świeżo po wypadku w którym doszło do jakichkolwiek obrażeń głowy. Teraz zatem ciążyła na nim odpowiedzialność i nie zamierzał się jej wypierać. Mimo to, zwlekał z leksza. Zastanawiał się od czego powinien zacząć. Możliwość zajęcia czymś rąk nieco pomagała, jednak powietrze jakie zaczerpnął przy głębszym wdechu, mające zwiastować gotowość do rozpoczęcia składania wyjaśnień przed kimś innym niż policją, zostało mu szczwanie skradzione. Jednym, prostym, szybkim gestem.  
Poza faktem, że nagle zrobiło mu się przez cały ten incydent cholernie gorąco (w mózgu chyba właśnie eksplodował jego osobisty wulkan, z którego teraz wylewały się strumienie lawy), swoją uwagę raczyła zwróciła mu wreszcie także i lewa noga. Skrzywił się mimowolnie na ostry, pulsujący ból w okolicach kostki, na co czym prędzej przeniósł maksymalnie możliwy ciężar ciała na drugą. Powinien był pozwolić ją obejrzeć gdy tylko jeden z kręcących się lekarzy zaoferował swoją pomoc. W takim tempie i formie „oszczędzania” kończyny, jeszcze kompletne straci możliwość stanięcia w przyszłości na desce, a  utykanie stanie się dla niego rutyną. Później stanowczo trzeba będzie się tym zająć. Później, bo teraz jego myśli i tak krążyły w głównej mierze dookoła leżącego na szpitalnym łóżku mężczyzny. Albo raczej jego nielogicznego – zdaniem osiemnastolatka – postępowania. C-Cóż... Przynajmniej wychodziło na to, że w jakimś stopniu czuje się już lepiej...? Nawet jeśli nie na umyśle. Haha... Właśnie. Dlaczego w innym wypadku miałby go całować? Obaj byli facetami, co nie? A na homoseksualistów nie natykało się za każdym rogiem. Co tu dopiero mówić o wypadkach na takiego na cmentarzu nocą. Prędzej nekrofila. Tak. Właśnie! Dokładnie! Powinien się uspokoić. To nic wielkiego.  
Odciągnął dłoń od ust, aby móc mówić wyraźniej.
- W-Wiele mocnych leków przeciwbólowych, nasennych lub uspokajających działa w sposób dezorientujący, oszałamiający, zwłaszcza te na bazie benzodiazepinowych... – zaczął tłumaczyć w pośpiechu, najwyraźniej bardziej próbując przekonać samego siebie niż właśnie Dantego. Poniekąd był kujonem, a swego czasu marzyło mu się nawet zostanie lekarzem, stąd niejaka wiedza na temat różnorakich środków farmakologicznych.
- Zdarza się, że z-zmieniają się cechy osobowości w zakresie realnej oceny sytuacji, pojawia się zobojętnienie na sprawy uprzednio istotne, zatem... Ha-ha... Na pewno podano ci sporo różnych rzeczy, to zrozumiałe. - udało mu się uśmiechnąć, aczkolwiek kolejne pytanie ponownie wybiło go nieco z rytmu. Przeszkadza? Czy przeszkadza?! Oczywiście, że przeszkadza! - miał ochotę wykrzyknąć jednocześnie z lekką irytacją jak i totalnym niedowierzaniem, że w ogóle jest w stanie o coś takiego zapytać wprost. Jak gdyby nie było to nic wielkiego. Owszem, miał ochotę, lecz nie zrobił tego. Rzadko kiedy podnosił głos, a jeszcze rzadziej zdarzało mu się wdawać w kłótnie. Niestety opanowanie i niekonfliktowość nie zawsze były dobrymi cechami. Zwłaszcza dla osoby, której brakowało stanowczości w stawianiu na swoim. Nie zawsze, ale na bank w większości przypadków.  
- Dość nietypowe pytanie - nie wiedząc ostatecznie jak właściwie powinien odpowiedzieć bądź się zachować, uciekł spojrzeniem i zaraz spróbował skierować rozmowę na inne tory. - Zdaje się, że nadal niczego ci nie wyjaśniłem? – postarał się, żeby jego uśmiech był bardziej szczery, ale nie miał bladego pojęcia czy w ogóle wyszło. Kicha. Za dużo myślał o tym głupim pocałunku, przez który czuł się teraz diabelnie dziwnie skrępowany w otoczeniu Arrowa. A debilnie przy okazji.
Dopiero dostrzegając jednoznaczny gest, zaszurał cicho nogami o szpitalne kafelki podłogowe. W ogóle nie czuł się zbyt pewnie przebywając w jego pobliżu, ale teraz to już konkret. Niemniej, odruchowo, nieskory do odmawiania kiedy widział kogoś w podobnym położeniu, postąpił ostrożnie w kierunku rannego. Przypominał przez to antylopę, którą z jednej strony kusi podejść do jawiącego się przed nią wodopoju, lecz z drugiej boi się to zrobić przez wzgląd na krokodyla, którego łeb przed momentem zniknął pod wodą. Ryzykowne.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: SOR   Wto Paź 14, 2014 11:21 pm

Rozumowanie Edrica bez wątpienia nie miało większych luk, chociaż zakładało, że przypadki homoseksualizmu są w społeczeństwie bardzo rzadkie. A jeśli już występowały, to ich przyczyna była związana głównie z przypadkiem. Tak, jakby ktoś na trzeźwo nie mógł wyrazić zainteresowania drugim facetem. Oczywiście, było to stosunkowo rzadkie, ale występowało. Dante był tego świetnym przykładem, bo i po pijaku, i z pełną przytomnością umysłu potrafił dokonywać prób uwiedzenia. I to z niezłym skutkiem. Jak widać jednak, fioletowowłosy albo był bardziej odporny na takie zabiegi, albo po prostu, co oczywiste, Dante tkwił w odurzeniu lekami i nie potrafił się wykazać. Ani też dobrze ocenić ofiary, czy, być może, odpowiedniej taktyki. Przyczyn właściwie mogło być sporo.
Brunet uniósł brew wysoko, słysząc medyczny wywód swojego towarzysza. Ciężko mu było ocenić jego prawdziwość, ale brzmiał na tyle mądrze, iż bez wątpienia kryło się w nim ziarnko prawdy. Ostrożnie skinął nawet głową, chociaż właściwie nie było to konieczne. Shepard przekonywał nie jego, lecz siebie. A gdy okolczykowany mu przerwał, widocznie się wzburzył. Cóż to w ogóle za pytanie?! - zdawał się mówić.
Arrow czuł pewne zobojętnienie na widok reakcji chłopaka. Nie było ono jednak spowodowane medykamentami, a zwyczajnym, codziennym podejściem do życia i relacji z innymi ludźmi. Brunet przywykł startować do osób, które w jakiś sposób go pociągały, oraz były “out”. Inne formy uwodzenia raczej służyły ku ćwiczeniom, pewnego rodzaju wyzwaniom, przed którymi stawał umysł gangstera.
W tym konkretnym momencie pragnął jednak całkowitego odmóżdżenia, a co było lepsze od pierwszego lepszego człowieka, który się napatoczył i który sprawia wrażenie łatwego do manipulacji?
- Uważam, że osobowość się nie zmienia, a najwyżej pokazuje to, co wcześniej było ukryte. Ja nic nie mam do ukrycia. - Prychnął z lekkim rozbawieniem. Było to oczywiste kłamstwo. Każdy miał swoje sekrety, a młody Arrow już szczególnie unikał nadmiernego uzewnętrzniania się. Świetnie jednak sprawiał wrażenie osoby, która jednocześnie jest tajemnicza, ale jednocześnie szczera, gdy zachodzi taka potrzeba. Każdy myśli, że dupka łatwo przejrzeć.
No cóż… Niekoniecznie.
- No nie wyjaśniłeś. - Dante skinął lekko głową, a potem uniósł brew wyżej, obserwując ciekawym wzrokiem posunięcia “antylopy”. - Można wiedzieć, co robisz? - spytał po chwili namysłu, nie doczekawszy się wciąż towarzystwa w obrębie odległości mniejszym od pół metra.
Ofiara w końcu posadziła swój tyłek na pościeli, co znacząco uszczęśliwiło bruneta. Uśmiechnął się nawet pod nosem i skinął lekko głową, by chłopak jeszcze bardziej się przysunął. Sam wrócił do pozycji możliwie najbardziej pionowej.
- No to mów, słucham. - Westchnął ciężko, szczerze niechętny do zagłębiania się w, zapewne skomplikowaną, historię tego, jak też znaleźli się na zamkniętym cmentarzu w środku nocy i do tego trafili prosto w łapy imbecyli, którzy mocno stłukli jednego z nich.
Podczas całej relacji milczał, przyjmując do wiadomości wszystkie szczegóły ich sytuacji. Ponownie uznał Edrica za osobę z głową na karku, chociaż niekoniecznie pełnego pewności siebie. Nie była to jednak wada, a zaleta.
- Brzmi rozsądnie. - Podsumował wypowiedź zwięźle. - Mógłbym dostać wody? - Dodał zaraz, rozglądając się po pomieszczeniu w poszukiwaniu jakiejś szklanki, lub butelki. Rozwiązanie problemu jednak wydało mu się znacznie bardziej prozaiczne, gdy nastolatek się uniósł i zbliżył niepotrzebnie o ten jeden krok ku pacjentowi.
Arrow od razu zaatakował, chwytając za nadgarstek i ponownie ciągnąć chłopaka ku sobie. Nie przejął się tym razem kablami od kroplówki i ułożył drugą dłoń na karku swej ofiary, ponownie łącząc ich wargi. Mruknął z zadowoleniem, dostając się sprawnie do wnętrza ust Sheparda, ponownie badając je językiem i nawilżając swoje własne, jednocześnie nie odrywając intensywnego spojrzenia od oczu nowopoznanego. Dwukolorowe tęczówki prześwietlały niczym rentgen całą istotę osiemnastolatka, z najwyższą ciekawością wyłapując drobne, mikroreakcje zaskoczonego ponownie ciała. Nie było to może wyzwanie, ale pewna forma zabawy, wykorzystująca przy okazji słabość “antylopy”. Nie mogła ona jednak narzekać, w końcu który krokodyl, zamiast pożerać w całości, daje przyjemność w postaci długiego, namiętnego pocałunku?
Powrót do góry Go down
Edric

