IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Heikki&Skorpion

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Heikki

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 20/06/2014
Age : 27

PisanieTemat: Heikki&Skorpion   Sro Lip 02, 2014 8:39 pm

Dźwięk bijących dzwonów roznosił się po skromnym, prowincjonalnym miasteczku. Z jednej strony strzelistej dzwonnicy granatowe niebo przebijały gwiazdy, z drugiej złocisty blask rozlewał się nad horyzontem. Chłodny powiew wiatru przeszył wilgotną od krwi koszulkę Harlowa.

Tylko kilka kroków dzieliło go od bram sanktuarium. Otwarte na oścież drzwi katedry zapraszały nielicznych wiernych zdeterminowanych do rozpoczęcia dnia o tak wczesnej godzinie poranną mszą.

Harlow rozejrzał się po wąskiej uliczce, sprawdzając czy nikt go nie śledził, i opadł zmęczony na kamienną ścianę. Stary płaszcz - poszarpany i podziurawiony - nadawał się do wyrzucenia, jednak nie posiadał żadnego innego okrycia chroniącego przez zimnymi nocami w porcie. Pierwsze godziny przesypiał na skrzyniach przy pubach, dopóki strażnicy miejscy nie obudzili go, przepędzając do pobliskiej noclegowni.

Nie przepadał za takimi miejscami. Nie czuł się w nich bezpiecznie. Tam nikt nie zrozumiałby jego potrzeb, po swojemu interpretując agresywne zachowanie. Kiedy jeszcze myślał, że ludzie mają w sobie tyle empatii, aby współczuć zranionemu weteranowi, skorzystał z zaproszenia właściciela noclegowni. Wytrzymał dwie doby, zanim nie wszczął bójki z innym, pijanym włóczęgą.

To była jedna z tych rzadkich nocy, kiedy miejski ośrodek pomocy społecznej apelował o wzmożoną czujność i uchylenie zakazu przygarniania bezdomnych pod wpływem alkoholu. Oferował wszelkie wsparcie - finansowe i materialne - dla tych, którzy zdecydowali się udzielać społecznie i wspierać potrzebujących. Trudne warunki sprawiły, że jednego z awanturników postanowili usunąć, a ponieważ Harlow wyszedł z całego zajścia praktycznie bez obrażeń, uznano go za niebezpiecznego. Prowodyr cieszył za to opieką i chwaląc się ciepłym posiłkiem zziębniętemu Harlow z wnętrza gwarnej stołówki.

Tej nocy po raz pierwszy trafił do sanktuarium pod opiekę sędziwego duchownego, który bez słów zaoferował mu schronienie w katedrze. Harlow tej nocy podziwiał modlących się ludzi, powtarzających słowa za kapłanem na ambonie. Od tamtego czasu po każdej bójce przychodził do sankturium.

Gdy dni były cieplejsze przysiadywał na schodach przez kapliczką, innym razem wchodził do środka i zajmował miejsce w ostatniej ławce przy pustym konfesjonale. Przysypiał często jeszcze przed kazaniem, jednak wiedział, że wewnątrz nic mu nie groziło.

Dzisiejszy poranek wydawał się potwierdzeniem tej rutyny. Wraz z grupą wiernych zmierzał do sanktuarium, gdzie przywitało go przyjemne ciepło słońca przebijającego się przez barwne witraże. Harlow usiadł w ulubionej ławce i przymknął powieki. Złamane żebra bolały, a stłuczone mięśnie pulsowały bólem, do którego zdołał przywyknąć. Często w walce odnosił rany, ale zawsze czekała na niego nagroda od sędziwego duchownego.

Poprawił płaszcz, postawił kołnierz, skrywając pod nim długie, przetłuszczone i zakurzone blond włosy. Podkrążone oczy, wychudzone, poszarzałe policzki i rzadka broda odstraszały od niego przypadkowych zainteresowanych. I tak powinno pozostać.

Skulił się, ciaśniej przylegając do oparcia, a skrzyżowane w kostkach nogi schował pod ławką, gdy zauważył ślady krwi. Senność ogarnęła go niespodziewanie, porywając w czułe, przytulne objęcia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Skorpion
Postać zawieszona
avatar

Liczba postów : 496
Join date : 13/01/2014

PisanieTemat: Re: Heikki&Skorpion   Sro Lip 02, 2014 9:24 pm

//Uwaga, lepiej nie czytać!//

Nie dla wrażliwych..:
 

Dzisiaj...
Na oko czterdziestoletni mężczyzna wpatrywał się w lustro. Ciemne, krótkie włosy, chociaż na bokach mocno przyprószone siwizną, lekka broda, mająca na celu zatuszować kilka blizn na policzkach i na którą mu łaskawie pozwolono. Błękitne, puste oczy.
Westchnął lekko, czując zmęczenie. Źle sypiał. Co noc miał koszmary, co noc przeszłość go męczyła.
Ale nie mógł się poddawać. Może jego życie nie miało większego celu, ale przynajmniej niósł pociechę potrzebującym.
Wreszcie odepchnął się od lustra, przygładził swoje liturgiczne szaty i ruszył na dół.
Czas poprowadzić mszę...

_________________
Póty Twe ciało razem z duszą żyją, póki się Twa głowa nie pożegna z szyją...

Bestiae sumus, ut non bestiae simus.


Ostatnio zmieniony przez Skorpion dnia Czw Lip 03, 2014 1:00 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Heikki

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 20/06/2014
Age : 27

PisanieTemat: Re: Heikki&Skorpion   Czw Lip 03, 2014 12:13 pm

Przebudził go nierówny śpiew wiernych, udzielających się dopiero podczas błogosławieństwa. Szelest i stukanie obcasów o marmurową posadzkę odbijały się od ścian i sklepienia zdobionego freskami. Pogrążony w półśnie Harlow przetarł oczy i, wspierając się o oparcie ławki, usiadł prosto. Ziewnął. Dwie oburzone staruszki trzymające się wzajemnie pod ręce pokręciły głowami na jego widok, ale wyraźnie przyśpieszyły, gdy padło na nie spojrzenie bezdennie czarnych oczu.

Harlow podrapał się po brodzie wyciągając ręce z kieszni płaszcza z zamiarem rozciągnięcia zastygłych stawów, ale natychmiast tego pożałował. Promieniujący ból ponownie rozniósł się po żebrach, a siniaki nieustannie pulsowały tępym bólem. Jęknął, przymykając powieki i oddychając ciężej, prawie chrapliwie.

Nikła nadzieja na posiłek i perspektywa otrzymania jakiś proszków przeciwbólowych zatrzymała go w miejscu, chociaż zamierzał zniknąć tuż po zakończeniu kazania, jednak znowu przysnął w trakcie mszy. Staruszek będzie na niego zły. Po raz kolejny zwróci mu uwagę, że powinien znaleźć sobie pracę i lokum, jeżeli tylko będzie chciał, chętnie mu pomoże w tych czynnościach. Podobno miał spore znajomości w miasteczku.

Harlow zamierzał upewnić się, że staruszek nie opuścił porannej mszy. Spojrzał w kierunku ambony, ale zamiast dobrze znanego mu księdza, dostrzegł klękającego duchownego, którego wcześniej nie widział. Dość młodego, jeżeli porównać go do wieku dwóch pozostałych lokatorów plebani. Nie przyglądał się zbyt długo sylwetce nowego kapłana, bo ten zniknął za drzwiami po lewej stronie ołtarza.

Dwie ławki przed nim zebrała się grupka osób, zapewne zamierzająca się wyspowiadać po mszy, a Harlow bardzo im to zadanie utrudniał. Mimo że zwykle znikał jeszcze przed komunią, teraz naprawdę nie miał sił, żeby wstać i zmierzyć się ze światem. Podejrzewał, że do czasu aż dzwony ponownie zabiły, ktoś czekał na niego przed wejściem. A on czuł się taki obolały i senny. Zmęczony ciągłą walką, dzisiaj chciał poczuć jedynie spokój. Tak rzadko udawało mu się dotrzeć do stanu, kiedy ból wydawał się nieznośny, a potrzeba przebywania z ludźmi przekraczała jego zwyczajne potrzeby.

Chciał z kimś się spotkać. Uprawiać dziki seks, upijać się do nieprzytomności albo żartować o nieprzyzwoitych rzeczach, udając, że przez chwilę jest normalnym człowiekiem w tym przepełnionym przemocą świecie. Tak naprawdę ponad to wszystko potrzebował jedynie chwili prawdziwej rozmowy, podczas której będzie traktowany jak człowiek, a nie włóczęga bez praw do życia wśród zwykłych ludzi. Przymknął powieki, a na jego ustach pojawił się słaby uśmiech. Niby tak niewiele...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Skorpion
Postać zawieszona
avatar

Liczba postów : 496
Join date : 13/01/2014

PisanieTemat: Re: Heikki&Skorpion   Czw Lip 03, 2014 1:49 pm

Miasto, na ulicach ruch, samochody, ludzie, autobusy, wszyscy się śpieszą. Rzeka przepływająca przez to miejsce, majestatyczna, dumna, przenosiła na grzbietach swoich fal jachty, małe statki.
Niedaleko mostu był park i boisko. Nic szczególnego, ot ubita ziemia i dwie bramki. Nawet linie nie były wyznaczone.
Nie przeszkadzało to dzieciakom, w wieku od jedenastu do zapewne trzynastu lat, biegać za piłką. Roześmiane buzie, podania, okrzyki, gol czasami.
Czarne BMW, nowy, ekskluzywny model, jechał po ulicy. Był upał, więc okna miał otwarte. Za kierownicą siedział starszy, poważny mężczyzna, typ biznesmena.
Głośniejsze okrzyki na boisku świadczyły o tym, że piłka właśnie wpadła do bramki. Okrzyki zagłuszane przez hałasy dobiegające z pobliskiej budowy.
Mężczyzna zbliżał się do parku, kątem oka przyglądał się grającym dzieciakom.
Jeden chłopak kopnął mocniej piłkę, przez co wpadła w krzaki i zaraz za nią pognał.
Samochód mijał boisko, szykując się do skrętu, aby wjechać na most.
Dzieciak wbiegł w krzaki, z rozpędu padł na ziemię, przeturlał i podniósł do pozycji klęczącej trzymając w dłoniach pistolet. Zmrużył oczy, wycelował i strzelił.
Samochód akurat skręcał, gdy głowa kierowcy odskoczyła w bok, przez co zamiast na most, wjechał z impetem na murek odgradzający ulicę od rzeki, przebił się i wleciał do wody.
Chłopak wybiegł roześmiany z krzaków, niosąc piłkę pod pachą, zobaczył jednak, że jego koledzy patrzą zaskoczeni na rzekę.
Grupka ludzi biegła w stronę rzeki, chcąc zobaczyć co się stało. Między innymi jeden z robotników na budowie, którzy przebiegł przez krzaki przy boisku i wybiegając z nich, chował coś w kieszeni kurtki roboczej.


Dzisiaj...
Msza zakończona. Wierni powoli zaczęli się rozchodzić, pewna grupka osób została, by wyspowiadać się u nowego wprawdzie, ale już popularnego dla wielu z nich księdza.
Popularnego, bo spowiedź u niego dawała nie tylko rozgrzeszenie, ale wielu zastępowała wizyty u psychologów.
Ksiądz nie tylko wysłuchiwał, ale też doradzał, dawał rady jak wyjść z problemów, co zrobić, czym się zająć.
Najwyraźniej dużo wiedział o ludzkich kłopotach i zawsze umiał powiedzieć, czy doradzić akurat to, co było potrzebne.
Inna sprawa, że kapłan do brzydkich mężczyzn nie należał, więc niektóre kobiety przychodziły do niego bardziej po to, aby spróbować roztoczyć przed nim swój urok.
Niestety jednak dla nich akurat ten człowiek boży zdawał się być niewrażliwy na ich wdzięki. Zawsze się ciepło uśmiechał, zawsze pokornie opuszczał głowę. Zawsze był cichy i spokojny.
Jeśli Harlow przeszkadzał ludziom dostać się do konfesjonału, oznaczało to, że musiał być bardzo blisko wejścia.
Dlatego też ksiądz, gdy po mszy szedł wyspowiadać swoich wiernych, podszedł właśnie do niego.
- Wejdź już mój synu i powiedz co Ci leży na sercu. - Cichy, pokorny, pełen łagodności głos.
Ksiądz przy tej okazji wskazał na konfesjonał i również wszedł do środka, zajmując należne mu miejsce.

_________________
Póty Twe ciało razem z duszą żyją, póki się Twa głowa nie pożegna z szyją...

Bestiae sumus, ut non bestiae simus.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Heikki

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 20/06/2014
Age : 27

PisanieTemat: Re: Heikki&Skorpion   Czw Lip 03, 2014 4:49 pm

Harlow uniósł głowę, żeby przyjrzeć się lepiej duchownemu. Na propozycje spowiedzi jedynie uśmiechnął się pod nosem, ale na mężczyźnie nie zrobiło to wrażenia, bo zamiast skomentować udał się do konfesjonału. Przez chwilę przyglądał się, jak cień porusza się za kratką, ale szyko stracił zainteresowanie duchownym. Ciekawszym obiektem obserwacji okazały się osoby zajmujące miejsca w ławkach przed nim.

W większości kobiety. Zwykle znacznie mniej osób poświęcało cenny czas na rachunek sumienia, ale dzisiaj pojawiła się spora grupa. W różnym wieku, ale przeważały staruszki z różańcami, klęcące odmawiały ostatni różaniec, przeprowadzając rachunek sumienia przez możliwym oczyszczeniem z grzechów.

Czy coś takiego należało się Harlowi? Staruszek czasami namawiał go, żeby porozmawiał z nim szczerze i wyznał swoje winy, lecz był zbyt dumnym człowiekiem, aby obnażyć własną duszę przed poczciwym kapłanem. Zbyt zbrukaną i zniszczoną wojną dla delikatnego ojczulka. Ten kapłan jednak sprawiał wrażenie bardziej odpornego i wyrozumiałego, przez chwilę Harlow pomyślał nawet, że zrozumiałby wyznanie strudzonego weterana. Jednak ostatecznie Harlow pochylił się w stronę kobiety siedzącej ławkę przed nim - smutnej, zamyślonej - ze słowami:

- Niech pani wejdzie pierwsza, ja jeszcze poczekam - wyjaśnił, chociaż nie miał zamiaru przekraczać progu konfesjonału, jakby obawiając się, że jego własna dusza nie zasługuje na nic więcej poza wiecznym potępieniem.

Obserwował, jak kobieta wstaje, rzucając mu przelotne spojrzenie. W drobnych dłoniach trzymała zwykłą torebkę, ściskała również mokrą chusteczkę. Skinęła mu, zanim drobnym korkiem udała się do kapłana. Ponownie schował ręce w kieszeni, rozciągając przez to płaszcz.

Wzrok tych wszystkich ludzi irytował go. Każdym grymasem mówili, że był mile widziany w kościele, gdzie winni przebywać jedynie ci, którzy pragnęli zjednoczenia i przebaczenia. On nie miał prawa do takiego luksusu, jest takim samym grzesznikiem jak ci, którzy zabijają ich krewnych, przyjaciół, bliskich z rodziny i nie kłopoczą się przeprosinami. Walka gangów wkroczył w etap otwartych napaści na ulicy, zbierając krwawe żniwo. A ci tchórzliwi ludzie nic z tym nie robili, uważając się za lepszych od nich.

Kobieta wyszła z konfesjonału - nie liczył czasu, jaki tam spędziła, ale wydawała się odmieniona - i żegnając się przed wyjściem, opuściła kościół. Pozostali spojrzeli na Harlowa, który westchnął, ale dźwignął się na nogi. Strzepał kurz z ubrania, powąchał się, ale zaraz zatkał nos. Przydałaby mu się solidna kąpiel. Podrapał się po brodzie - ogolić też by się musiał. Chyba widział jakieś dorywcze zlecenie do wykonania przy ładowaniu w dokach. Zarobi na jedzenie i może jedną noc w hotelu. Przy odrobinie szczęścia wystarczy mu nawet żeby zapłacił prostytutce.

Spojrzał na konfesjonał. Wypadało się przywitać z nowym duchownym i zobaczyć miny tych pobożnych staruszek. Z dumą posyłały swoje dzieci na wojnę, aby bronili ojczyzny, ale kiedy wracali z nich, żadna nie potrafiła zrozumieć, jakie piekło przeżyli tam i zaakceptować faktu, że prawdopodobnie poza ich ciałami nic innego nie wrócił z tej wojny...

Uklęknął, drapiąc się po karku, co miało pomóc w przypomnieniu sobie formułki, ale żadne słowa nie przychodziły mu do głowy. Zamiast tracić czas przeżegnał się ze słowami "Niech...". A potem milczał. Długo milczał, klęcząc i zastanawiając się, czy pójście za kapłanem było dobrym pomysłem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Skorpion
Postać zawieszona
avatar

Liczba postów : 496
Join date : 13/01/2014

PisanieTemat: Re: Heikki&Skorpion   Czw Lip 03, 2014 5:59 pm

Duża, sportowa hala. Boisko, drewniane kraty na ścianach, materace. Innymi słowy, standard.
Po środku młody chłopak, na oko piętnastoletni, umięśniony, wysportowany, z lekkim owłosieniem na ciele i ciemnymi, dość krótkimi włosami, z kilkoma siwymi śladami po bokach, tatuażem, paroma widocznymi bliznami, w samych krótkich spodenkach toczył zażartą walkę z trójką starszych od niego osiłków.
Teoretycznie odbywał się trening. W końcu ten chłopak od dawna już trenował wiele możliwych sztuk walki. Muay thai, jissen, capo, savate, taekwondo, ninjutsu, plus kilka innych. Do wyboru, do koloru. Brał z każdej to, co mu najbardziej odpowiadało, łącząc wszystko w jedną, śmiertelną całość.
Jednak ten trening różnił się od tego, do czego przywykł zapewne zwykły zjadacz chleba.
Trójka przeciwników chłopaka, wyglądała raczej na zabranych z ulicy oprychów, żaden z walczących nie miał żadnych ochraniaczy a ciosy nastolatka wcale nie były przez niego hamowane. Wręcz przeciwnie. Nagły cios w szczękę jednego z przeciwników zwichnął mu ją. Kolejny padł na ziemię po tym, jak jego noga została wybita ze stawów. A ostatni ze złamaną ręką wił się obok swoich towarzyszy.
- Szef kazał Ci życzyć powodzenia podczas jutrzejszej walki. - Powiedział po wszystkim elegancko ubrany mężczyzna, podając nastolatkowi butelkę z sokiem marchewkowym.
- Przeciwnikiem będzie pupilek kogoś, kogo Szef bardzo nie lubi. Masz na nim pokazać co czeka jego pracodawcę w najbliższym czasie. - Tłumaczył cicho, spokojnie, ale uważny obserwator mógł zauważyć kropelkę potu spływającą po jego skroni i wyraźną niechęć, obawę, przed patrzeniem w te wypełnione czystą nienawiścią, ciemnoniebieskie oczy nastolatka.

Nielegalne walki. Stałe źródło zarobku, możliwość zareklamowania pewnych usług, prowadzenia innych interesów, pozwalające na swoistego rodzaju pokazy siły pomiędzy ważnymi osobistościami świata przestępczego.
Ogłuszający ryk publiczności zdawał się nie mieć końca, gdy nastolatek stał na swoim pokonanym rywalem. Chociaż pokonany, to zbyt słabe określenie.
Zmasakrowany. Zmiażdżony nos, otwarte złamanie ręki, połamane nogi, wybita szczęka i wreszcie, coś co zakończyło żywot "gladiatora", czyli zmiażdżona krtań.
Pracodawca martwego, nadęty, spasiony włoch, krzyczał coś w tym swoim dziwnym języku, rzucał swoje puste groźby na nastolatka, który, zanim wyszedł z klatki, spojrzał na włocha i uśmiechnął się sympatycznie. W połączeniu z nienawistnym i okrutnym spojrzeniem, oraz krwią na twarzy, ten uśmiech dawał nieco makabryczny efekt.
- Szef jest zadowolony. Publiczność również. Oczywiście jesteś bardzo popularny. Idź się umyj, spodobałeś się pewnej hiszpańskiej bogaczce, która wygrała licytację i kupiła Cię na tę noc. Wykorzystaj swą znajomość jej ojczystego języka i inne umiejętności, aby przekonać ją, że wejście z nami w dłuższe interesy jest bardzo dobrym pomysłem. - Elegancik nachylił się ku chłopakowi i szeptał do niego, gdy wychodzili z hali.


Dzisiaj...
Kobieta wyszła a puste, jasnobłękitne oczy, przyglądały się przez kraty kolejnej osobie.
Sądząc po ubraniu, wyglądzie i zapachu, był to jakiś bezdomny, jednak ksiądz nie dał po sobie w żaden sposób poznać, że ten zapach mu przeszkadza, ani że ma coś przeciwko obecności mężczyzny.
Stary duchowny czasami narzekał, że młodszy ksiądz wygląda jak zombi ze swoimi pustymi oczami i brakiem emocji na twarzy. Jedynie głos, gdy mówił do wiernych, był ciepły, pełen pokory, szacunku, łagodności, ale staruszek wiedział, że było to wymuszone. Gdy samemu rozmawiał ze swoim następcą, głos mężczyzny miał równie wiele emocji, co jego pusta twarz.
A jednak...
- Zwyczajowa formułka zaczyna się od "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus", chociaż niektórzy wolą zacząć od "Wybacz mi ojcze, bo zgrzeszyłem". - Powiedział w końcu ksiądz a gdzieś, w zakamarkach jego głosu, dało się słyszeć rozbawienie.
Zaraz jednak się skrzywił i ścisnął mocniej trzymany w dłoni różaniec.
- Co Cię do mnie sprowadza? Nie obawiaj się i powiedz co Ci leży na sercu i sumieniu... - Dodał już tonem, który zawsze w stosunku do wiernych przybierał.