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 14/02/2014

PisanieTemat: Re: SOR   Sro Paź 15, 2014 5:41 pm

Polityka jaką prowadził wobec samego siebie oraz swojej seksualności, była stosunkowo bardzo prosta prosta w zamyśle, lecz kompletnie nieefektywna w praktyce - „Im więcej próbujesz dany temat zgłębić, tym bardziej może cię on zainteresować, wciągnąć. Jeśli tego nie chcesz, próbuj zatem pozostać obojętny lub przynajmniej neutralny. Odcinaj się. Kto wie? Może jednak ci przejdzie...?” Tego rodzaju myślenie było totalnie nierozsądne oraz naiwne i świetnie zdawał sobie z tego sprawę, tylko co z tego? Świadomość wcale nie ułatwiała sprawy, a i wręcz przeciwnie. Nigdy nie życzył sobie zostać homosiem. Był absolutnie tolerancyjny, mieszkał nawet w jednym pokoju akademickim z przyjacielem gejem, ale czy przy tej całej tolerancji nie mógł sam zostać po prostu zwyczajnym hetero? Nie chodziło o to jak postrzegali go inni. Nie obawiał się, że mógłby być z tego powodu prześladowany. Mógł się założyć, że jego własna matka nalegałaby jak opętana na przyprowadzenie ewentualnego partnera do domu, ażeby natychmiast go poznać i wypytać o każdy szczegół ich znajomości z przerażająca i zawstydzającą wręcz zawziętością i dociekliwością, gdyby się tylko dowiedziała. Ojciec zaś co najwyżej westchnąłby, nakłonił na spacer w celu przeprowadzenia spokojnej rozmowy na ten temat i koniec końców życzył powodzenia. Nie chciałby, żeby dowiadywała się o tym siostra... Była na takie rzeczy stanowczo za młoda (dla niego byłaby pewnie i po pięćdziesiątce...)! A napataczałaby się z ciekawością równą matki, choć na pewno obecnie dążyłaby do zaspokojenia jej bardziej dyskretnie. Cała jego rodzina - w większości zamieszkująca Australię - była niezwykle liczna i chyba nie dało się wśród niej znaleźć odgałęzienia, które żywiłoby wybitnie negatywne odczucia względem typu rzeczy. Jedna z bliskich kuzynek była od pięciu lat w związku z drugą kobietą, druga z facetem o piętnaście lat starszym. Dopóki nikomu nie działa się krzywda, nie było potrzeby wchodzić z butami w czyjeś życie prywatne. Familia tak kuresko zgrana w większości przypadków, że niemal wydająca się przeidealizowana. Zdawałoby się, że nie ma zatem żadnych przeciwwskazań, żeby Edric mógł sobie pozwolić na otwartość względem własnych predyspozycji i pociągów. A jednak były! Sam sobie takie stanowił. Najzwyczajniej się z tym nie potrafił pogodzić. Był z jasnych przyczyn rodzinnym i dzieciolubnym typem. Chciał dorobić się żony i dzieciaków, a nie faceta. Ale co poradzić, kiedy kobiety go w ogóle nie pociągały? Więc... Po jednym podejściu do chłopaka w którym zadurzył się jeszcze przed przeprowadzką do Wielkiej Brytanii, które nie skończyło się nawiasem najciekawiej, postanowił spróbować jakoś trzymać tego rodzaju potrzeby na dystans. Ciekawe jak niebywale ciężkim stało się nagle nieoglądanie za przedstawicielami tej samej płci. Idiotyczne wymuszanie na sobie kontroli. Ha! I co to niby dawało? Nawet  po wymuszonym pocałunku wcale nie czuł zgorszenia.
- Naprawdę możesz coś takiego mówić po pocałowaniu drugiego, na dodatek całkiem obcego faceta? – podrapał się po szczęce i sam cicho parsknął pod nosem. Taaak. Najlepiej obrócić to wszystko w zabawny przebieg sytuacji. I wykorzystać ten czas na wewnętrzne ciszenie. Jeszcze by tego brakowało, żeby coś takiego zdołało go przypadkowo podniecić  
- ...Podchodzę. – bąknął w odpowiedzi, trochę zażenowany tym na jak spłoszonego być może wyglądał. W porządku, Shepard! Klata do przodu i przestań się zachowywać jak mysz przy kocie! Jesteś facet, a nie baba! Nie musisz się tak przejmować każdą, najdrobniejszą rzeczą! Zrugał się w myślach i przysiadł na kraju łóżka. W odpowiedniej odległośći. Khm. Pal licho. Przecież go nie zje! Zresztą byli w szpitalu. Splótł zatem dłonie na padołku i raz kolejny wziął głębszy wdech zanim zaczął mówić:
- Nie chciałem tego bezsensownie komplikować, dlatego sprawa jest dość prosta. Namówiłem cię do pomocy w małym śledztwie na cmentarzu, w związku z moim własnym projektem. Wyjaśniłem, że zainteresował mnie temat rozkopywanych w tajemniczy sposób grobów, dlatego chciałem o tym napisać własny artykuł do szkoły i spróbować dowiedzieć się czegoś na własną rękę. Być może później wykorzystać też do napisania jakiegoś drobnego opowiadania grozy. Należę do kółka literackiego, dlatego sądzę, że nikt nie będzie próbował zbytnio dopatrywać się innych motywów. Nigdy nie miałem też problemów z prawem. – przerwał na moment. -  Przepraszam jeśli to mogłoby ci sprawić jakieś kłopoty.
Ulga. Dobrze było wreszcie to z siebie wyrzucić. Ah, jasne, woda. Że też wcześniej go nie zapytał czy czasem nie czuje się spragniony... Wcześniej kupił dwie butelki, jedną z wodą, drugą z mrożoną herbatą. Dla pacjenta na zaś. Cholerna, przesadna jego troska.
- Żaden problem. – podniósł się, przeklinając w duchu pobolewającą nogę. - Ah, prawda! Jeśli chciałbyś kogoś powiadomić z rodziny lub znajomych, mogę ci udostępnić telefon. – wyszedł z propozycją, która wydawała mu się najodpowiedniejsza, przy okazji chcąc podejść do szafeczki stojącej tuż obok zagłówka szpitalnego łóżka. I to się okazało błędem. Znalazł się za blisko, ale doprawdy nie przypuszczał, że może to zagrozić powtórką z rozrywki.  
Zdusił okrzyk zaskoczenia, panicznie powstrzymując wolną ręką całkowity upadek, jako iż mózg niezależnie od niecodziennej sytuacji, kazał mu uważać na nadwyrężone ciało Dantego. Szarpnięcie oraz lekka dysfunkcja lewej nogi, z pewnością nie pomogły mu przy tym nadmiernie. Wylądował z prawym kolanem na wyrku, prawą ręką na klatce piersiowej mężczyzny i lewą na poduszce od prawej strony jego głowy. Na wszelkie sprzeciwy było już za późno.
- Mmh... Ngh?!
Spróbował się odsunąć, ale ciągle był przytrzymywany, a szarpanie się... No i oto cały problem! Szarpaniem się mógł wyrządzić mu krzywdę, zahaczyć o jakiś kabelek, wyrwać kroplówkę. Zapewne mało kto myślałby o tego typu pierdołach w jego położeniu, ale Edric to Edric. Albo być może... Potrzebował jakiejkolwiek wymówki, nie będąc tego nawet świadomym?
Zacisnął powieki, nie będąc w stanie zbyt długo znosić spojrzenia Dantego, które zdawać się mogło iż wwierca się w ciało. Robiło mu się gorąco nawet w okolicach uszu, a na dodatek słyszał w nich to ciche, znajome klikanie od czasu do czasu. Kolczyk. Kurwa...
Ciało za bardzo na to reagowało i pierwszy spazm jaki je przeszedł, dostatecznie to potwierdził. Oddech także przyspieszył wraz z pulsem. Ten facet za dobrze całował. Niedobrze.
Chwila. Chwila, chwila, chwila, chwila... Moment! To się robiło zbyt niebezpieczne...!
Zacisnął palce na poduszce, minimalnie rozluźniając spięte mięśnie. To nie tak, że się podał. Może na momencik? W końcu jednak zacznie brakować mu tlenu, zwłaszcza że nie był przygotowany na to co nastąpiło. Wtedy znowu zacznie szukać drogi ucieczki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: SOR   Pią Paź 17, 2014 9:27 pm

Dante, słysząc pytanie, uśmiechnął się pod nosem z pewnym cwaniactwem i puścił oko do chłopaka. Niestety, ale na tyle jednoznacznie, by dało się odczytać prosty przekaz: ”A nawet gdyby, to co z tego?” Nie czuł się w związku z tą myślą źle, czy może niekorzystnie. Przeciwnie, było mu bardzo dobrze i wygodnie, a wręcz oczekiwał, że ofiary same będą się napataczać. Tak na oko, Edric nie wyglądał na osobę, która była przeciwna „mniej typowym” praktykom seksualnym, dlaczego więc by go nie wykorzystać? Arrow już na cmentarzu rozważał ten możliwy bieg wydarzeń.
Pacjent odczuł pewne zaskoczenie, słysząc prostą odpowiedź, świadczącą o obecności wody w pomieszczeniu. Prawdę mówiąc, nie spodziewał się, że Shepard pomyśli o nim z AŻ TAKĄ troską. Było to nietypowe zjawisko, dlatego też brunet nie chciał się zagłębiać w niepotrzebne rozważania i kombinacje. Sam nie rozumiał takiej postawy, dlatego wszelkie próby wytłumaczenia mężczyzny były właściwie z góry bezsensowne i skazane na niepowodzenie.
Zmarszczył brwi, słysząc propozycję związaną z zatelefonowaniem. Czy chciał kogoś informować?
- Nie, dzięki, nie ma potrzeby. Mieszkam sam. - Wzruszył lekko ramionami.
Ani szef, ani współpracownicy nie odczują smutku z powodu jego nieobecności w firmie. Wręcz przeciwnie, na wieść o pobiciu irytującego „kumpla” i podwładnego mogli zapragnąć urządzić imprezę i świętować w imieniu gości, którzy go pobili, a tym samym utarli nosa. Dobrze mu tak, ot co! Krzyżyk na drogę! A Gustav może nie przyłączy się do otwartego świętowania, ale bez dwóch zdań, z wielką chęcią wycofa się w głąb swojego gabinetu i wypije trochę alkoholu, którego litr jest wart kilogram czystego złota.
Gangster gdzieś w głębi umysłu odnotował, że nawet w tak trudnym położeniu fioletowowłosy dokładał wszelkich starań, by nie zrobić krzywdy poszkodowanemu. Było to bardzo, bardzo zaskakujące i nietypowe zachowanie, ale brunet w żadnym wypadku nie zamierzał narzekać. Potrafił wykorzystać cudzą słabość, a przede wszystkim, dostrzegł w oczach swojego przymusowego partnera niemą zgodę na dalsze posunięcia. Gdyby werbalnie spytał o to Edrica, ten na pewno by zaprzeczył, jednak własne ciało i reakcje go zdradzały. Ten słodki dreszcz, który przebiegł pod palcami mężczyzny, nie mógł zostać uznany za obrzydzenie. Nie, było mu nieprzyzwoicie dobrze.
Całkiem dobra zachęta do kontynuacji dla przystojnego, ale niebezpiecznego mężczyzny z nadmiarem kolczyków w ciele. Które spełniały swoje funkcje zawsze i wszędzie. Szczególnie ten jeden, w języku. Chyba nie istniała na planecie Ziemi osoba, która mogłaby się mu oprzeć. Robili to tylko ludzie nie znający tej przyjemności i... Obawiający się jej.
Dante miał naprawdę przyzwoitą kondycję nawet, gdy znajdował się na łóżku szpitalnym, z poobijanymi żebrami. Pocałunek zdawał się trwać wiecznie, a różnokolorowe tęczówki przewiercały nastolatka nawet wówczas, gdy ten zamknął oczy. Starszy mężczyzna chłonął reakcje fizycznie, ale również oznaki stanu psychicznego. Kiedyś musiał puścić ze swojego uścisku przymusowego kochanka, albo chociaż odsunąć od niego usta, by obaj mogli nabrać powietrza do płuc. Zrobił to jednak możliwie najpóźniej, gdy już naprawdę potrzebowali zaczerpnąć oddechu. I wcale nie odsunął się daleko, pozwalając wargom wygiąć w pełni usatysfakcjonowany uśmiech.
- Muszę powiedzieć, że jesteś naprawdę pociągający - mruknął obniżonym, przyjemnie zachrypniętym głosem, który przywodził na myśl mieszankę seksapilu i męskości.
Ten facet spędził trochę czasu, doskonaląc się w podrywach, czasem świadomie, a czasem nieświadomie, wybierając swoje ofiary. Raz źle, raz dobrze, zawsze jednak dawały mu jakąś satysfakcję.
Szczegółem były ostatnie niepowodzenia. Kwestia przypadku, ot, każdemu się zdarza. Startowanie do osób, które aż za bardzo przypominały jego nadętego, skretyniałego tatusia nie było chyba najmądrzejszym posunięciem. Przynajmniej wyniósł z tego jakieś wnioski i planował odstresować się przy normalnym chłopaczku.
Nawet mimo faktu, że został skutecznie nasączony w różnych środkach odkażających, wciąż utrzymywał się przy nim lekki zapach papierosów. Przyczyniało się to do wrażenia tego twardego, silnego faceta, który po prostu miał wypadek przy pracy. Na co dzień na pewno lepiej mu szło.
Szczególnie... W łóżku.
Ponownie przyciągnął chłopaka do swoich warg, pogrążając ich w następnym, długim pocałunku. Wycwanił się do tego stopnia, że nadgryzanie warg kochanka, lizanie ich, zasysanie i trącanie języka stało się nieodzownym elementem zabawy. Drażnił do tego stopnia, by przez Sheparda nie przechodził jeden, ale kilka mocnych, intensywnych dreszczy rozkoszy i podniecenia.
Bo... Dlaczego by nie?
Powrót do góry Go down
Edric