_________________
Póty Twe ciało razem z duszą żyją, póki się Twa głowa nie pożegna z szyją...

Bestiae sumus, ut non bestiae simus.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Heikki

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 20/06/2014
Age : 27

PisanieTemat: Re: Heikki&Skorpion   Czw Lip 03, 2014 7:13 pm

Uśmiechnął się pod nosem, kiedy kapłan zwrócił uwagę na ominięcie kilku kluczowych słów w formułce, ale Harlow nie odpowiedział nic w zamian. Spodobało mu się luźne nastawienie duchownego, który zamiast naprowadzenia go na odpowiedni tor, pozwolił sobie na luźny żart. Za to następne słowa ponownie go zniechęciły.

Niby taki porządny człowiek się wydawał, a tutaj po cichu planował go nawracać, gdy tylko okazał cień zainteresowania. Harlow skrzywił się, wbijając wzrok w splecione palce. Obolały nie miał sił na kłótnie, dlatego też zamiast jasnej odpowiedzi, wzruszył ramionami, patrząc w bok. Nie zwrócił uwagi na kapłana przez dłuższą chwilę, formułując właściwą odpowiedź dla duchownego.

Coś o żałowaniu za własne grzechy i chęci poprawy oraz szczerą pomoc bliźnim w ramach odkupienia - taka odpowiedź powinna wystarczyć mężczyźnie. Harlow podrapał się znowu po karku, przysięgając sobie, że postara się o porządną kąpiel, kiedy tylko będzie w stanie zarobić parę groszy. Tylko wcześniej musiał wyznać jakieś błahe winy, których popełnienia żałował, a nie wyjaśniałyby za wiele z jego przeszłości. Kapłan nie wyglądał na głupiego człowieka i zorientowałby się, co oznaczała cała lista zabitych, którą mógł się pochwalić Harlow.

-Ostatni raz spowiadałem się... - przerwał, drapiąc się po brodzie. - Dwa, trzy lata temu. Może więcej. Nie pamiętam.

Machnął ręką, opuszczając ponownie głowę i gapiąc się na swoje kolana. Zaczynały mrowić od zbyt długiego przebywania w tej pozycji, czego nie robił o tak dawna. Zazwyczaj klęczał otoczony przez członków wrogiego gangu i przejmował się znacznie ważniejszymi sprawami niż lichy ból w kolanach.

Niezbyt przyjemne wspomnienia. Żebra też zaczynały mu dokuczać. Potrzebował spokojnego snu i proszków na ból, jeżeli planował cały dzień pilnować terenu sanktuarium przez napadami. Wcześniej doszło do strzelaniny na obrzeżach miasteczka, dzisiaj sprawcy mogli przenieść się bliżej ludności cywilnej, a Harlow stanowił jedyną linię obrony dla wiernych przebywających w kościele.

- O tamtego czasu szczerze żałuję swoich grzechów - kontynuował. -Ksiądz rozumie, co to znaczy żałować grzechów, prawda? Chociaż wygląda ksiądz na dobrego człowieka.

Wskazał na siebie ze smutnym uśmiechem i po raz pierwszy spojrzał w stronę kapłana.

- Takim jak ja nie odpuszcza się grzechów, bo mają ich zbyt wiele - wyznał, odwracając wzrok. - To jak będzie. Ksiądz, dam mi pokutę, a ja zejdę mu z oczu? - zapytał, licząc na pokojowe rozwiązanie sytuacji, chociaż odczuwał dziwną potrzebę przeciągnięcia tego spotkania.

Nie chciał się zmierzyć ze światem na zewnątrz konfesjonału.

- Staruszek czasami dał też trochę proszków przeciwbólowych za rozmowę - skłamał.

Nie powinien tego robić podczas spowiedzi, ale dla niego i tak już nie było ratunku. Mógł jedynie wybrać sposób, w jaki jego życie dobiegnie końca.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Skorpion
Postać zawieszona
avatar

Liczba postów : 496
Join date : 13/01/2014

PisanieTemat: Re: Heikki&Skorpion   Czw Lip 03, 2014 7:53 pm

Eleganckie przyjęcie, w eleganckim hotelu, pełne eleganckich osób, obsługiwanych przez elegancką służbę.
Stoły, zastawione przekąskami, klasyczna muzyka grająca w tle, na tyle głośno, aby była słyszana, ale na tyle cicho, aby nie przeszkadzać w rozmowach.
Powód wydania tego przyjęcia nie miał znaczenia.
Ważne było to, że tłum bogatych i wpływowych osób mógł się pokazać, powywyższać nad gorszymi, podejrzeć lepszych od siebie.
Nic ciekawego...
Wokół nich kręciły się młode zazwyczaj osoby, pełniące służbę kelnerów, hostess, ludzi na posyłki.
Roznosili trunki, zwracali uwagę na potrzeby "bawiących się".
Młody kelner, szedł wyprostowany z tacą pełną kieliszków z najprzedniejszymi alkoholami.
Jakiś japoński biznesmen odezwał się do niego łamaną angielszczyzną i sięgnął do tacy, chłopak zaraz odpowiedział płynnym japońskim i ukłonił się przed mężczyzną.
Taca nieznacznie została przesunięta, tak że mężczyzna w efekcie sięgnął po inny kieliszek, niż zamierzał pierwotnie a kelner ruszył dalej.
Po drodze minął rosyjskiego pracownika ambasady, któremu zaproponował poczęstowanie się, potem uśmiechnął się usłużnie do starszej wdowy po amerykańskim generale, gdy ta pytała o to co poleca i prosiła o przyniesienie jej czegoś do poskubania.
Przyjęcie trwało w najlepsze...

Minęło kilka godzin od momentu, gdy na jednym z przyjęć, pracownik ambasady rosyjskiej nagle upadł na ziemię trzymając się za serce, gdy próbowano udzielić mu pierwszej pomocy, uratować go, ale na próżno.
Młody chłopak wszedł do pokoju i podszedł do umywalki. Przemył twarz przypominając sobie, jak krzyczał wraz z innymi, aby pomóc temu mężczyźnie i jak patrzył, jak ten umiera, po czym podniósł się.
Jego spojrzenie spoczęło na lustrze, przez moment przyglądał się odbiciu pustym spojrzeniem, po czym powiedział smutnym i zmęczonym głosem.
- Wszystkiego najlepszego z okazji ukończenia osiemnastu lat...


Dzisiaj...
Ksiądz czekał spokojnie, nie pośpieszał mężczyzny, nie zmuszał do niczego.
Dawał mu czas na oswojenie się, uspokojenie i zdecydowanie, czy chce coś mówić.
Potem słuchał, chociaż nie wiele było do usłyszenia.
Gdy mężczyzna powiedział o tym, że ma za wiele grzechów, aby można było mu je odpuścić, przez myśli księdza przemknęła seria obrazów. Dziesiątki, setki, może nawet tysiące osób. Zabitych szybko, długo, boleśnie, albo nie. Bronią palną, trucizną, bronią białą, kijem, rękami i nogami. Cały dom, płonący wraz ze swoimi mieszkańcami dla zabicia jednego zdrajcy. Większość osób zasługiwała na śmierć według prawie każdego prawa moralnego, etycznego, czy jakiegokolwiek innego, ale nie wszyscy.
Była tam kobieta, której jedynym poważnym grzechem było pojawienie się w nieodpowiednim czasie i miejscu, oraz zobaczenie czegoś, czego zobaczyć nie powinna.
Było dziecko, zabite tylko dlatego, że ojciec potrzebował nauczki.
Był mężczyzna zbyt przywiązany do swojego domu, że nie chciał go sprzedać po dobrej cenie jednemu z szefów mafii.
Było dużo innych osób...
- Nie wiele jest osób, które naprawdę nie zasługują na to, aby udzielić im rozgrzeszenia. - Powiedział ciepło, nachylając się nieco ku rozmówcy.
- Ważne jest to, czy żałują tego co zrobiły i chcą, starają się zadośćuczynić za swoje grzechy. Nawet jeśli jest ich tak dużo, że nie są wstanie wynagrodzić cierpienia, które sprowadziły. - Mówił spokojnie, mając ten swój wyuczony ton, pełen łagodności, niosący pokrzepienie.
- To od Ciebie głównie zależy to, czy Twoje grzechy uniemożliwią Ci uzyskanie przebaczenia... Czy pozwolą Ci odnaleźć spokój ducha... Ja tu jestem, aby Ci w tym pomóc, pokierować Cię, wesprzeć, gdy będziesz tego potrzebować. - Spokój ducha a nie pustkę, którą odczuwał ksiądz, nie to piekło, które przeżywał każdej nocy.
- ]b]Więc... Czy chcesz, czy naprawdę chcesz, aby Ci przebaczono?[/b] - Spytał, zastanawiając się co takiego ten człowiek zrobił, że ma takie o sobie zdanie.

_________________
Póty Twe ciało razem z duszą żyją, póki się Twa głowa nie pożegna z szyją...

Bestiae sumus, ut non bestiae simus.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Heikki

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 20/06/2014
Age : 27

PisanieTemat: Re: Heikki&Skorpion   Pią Lip 04, 2014 12:27 pm

- Wie, ksiądz, wielu już próbowało tych sztuczek. I, wśród nich, ksiądz jest całkiem niezły - stwierdził. Mówił z lekko chrypką, jakby wbrew sobie wypowiadał ten komplement.

Uniósł głowę i spojrzał w stronę zarysowanej sylwetki duchownego, szepcząc ostatnie słowa:

- Ale żadnemu z nich się jeszcze nie udało. I nigdy nie uda.

Harlow starał się, bardzo mocno się starał, aby w jego słowa nie brzmiało rozczarowanie. Nowy kapłan wydawał się człowiekiem wystarczająco bystrym, żeby nie próbować nawracać go na prawą ścieżkę. Nie musiał wiedzieć, co działo się w miasteczku, żeby zrozumieć smutek wiernych poszukujących schronienia w murach sanktuarium. Szefowie każdego z gangów przysięgali nie wprowadzać przemocy za jego bramę. W zamian oczekiwali uszanowaniach ich interesów, zabraniając piętnowania ich członków.

- Ksiądz wkrótce zrozumie, że nie jest to piękne miejsce - oznajmił Harlow.

Westchnął. Poświęcił zbyt wiele uwagi na tę rozmowę. Jeżeli nie wyjdzie za kilka minut...

- Z księdza dobry człowiek, takie mam wrażenie. Lepiej będzie dla niego, jeżeli wróci w swoje strony - oznajmił, bo nie wyobrażał sobie, aby duchowny mógł zrozumieć, czym jest przemoc w słusznym celu.

Harlow wyśmiewał przez całe życie wiarę w nadstawianie drugiego policzka. Należało walczyć w obronie swoich ideałów, nie wzbraniając się przed przemocą a nawet przelewaniem krwi drugiego człowieka. Jeżeli ktoś decydował się na tak poważny krok, powinien zdawać sobie sprawę, że decyduje się postawić własne życie na szali, nawet jeżeli zmuszały go to tego okoliczności. Niewinne ofiary to mrzonka sprzedawana naiwnym ludziom, których życie nigdy nie było wystawione na niebezpieczeństwo, którzy żyli w ciepłych domach i codziennie jedli obiad w gronie rodziny, zapominając o walczących gdzieś za nich żołnierzach, poświęcających własne szczęście dla dobra innych. Nikt o nich nie myślał, nie wypowiadał ich imiona, pozostawali anonimowi, zanim nie poświęcili życia w imię lepszego jutro - a nawet ten moment chwały przypadł w udziale nielicznym.

Przeżegnał się ponownie, zanim wstał i bez wahania opuścił konfesjonał. Zanim opuścił kościół, zajął poprzednie miejsce w ławce. Schował ręce w kieszeniach, spoglądając w stronę ołtarza. Jeszcze chwilę poświęcił na obserwację przyglądających mu się ukradkiem ludzi, zaciekawionych zachowaniem bezdomnego, do widoku którego część wiernych zdążyła przywyknąć.

Unikali wszelkiego rodzaju kontaktu, ale czasami oglądali się na niego w czasie mszy. Jak teraz kiedy opuścił konfesjonał, bardziej zagubiony we własnych myślach i rozpamiętywaniu przeszłości niż kiedykolwiek do tej pory. Nigdy wcześniej nie zachowywał się w ten sposób, a ze staruszkiem spotykał się dopiero po mszy, często zakradając się do zakrystii. Ostatni raz spojrzał w stronę konfesjonału. Czy to wpływ tego księdza?

Wyszedł z kościoła, przygotowując się za spotkanie z gangami - ze swoją szarą codziennością, która przywracała mu poczucie śmiertelności, oferując ból jako świadectwo istnienia na tym świecie i szansy na powrót z wiecznego koszmaru, do którego bez wahania wysłało go państwo.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Skorpion
Postać zawieszona
avatar

Liczba postów : 496
Join date : 13/01/2014

PisanieTemat: Re: Heikki&Skorpion   Pią Lip 04, 2014 4:58 pm

Długa seria z karabinu pozostawiła znak na ścianie za kulejącym mężczyzną.
Na korytarzu słychać było tupot stóp, gdy następni ludzie biegli pomścić swojego szefa.
Szefa, którego przed kilkoma minutami zabił jeden z jego pracowników, trzydziestotrzyletni, niebieskooki zabójca, mający dość tego życia i tego, że jest tylko zabawką na usługach kogoś, kto czerpie zyski na strachu, upodleniu, niszczeniu i śmierci innych.
Teraz ukrywał się za potężnym biurkiem, oddychając z trudem. Nie miał pojęcia ileż to razy już oberwał a fakt, że żadna z tych ran nie była śmiertelna nie był żadnym pocieszeniem.
Było ich już zwyczajnie za dużo.
Strzały ucichły, mężczyzna nasłuchiwał.
Podchodzili pod drzwi, skradali się.
Czekał cierpliwie, po czym uniósł się nieco i wypalił ze śrutówki w tych, którzy przechodzili przez próg.
Strzelba zaraz opadła a w jego dłoniach pojawiły się pistolety, wypluwające pociski, z których każdy utkwił w wyznaczonym celu.
Kolejne serie poszybowały w głąb pokoju, chaotyczne, dlatego niecelne.
A mężczyzna przeklinał się. Po co walczy? Co on tu robi? Chciał przyjść, dokonać zwykłej egzekucji i dać się zabić.
Nie było już dla niego życia, nie było przebaczenia, nie było przed nim żadnej przyszłości.
Była tylko otchłań, która patrzyła na niego tęsknie i czekała, aby móc go wreszcie objąć i pochłonąć.
Ale jednak...
Wola życia, instynkt, kazały mu walczyć. Kazały mu przetrwać za wszelką cenę.
Czy było to możliwe?
Granat toczący się w stronę biurka mógł zakończyć to cierpienie.
Wybuch rozniósł pokój a przez okno wypadło ciało, lecące w dół, w stronę rzeki, która niczym mroczna otchłań przyjęła je z wdzięcznością i zamknęła się nad nim.


Dzisiaj...
- Uda się, jeśli przyjmiesz pomoc. - Odpowiedział spokojnie patrząc przez kraty na bezdomnego i rozmyślając o tym, co też tego mężczyznę mogło spotkać.
Co on zrobił, albo co jemu zrobili. Czy też jedno i drugie.
Gdy mężczyzna wychodził, ksiądz powinien się odezwać, ale nie mógł. Patrzył tylko granatowymi wręcz oczami, w których pojawiła się czysta nienawiść i wręcz warknął cicho.
- Oj... Lepiej, żebym nie wrócił... - Całe szczęście kolejni wierni wyrwali kapłana z tego stanu i ciąg dalszy spowiadania nastąpił.
Spowiadania i wysłuchiwania problemów.
Każdej z osób, ale także tych, które dotyczyły całej okolicy.
O bójkach, rozróbach, jakiejś wojnie na ulicach.
O bezdomnym, który włóczy się po mieście i wszczyna bójki.
Dużo tego było...
Minęło dobrych kilka godzin, zanim ksiądz wreszcie skończył i po zjedzeniu skromnego posiłku, wyszedł na miasto, aby wreszcie uzupełnić zapasy.
Nienawidził wychodzić, nie znosił tego.
Miał wrażenie, że każdy róg, każde okno, wszyscy przechodzący koło niego ludzie, cień i zaułki jakie mijał krzyczały do niego, aby zerwał sutannę i zabijał.
Musiał jednak. Wprawdzie większość sprawunków ktoś inny załatwiał, ale czasami i on musiał opuścić bezpieczne mury kościoła.

_________________
Póty Twe ciało razem z duszą żyją, póki się Twa głowa nie pożegna z szyją...

Bestiae sumus, ut non bestiae simus.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Heikki

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 20/06/2014
Age : 27

PisanieTemat: Re: Heikki&Skorpion   Pią Lip 04, 2014 6:26 pm

Minęło kilka godzin od rozmowy z księdzem. Harlow zdążył w tym czasie zabrać ciepłe bagietki ze specjalnej kryjówki, w której ktoś każdego dnia je zostawiał i sprawdzić czy w dokach, nieopodal kościoła nie szukali rąk chętnych do pracy. Jeden z kaprów powiedział, żeby poczekał kilka dni na przypływ, a inny odprawił go, ledwie otworzył usta, zalecając jak najszybszą kąpiel, bo śmierdział gorzej od zdechłej ryby. Będzie musiał się wrócić później, kiedy ruszą pierwsze dostawy do sklepów i restauracji do pobliskich miasteczek.

Przez całą drogę powrotną miał nie odparte wrażenie, że ktoś podążą za nim krok w krok, ale przyzwyczajony do śledzenia nie zawracał sobie głowy identyfikowaniem sprawcy, wiedząc, że prędzej tajemniczy osobnik ujawni się z przygotowanymi groźbami. Szefowie dwóch największych gangów chętnie pozyskaliby go w swoje szeregi, zyskując w ten sposób najemnika, nie obawiającego się śmierci czy porażki. Regularne potyczki z członkami gangów jednak sprawiały Harlowowi więcej radości niż przypuszczalne zlecenia mafii, dlatego podnosił rękawice i walczył z każdym śmiałkiem. Gdyby zabijał swoich przeciwników, prawdopodobnie po kilku tygodniach nie rozrywka skończyłaby się, a Harlow powrócił do dawnego, otępiałego stanu. Zamiast tego szydził i upokarzał rywali, pragnąc ich rychłego powrotu. Tych zbyt napalonych trwale okaleczał. Zbyt podobni do niego...

Jedyna w mieście kwiaciarnia na przeciwko kościoła zaczynała pracę od dziesiątej trzydzieści - zaraz po drugiego mszy. Trzecia krótko siedemnastej, a ostatnia przypadała na dwudziestą. Te cztery godziny wyznaczały obowiązki Harlow. Bronił wiernych przez gangami i odchodził, kiedy staruszek zamykał kościół, nie szczędząc przy tym gróźb pod jego adresem odnoszących się do poprawy jego sytuacji bytowej. Zwykle wystarczyło machnięcie ręką, a kapłan kiwał głową. Czasami potrafił prawić mu kazania przez pół godziny, zatrzymując w miejscu, bo Harlow mimo buntowniczej natury lubił, kiedy tak rozmawiali w zakrystii - nigdy nie zapuszczał się na plebanię.

Gdy minął sklep dziwne wrażenie bycia obserwowanym opuściło go, dlatego odwrócił się, podejrzewając nagły atak. Przygotowany do odparcia przeciwnika, rozejrzał się po uliczce, ale poza przyglądającą się niebieskim kwiatom kobiecie nikogo nie dostrzegł. Stał długo, sprawdzając każdą możliwą uliczkę, każdą znaną mu kryjówkę, z której korzystał przez minione pół roku, ale nie dostrzegł żadnego zagrożenia z wyjątkiem tej przyglądającej mu się ukradkiem kobiety.

Gdzieś już widział jej twarz... Musiało to być nie dawno, bo Harlow poza szybkością i siłą, nie miał zbyt wielu przydatnych umiejętności, a pamięć krótką jak złota rybka. Nie zaczepił jej, bo mogła zacząć krzyczeć albo spróbować podobnego chwytu, więc tylko odwzajemnił jej spojrzenie. Wreszcie, zirytowany przedłużającym się impasem, odwrócił się na pięcie i odszedł, mając nadzieję, że postanowiła sobie odpuścić podchody.

- Przepraszam.

Najwyraźniej nie. Harlow ją zignorował.

- Przepraszam - zawołała ponownie, tym razem trochę głośniej, a jej głos drżał.

Obawiała się, więc dlaczego go wołała. Odwrócił się, żeby powiedzieć jej kilka słów. Wtedy dostrzegł trzech mężczyzn stojących jej na drodze. Należeli do mniejszego gangu, czasami niszczącego wystawy sklepowe, kradnącego wystawione owoce lub warzywa, ale nigdy nie posunęliby się do napaści. Byli zwykłymi tchórzami, czego więcej się po nich spodziewać.

- Szukacie tu czegoś? - zapytał, podchodząc bliżej wyższego mężczyzny.

Odwrócili się z uśmiechami na twarzy, jakby właśnie tego od niego oczekiwali.

- Chcieliśmy się zmierzyć z tym sławnym włóczęgą.

- Ta, słyszeliśmy trochę. No wiesz, plotek o tym jak rozwalasz łby jednym ciosem - wyjaśnił drugi, a trzeci tylko się zaśmiał. - Pokaż nam, jak to robisz, a twoja kobitka odejdzie wolna. Jak ptaszek.