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 14/02/2014

PisanieTemat: Re: SOR   Sob Paź 18, 2014 4:55 pm

Nie był aż tak wielkim dziwadłem, choć może faktycznie należał do jakiegoś rzadszego podrodzaju. Po prostu z natury daleko mu do samoluba pilnującego jedynie czubka własnego nosa. Nie można powiedzieć, aby dla byle kogo chętnie nadstawiał karku, ale na pewno jeśli tylko mógł, zawsze starał się postępować zgodnie ze swoim sumieniem i ku obopólnemu dobru. Lubił robić coś dla innych. Przynosiło mu to głęboką satysfakcję, a ponadto jako typ martwiący się zawsze o drugiego człowieka i przejmujący jego losem, nieczęsto potrafił postawić na własny egoizm. Tak już miał. Pewniakiem po ojcu, choć nie mógł jak i on kojarzyć się z twarzy z rodowitym kryminalistą. Zatem to co zrobił dla Arrowa, wydawało mu się bezapelacyjnie oczywistym. Nieważne w jakich okolicznościach się poznali, nieważne jakie pierwsze wrażenie sprawiał okolczykowany mężczyzna. Zrobił co zrobił, bo tak właśnie według niego zrobić należało i nie widział w tym nic dziwnego.
Odmowę przyjął krótkim przytaknięciem. Dante nie wyglądał co prawda na kogoś, kto po pracy (bo jakoś nie umiał sobie wyobrazić w nim studenta mimo wszystko) pierwszym co robi to zadzwonienie do matki, ojca lub siostry by spytać co słychać, ale myślał, że może chociaż będzie chciał skontaktować się z dobrym kumplem lub dziewczyną. Zapewne lekarze zalecą pozostanie w szpitalu przez kilka dni nawet wówczas, gdy nie wykryją u niego żadnego, poważniejszego urazu. Nie zamierzał prosić nikogo o przyniesienie jakichś ciuchów na zmianę? Czegokolwiek? Trochę go to zmartwiło, ale postanowił nie wdrążać się w temat. Jeszcze wyszedłby na wścibskiego, a to nigdy nie wyrabia najlepszej opinii. Pewnie zresztą i tak nie miałby na to dość dużo czasu.
Źle. Niedobrze...
Kompletnie nie umiał sobie z tym poradzić. Z Arrowem. Z samym sobą.
Nie rozumiał sytuacji w której się znalazł. Dosłownie przed dwoma minuty prowadzili normalną rozmowę. Pierwszy pocałunek udało mu się uznać za przypadkowy zbieg okoliczności, być może efekt działania pewnych substancji podanych przez lekarzy dożylnie. Wymyślając pierwsze, zgodne w miarę z teorią i logiką wytłumaczenie, a następnie zakodowując je dostatecznie mocno, był w stanie w nie uwierzyć. Ale jak miał potraktować jego kolejne wyczyny? Nazwanie tego przypadkiem przekraczało wszelkie granice naiwności.
Dobrze całuje... Stop! Nie o tym powinien myśleć! Nie na tym należało się skupić! Mimo wszystko, dobrze całuje. ...No tak. Zaprzeczenie zdawało się śmiesznie nierealne. Podobnie jak to co wyprawiali – w nieodpowiednim miejscu i o nieodpowiednim czasie, jeśli zważyć na stan poszkodowanego. Argh! Bogowie litościwi, w ogóle nie w tym rzecz! Byli dwoma facetami! Fa-ce-ta-mi!!!

Co nie zmienia faktu, że dobrze całuje...
Trwało to na tyle długo, by Edricowi zaczęło się kręcić w głowie nie tylko od nadmiaru wrażeń, lecz również z braku powietrza. Chcąc dać o tym jakkolwiek znać, naparł nieco dłonią na klatkę piersiową okolczykowanego. Całe szczęście niedługo po tym pozwolono mu odetchnąć. Z początku łapał wdechy z pewnym trudem, dopiero teraz doskonale czując jak mocno go to otępiło. Odurzyło wręcz. Powinien szarpnąć się do tyłu, nie zważać na możliwość zaliczenia upadku na cztery litery czy gorsze nadwyrężenie kostki i odsunąć się od tego groźnego faceta jak najdalej. Tak podpowiadał zdrowy rozsądek, a raczej darł się i wyklinał na jego naiwność oraz głupotę z głębi umysłu.
Niespiesznie otworzył oczy i zmieszał się przeokrutnie na słowa Dantego. Żeby wygadywać tego typu rzeczy, do licha... Nawet nie chciał wiedzieć jak bardzo czerwony musi być na twarzy. Bardzo szybko zresztą uciekł spojrzeniem z dala od przeszywających w dalszym ciągu oczu tamtego. Oczu dość nietypowych odmienną barwą, a może to tylko sprawa padającego pod takim kątem światła?
- ...! – w pierwszym odruchu mocno zacisnął usta i spróbował uspokoić zarówno myśli, jak i szaleńczo łomoczącą pikawe. Głęboki ton głosu wibrował mu w uszach. Nie dało się zaprzeczyć iż był cholernie pociągający. - T-... To żart, tak...? – zapytał cicho w odpowiedzi, nie potrafiąc jednak zmusić się do nadania swojemu własnemu głosu odrobiny bardziej zawadiackiej nuty. Nie umiał obrócić tego w zwykłą głupotę, bo już takową nie było. Co gorsza, nawet zapach papierosów był dla niego nęcący. Nie palił i nie planował palić, ale nie wiedzieć dlaczego, lubił przebywać w towarzystwie osób palących. Miał podejrzanie wyczulone na ich punkcie powonienie. Potrafił rozpoznać kto pali importowane, byle jakie ruskacze, a kto Marlboro. To było dla niego z nieznanej przyczyny atrakcyjne.
Tym gorzej. Musiał uciekać. Szybko. Teraz.
- Powinienem już wracać, więc... Czekaj-...! Mff! – zaczął początkowo mamrocząc, nim nie przerwano mu kolejnym, wprawnym pocałunkiem. Tym razem myślenie przychodziło jeszcze ciężej. Ciało robiło się lekkie, rozgrzane i słabe z każdą sekundą, zaś oczy coraz bardziej zachodziły mgiełką rozkojarzenia. Nazmiennie spinał i rozluźniał łopatki przy każdym, głębszym spazmie przechodzącym go raz za razem. Nie miał w życiu zbyt wiele czasu, żeby uodpornić się na takie rzeczy. Cholera jedna raczy wiedzieć, kiedy dokładnie zaczął odpowiadać na pocałunki. Mniej wprawnie z racji doświadczenia i trochę niepewnie. Aż ręce uginały się pod nim niejako.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: SOR   Sob Paź 18, 2014 8:56 pm

Czarnowłosy pozwolił sobie na osłabienie uścisku i odsunięcie warg dopiero w momencie, gdy poczuł, że chłopak nie da rady w żaden sposób mu uciec. Musiał go oszołomić do tego stopnia, by nie odważył się w żaden sposób zaprotestować. A gdy w końcu pozwolił mu zaczerpnąć oddechu, z zadowoleniem odnotował, że oczy Edrica sunęły po całym pomieszczeniu, nie potrafiąc wyostrzyć spojrzenia. Oblizał wargi i poczęstował go komplementem, który w jakiś sposób dotarł do ofiary. Rumieniec nastolatka był całkiem miłą odmianą po tych wszystkich głąbach z przerośniętym ego. Uśmiech okolczykowanego sam się poszerzał, widząc zakłopotanie, oraz wewnętrzne rozdarcie.
Kiedy wypowiedział ten komplement, nie myślał tak naprawdę o znaczeniu swoich słów. Dopiero w momencie dostrzeżenia reakcji ciało Arrowa zareagowało na nastolatka. Zapragnął objąć go w posiadanie, oznaczyć i spowodować kompletną utratę zmysłów. Gwałtowna zaborczość wybuchła niczym płomień, paląc go od środka i domagając się ugaszenia. Im bardziej niewinny, zaskoczony i zdezorientowany był Shepard, tym większą ciekawość i pożądanie wywoływał w pacjencie szpitala. Który w tym momencie nie czuł się wcale poszkodowanym.
- Bynajmniej - odparł prosto i zdecydowanie, wzmacniając uścisk na karku przyszłego kochanka i ponownie łącząc ich wargi. Nie dał mu zakończyć protestu, ani spróbować ucieczki. Nie, zdobył nad nim władzę i nie zamierzał pozwolić na wyzwolenie. Kiedy już ktoś znalazł się na jego celowniku, musiał zostać zdobyty, pokonany i wręcz zmiażdżony.
Nikt nigdy po “tym” nie narzekał.
Najwyraźniej fioletowowłosy też nie zamierzał, ponieważ w końcu zaczął odpowiadać na pocałunki. W końcu! Jaką to satysfakcję dało gangsterowi! Puścił rękę ofiary i zepchnął ją tak, by kochanek oboma dłońmi opierał się obok głowy dominatora. Słabnące mięśnie, spinające się co jakiś czas spazmatycznie przyczyniły się do zmniejszenia fizycznego oporu. Edric już nie wisiał nad brunetem, a jedynie podtrzymywał resztkami sił swój ciężar, by nie upaść bezwładnie na poszkodowanego. Który z naturalną sobie bezczelnością chwycił palcami wolnej dłoni za drugą nogę nastolatka i przeciągnął ją nad sobą, by ten znalazł się nad nim w rozkroku. Pozycja była znacznie wygodniejsza dla obojga, a przy tym znacząco zmniejszyła resztki odległości, jaka ich dzieliła. Dante mógł ponownie oprzeć głowę na poduszce, odciążając zmęczony kark, dzięki czemu cała ich zabawa miała szanse potrwać dłużej. Z n a c z n i e dłużej.
Odwzajemnione pocałunki miały szczególną przewagę nad jednostronnymi - mężczyźni mogli pomiędzy nimi nabierać krótkich haustów powietrza do płuc. Nie marnowali czasu na niepotrzebne dyskusje, ani czynności. Wręcz przeciwnie, dwudziestojednolatek całkiem sprawnie wprowadził dłoń pod sweter chłopaka i przesunął palcami od podbrzusza, aż po szyję. Chwycił za nią mocniej, zakleszczając fioletowowłosego w podwójnym uścisku na krótką chwilę. Nie zacisnął ręki, chociaż odczuwał taką pokusę. Lubił podduszać kochanków, lubił ich wiązać i uniezależniać od siebie. Chorobliwie potrzebował władzy nad sytuacją, w której się znajdował, a szczególnie - w łóżku. Odnotował jednak, że Edric zachowywał się jak człowiek, który kompletnie nie wie, co robi, a co za tym szło - łatwo było go spłoszyć. Na osiemdziesiąt procent nie miał za sobą wielu doświadczeń na polu męsko-męskim, dlatego Dante, chociaż nie wyglądał, filtrował swoje pomysły i odruchy, wybierając te typowe. Takie, którymi nie mógł przestraszyć nowicjusza na polu homoseksualnym.
Inna sprawa, że sam pocałunek w obecnej sytuacji był dużym odstępstwem od jakiejkolwiek formy “normalności”.
Szczegóły. Nieistotne szczegóły.
Przesunął palce na prawy sutek nastolatka i podrażnił go opuszkiem, na tyle subtelnie, by nie przestraszyć, a podrażnić. Równie delikatnie przesunął paznokciem po mostku, a potem ponowił pieszczotę po drugiej stronie piersi, by w ostatecznym rozrachunku skończyć, drażniąc palcami podbrzusze. Dzięki luźniejszemu materiałowi wylądował kawałek niżej, niż normalnie by skończył. Dlatego muśnięcia były lepiej odczuwalne i wywoływały prądy przebiegające przez całe ciało, zbiegając się w strategicznych punktach nastolatka.
Brak zaspokojenia w osiemnastoletnim ciele czynił ofiarę nad wyraz łatwą do zdobycia… Na co Dante nie zamierzał narzekać. Będąc w akcji czuł się od razu w pełni życia, wcale nie pobity przez jakiś skretyniałych osiłków. Przeciwnie, przechędożyłby cały pułk dorosłych mężczyzn.
Powrót do góry Go down
Edric

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 14/02/2014

PisanieTemat: Re: SOR   Wto Paź 21, 2014 2:45 pm

To że jego reakcje były takie a nie inne, wcale Sheparda nie uszczęśliwiało. Odnosił przez to wrażenie, że w pewnym sensie zachowuje się jak jakaś baba, czego raczej nie należało traktować jako powodu do chluby - bez urazy dla kobiet, oczywiście.
W sumie spał z trzema. Nie można chyba zatem powiedzieć, że porównanie to wzięło się z dupy strony. Swoją droga, nie tylko osoba postronna, ale zapewne także i jego bliżsi znajomi mieliby problem z wyobrażeniem sobie tego ułożonego, spokojnego, nienatrętnego młodzika w bardziej intymnej sytuacji z jakąkolwiek kobietą. A jednak potrafił i nie radził sobie wtedy najgorzej. Każdy samiec ma w genach dominanta, nieważne czy jest to gej czy też hetero. Mniejszego lub większego, ale to po prostu coś, z czym mężczyzna się już rodzi i czego zaspokajanie za każdym razem bardzo mu pochlebia. Naturalna kolej rzeczy, pomijając jedynie te skrajne dewiacje. Nic czemu powinno się dziwić. Inna sprawa, że Edric nie znajdował w tym przyjemności większej niż czysto fizyczna, a i tą dopiero przy użyciu odpowiedniej dawki wyobraźni. Smutne acz prawdziwe. Nieważne jak się starał, suma sumarum satysfakcje okazywała się odnosić jedynie partnerka. Tyle dobrze, że chociaż jej nie zawodził z kretesem. Bądź co bądź, ogromną ujmą na honorze jest bycie nazwanym: „beznadziejnym kochankiem”. Z kolei teraz...? Wystarczył mu zaledwie jeden namiętny pocałunek, aby całe ciało odpowiedziało na niego niczym co najmniej całą serię pieszczot. Różnica zdawała się porażająca tak samo pod kątem psychicznym jak i fizycznym. Doświadczenie zarówno fascynujące, jak i niebezpieczne.
Słowa bruneta odbijały się echem - niczym gumowa piłeczka - od ścianek we wnętrzu głowy osiemnastolatka. Przepełniała je stanowczość niczym nie odbiegająca od stanowczości charakteryzującej każdy, nawet najdrobniejszy gest mężczyzny. To niesamowite jak bardzo potrafił emanować władczością oraz zdecydowaniem, bez względu na swoje położenie i nie do końca sprzyjające okoliczności. Była to zapewne postawa, która niejednego mogłaby sparaliżować.
Edric odczuł pewien dyskomfort związany z mocniejszym napieraniem, zwłaszcza że silne palce trochę za bardzo wbijały się w kark – okolice stosunkowo wrażliwe u każdego człowieka, niezależnie od płci. Automatycznie zmarszczył brwi, acz dopiero gdy Dante postanowił utrudnić mu ewentualne odsuną opcję odsunięcia się w najbliższej przyszłości poprzez nakierowanie na zmianę pozycji, stęknął ciężej między pocałunkami. Przez nogę przepłynął nieprzyjemnie bolesny, znajomy prąd. Odrobinę go on otrzeźwił, choć nie miało to trwać długo.
Wiedział co robił i jednocześnie nie miał bladego pojęcia dlaczego. Czy może raczej miał, jednakże w dalszym ciągu powstrzymywał się przed przyznaniem do tego. Właśnie całował się na łóżku szpitalnym, przebywając w cholernie jednoznacznej pozycji, z mężczyzną którego na dobrą sprawę praktycznie wcale nie znał... Kompletne szaleństwo! Dwie strony Shepardowej osobowości kłóciły się ze sobą, przepychały i usiłowały naraz przekonywać do swoich racji. ”Opanuj się! To złe! Jesteś facetem, takie rzeczy nie są normalne!” przeciwko: „Skoro jest dobrze, co w tym niby nienormalnego lub złego?”. „Nie możesz robić takich rzeczy w placówce publicznej!” i ”Oczywiście, że możesz! O tej porze nikt tutaj przecież i tak nie wejdzie!”. Głos, który panikował, był zawsze głośniejszy. „Nie znasz go!” Drugi jednak opływał w charyzmę, arogancję i poruszał pewnością siebie, której Edricowi często brakowało: „Tym lepiej. Jeśli coś pójdzie nie tak, nie skończy się jak poprzednim razem, prawda? Poza tym to tylko trochę relaksu i pocałunki~ Tobie też się coś należy od życia.” Pocałunki pocałunkami, ale na nich bynajmniej się nie skończyło.
Kolejne pocałunki zdusiły westchnięcie. Z początku jedynie mięśnie brzucha napięły się lekko pod dotykiem, lecz gdy dłoń dotarła do szyi i zacisnęła na niej palce, na tę jedną chwilę całe ciało jakby sparaliżowało. Zaniepokoił się. Zza zamglonego spojrzenia przebiła się niebanalna obawa i oczy rozszerzyły się raptownie. Był w potrzasku...? Dziwne wrażenie pozostało nawet wówczas, gdy został puszczony. Ba! Nasiliło się, bowiem zrozumiał, że za bardzo się w tym wszystkim zagalopował. A w każdym razie usiłował uchwycić się tej przelatującej przez umysł myśli nim zniknie zupełnie.
- Cze-...kaj chwilę... – wymamrotał w przerwie między pocałunkami zanim jego ciało nieoczekiwanie się wygięło pod wpływem znacznie silniejszych bodźców, a on sam wydał z siebie tak nieoczekiwany dźwięk, że jeśli już był sytuacyjnie zarumieniony na twarzy, to właśnie zamienił się na kolory z dojrzałą wiśnią. Co on właśnie... Pół bidy, że w ogóle jęknął. Co było nie tak z jego głosem?! Nigdy dotąd nie słyszał takiego brzmienia! Kompletnie obcy. Podobnie jak wrażenia zaserwowane mu przez Arrowa. Uhh... Powinien się wynosić. Naprawdę powinien. Zanim tamten zorientuje się, jak bardzo biednemu nastolatkowi brakowało luzu w portkach. O ile już nie zauważył.
Spróbował zmusić swoje ręce wyprostowania i może przekręcić głowę. W głowie dalej mu szumiało.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: SOR   Wto Paź 21, 2014 10:51 pm

Nie istnieje większa pochwała dla umiejętności mężczyzny, niż jęki świadczące o zadowoleniu kochanka. I domaganie się o “więcej”. Dante nie należał do wyjątków, dlatego każdy niebezpośredni komplement przyczyniał się do wzrostu jego samozadowolenia. A fakt, że czuł nie tylko pocałunki, ale też i inne… Jednoznaczne, fizyczne reakcje partnera, czynił go bardzo, bardzo męskim i zadowolonym z życia człowiekiem.
Ten stan utrzymywał się aż do momentu, w którym usłyszał kolejny, niemrawy protest. Aż wyrwało się spomiędzy jego warg niezadowolone westchnięcie. Ugryzł delikatnie dolną wargę kochanka i znowu wbił spojrzenie w jego oczy, obserwując uważnie. Dostrzegł tę obawę, zawahanie w momencie utraty niezależności. Z jednej strony Edric pragnął tego, bo zawsze mógł zwalić, ze wcale cała sytuacja rozpoczęła się od inicjatywy kogoś innego i to ta osoba go zmusiła, ale z drugiej, nie chciał się do końca podporządkować. Nie chciał tracić symbolicznego (bo ten rzeczywisty już się usunął) gruntu spod nóg. Nawet, jeśli był nastolatkiem, nawet, jeśli był niepewny, wciąż pozostawała w nim część stricte męska, pragnąca kontroli. Arrow to rozumiał, ale nie zamierzał respektować.
Dlatego przeszedł szybko do ataku. Innej formy, jeszcze bardziej inwazyjnej i naruszającej cielesność osiemnastolatka. Co ciekawe, nie spotkało się to z protestem, a wręcz przeciwnie, dźwięk, który wydobył się z ust chłopaka musiał siłą rzeczy zostać uznany za pochwałę. Uroczy rumieniec, który pokrył twarz Sheparda szczerze rozochocił bruneta. Stanowczo, tego dnia musiał zaliczyć dzieciaka. Już go zdobył i nie planował zbyt szybko oddawać. Protesty były zbyt niemrawe, by mogły w jakikolwiek sposób wpłynąć na plan okolczykowanego. Nie, oj nie, on już nabrał ochoty na seks z tym konkretnym chłopakiem i zamierzał urzeczywistnić swoje pragnienia. Nic nie mogło mu stanąć na drodze.
Inną kwestią było odpowiednie wyartykułowanie swoich próśb. Nie tak proste, jak mogłoby się wydawać, nawet dla osoby z taką niezachwianą pewnością siebie, jaka cechowała gangstera.
Nie pozwolił Edricowi się odsunąć, ale przerwał pocałunki. W złotym oku odbijało się światło, podkreślające tylko wpływający na wargi drapieżny uśmiech. Groźny, ale zarazem seksowny. Łowca inteligentny cechował się tym, że ofiary, czując zagrożenie, zbliżały się, a nie uciekały. Tak samo było u Dantego.
- Chyba nie chcesz teraz się odsunąć? Przecież dążymy ku temu samemu… - mruknął niższym, kuszącym głosem. Wymagał całą swoją postawą, by kochanek na niego spojrzał, prosto w oczy i odpowiedział. Krótko i treściwie. Jeśli chciał zaprotestować, przekonać mafioza do zmiany planów - musiał posłużyć się naprawdę dobrymi argumentami.
Mimo obiektywnych faktów, które świadczyły niezaprzeczalnie o dogodniejszej sytuacji do dominacji dla Edrica, to dwudziestojednolatek miał przewagę. To on górował, nadawał tempo i uwodził drugiego chłopaka. I było mu z tym, jak zawsze zresztą, dobrze. Nawet nie odczuwał specjalnie bólu poobijanych części ciała. Było to raczej dodanie smaczku, a nie utrudnienie życia.
Oczy Arrowa nie pozwalały nastolatkowi oderwać wzroku. Wbijały się w niego, odczytując aż za dobrze wszystkie wątpliwości i pragnienia. Jedna dłoń wciąż tkwiła na karku, nie pozwalając nabrać odległości, ale nie czyniąc żadnej szkody, a druga sunęła po brzuchu chłopaka.
Czarnowłosy badał teren. A gdy doszedł do wniosku, że może zaatakować… Uczynił to bez wahania. Zsunął palce niżej, pod materiał spodni i przesunął po rejonie, który stanowczo można było uznać za erogenny. Jeszcze nie męskość, ale tuż obok. “Tuż obok” liczone na milimetry.
Tym razem nie pocałował też kochanka prosto w usta. Nie, zastosował bardziej perfidny zabieg. Przesunął językiem od jego brody, aż po wrażliwe miejsce za uchem, na którym się zassał.
Działał wolniej i subtelniej, co wcale nie oznaczało, że stracił swoją bezczelną pewność siebie. Wręcz przeciwnie, zwodził w pełni tego słowa znaczeniu.
Powrót do góry Go down
Edric