Harlow spojrzał na roztrzęsioną kobietę, zastanawiając się, to też kazało im przypuszczać, że miał z nią cokolwiek wspólnego. Pierwsza walka dzisiejszego dnia rozpoczęła się zaskakująco późno... Ale przynajmniej zdołał odzyskać siły i teraz pokaże im na co go stać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Skorpion
Postać zawieszona
avatar

Liczba postów : 496
Join date : 13/01/2014

PisanieTemat: Re: Heikki&Skorpion   Pią Lip 04, 2014 7:31 pm

Starszy ksiądz pochylał się nad młodym mężczyzną, sprawdzając jego stan.
Znalazł go umierającego wiele tygodniu temu, z wieloma ranami, lekarz, znajomy, wezwany na szybko, w pierwszej chwili powiedział, że jedyne co pozostało, to udzielić mężczyźnie ostatniego namaszczenia.
Ale ten się najwyraźniej nie wybierał na tamten świat. Jeszcze nie. Twardo trzymał się tego życia, walczył o nie, walczył o każdy oddech.
Wreszcie, najgorsze minęło i rozpoczęła się powolna droga ku wyzdrowieniu.
Większość tego czasu ranny był w śpiączce, ostatnio jednak zaczął się budzić na chwilę, chociaż nieprzytomnie spojrzenie sugerowało, że jego umysł wciąż nie doszedł do siebie.
Ksiądz próbował co jakiś czas odzywać się do niego, ale nie zauważał żadnej reakcji.
- Nie powinien mnie ksiądz ratować... - To było ciche, bardzo ciche, ale sam fakt, że mężczyzna się odezwał i że wiedział co się wokół niego dzieje, sprawił, że duchowny aż podskoczył przestraszony.
Chwilę trwało, zanim doszedł do siebie na tyle, aby zapytać.
- Jak Ci na imię? - To było pierwsze co przyszło mu do głowy, chociaż zaraz stwierdził, że głupie. Ale nigdy nie był w takiej sytuacji.
- Me imię to Legion, bo jest tego wiele... - Kolejny szept wydobył się z ust rannego, szept mroczny i nienawistny.
- Jestem Cieniem, który deprawuje ludzi, Mrokiem, który ich obserwuje. Nienawiścią i Zniszczeniem, która lubują się w zabijaniu, Gniewem, chcącym zniszczyć cały świat, Śmiercią, niosącą zagładę każdemu. - Tak długa przemowa wyczerpała mówiącego, który dodał na koniec.
- Moje imię zaginęło w pomroce dziejów... Jest już nie istotne... - Mówił coraz ciszej, aż w końcu zamilkł a jego oczy znów się zamknęły.

Kilka lat później...
- Gratuluję ukończenia seminarium. Cieszę się, że miałem w tym swój udział. Zobaczysz, niosąc radość, pociechę i pomoc ludziom, odzyskasz spokój swojego ducha. - Mówił ksiądz, obejmując młodszego od siebie mężczyznę i żegnając go.
- Mój przyjaciel prowadzi parafię w tamtym mieście. Nie mówiłem mu o Twojej przeszłości, ale wie, że wiele przeszedłeś i będzie Cię wspierał. Powodzenia chłopcze, niech Bóg będzie z Tobą... - Dodał jeszcze na koniec i niedługo potem się rozstali.


Dzisiaj...
Ksiądz szedł powoli, nie śpieszył się. Zrobił zakupy i wracał już do kościoła, do jego bezpiecznych murów, ale teraz, gdy był poza nimi, dotarło do niego jak bardzo mu brakowało takich spacerów i tej częściowej chociaż wolności.
Głowę miał lekko pochyloną, starając się nie zauważać mijających go ludzi, kobiet, które mu się przyglądały a za którymi tak bardzo tęsknił, oprychów, szukających zaczepki i łatwego zarobku, których z całego serca nienawidził, mimo ciężkiej, wieloletniej pracy nad sobą.
Szedł, powoli, nie rozglądając się, ale słuchając życia, szumu, jaki panował w mieście.
Jedynie, gdy ktoś z wiernych witał się z nim, uśmiechał się ciepło jak to miał w zwyczaju i odpowiadał na powitanie, szybko jednak pochylając głowę z powrotem.
Jeszcze trochę a ksiądz osiągnąłby taką pełnię uduchowienia, że słyszałby jak wiatr delikatnie gładzi kwiatek, rosnący na wzgórzu za miastem i jak motyl, z przepięknymi skrzydełkami, opada lekko na niego.
Coś mu jednak przerwało. Gniewne głosy, przerażony głos jakiejś kobiety.
Zaskoczony i wyrwany z transu rozejrzał się, zatrzymując, gdy zobaczył bezdomnego, jedną z kobiet uczęszczających do kościoła i dziwną grupę.
Coś się szykowało...
Dreszcz podniecenia przeszedł po jego ciele, mięśnie napięły się, mimo przerwy jego ciało domagało się walki, tej przyjemności jaką czuł, gdy atakował.
Walczył z tym, tłumił to w sobie, palcami przesuwał różaniec, ale nie odchodził, tylko przyglądał się, starając dociec o co też tutaj chodziło.

_________________
Póty Twe ciało razem z duszą żyją, póki się Twa głowa nie pożegna z szyją...

Bestiae sumus, ut non bestiae simus.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Heikki

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 20/06/2014
Age : 27

PisanieTemat: Re: Heikki&Skorpion   Sob Lip 05, 2014 4:12 pm

Harlow wiedział, że nie uda mu się zapobiec walce na ulicy, nigdy jednak nie zwracał na to uwagi, ale świadków też nie potrzebował.

- Niech pani wejdzie do środka - nakazał.

Stanowczy ton rozbudził ją z letargu. Potrząsnęła głową, przyglądając się Harlowowi aż poczuł się niezręcznie w jej obecności. Powinien skądś pamiętać tę kobietę? Zrobił jej coś? Pomogła mu a on zapomniał? Nie, takie rzeczy zawsze pamiętał, szczególnie ludzi, którzy okazywali mu coś na kształt zainteresowania albo współczucia.

- Zajmę się tymi ludźmi. W środku będzie pani bezpieczna.

Gdyby nie posłuchała, Harlow miałby problem, ale na jego szczęście oprzytomniała, przechodząc bez problemu do kwiaciarni. Jedno spojrzenie Harlowa na mężczyznę, który zamierzał ją zatrzymać, a ten zabrał uniesioną rękę.

W porządku. Nie raz znajdował się w podobnej sytuacji, sam przeciwko przeważającej przewadze przeciwników. Wychodził zwycięsko z tych potyczek, tym razem nie będzie wyjątku.

Zanim wykonał pierwszy ruch, ukradkiem rozejrzał się po okolicy, czy przypadkiem nie zastawili na niego pułapki. Zajęty trzema przeciwnikami nie miałby czasu na odparcie niespodziewanego ataku albo, co było znacznie gorszym scenariuszem, uniknięcie kuli. Gangi stosowały różne sztuczki, żeby pozbyć się konkrecji, dlatego nie spodziewał się po nich uczciwej walki. Nadal jednak nie rozumiał tego zainteresowania kobietą. I nagłej potrzeby agresywniejszej ekspansji małego gangu. Do tej pory drobne kradzieże im wystarczały, więc dlaczego porywali się na Harlowa? Czy to jakiś rodzaj ultimatum?

W trakcie szybkiego sprawdzenia ulicy, mieszkańcy wiedzieli, kiedy powinni unikać wychodzenia na ulicę, przyzwyczajeni do opuszczania wzroku, gdy obok nich pochodziło do aktów przemocy i wandalizmu, nierzadko zakończonego brutalnym finałem, Harlow zauważył księdza. Do kroćset, co ten duchowny sobie wyobrażał, spacerujące tak po prostu po ulicy z zakupami w środku dnia?

Zaraz... Czy to tylko wrażenie Harlowa, czy na widok duchownego naprawdę przeszył go nieprzyjemny dreszcz? Ta postawa i napięcie wokół niego... Jak osoba duchowna mogła posiadać tak niebezpieczną aurę? Uczucie, jakby Harlow chciał się mu poddać, zanim jeszcze skrzyżowali pięści albo innego rodzaju broń, która była pod ręką.

Strach. To musiał być strach, ale inny od tego, jaki odczuwał przed tymi żałosnymi gangsterami. Ich było więcej - to bardziej dreszcze emocji przed zbliżającą się potyczką, mrowienie pod skórą, kiedy wiedział, że zatopi pieści we krwi drugiego człowieka. Z kapłanem... To był inny rodzaj strachu... Strachu przed śmiercią, nieuniknioną i zagrażającą żołnierzowi. Śmiercią wywołaną przez człowieka, który ponad wszystko inne chciał i był w stanie zadać śmiertelny cios.

Harlow nie widział oczu kapłana, ale wnioskując po nastroju, jaki zasiał w jego sercu... Jednak teraz Harlow musiał zająć się przeciwnikami, a nie rozmyślać na kapłanem, które poznał tego poranka. Jeszcze będzie miał dużo okazji do rozmowy...

Zablokował pierwszy cios, zaciskając dłoń na pięści przeciwnika, jednocześnie odpierając kopnięcie drugie nogą. Trzeci stał zbyt daleko, żeby interweniować, więc Harlow najpierw wymierzył silny cios w szczękę pierwszego, żeby na chwilę go zamroczyło, potem kopnął drugiego z obrotu, a całe ciało przeszył ból. Dawno nie wykonywał takich skomplikowanych ciosów, ale do tej pory jakoś nie zbierali się w taką ciasną grupkę i nie mierzyli prawie dwóch metrów. Trzeci nie czekał na zaproszenie, nacierając na Harlowa w biegu. Ta walka mogła ciągnąć się bardzo długo, jeżeli czegoś nie wymyśli. Na razie starał się unikać i oddawać tyle ciosów, ile był w stanie, licząc, że przeciwnicy się zmęczą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Skorpion
Postać zawieszona
avatar