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 14/02/2014

PisanieTemat: Re: SOR   Czw Paź 23, 2014 11:05 pm

Patrzył. Wręcz świdrował go spojrzeniem. Oczyma, które w tym niemrawym świetle wydawały się dwukolorowe i przed którymi nie mógł znaleźć żadnej ucieczki. A może naprawdę takie właśnie były? Dzięki soczewką lub przez wrodzoną wadę - heterochromię? Nie wiedział. Niczego nie wiedział i niczego już nie mógł być pewny. Tego czego chciał, a czego nie i jaki interes miał w tym wszystkim Dante. Choć równie dobrze nie musiał mieć żadnego ponad zaliczeniem pierwszej, napataczającej się osoby. To nie musiał być on. Właśnie zdał sobie z tego sprawę. Chodziło o wyładowanie frustracji? Jeśli miałby wybierać, zapewne właśnie tę opcję próbowałby obstawić. Ale nie teraz... W podobnych momentach zbyt trudno o głębsze przejmowanie się powodami. Wyrzuty i wątpliwości lubiły się pojawiać w większości okazji gdy już było po wszystkim, a czasu jak na złość nie dało się cofnąć. Arrow nie zachowywał się zresztą agresywnie. Jego ruchu były pewne, stanowcze, nie znające sprzeciwu – to fakt. Niemniej, hamował ewentualnie gotującą się w nim gwałtowność i postępował z tą kuszącą, a zarazem skomplikowaną do wyjaśnienia mieszaniną subtelności oraz przesiąkającej erotyzmem bezczelności w każdym geście. W każdym uśmieszku i słowie. Po prostu wyrafinowany i doświadczony podrywacz, który choćby i na łóżku szpitalnym potrafił zrobić przypadkowemu nastolatkowi wodę z mózgu. Z tego powodu, teraz kiedy padło na takiego właśnie Edrica, nie mógł on odczuwać aż tak ogromnej niechęci czy strachu jak by to wyglądało normalnie. Co nie znaczyło, że nie odczuwał tego wcale. Podobnie było z ostrym zażenowaniem atakującym go na dźwięk swojego zmienionego głosu.
Chciał uciekać. Chciał zostać. Znowu uciekać...
Zacisnął usta, nazmiennie próbują odwracać wzrok i ponownie wracając nim do oczu mężczyzny. Przyciągany. To nie było fair.
- T-To szpital, więc... Każdy może tu wejść... – zająknął się, co nie zdarzało się u niego najczęściej, chyba że w obliczu sporego stresu spowodowanego faktycznie napastowaniem. Teraz było to jak połączenie nerwów i oszołomienia.
- A ty jesteś ranny. P-Poza tym...! Huh... Jestem mężczyzną, zdajesz sobie z tego sprawę? – nie było raczej mowy o pomyłce, chyba że podano mu środku halucynogenne, zaś w to szczerze wątpił. Bądź co bądź, Shepard jak baba jednak nie wyglądał. Był bardzo szczupły, ale nie chudy i na pewno nie doszukało się u niego cycków. Że o wiele mówiącej zawartości spodni nie wspominając. Pomyłka przestała być łatwą do wytłumaczenia opcją.
Nie mógł się odsunąć. Nie miał jak. Wbrew temu co przed paroma sekundy powiedział, Dante okazał się mieć całkiem sporo siły. Ręce znowu ugięły się pod nim odrobinę. Uaa... Na jak bardzo przegranej pozycji właśnie się znajdował? Mógł przecież powiedzieć stanowcze: „NIE!”. Gdyby się uprzeć, na pewno zdołałby się wyswobodzić. Wątpił, że tamten spróbuje zaryzykować wyrwaniem kabelka kroplówki, choć w sumie nic nigdy nie wiadomo.
Poruszył się niespokojnie i wciągnął brzuch pod wpływem dotyku. W sali nie było wybitnie ciepło, a jednak czuł narastającą falę gorąca. Krew musiała mocno uderzyć mu do głowy, zwłaszcza przy kolejnym spazmie, będącym powodem zduszonego westchnięcia i kolejny, gdzie o mało ponownie nie wydał z siebie krótkiego jęknięcia.
Zaraz...! To za szybko! Eh!? Stop, stop, stop! Gdzie on na bogów myślał, że wkłada rękę...?! I jeszcze jego ucho...?!
- N-Nhh... Hah...!
Jedna z rąk osunęła się, uderzając łokciem o łóżko. Nie trwał jednak bezczynie zbyt długo, ponieważ zaraz spróbował podnieść ją z poduszki i odszukać rękę Dantego. Musiał ją zabrać... Jeśli tak dalej pójdzie, będzie naprawdę źle. Już było! Czuł, że było! To kompromitujące, że stanął mu tylko o tego.
- Mm... Chwi-... ha...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: SOR   Pią Paź 24, 2014 8:30 pm

Edric dzięki czarowi gangstera zapomniał o wcześniejszych obietnicach, jeszcze z cmentarza. Wtedy były one groźbą, chociaż wątpliwej prawdy. Dante nigdy by się nie posunął do gwałtu. Lubił pewną dawkę przemocy, ale tylko w momencie, gdy dawała ona przyjemność. Za zgodą obu stron. Dlatego tak dobrze dogadywał się z Camillem. Ostatni raz widział się z nim jednak dawno temu, kiedy Francuz zapewniał, że wyjedzie z powrotem do ojczyzny. Fajne, niezobowiązujące numerki musiały się kiedyś skończyć.
A frustracja, spowodowana nieudanymi spotkaniami z szefem i z byłym nauczycielem kumulowały się, szukając ujścia. Cierpliwość młodego Arrowa zawsze była ograniczona, jednak świadomość, że potrzebował wyładowania się chociaż w, może nie ulubionym, ale jakimkolwiek seksie, oraz był zbyt poobijany, by szukać kogoś innego… Nie dawały mu wyboru.
Poza tym, Edric już był jego własnością. Trzeba było tylko ją oznakować, bo protesty, które próbowała czynić, wydawały się śmieszne. Czy Dante wyglądał na osobę, która przejmuje się opinią innych ludzi, kompletnie sobie obcych? Takich jak pielęgniarki? Litości. Czy był świadom, że ma przy sobie nastolatka, młodego mężczyznę? Oj tak, bardzo. I pragnął go wziąć. Posiąść w pełni znaczenia tego słowa. Ta żądza wyraźnie rysowała się w drapieżnym spojrzeniu dwudziestojednolatka. W pewnym sensie przypominał sokoła, albo tygrysa, który już znalazł swoją ofiarę, zaatakował, ale jeszcze nie zadał ostatecznego ciosu. Chociaż bynajmniej nie zamierzał się wycofywać.
A kroplówka faktycznie go irytowała. Nie czuł potrzeby dalszego ignorowania kabli, które utrudniały mu w sposób znaczący dobranie się do kochanka. Zamierzał przy pierwszej okazji zrezygnować z ich, jakże męczącej, obecności, wpierw jednak musiał uciszyć nastolatka. Dwa problemy, wymagające wzajemnego rozwiązania się, najlepiej w tym samym czasie, by wszystko poszło zgodnie z planem. Cóż to było dla młodego gangstera?
Uśmiechnął się pod nosem, gdy chłopak stracił jedno podparcie i westchnął z przyjemności. Nie ulegało wątpliwościom, że pragnął bliskości. Bronił się, a raczej mamrotał niewyraźne protesty, bez specjalnego przekonania. Kwestia wyuczonych zasad, przekonań mentalnych, które kłóciły się z przekonaniami… Cielesnymi.
Brunet chwycił niespodziewanie członek nastolatka. Mocno zakleszczył jego nasadę, spoglądając hardo w oczy swojej ofiary. Został wręcz SPROWOKOWANY do tak bezpardonowego ataku. Polizał brodę Sheparda i potarł kciukiem wrażliwą skórę. Czuł wzwód wyraźnie. Ba! czuł jak pod wpływem dotyku męskość twardniała i prostowała się. Chłopak leciał na każdy dotyk jak głupi. Albo naprawdę mocno latały mu hormony, albo… Brakowało mu na tym polu doświadczeń. A jak na tym polu, to co dopiero na tym… Drugim.
Mężczyzna równie gwałtownie puścił napalonego biedaka i jednym mocnym szarpnięciem wyrwał kroplówkę, wraz z wenflonem, z ręki. Nawet tego nie poczuł, skupiony na swoich kolejnych posunięciach. Przesunął się w lewo, na brzeg łóżka i kolejnym sprawnym pchnięciem sprowadził fioletowowłosego na materac. Obrócił się nad nim i kopniakiem strzepnął znaczną część krępującej ich kołdry. Dopiero w tym momencie poczuł, jak przez jego krzyż i żebra przeszedł prąd bólu. Aż zasyczał, zaciskając odruchowo dłonie w pięści. Skurwiele sobie na nim nie pożałowali, a medykamenty musiały przestawać działać. Tym lepiej, zbliżał się do swojej naturalnej, fizycznej wrażliwości.
Nie mógłby przecież przelecieć nastolatka, gdyby mu nie stanął, czyż nie?
Oparł się lewym łokciem obok ramienia Edrica, a prawą dłonią chwycił go za podbródek.
- Zachowuj się jak mężczyzna. Jesteś wtedy znacznie bardziej pociągający. - Polecił twardo, niemal wydając rozkaz. I natychmiast wpił się w wargi osiemnastolatka, z prawdziwą gwałtownością. Miał pełną kontrolę nad sytuacją i jeśli tylko dzieciak nie zdecyduje się na odepchnięcie go, wszystko znajdzie satysfakcjonujący koniec. Inaczej Dante mógłby skończyć zwinięty w kłębek i wyjący z bólu, po uderzeniu w poobijaną pierś.
Tym razem pożerał wręcz usta kochanka, penetrując je dogłębnie językiem, kolczykiem drażniąc podniebienie i narząd smaku. Palce prawej ręki przesunął na miękkie, fioletowe włosy, chwytając za nie na tyle mocno, by oddać swoje pożądanie. W tym momencie już nie był tylko drapieżnikiem - był napalonym samcem alfa, sztormem, który porywał za sobą wszystko, co znalazło się zbyt blisko brzegu.
Kolano wsunął między uda nastolatka i potarł nim krocze, bez zbędnej delikatności, wręcz w pewnym stopniu zadając ból, który w takiej sytuacji mógł jedynie spotęgować wzwód. Nawet, gdyby od samych pieszczot Edric mu doszedł… Miał szalejące hormony. Niewielkim wysiłkiem można było doprowadzić go do więcej niż jednego orgazmu. A to dopiero był komplement dla dominanta!
Powrót do góry Go down
Edric

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 14/02/2014

PisanieTemat: Re: SOR   Czw Lis 06, 2014 6:49 pm

Jeśli o cmentarzu wspominając, powodzenie na nim mogłoby zostać osiągnięte przez Dantego chyba tylko i wyłącznie przy zastosowaniu większej dozy przemocy. Edric mógł być dość naiwny, a przy tym nie należeć do nadmiernie pewnych siebie i lubiących stawiać innym bezcelowy opór osób, jednakże zdecydowanie zbyt daleko mu do lekkomyślnych i na tyle tchórzliwych, żeby pod groźbą zgadzać się na wszystko bez mrugnięcia okiem. Zwłaszcza potęgowane wówczas uczucie zagrożenia – zarówno przez otoczenie w jakim przebywali, jego klimat, jak i zachowanie napastnika przystawiającego mu nóż do gardła – wzmagało wewnętrzną panikę oraz chęć zainicjowania rychłej próby ucieczki, choćby miało się to wiązać z podjęciem pewnego ryzyka. Jego ugodowa osobowość zwykła nie raz prowokować co bardziej zadziornych chłystków, ale to że był jaki był, nie znaczyło iż pozostawiał atak na siebie bez odpowiedzi. Także przed Arrowem próbowałby się jakoś wówczas bronić, gdyby rzecz jasna obawa przed dalszymi jego posunięciami przekroczyła limit.
Teraz z kolei sytuacja przedstawiała się nieco inaczej. Inny rodzaj ataku, inny rodzaj strachu przed nim, nieco inna przyczyna, okoliczności oraz rodzaj postępowania. I naturalnie to wszystko wzbudzające kompletnie inny, choć wcale nie mniej skomplikowany zlepek emocji. W sporej mierze sprzecznych, przyprawiających wręcz o zawrót głowy tak samo intensywnie, co i zachowanie Dantego. Dalej był tym samym, groźnym facetem z cmentarza – to nie ulegało wątpliwości. Lecz tym razem jego gwałtowny sposób bycia, zaborczość, nieustępliwość, a nawet rozkazujący ton głosu, przyciągały hipnotyzująco zamiast odpychać. Nie stał się delikatniejszy, jedynie takiego grał. Grał po mistrzowsku, wciągając w grę także Edrica. Zasady tej zabawy, zmieniał stopniowo gwoli własnych zachcianek. Umiejętnie. Młodszy chłopak coraz częściej łapał się na tym, że zaczyna pojmować metodę, którą tamten się kierował. Profesjonalista w dążeniu do celu. Gracz nienawidzący przegrywać i nie zamierzający do tego dopuszczać także teraz. Na dodatek w ogóle nie słuchał. Wcale nie obchodziło go co będzie, jeśli ktoś wejdzie do sali.
Gdyby zdarzyło się, że zostaną nakryci przez pielęgniarkę, lekarza bądź zbłąkanego pacjenta, który wracając z kibla nie mógł odnaleźć drogi powrotnej do własnego łóżka. Może i dla szatyna to coś bez znaczenia, ale Sheparda wizja tego typu grubo przerażała. Nawet nie potrafił sobie wyobrazić jak powinien się wtedy zachować. Ale jak tu protestować dłużej, szukać wymówki czy starać się nie dopuścić do świadomości faktu, że poniekąd całkiem przyjemnie pobudzało to dreszczykiem emocji, kiedy Arrow usilnie robił wszystko co w jego mocny, żeby nie pozwolić na to swojej ofierze? W gruncie rzeczy, bez większych problemów zmuszał co rusz osiemnastolatka do zmiany priorytetów. Aktualnie ot chociażby miał na głowie próby stłumienia własnego głosu.
Nagle szczupłe ciało znowu się wygięło, a głowa lekko odchyliła do tyłu. Nie spodziewając się takiego ruchu ze strony Dantego, krótki ni to krzyk ni jęk wydobył się spomiędzy ust, które przecież tak szczególnie usiłował przez cały czas zaciskać. To może brzmieć mega żałośnie, ale prawdą jest, że poza jedną na tyle śmiałą dziewczyną z którą spotykał się swego czasu, nikt go w ten sposób nie dotykał. Już pomijając, że było bite pół roku wstecz. Nie da się zatem dziwić, iż jego reakcje z każdym kolejnym posunięciem okolczykowanego mężczyzny stawały się coraz intensywniejsze, zaś ciało przyjmowało najdrobniejszy dotyk jako swoisty, drobny orgazm. Smutne lecz prawdziwe, bo całkiem właściwie zdawało się przyrównanie go w tej chwili do psa wyczuwającego gdzieś w pobliżu sukę w rui. ...Pomijając, że dla tego drugiego, to Edric był pewnie taką „suką” do przerżnięcia dla wygłodniałego wilka.
W swej pozycji kompletnie nie miał jak schować twarzy, a właśnie na to przyszła mu cholerna ochota, orientując się jak za sprawą ledwie kilku ruchów dłoni potrafił mu już konkretnie stanąć. Nie szło tego opanować, nieważne jak bardzo by chciał. Oddech także przyspieszył jeszcze bardziej. Znowu zebrało mu się na chęć podjęcia próby powiedzenia czegoś, ale Dante miał widać w zanadrzu same nowości. Przerażające nowości.
Wyrwał kroplówkę... Naprawdę ją wyrwał!
Ogłupiały do reszty, ledwie zdołał to zauważyć zanim nie został zmuszony do zmiany pozycji i praktycznie ciśnięty na łóżko. Teraz to on leżał pod Arrowem.
W głowie okrutnie mu się mieszało. Totalny mętlik.
- ...!!! Głupcze...! Co ty wyprawiasz?! Trzeba to natychmiast zgłosi-... Mh! – chciał go ochrzanić w nerwach, aczkolwiek jak już zdołał się wcześniej przekonać, otwieranie usta przy tym właśnie dwudziestojednolatku i przy podobnej bliskości ciał, nigdy nie mogło skończyć się tak jak planował. Swoją drogą, Shepardowy zdrowy rozsądek bądź empatia naprawdę musiała być na nielichym poziomie, skoro potrafił wyskoczyć z podobnym przejęciem w obecnym stanie ducha i ciała, kiedy jego kontakt z rzeczywistością stawał się wybitnie chwiejny.
Było dobrze. Za dobrze. Nawet przy pewnej dawce bólu, gdy za mocno naparto na jego penisa. To było za wiele... Dłużej tak nie wytrzyma.
Odruchowo zaczął odpowiadać na pocałunki, jedną rękę zarzucając Dantemu za kark. Nieświadomie przejechał po jego skórze paznokciami, wbijając je lekko.
- Nnh...! AH! J-Ja już... nie... Mmh! - wyrywały mu się co rusz pojedyncze, przytłumione fragmenty słów, brzmiące niemalże błagalnie, aż faktycznie nie jęknął głośniej w usta starszego chłopaka, brudząc sobie wraz podbrzusze lepką substancją. Ale co to za cena przy gorącym spazmie przyjemności jaki przeszył całe jego ciało?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: SOR   Nie Lis 09, 2014 2:39 am

Dante zauważał wszystkie, jakże obfite od pewnego momentu, reakcje kochanka. Wskazywały one całkiem jednoznacznie, iż fioletowowłosy od naprawdę długiego czasu nie miewał bliskich, czysto fizycznych kontaktów. Dominujący mężczyzna nie był tym zaskoczony, bo i od początku widział w Edricu uległego, mocno rozdartego, ale chętnego, geja. Dlatego… Każde westchnięcie, wygięcie się i pomruk potwierdzały jego przekonania. I protesty nie miały szansy na nic się zdać, gdy mężczyzna miał świadomość, że osoba tuż obok niego, płci męskiej, na niego leci. Był faktycznie niczym ten wilk, na polowaniu, gotów do ataku. Gotów do stosunku z chętną, psią samiczką, która nie miała z nim najmniejszych szans i na około dziewięćdziesiąt procent mogła skończyć z przegryzioną szyją. Ale ile to adrenaliny dodawało!
Dla młodego gangstera wyrwanie kroplówki nie było żadnym osiągnięciem. Ani fizycznym, ani mentalnym. Owszem, poczuł pewną ulgę, gdy chłopak nie sprzeciwił się w żaden sposób (oprócz werbalnego, ale ten został stłumiony jeszcze zanim tak naprawdę zaistniał) i mógł bezkarnie kontynuować swoje posunięcia. Twarda męskość chłopaka i coraz bardziej lubieżne reakcje były czymś, czemu dwudziestojednolatek nie chciał się oprzeć. Przeciwnie, całe jego jestestwo w tym momencie krążyło dookoła jednej myśli - zagłębić się w nim. Zagłębić, posiąść i pozbawić zmysłów do końca.
Coś jednak musiało młodemu mafiozowi pójść nie po myśli. Czegoś nie wziął pod uwagę. A tym czymś była istotna rzecz - mianowicie wytrzymałość człowieka, ba! nastolatka, który ostatnie kilka miesięcy swojego życia spędził na głodzie. Arrow był tak spragniony reakcji i odpowiedzi na swoje posunięcia, że dał się ponieść żądzy, oraz odwzajemnieniu, które - nareszcie! - się pojawiło. Chłopak był seksowny, kiedy chciał. Wydawał z siebie niesamowite dźwięki, całował namiętnie, a całe jego zachowanie świadczyło o tym, jak dobrym kochankiem był brunet. Dlatego ten przegapił moment, w którym powinien przestać. I nagle, gdy już było za późno, poczuł jak przez ciało chłopaka przeszedł ekstatyczny dreszcz, a usta, mimo bliskości drugich warg, wyduszają z siebie fragmenty słów. Kolorowooki nie cofnął dłoni, odruchowo przylegając mocniej ku ciele partnera i napawając się targającym nim dreszczami. Były rozkoszne, intensywne i całkowicie niemożliwe do opanowania, a przynajmniej nie w tym etapie. Szczerość w najczystszej postaci.
I tylko jedna rzecz niszczyła to zadowolenie - lepka ciecz na dłoni bruneta. Może, gdyby on też doszedł, w tym samym momencie, zorientowałby się trochę później. Ale nie, był całkiem przytomny. Cholernie napalony, gotów naprawdę wiele zrobić, byleby tylko znaleźć się w miejscu, w którym liczył na spełnienie, na ulgę w tej męczarni. Twarda męskość przy każdym otarciu bolała. Plecy i żebra pulsowały przez napięte niemal bez przerwy mięśnie. Arrow czuł, że nawet oddycha mu się ciężko, a utrzymanie na jednej ręce ciężaru swojego ciała jest wyzwaniem, które zaczyna przekraczać jego możliwości.
Ale to nie to było największym problemem. Problemem była chwila, w której zdał sobie sprawę, czym jest ta lepka, ciepła ciecz, która zabrudziła jego palce. Aż się wzdrygnął z obrzydzenia. Cholera, naprawdę nie lubił takich sytuacji. Dlatego preferował prezerwatywy. Nawet nie chciał myśleć o tym, co mogło się znajdować w tej spermie. I co jeszcze mogło...
Aż zrobiło mu się niedobrze. Czuł, jak jego nozdrza wypełnia zapach ich “stosunku”, potu, szpitala, kroplówki, środków odkażających… Wszystkiego. Mieszanka, która uśmiercała go od środka.
Wytarł pospiesznie dłoń o pościel, ale nie odczuł znaczącej poprawy. W końcu jego psychika wiedziała, że tam, przed chwilą, było coś, co nie powinno wcale być. Należące do kogoś, kogo poznał kilka godzin wcześniej. Bóg jeden wiedział, jakie zdrowie miał Shepard. A wytatuowany mężczyzna chciał w niego wejść! Nie myślał nawet o prezerwatywie! Pierwszy raz odkąd pamiętał nie pomyślał o tym, by się chronić. Wyszłaby z tego paskudna, parszywa i cholernie nieapetyczna sprawa. Chwilę zapomnienia w szpitalu, paradoksalnie, mógłby przypłacić zniszczonym do końca (krótkiego) życia zdrowiem!
Dobrze, że do niczego specjalnego nie doszło. Musiał tylko umyć dłoń i… I…
Młodociany przestępca bardzo dobrze wiedział, że nie powinien poddawać się impulsom. Że nic tak dobrze nie potrafiło zniszczyć, jak chwila zapomnienia. I niemal się zapomniał raz - a za drugim razem przypłacił to już bardzo boleśnie. Zamiast spokojnie odsunąć się od niedoszłego kochanka i zejść powoli z łóżka, spróbował jednocześnie przerzucić przez fioletowowłosego zarówno dłoń, jak i nogę. Równowaga, mocno nadwyrężona przez kondycję fizyczną, oraz resztki leków przeciwbólowych we krwi, na chwilę straciła rację bytu. Mężczyzna wylądował na ziemi, na szczęście tylko tyłkiem, niestety jednak uderzając plecami o krzesło. Aż zawył z bólu, czując napływające do oczu łzy. Mimo wszystko podniósł się, intensywniej wycierając dłoń o prześcieradło i rozglądając się mało przytomnie po sali. Miał straszne zawroty głowy, a do tego lekka panika i ogłupienie przeżytymi wcześniej doświadczeniami nie działały zbyt dobrze na jego zdolność logicznego myślenia. Gdzieś tam, głęboko, wiedział, że również seks nie był najlepszym pomysłem. Mógł udawać przed Edriciem, że wszystko z nim w porządku, mógł nawet udawać przed sobą, ale mimo wszystko był znacznie bardziej rozchwiany, niż na co dzień.
- Kurwa! - Zaklął pod nosem, ocierając wierzchem rękawa od piżamy załzawione oczy. Niemal nic nie widział, a to go bardzo irytowało. Był bezbronny. Znowu. Dlaczego, do cholery, cały czas musiał być bezbronny? Jak on tego uczucia nienawidził!
Powrót do góry Go down
Edric