Liczba postów : 496
Join date : 13/01/2014

PisanieTemat: Re: Heikki&Skorpion   Sob Lip 05, 2014 9:30 pm

Cisza i półmrok panowały w pokoju hotelowym.
Na dużym łóżku leżał młody, mający nie wiele ponad dwadzieścia lat, mężczyzna, do którego przez sen tuliły się trzy, w podobnym wieku, wymęczone i śpiące kobiety.
Wokół łóżka rozrzucone były ubrania całej czwórki, najwyraźniej zdejmowane w pośpiechu.
W sumie, to ślad z ubrań ciągnął się aż do drzwi wyjściowych, ale to był mało istotny szczegół.
Kobiety spały, mężczyzna teoretycznie również.
Głęboki oddech, zamknięte oczy.
To były jednak pozory.
Nagle, telefon leżący na stole zaświecił się na moment i w tym momencie mężczyzna podniósł się, po cichu uwolnił z ramion towarzyszek, po czym wyszedł z łóżka, starając się kobiet nie obudzić.
Podszedł do telefonu, sprawdził wiadomość i znalazłszy swoje bokserki, włożył je.
Przez moment grzebał w torbie, która leżała schowana w szafie, wyjął z niej jakiś pakunek, znalazł swoje spodenki i zaraz, ostrożnie, uważając, żeby nie wydać żadnego dźwięku, oraz aby nie nadepnąć leżącej na podłodze butelki, wyszedł na korytarz.
Noc, więc korytarze były puste.
Przez moment mężczyzna stał nieruchomo, nasłuchiwał, wreszcie ruszył przed siebie.
Kamery zostały zapętlone, pokazywały ochronie pusty korytarz zamiast pół nagiego mężczyzny, wchodzącego do schowka, z którego wyszedł po kilku minutach, ubrany w typowy dla służby hotelowej strój i pchając przed sobą wózek pełen materiałów do sprzątania.
Szedł powoli, przygarbiony, wzrok miał zmęczony, znudzony. W końcu kto normalny chciałby sprzątać po nocy, gdy powinien spać, albo się bawić?
Takim właśnie spojrzeniem omiótł dwójkę ochroniarzy, siedzących pod jednymi drzwiami i skinął im głową, gdy zaczął ich mijać.
Odwrócił się od nich, niezainteresowany nimi, tylko tym, żeby skończyć pracę i...
Chwilę potem obaj leżeli na ziemi, mając gardła poderżnięte nożami, które pojawiły się w dłoni "sprzątacza".
Cisza, mężczyzna nasłuchuje.
Wreszcie wyciągnął kartę i lekko uchylił drzwi, strzeżone do tej pory przed denatów, tylko tyle, aby móc do środka włożyć mają butlę.
Drzwi zaraz zostały zamknięte i mężczyzna zaczął odliczać.
Kolejna chwila minęła i drzwi po raz kolejny zostały otwarte, już na tyle, że mężczyzna, w masce na twarzy, zdołał wejść bez przeszkód do środka.
Po cichu minął śpiącego na podłodze ochroniarza i skierował się do sypialni, gdzie długi, ostry nóż, zakończył kolejne życie.

Następnego dnia policja przesłuchiwała gości hotelowych, między innymi funkcjonariusze nasłuchali się od trzech dziewczyn, jak to ich nowy znajomy tak wymęczył je w nocy, że cała czwórka spała aż do południa, nie mając siły wstać nawet do łazienki.


Dzisiaj...
Nie, nie róbcie tego... Nie prowokujcie...
Przez te kilka lat przerwy ksiądz unikał wszelkich sytuacji, które byłyby związane z przemocą, czy seksem, bronił się przed nimi, pracował nad sobą i teoretycznie dobrze mu to szło.
Ale teraz widział tą walczącą grupę i samemu odczuwał coraz większą potrzebę dołączenia do tej zabawy.
Chociażby dla samej możliwości przypomnienia sobie jakie to było uczucie, gdy się biło, dla adrenaliny, dla możliwości zabicia...
Nie! Stop! Jakiego zabicia?
Ksiądz mocniej ścisnął w dłoni różaniec, ale jakiś mały, cichutki, chociaż bardzo uporczywy głosik w jego głowie, szeptał mu, że przecież jest sługą bożym i jego powołaniem jest nieść pomoc potrzebującym.
Czy nie było by obłudne ograniczać się w tym niesieniu pomocy tylko do bezpiecznego mówienia z ambony?
Czy niesienie pomocy nie oznaczało też uratowanie ofiary przed napastnikami?
Zresztą, można to przecież załatwić dyplomatycznie, prawda?
Na pewno się uda...
Ksiądz, z wahaniem, odłożył zakupy na ziemię i ruszył w stronę walczących.
- Moi drodzy! - Zaczął, starając się przybrać spokojny ton głosu i zatuszować tę lekko okrutną, zwiastującą zbliżający się koniec, nutkę, która mu się przypadkiem pojawiła.
- Nie godzi się tak czynić! Opanujcie się, odetchnijcie, nie róbcie sobie nawzajem krzywdy! - Dodał, starając się wejść pomiędzy walczących i odgrodzić bezdomnego od reszty.
Chciał, naprawdę chciał, przyjąć na siebie ich ciosy i stać w milczeniu, jeśli będzie taka potrzeba, ale jego ciało już było spięte, gotowe do uniku a jego uniesione dłonie tylko czekały, bez wiedzy ich właściciela, aby uderzać i eliminować.

_________________
Póty Twe ciało razem z duszą żyją, póki się Twa głowa nie pożegna z szyją...

Bestiae sumus, ut non bestiae simus.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Heikki

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 20/06/2014
Age : 27

PisanieTemat: Re: Heikki&Skorpion   Nie Lip 06, 2014 5:40 pm

Harlow nie liczył, że przeciwnicy będą dobrze wyszkoleni. Na początku często walczył jeden na jednego i dzięki silne, a nie umiejętnościom, zwyciężał w pojedynku. Teraz jednak pojawiło się trzech dobrze przygotowanych mężczyzn, którzy musieli wcześniej go obserwować, bo znali jego ruchy. Po pierwszych ciosach zaczęli unikać nowych, sprawnie wyprowadzając kolejne, celniejsze. Kiedy Harlow zdołał zablokować jednego, drugi pojawiał się w jego miejsce, atakując w słabe punkty. Nie mógł skupić się w pełni, mając na uwadze obecność duchownego, którego zdecydował się ochronić - jak każdego wiernego. Nie sądził jednak, że stanie się to przyczyną przegranej. Walczył przecież nie jeden raz z liczniejszymi przeciwnikami, szczególnie przez ostatnie kilka dni. I odpierał ich. A teraz?

Nie spodziewał się, że przyjęciu tylu ciosów duchowny będzie jeszcze tam stał, a nie uciekanie. Widział go wprawdzie kątem ona i to dość dawno, ale ciągle miał to dziwne uczucie. Serce kuło przez cały czas. Nieznane zagrożenie działało na jego mięśnie. Nie miał jednak czasu na myślenie o tym, ponieważ ciosy stawały się silniejsze, celniejsze, coraz trudniej było mu się skupić, a ataki nie ustawały. Wszystko zaczynało się rozmywać. Nie wiedział, kiedy upadł na kolana. Oddychał ciężko, sprawiało mu to ból. Obite żebra bolały, może nawet jakieś było złamane. Dłonie zaciskał w pięści, ale czuł, jak opuszczały go siły. Gdyby nie ten duchowny!

Jednak zrzucanie winy na innych nie polepszy jego sytuacji. Ale kiedy już zamierzał zmienić strategię, w końcu zamiast uciekać, duchowny sam prosił się, żeby go zaatakowali, ten odezwał się nawołując do pokoju. Żarty sobie stroił? Emanwał tak niebezpieczną aurą... Śmierć po prostu wisiała nad nim, a powietrze gęstniało wokół niego. Harlow, mimo że otaczało go trzech przeciwników, bardziej obawiał się mężczyzny w sutannie, mającego za jedyną broń różaniec. Człowiek nie obawiający się śmierci, ale jej poszukujący, który przywdział habit dla chwili wytchnienia, jednak okres seminarium to zbyt długo czas dla spragnionego ducha mordercy.

Ostatni raz Harlow miał z takimi ludźmi do czynienia w wojsku. Rzadko wracał do tych wspomnień, jak do wielu innych, ale tych szczególnie unikał. Przywoływały na myśl sytuacje z przeszłości, o których chętnie by zapomniał, jednocześnie pragnąc podzielić sie nimi z kimś innym, jako nauczkę na przyszłość. Ku zaskoczeniu Harlowa mężczyźni przerwali atak. Zamarli bez ruchu, obeserwując duchownego, który aż prosił się, żeby mu wyjaśnić, w co się wplątał chęcią czynienia dobra. Harlow miał poważne wątpliwości czy chodziło mu czynie go wobec tych mężczyzn.

Klęczał, więc nie miał sposoby się ruszyć, żeby nie zwrócić niczyjej uwagi. Nie musiał się jednak wysilać. Dostrzegł spojrzenie przeciwników spoglądających na niego, jakby już wygrali, jakby przestał ich interesować. Zaśmiali się krótko i ruszyli na kapłana, zapewne zbyt podekscytowani walką z Harlowem, żeby dostrzec niebezpieczeństwo. Zagrożenie tak widoczne, tak... wyraźne, że trudno w tej chwili myśleć, o czymś innym poza ucieczką. Do ostatniej chwili. A dla Harlowa, który pogodził się ze śmiercią, bólem, cierpieniem i porażką, takie myśli były zaskakujące. Mógłby zginąć z rąk gangów, nie martwiłby się tym. Jego ciało stawiałoby opór, ale krótki, gdyż jego umysł by odpuścił. Poddał się. Ale gdy spojrzał na sylwetkę duchownego... Obudził się w nim dawno uśpiony instynkt przetrwania, pragnienia ucieczki, nawet jeżeli zabraknie powietrza, nawet jeżeli kończyć odmówią współpracy. Harlow pragnął zniknąć, ukryć się. Oby jak najdalej od duchownego. To na pewno nie było normalne.

Harlow przyglądał się ledwie świadomie, jak kapłan unikał ciosów, atakował szybko, aby złamać nos, wybił rękę ze stawu, wybił szczękę. Sam aż stęknął, a jego własna mocniej zabolała. Jak uderzył któregoś w tył głowy i ogłuszył, drugiego uderzył nogą w zgięcie kolana. To było jak świetnie zaplanowane przedstawienie. Płynnego, szybkiego i Harlowowi naprawdę trudno nadążyć za ruchami kapłana. To było niesamowite... niesamowicie przerażające.

I gdy już cała trójka leżała na ziemie, a Harlow myślał, że kapłan zapragnie skończyć także z nim, on.. on zaczął przerażeniem przepraszać za to co zrobił. Co do...?! Harlow nie był w stanie wydusić z siebie słowa. Najmniejszego. Patrzył... Nie, on się gapił na duchownego z otwartymi ustami. Jak kiedykolwiek mógł pomyśleć, że ten człowiek był niewinny? Jak? Jak mógł przeoczyć takiego człowieka? Przejść obok niego i nie zauważyć? Rozmawiać z nim i nie poczuć?!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Skorpion
Postać zawieszona
avatar

Liczba postów : 496
Join date : 13/01/2014

PisanieTemat: Re: Heikki&Skorpion   Nie Lip 06, 2014 7:51 pm

Park, późną porą.
Praktycznie nikogo nie było widać, poza młodym, nie mającym jeszcze trzydziestu lat mężczyzną.
Niestety, na wózku inwalidzkim.
Chyba dopiero od niedawna go potrzebował, ponieważ dość nieporadnie go prowadził i co jakiś czas musiał korygować drogę.
Wreszcie zatrzymał się, bo oto z kieszeni wypadł mu telefon.
Zaczął sięgać, próbował go podnieść, jednak na marne.
Sięgnął dalej, wózek się przechylił, mężczyzna omal z niego nie spadł, więc zaprzestał tych prób, tylko rozglądał się bezradnie.
Na szczęście ktoś wyszedł sobie pobiegać.
Ktoś, niewiele młodszy od inwalidy.
- Przepraszam, czy mógłby mi pan podnieść telefon? Nie mogę tego zrobić samemu... - Inwalida zapytał żałośnie, z zaciśniętymi rękami, jakby takie proszenie kogokolwiek o pomoc sprawiało mu ból.
Biegacz chwilę się zastanawiał, wreszcie podszedł i pochylił się, aby pomóc inwalidzie.
- Dziękuję... - Ten cicho powiedział i nagłym uderzeniem zmiażdżył krtań biegaczowi.
- I przepraszam... - Powiedział wstając szybko i sadzając mężczyznę na wózku. Okrył go kurtką, nieco poprawił i zaczął spokojnie wychodzić z parku, czasami odzywając się do swojego towarzysza.
Ot, dwie osoby na spacerze, tyle że jednak spędzała go jadąc na wózku.

Kilka dni później odbywał się pogrzeb.
Zamordowano syna ważnej persony w światku przestępczym, co samo w sobie było dość niepokojące.
Dodatkową ciekawostką był fakt, że mafiozo nigdy nie opuszczał bezpiecznej fortecy, wyszedł tylko teraz, jednak z taką ochroną, że nikt nie byłby wstanie podejść.
Ksiądz mówił swoje przemówienie nad grobem, do której właśnie wkładano ciało, tłum osób stał patrząc w trumnę, mafiozo przeklinał cicho, przysięgając na wszystkie świętości, że znajdzie mordercę, gdy...
Bomba ukryta w ciele eksplodowała z głośnym hukiem, kula ognia pochłonęła najbliżej stojących, odłamki masakrowały tych, którzy stali dalej.
W dzwonnicy pobliskiego kościoła siedział ukryty niedoszły inwalida, obserwując tę scenerię i uśmiechając się z okrucieństwem.


Dzisiaj...
Nie, to nie może być prawda! Nie po tylu latach ciężkiej pracy nad sobą.
Ksiądz stał nieruchomo, patrząc na pokonanych przez siebie przeciwników i przepraszał, chociaż sam nie wiedział kogo.
Wreszcie padł na kolana i zaczął się modlić, bo tylko to mu przychodziło do głowy.
Jednak modlitwa nie niosła odkupienia, ani ukojenia.
Nie wiedział co ma robić, chciał wyć i zabijać...
Nie! Nie zabijać! Na pewno tego nie chciał, nie mógł tego chcieć!
I nie mógł być podniecony!
Ale był... Chciał coś teraz rzucić przed siebie i zerżnąć porządnie. Zawsze po walce był rozbudzony a tyle lat minęło od ostatniego razu.
Jednak...
Wzrok padł na bezdomnego a duchowny chwycił się jednej myśli, jak tonący deski.
Zrobił to dla niego i teraz musi sprawdzić, czy nic mu nie jest.
Wstał więc i podszedł do weterana, starając się, aby na jego twarzy nie było widać żadnych emocji, chociaż gniew, pożądanie i chęć walki nadal z niej niestety nie znikły.
- Dasz radę wstać? Zrobili Ci coś poważnego? - Spytał lekko drżącym głosem i kucnął przy bezdomnym, aby zobaczyć, czy nie ma poważniejszych ran.

_________________
Póty Twe ciało razem z duszą żyją, póki się Twa głowa nie pożegna z szyją...

Bestiae sumus, ut non bestiae simus.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Heikki

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 20/06/2014
Age : 27

PisanieTemat: Re: Heikki&Skorpion   Pon Lip 07, 2014 3:38 pm

Podziw dla zdumiewających umiejętności kapłana mieszał się ze strachem o własne życie, tym większym, gdy zobaczył postawę kapłana po walce. Pragnienia malujące się na jego twarzy były czymś, co trudno pomylić. Gniew. Głównie gniew. Obnażony i wyeksponowany przed oczami Harlowa. Nie było w spojrzeniu kapłana skruchy, jedynie gniew. Prawdziwy, dotąd stłumiony, przeszywający do szpiku kości. Autentyczny.

Całe ciało Harlowa drżało i nie chodziło jedynie o odniesione rany, zapewne jakieś wewnętrzne uszkodzenia, stłuczenia i otarcia. O krew którą czuł w ustach ani o brak sił na wykonanie choćby najmniejszego ruchu. Nawet na utrzymanie się na nogach.

Siedział na ziemi ze spuszczoną głową i zamkniętymi oczami. Oddychał ciężko, klatka piersiowa unosiła się i opadała. Wyglądał żałośnie. Pokonany włóczęga... Bezdomny. Kto go będzie żałował? Prawdopodobnie nikt. A jednak, nawet jeżeli to nie empatia kierowała kapłanem, pomógł mu. Jakie to dziwne, obce uczucie.

Harlow nigdy by tego nie przyznał, ale już kiedyś spotkało go coś takiego w tym miasteczku. Pamiętał to bardzo mgliście, bo wcześniej walczył i solidnie oberwał. Pojawił się przed bramą, gdy staruszek prowadził mszę. Nie śmiał wejść. Nogi same zaprowadziły go pod próg, aby ugiąć się pod ciężarem słabego ciała. Usiadł na schodach i czekał, chyba przysnął, bo nawet nie zauważył, kiedy tłum wiernych minął go, oddalając się, plotkując i szepcząc między sobą. Staruszek obudził go, potrząsając za ramię, a Harlow spojrzał na niego tak żałośnie, tak beznadziejnie słaby... Pokonany.

Teraz sytuacja wydawała się identyczna. Może z wyjątkiem tej przerażającej aury duchownego. Pożądającej, niepohamowanej i zdolnej zdobyć to, czego pragnął kapłan. Kim był dla niego biedny włóczęga bez wsparcia? Ranny i upokorzony, chociaż te walki uznawał za swoją mocną stronę, a obronę wiernych za obowiązek. Zawiódł nawet w tym...

Harlow chciał odsunąć się od kapłana, ale nie bardzo miał siły. Jego ciało było takie obolałe. Jedyną rzeczą, jaką chciałaby teraz zrobić, to zasnąć, jednak duma mu nie pozwalała.

- Raczej wątpię, duchowny - oznajmił, unosząc głowę. - Nic, czego nie zrobiliby już wcześniej. Tym razem tylko potrójnie - zaśmiał się, ale to zdecydowanie nie był dobry pomysł.

- Ksiądz... Ksiądz właśnie załatwił trzech - oświadczył, wskazując na ciała przeciwników.

Lekkie ukłucie zazdrości o umiejętności przeszyło Harlowa. Zaraz jednak opamiętał się, wspominając walkę. Jak długo musiał trenować, jak wprawnym zabójcą musiał być ten człowiek, żeby móc wykonać tak niezwykły pokaz. Harlow przyglądał się przez chwilę kapłanowi, aby po chwili dźwignąć się na nogi.

- Jestem wdzięczny. Nie wiem. - Wzruszył ramionami. - Może dałbym sobie z nimi radę - uśmiechnął się sztucznie.

Spojrzał krytycznie na samego siebie. Ledwo stał na nogach, podczas gdy kapłan nie wyglądał, jakby miał zadyszkę. Uczucie zazdrości pojawił się znowu, ale odgonił je.

- Ksiądz nie powinien się angażować w walki. Staruszek obiecał to szefom - wyjaśnił.

Ten incydent mógł pociągnąć za sobą dalsze konsekwencje wobec kościoła.

- Może lepiej będzie, jeżeli pomyślą, że to ja? I tak mnie nienawidzą. Chcą nawet zabić - zaśmiał się nerwowo. To nie było zabawne. - Lepiej, żeby duchowny wrócił na plebanię. Nikt im nie uwierzy, że pokonał ich kapłan, a ludzie wolą się nie udzielać - tłumaczył w pośpiechu.

Musiał oprzeć się o ścianę, żeby nie upaść. Jeżeli duchowny wyczuje, że był w naprawdę kiepskim stanie... Co zrobi? Zabije go jako jedynego świadka, który może mówić? Czy zostawi go jak inni samemu sobie?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Skorpion
Postać zawieszona
avatar

Liczba postów : 496
Join date : 13/01/2014

PisanieTemat: Re: Heikki&Skorpion   Czw Lip 10, 2014 9:29 am

- Ale ja nie chcę... - Powiedział markotnie chłopczyk, mający na oko jakieś dziewięć lat, który szedł właśnie do czarnego samochodu.
Jednak nikt tego nie usłyszał a nawet jeśli tak by się stało, to i tak nikt by nie zareagował.
Malec dostał pewne zadanie, miał je wykonać. Swoje pierwsze zadanie.

Grupka dzieciaków biegała po lesie, bawiły się w chowanego, w podchody, berka.
Okres wakacyjny już trwał, wielu rodziców wysyłało swoje dzieci na kolonie, aby tam odpoczęły od szkoły i pobawiły się z rówieśnikami.
A przy okazji dały odpocząć swoim rodzicom.
Sądząc po roześmianych buziach i wesołych okrzykach od czasu do czasu, maluchy się naprawdę dobrze bawiły.
Wreszcie zebrały się w jednym miejscu i coś przez długi czas omawiały.
Potem była wyliczanka i wreszcie jeden dzieciak zasłonił oczy, licząc cicho, reszta rozbiegła się szybko.
Dwójka odbiegła nieco dalej i zaczęła się wspinać na wysokie drzewo, po namowach młodszego, że przecież nie są już przedszkolakami, więc dadzą sobie radę a tu ich nikt nie znajdzie.
Ukryli się w gałęziach, zasłonili liśćmi i czekali...
Do momentu, gdy młodszy powiedział cicho.
- Nie chcę... - Ale bez przekonania w głosie, wyraźnie się poddając i mocno kopnął kolegę, zrzucając go drzewa.
Krótką chwilę obserwował jak ten spada, wreszcie samemu szybko zszedł na dół i dobił chłopaka.

Niedługo potem, w gazetach pojawiła się informacja o tragicznej śmierci syna jednego z miejscowych mafiozów. Podobno podczas zabawy w chowanego wszedł samemu na wysokie drzewo, ale niestety spadł z niego skręcając sobie kark.
Przykre...


Dzisiaj...
Gdy bezdomny powiedział o tym, że ksiądz sam załatwił trzech bandytów, ten odwrócił wzrok z wyraźnym wstydem i skruchą.
Gniew i adrenalina powolutku opadały z duchownego, coraz większy był wstyd, że stracił nad sobą kontrolę, coraz bardziej robił sobie wyrzuty, że wdał się w tę bójkę.
Ale, przy tej okazji, cieszył się, że kogoś mógł uratować.
Do tej pory zabijał, przynosił cierpienie, teraz przynajmniej uratował tego mężczyznę.
I nie miał zamiaru go tak zostawić tutaj.
Skoro już mu pomógł, to chciał doprowadzić sprawę do końca.
- Chodź ze mną. - Powiedział i pomógł bezdomnemu wstać. Oczywiście przytrzymał jeśli była taka potrzeba.
- Umyjesz się, zobaczymy czy nie masz jakiś poważniejszych uszkodzeń. - Dodał i w wolną rękę wziął swoje zakupy.
Na stwierdzenie, że nie powinien zareagować, że kościół jest miejscem neutralnym, pokręcił lekko głową.
- Nie mogłem nie zareagować. Poza tym, jakby na to nie spojrzeć, oni mnie zaatakowali a ja się tylko broniłem. - Delikatny uśmiech pojawił się na króciutką chwilę na jego twarzy, gdy to powiedział.

_________________
Póty Twe ciało razem z duszą żyją, póki się Twa głowa nie pożegna z szyją...

Bestiae sumus, ut non bestiae simus.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Heikki

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 20/06/2014
Age : 27

PisanieTemat: Re: Heikki&Skorpion   Czw Lip 10, 2014 4:43 pm

Mieszane uczucia wobec kapłana powodowały rosnący ból głowy. Harlow chciał, żeby duchowny zrezygnował z oferty wsparcia w go w jakikolwiek sposób, ponieważ wiedział, że wizyta na plebani skończy się kolejnym kazaniem staruszka odnośnie wdawania się w niepotrzebne bójki i obrywania za niewinnych, choć nikt nie prosił Harlowa o wsparcie. Przez staruszka przemawiała dziwna i kłopotliwa troska, tak trudna do zaakceptowania. Harlow dobrze o tym wiedział i starał się unikać sytuacji, kiedy staruszek widział go kiepskim stanie. Teraz tym bardziej nie mógł pokazać mu się na oczy, kiedy sprowokował jednego z jego kapłanów do ataku i to całkiem skutecznego ataku... to znaczy obrony. Ciekawe czy staruszek poznał historię nowego duchownego. Był na tyle wyrozumiały w stosunku do swoich... podpieczonych, nie zdziwiłoby Harlowa, gdyby okazało się, że znał ciemną stronę kapłana.

- Niestety, muszę odmówić duchowny - zaśmiał się, chociaż sprawiło mu to ból. - Mógłbym jeszcze bardziej księdza narazić na ponowny atak, a tego staruszek by mi nie darował - wyjaśnił.

Tak naprawdę zależało mu jedynie na zwiększeniu dystansu między nimi, oddalenia się od tej złowrogiej aury. Nieco opadła i Harlowa nie przeszywały ciarki na samą myśl o stawieniu czoła takiemu przeciwnikowi, ale nadal nie czuł się bezpiecznie w towarzystwie kapłana.

- Jeszcze raz dziękuję za pomoc - oznajmił, odwracając się. Zmierzał w kierunku doków, tam czasami przeczekał burzę, wylizał powierzchownie rany i wracał następnego dnia. Teraz zależało mu jedynie na porządnym śnie. Jeżeli tylko nie straci przytomności po drodze, powinien stracić do doków za kilka minut.

Gdy mijał wejście do kwiaciarni zastał tam obserwującą go kobietę. Zwróciła jego uwagę ciepłym, zmartwionym spojrzeniem.
- Czy my się znamy? - zapytał, nie mogąc powstrzymać ciekawości.

Skinęła głową, ale nie odezwała się.

- Skąd? Kiedy cię poznałem?

Zainteresował się, ale kobieta nie udzieliła żadnych wyjaśnień. Wskazała jedynie na duchownego, a może na kościół. Trudno stwierdzić. Harlow wiedział jedno... Zanikający kontakt z rzeczywistością nie oznaczał niczego dobrego. Zachwiał się, zatoczył, a potem już leżał na ziemi z zamkniętymi oczami. Nawet nie poczuł zderzenia z ziemią, jedynie twardą, płaską i chropowatą powierzchnię dotykającą jego twarzy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Skorpion
Postać zawieszona
avatar

Liczba postów : 496
Join date : 13/01/2014

PisanieTemat: Re: Heikki&Skorpion   Pią Lip 11, 2014 12:25 pm

- To jak? Powiesz mi, gdzie on jest? - Spytał się ciepłym, wręcz przyjaznym głosem młody mężczyzna z ciemnogranatowymi oczami.
- Spierdalaj! Nic Ci nie powiem pierdolony śmieciu!! - Ta odpowiedź, która padła ze starszego mężczyzny, była trochę niekulturalna.
Można by to jednak wybaczyć, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że młodszy mężczyzna trzymał linę, która była zarzucona o grubą gałąź i na niej wisiał właśnie ten osobnik, któremu brakowało ogłady.
Dodatkowym wytłumaczeniem zapewne był fakt, że był całkowicie nagi, w środku lasu, z pociętymi nogami i przy okazji, wisiał nad dużym mrowiskiem.
Nie dotykał go wprawdzie, ale krople krwi spadały już na mrówki, które zbiegały się w coraz większej ilości.
Reakcja młodszego mężczyzny była tak jakby przewidywalna.
Wprawdzie starszy był dość ciężki, dodatkowo został unieruchomiony metalowymi prętami i linami, aby się nie wierzgał i nie przeszkadzał mrówkom w ich powolnej pracy, ale młodszy miał trochę krzepy, więc spokojnie, bez pośpiechu, opuścił swoją ofiarę niżej, tak, aby jej stopy znalazły się w mrowisku.
Krzyki szybko zaczęły przeradzać się we wrzaski, ale na młodszym nie sprawiało to żadnego wrażenia.
Wręcz przeciwnie, aby zwiększyć te doznania, opuścił mężczyznę niżej, tak że do kolan znalazł się w mrowisku a tam cała armia mrówek powoli pożerała jego nogi żywcem.
Przerażenie, ból, cierpienie, rozpacz były widoczne na twarzy starszego, buzia młodszego była obojętną maską, jedynie te granatowe oczy były pełne nienawiści i czystego okrucieństwa.
Dla nikogo nie było chyba zaskoczeniem, że wreszcie ofiara się złamała i krzycząc błagała o wyciągnięcie, obiecując, że powie wszystko.
I tak też się stało. Gdy starszy mężczyzna został uniesiony do góry, lina przywiązana do drzewa a nogi z grubsza otrzepane, opowiedział nie tylko to, co młodszy chciał wiedzieć, ale też historię swojego życia, że jego dwunastoletnia córka jest jeszcze dziewicą i może ją oddać a przy okazji gdzie poukrywał wszystkie swoje kosztowności.
Cóż... Na koniec, młodszy miał go puścić, więc też to zrobił.
Ciało starszego wpadło całe do mrowiska, niszcząc je wprawdzie, ale przynajmniej dając tym pracowitym robaczkom zapas pożywienia na długi okres.
A młodszy, wsłuchując się w te dzikie wrzaski, spokojnie ruszył w stronę samochodu, aby kontynuować swoją zabawę z kimś innym.


Dzisiaj...
Narazić księdza na ponowny atak... Bo to by faktycznie straaasznieeee przestraszyło duchownego.
Co najwyżej by żałował, że nie wyszła mu ta praca nad sobą, odkupienie win i inne tego typu rzeczy.
No i oczywiście ksiądz zostawi potrzebującego, któremu już i tak zaczął pomagać.
Raczej pójście do kościoła spokojnie, jakby się nic nie stało, nie wchodziło w rachubę.
Jedyną dobrą rzeczą jaką weteran zrobił, było stracenie kontaktu z rzeczywistością.
W tym momencie nie mógł już zgłaszać obiekcji, więc ksiądz, wzdychając lekko, podniósł bezdomnego i ruszył z nim do kościoła.
Zapewne był to dziwny widok, ale to duchownemu nie przeszkadzało zupełnie.
Jedynie ten smród... Ksiądz, za czasów, gdy był raczej wcieleniem antychrysta, nie znosił bezdomnych, teraz jednego niósł.
Pewnie jednak dlatego, gdy już dotarł do parafii, jedną z pierwszych rzeczy jakie zrobił, było rozebranie weterana i dokładne, chociaż delikatne, umycie go. Nawet mu lekko włosy i zarost przystrzygł.
Przy okazji walcząc z usilnym pragnieniem spalenia tych ubrań.
Trochę czasu minęło, ale w końcu udało się.
Bezdomny, w miarę czysty, zabandażowany, jeśli była taka potrzeba, leżał w normalnym, może troszkę zbyt twardym, łóżku i w przyjemnie pachnącej pościeli.

_________________
Póty Twe ciało razem z duszą żyją, póki się Twa głowa nie pożegna z szyją...

Bestiae sumus, ut non bestiae simus.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Heikki

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 20/06/2014
Age : 27

PisanieTemat: Re: Heikki&Skorpion   Sob Lip 12, 2014 7:45 pm

Niepokój. Strach. Zwątpienie. Zdrada. Ból. Smutek. Wypalenie. I gdzieś, pośród tych wszystkich uczuć, Harlow pamiętał tlącą się nadzieję na lepsze jutro.

Pośrodku tego piekła, krzyków i wrzasków cierpiących, umierających dzieci, kobiet i mężczyzn. Niewinnych, skazanych na śmierć za samo istnienie w nieodpowiednim czasie i miejscu. Pamiętał jeszcze swoje własne współczucie dla ofiar zamachów bombowych, empatię, próbę zrozumienia ich bólu i bolesną świadomość, że wychowany w spokojnym państwie, gdzie jedynymi konfliktami były walki na ulicach między bandami chuliganów, niekiedy demonstrantami a policją, nie rozumiał strachu i bezsilności tych ludzi. Im częściej bywał świadkiem śmierci i cierpienia, tym większa wzbierała w nim niechęć i złość, przeradzające się w nienawiść, która ostatecznie ustąpiła obojętności. Gdy powrócił do kraju, powracając do rzeczywistości i zasilając szeregi bezrobotnych weteranów, których jedynym zajęciem było wspominanie pobytu w wojsku i próba naprawienia zniszczonej, roztrzaskanej psychiki z pomocą nic nierozumiejących, irytujących kiedyś bliskich osób.

Harlow przebudził się. Szeroko otwarte, czujne oczy rejestrowały otoczenie, uważnie wypatrując wszelkiego zagrożenia, jednak zamiast tego zauważył siedzącego nieopodal kapłana. Napięte mięśnie boleśnie się spięły na widok duchownego, ale Harlow starał się pozostać spokojny i zrelaksować, sądząc, że takiego zachowanie może udobruchać kapłana.

- Czy duchowny... Czy duchowny mnie przyniósł na plebanię? - zapytał Harlow, łącząc fakty, mimo kilku wyraźnych luk w pamięci. - Staruszek dowiedział się o... bójce? Nie chciałbym go niepokoić - odezwał się rzeczowo, nie mogą dłużej utrzymać wzroku na kapłanie.

Przesunął palcami po nagim ramieniu. Z dziwnym przeczuciem odsunął koc, żeby upewnić się, że ciężar, jaki czuł na piersi i rozgrzewał jego skórę, to bandaż. Białe paski materiału wyglądały jak fragment ubrania, ale w rzeczywistości Harlow był nagi. Zupełnie nagi.

- Kapłanie... Rozebrałeś mnie i... opatrzyłeś? - zapytał zaskoczony