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 14/02/2014

PisanieTemat: Re: SOR   Wto Gru 09, 2014 9:32 pm

Gdyby wiedział, że wszystko rozwinie się w taki, a nie inny sposób, uciekłby przy pierwszej nadarzającej się okazji. Nie... Na dobrą sprawę, nie musiałby wcale na takową czekać. Wystarczyłoby sobie ją stworzyć. Nie byłoby z tym przecież większego problemu.
W pierwszej chwili usprawiedliwiał się sam przed sobą, jak to nie chce aby ranny mężczyzna w głupi sposób pogorszył swój stan. Pewniakiem zresztą czułby ogromne poczucie winy, gdyby przy ewentualnej szarpaninie sam go jeszcze uszkodził. Co nie zmieniało faktu, że mógł się uwolnić od jego natrętnego dotyku w każdej chwili. Nie należał do specjalnie silnych (wszak przeciętny z niego chłopczyna), lecz w tej właśnie chwili posiadał całkiem sporo przewagi pod kątem witalności. Nawet jeśli kostka paliła bólem przy jej nadwyrężeniu, była to tylko jedna, nadwyrężona noga przeciwko całemu, obitemu ciału.
A jednak mimo to, zwyciężył jego wewnętrzny egoizm. Prymitywne, zwierzęce instynkty. To wszystko, nad czym człowiek przez wzgląd na swoją wysoką inteligencje oraz rozwój powinien (według niego) mieć pełną kontrolę. Było to tym bardziej szokujące i nowe, ponieważ całe życie uważał się za odpowiedzialnego, rozważnego i absolutnie potrafiącego nad sobą zapanować. Jasne, jak każdy normalny chłopak miewał fantazje o przypadkowym numerku i tym podobnych, ale nie przypuszczał, by był w stanie oddać się równie łatwo przez wzgląd na chwilowe uniesienie. I to z obcym. Kompletnie obcym. Kimś do kogo niczego nie czuł, jeśli nie liczyć rzecz jasna niewytłumaczalnego pociągu fizycznego...
Oddychając ciężko, rozkojarzonemu i jeszcze z początku ostro zamroczonemu przyjemną pustką w głowie Edricowi, trochę zajęło nim w pełni dotarło do niego to, do czego przed paroma sekundy doszło. Ciężko właściwie przewidzieć jak dalej potoczyłyby się wydarzenia i na jak wiele zdołałby faktycznie pozwolić Dantemu, gdyby nie doszedł tak szybko. Być może to i lepiej... Choć na pewno nie dla tego drugiego jak się wkrótce okazało.
W dalszym ciągu lekko zdyszany, a za to niezmiennie czerwony na twarzy niż już był, z przerażeniem i oszołomieniem obserwował jak niedoszły partner spierdziela się ze szpitalnego łóżka. Krzyk do końca wybudził go ze słodkiego amoku, zmuszając ciało do poderwania. Aż i jemu samemu zakręciło się przez to w głowie. Czuł koszmarny wstyd pospołu z zażenowaniem przez to co się między nimi wydarzyło – jakżeby inaczej! Co nie mogło mieć jednak absolutnie żadnego wpływu na naturalnie przychodzący osiemnastolatkowi sposób postępowania w sytuacjach kryzysowych, takich jak ta. Był zbyt dobry? Zbyt naiwny? Zbyt... Głupi? Trudno określić.
- N-Nic ci się nie stało?!
Zapinając w pośpiechu rozporek i zupełnie ignorując przy tym ból stawianej na podłodze nogi, zdołał podnieść się na równe nogi, a następnie złapać bruneta na ramię. Dotarło do niego to dziwne wrażenie... Jakby elektryczny impuls. Zmartwienie przemieniło się w panikę dwojakiego rodzaju. Nie mógł tutaj dłużej zostać. Potrzebował powietrza. Nie chciał także więcej dotykać tego mężczyzny... Nie chciał patrzeć mu w oczy. Ah... Musiał kogoś wezwać...
- Gh... – zacisnął zęby prawie tak samo mocno jak palce na ramieniu Arrowa, zanim nie pociągnął go do tyłu z zamiarem dodatkowego popchnięcia na łóżko bez względu na to czy nastawnie opór, czy też nie. Chciał tylko... Chciał mieć pewność, że zostawia go w miarę bezpiecznym położeniu. Nie powinien nim szarpać. Wiedział to przecież, ale musiał stąd natychmiast wyjść. Właśnie teraz.
- Nie ruszaj się stąd. Pójdę po kogoś. – rzucił pospiesznie, obrócił na pięcie i ruszył niemalże biegiem - utykając znacznie – w stronę wyjścia. A jednak wyhamował i zatrzymał się jeszcze tuż przy drzwiach, chwytając się framugi, albowiem nogi w dalszym ciągu chciały go nieść do przodu, jak najdalej stąd. - Przepraszam... Wracaj proszę jak najszybciej do zdrowia. - dodał z wyraźnym trudem, nieco drżącym z emocji głosem. I tyle go było. Niezależnie od wszystkiego pobiegł dalej, naciągając sweter jak najmocniej się dało, zapewne przez ten nietypowy zapał rozciągając go na dobre. Po drodze faktycznie powiadomił pielęgniarki dyżurne, aby zajrzały do sali w której leży Dante. Jedna z nich usiłowała go zatrzymać, zmartwiona ostrymi wypiekami i przyspieszonym oddechem Edrica, lecz temu na całe szczęście w miarę grzecznie udało się odmówić oraz wyrwać przed główny budynek szpitala.
Ciemno. Jeszcze kilka godzin minie, zanim słońce pojawi się na wschodzi. Nieważne. Musiał odetchnąć.
Usiadł ciężko na jednej z ławek i objął głowę ramionami, pochylając się lekko do przodu. Serce dalej mu kołatało. Czuł się niespokojny. Najgorszy był wstyd. Pozwolił, żeby doszło do czego doszło, a na koniec po prostu dał nogę. Zwiał. Zachował się jak kompletny tchórz. Nie pamiętał nawet żeby zabrać niewielką torbę, w której dalej leżała latarka, legitymacja szkolna i parę mniej istotnych drobiazgów. Jutro... Wróci. Przeprosi właściwie. Jutro... Tak. Jutro...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: SOR   Sob Gru 20, 2014 8:44 pm

Brunet był pogrążony kompletnie w szoku i próbach jednoczesnego ogarnięcia swojej osoby, oraz reszty świata. Mimo to, dotarło do niego pytanie nastolatka. Aż na krótką chwilę znieruchomiał i wlepił w niego zszokowane spojrzenie, nie za bardzo rozumiejąc, o co dzieciakowi chodziło. No dobra, okej, może nie zachował się zbyt naturalnie, nie było to jednak na tyle niepokojące, by od razu wpadać w taką panikę, w jakiej znalazł się Edric. Arrow odnotował gdzieś w myślach, że fioletowowłosy był bardziej skonfundowany od niego, oraz że niesamowicie intensywnie się zarumienił. Jak nic, tak gwałtowna reakcja ciała i świadomość całej sytuacji musiała doprowadzić jego “heterycki” umysł do stanu bliskiego załamaniu. Dante nie był pewny skutków chwili zapomnienia, ale zaraz przekonał się o części z nich. Został siłą zaciągnięty na łóżko, kompletnie nie spodziewając się takiej siły u chłopaka, który nie potrafił wcześniej uwolnić się od niespecjalnie mocnego uścisku chorego. Gangster padł na łóżko bezwładnie, sycząc cicho z bólu, który przeszył jego ciało. Przez chwilową utratę powietrza w płucach nie zaprotestował nijak na polecenie. Zmarszczył brwi i uniósł dłoń, z powrotem przecierając twarz.
Cholera, co za gwałtowny dzieciak. Przez niego znowu znalazł się na tym przeklętym, szpitalnym przedmiocie tortur, do tego częściowo pachnącym seksem i potem. Ohyda. Nawet nie mógł się podnieść, bo wszystko go bolało. Zamknął oczy i spróbował uspokoić oddech, jednocześnie nie wciągając powietrza przez nos. Nie chciał czuć tych wszystkich zapachów. Nie chciał myśleć o tym, jak bardzo cały się klei. Szczególnie dłoń.
Im bardziej nie chciał o tym wszystkim myśleć, tym gorzej było dla niego…
Usłyszał czyjeś kroki i uchylił powieki. Dostrzegł młodziutką pielęgniarkę, która spojrzała na niego z przestrachem. Zaczęła coś mamrotać pytania, czy coś mu się stało i żeby się nie podnosił, a ona zaraz pomoże. Pomoże mu zostać na łóżku? O nie, nie ma mowy.
Resztą sił Dante usiadł, spoglądając niechętnie na dziewczynę. Nawet otworzył usta, by cokolwiek powiedzieć, nie pozwolono mu na to, a przynajmniej nie od razu. Dziewczyna wpadła w lekką panikę i przyspieszyła ciche i nieśmiałe polecenia, do których nikt o zdrowych zmysłów by się nie zastosował, a widząc brak reakcji, pospiesznie wyszła z pomieszczenia.
Arrow nie za bardzo zrozumiał, co też chciała uzyskać, ale odczuł pewne zaniepokojenie. Ostrożnie wstał z łóżka, posykując cicho, powoli docierając do drzwi i zerkając przez nie w lewo i w prawo. Dostrzeżenie pielęgniarki nie stanowiło wyzwania, ponieważ stała przy dyżurce, rozmawiając nerwowo z dwoma policjantami.
Policjantami. Cholera jasna, Dante naprawdę wolał uniknąć z nimi kontaktu. Dlatego szybko cofnął się do szafki i chwycił ze swoich rzeczy to, co akurat udało mu się chwycić. Podszedł znowu do framugi i gdy zobaczył, że “wrogowie” wciąż byli pogrążeni w rozmowie, pospiesznie ruszył ku wyjściu, starając się jednocześnie nie wydawać żadnych dźwięków. Taki chód przysporzył mu natychmiastowo bólu, mimo to był zdesperowany, by nie dać się dostrzec. Wyszło mu tylko połowicznie - został zauważony pod drzwiami, dzięki tej samej, młodziutkiej pielęgniareczce, która tym razem wydała z siebie naprawdę głośny pisk. Arrow nie potrzebował dalszej zachęty - odruchy wzięły górę nad zdrowym rozsądkiem i pognał całkiem sprawnie do przodu, byle dalej od SOR-u. Byle dalej od policji. Byle dalej od szpitala.

[z/t x2]
Powrót do góry Go down
Jasper McLavie
Porcelanofil
avatar

Liczba postów : 40
Join date : 08/03/2014
Age : 28
Skąd : Wielka Brytania, hrabstwo Kent, Ashford

PisanieTemat: Re: SOR   Wto Lut 03, 2015 5:25 pm

Cholera. Dlaczego nawet w karetkach, które jeżdżą po całym mieście musi być ten pieprzony zapach szpitala? Nie wiem, jak Ci lekarze tam wytrzymują. Przecież to taki duszny smród. Ehh, nienawidzę tego. Dobrze, że za niedługo będzie po wszystkim. Usiadłem w rogu, w wolnym miejscu pojazdu, pokazując swoje niewielkie, ale zawsze, obrażenia sanitariuszowi, który wyglądał nieco na stażystę. Zrobiłbym to, co on jedną ręką i trzy razy szybciej. No ale skoro już tu jestem, to nie będę się męczyć, a skoro on tu jest, to niech wykonuje swoją robotę. Tylko gościu, proszę, szybciej. Nie chcę z rozcięciami lądować w poczekalni, tylko pójść na prześwietlenie, żeby zobaczyć, co z ręką.. i stamtąd wypierniczać w podskokach. No, jeszcze zajrzałbym do Azjatki, wypadałoby dowiedzieć się, co z jej stanem i tak dalej.
Tyle, że po podaniu jej soli trzeźwiących okazała się niesamowicie rozbudzoną i aktywną osobą. Co lepsze, zaczęła się wydzierać na ludzi, którzy chcieli jej pomóc. Dlatego chwilę potem już nie zwracałem uwagi na nieudolne próby opatrzenia moich ran przez tego dzieciaka, a patrzyłem cały czas w stronę rozwydrzonej zielonowłosej. Jeeezu. Przecież nic jej się nie stanie, czemu tak krzyczy? Na mnie też się będzie drzeć, jeżeli dojdzie do niej, że pierwszej pomocy udzieliłem jej ja? Mam nadzieję, że nie. Może jeszcze dojdzie do tego, że będę musiał ją przepraszać za niewinność? Cholera, cudownie. No, jej śliczna buzia nadrabia charakterek – to przynajmniej. Dobra, chwila, bo zszedłem niepotrzebnie na jej aparycję, co jest. …ale przyznam, że trochę z niej laski było. Dobra, już! Przestaję!
- Proszę się uspokoić, chcemy pomóc. – mruknął zirytowany już lekarz, starając się zmierzyć ciśnienie poszkodowanej. – Proszę spokojnie i głęboko oddychać. – zasunął na jej ręce uciskowy pasek, zerkając na urządzenie pomiarowe, gdy nagle Azjatka głośno i agresywnie na nieo krzyknęła, ten aż podskoczył i złapał się za serce. No komedia, prawie się zaśmiałem. Powinienem interweniować? Wychyliłem się, żeby mogła mnie bardziej zobaczyć i powiedziałem:
- Heej. Też nie chce mi się tam jechać, ale sprawdzą nasz stan, zalecą parę dupereli i będzie spokój. Nie mam racji? Nie upieraj się. Odpoczynek ci się przyda, skoro ze zmęczenia wylądowałaś na środku ulicy… - oczywiście, wszystko spokojnym i racjonalnym tonem. – Proooszę, nie krzycz już. Kupię ci ciasteczko, jak się dobrze spiszesz. – zaśmiałem się pod koniec, chcąc jakby rozładować z lekka napięcie panujące w karetce. Normalnie gorzej, niż jakby wieźli tu kogoś na skraju śmierci, z jedną nogą po drugiej stronie. No, nic nie poradzę.
Zerknąłem tym razem na gościa, który mnie opatrywał. Po wcześniejszym krzyku dziewczyny także i na niego, jeszcze bardziej się zdenerwował, a aktualnie ręce miał już jak z galarety.
- Em, czekaj. Daj mi to. – mruknąłem z rozbawieniem i zabrałem się samemu za oczyszczanie niekrwawiących już zadrapań i tak dalej.
- Nie może pan sam tego.. – zaczął „stażysta”, ale uciszyłem go jednym zerknięciem i bardziej umiejętnym operowaniem wacikami i gazami, niż takim, które sam reprezentował. Chyba gościa załamałem do kwadratu i zakopałem jego powołanie głęboko pod ośmioma metrami ziemi i czterema cementu. No cóż, nie każdy się nadaje… Chłopak podłamany usiadł w kącie i zerknął w jakimś kierunku. Szkoda mi się go zrobiło, ale co poradzę. Trochę to komiczne.
Szybko rozprawiłem się ze swoimi opatrunkami, chwilę potem zerkając ponownie na siłujących się z dziewczyną lekarzy. Spojrzałem też przez okienko na miasto, o.. Dojechaliśmy do szpitala. Trochę później pojazd zatrzymał się na szpitalnym parkingu, a stażysta (hehe) otworzył drzwi. Ja wyszedłem o własnych siłach, a dziewczynę wywieźli na noszach, w końcu oznajmiając w końcu, że to niezłe osłabienie. Łał. Tyle, to sam byłem w stanie powiedzieć. No, dowiedziałem się w karetce jeszcze, że ma niskie ciśnienie, jest przeziębiona… Powinna siedzieć w domu i popijać ciepłą herbatkę.. Eh.. Weszliśmy do budynku, a powitał nas jeszcze intensywniejszy, niż było to w przypadku karetki, zapach…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ryūmine

avatar

Liczba postów : 10
Join date : 09/03/2014
Age : 32
Skąd : Japonia; Hokkaido; Sapporo

PisanieTemat: Re: SOR   Wto Kwi 07, 2015 1:17 pm

Wszystko mnie wkurwiało w tym niepotrzebnym wydarzeniu. Moje życzenie było takie, że chciałem zostać odwieziony do domu. W trybie ekspresowym, już, w trymiga. Miałem plany na ten wieczór - miałem wejść do mieszkania, zdjąć płaszcz, buty, zrobić sobie kakao, usiąść w fotelu, przykryć się kocem, czytać książkę i wegetować przez godzinę. Niestety, plany musiały mi być pokrzyżowane przez samego mnie. Gratulacje, Ryuumine, ty to umiesz się w coś wjebać. Choćby nieświadomie.
„Niskie ciśnienie? Jak się ode mnie odsunęliście, debile, to mi przestało skakać.” - wywarczałem te oto słowa we własnej głowie, wbijając wzrok w postać, która zaciskała mi na ramieniu rękaw ciśnieniomierza, którym z przyjemnością dałbym mu w pysk. Czy życzyłem sobie, żeby mnie zaczął badać? Czy powiedziałem, że jestem gotowy? Nie, kurwa. Pozwę Cię o gwałt, wygram i będziesz miał ogromny problem, zboczeńcu!
- ZABIERAJ TE BRUDNE ŁAPSKA ODE MNIE! - wrzasnąłem, nie mogąc już wytrzymać tego pierdolenia od rzeczy. Co on wie o zdenerwowaniu? Co on wie o moim stanie? Gówno wie, więc niech się zamknie. Gdzie mój lekarz?! - NIE MÓW MI, CO MAM ROBIĆ!
Zacisnąłem zęby, próbując się wyszarpnąć z zapięć noszy, a wykorzystując okazję, niby przypadkiem przyjebać temu, który trzymał moją rękę w nadgarstku, starając się o to, aby tego właśnie nie zrobił. A szkoda, aż mnie pięść świerzbiła, żeby jej użyć na jego twarzy. oddychałem głęboko, lecz nie siliłem się, by zwolnić z nabieraniem tlenu. Ten brak potrzeby przywrócenia sobie równowagi psychicznej stał się bardziej wyrazisty, gdy ten gość się zanadto do mnie zbliżył. Zerknąłem na niego, biorąc głębszy oddech. Yh, niby miał trochę racji z tym, że będzie po sprawie, z drugiej strony - kurwa, gdyby nie przyjechali, nie musiało być żadnego zajścia, wstałbym sobie, poszedł do domu. A tu nie!
Czekaj, czekaj, co on tam pierdoli? Zaraz on dostanie w twarz!
- Wiesz, z kim masz do czynienia, smarkaczu?! - wydarłem się na niego, już szarpiąc za rękę, ale na jego szczęście byłem, kurwa, przypięty, bo byś zbierał zęby z podłogi karetki. - Nawet sobie nie wyobrażasz, jakim jesteś farciarzem, że w tym momencie nie możesz się zaznajomić z moją pięścią! POCZEKAJ, AŻ MNIE STĄD PUSZCZĄ! W LUSTRZE SIĘ NIE POZNASZ! MÓWIĘ CI! AAAAGGHHHH!
Jako, że byłem potwornie wyczerpany od tej złości, im bardziej zbliżaliśmy się do punktu docelowego, ja zaniechałem dalszego stawiania oporu. Zmęczyłem się dosyć poważnie, nie miałem zamiaru już nikogo kopać, ani pobić w inny możliwy sposób, odstawiłem na bok myśli o pracy. Rozluźniłem się z lekka, można było mi sprawić to ciśnienie, gdy opadło. Leżałem prawie bezwładnie na noszach, mając głowę zwróconą nieco w stronę tego mężczyzny z bandażem na ręce. Chyba się wyciszyłem na nieokreśloną ilość czasu.
I wkrótce się rozdzieliliśmy z tym gościem, który najwyraźniej nie mierzył sił na zamiary, skoro próbował mnie obrazić i uniknąć rozprawy w sądzie, wyzywając mnie wręcz od pięcioletnich dzieci. Właściwie, to byłem bardzo senny.. Wszystko, co miałem przed sobą stawało się na ten czas niegroźne, ciepłe (nawet ta słuchawka od stetoskopu przy mojej piersi), rozbolała mnie z lekka głowa. Całe badanie nie było niekomfortowe, odpowiadałem na zadawane pytania, pani doktor była nawet minimalnie życzliwa. Nie przywiązałem uwagi do upływu czasu - nie wiem, jak znalazłem się w szpitalnym łóżku. Podobno zawiadomili mojego przełożonego, nawet mojego lekarza. Pielęgniarka miała za parę minut sprawdzić, jak się czuję, gdzieś wyszła, bóg wie gdzie. Moim zadaniem było leżenie.
„A ten, co jechał ze mną w karetce już wyszedł.. Nie wyszedł..? Ciekawe, co mu było..”

_________________
Kp
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: SOR   

Powrót do góry Go down
 
SOR
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Yaoi Gakuen :: Londyn :: Placówki publiczne :: ∎ Szpital-
Skocz do: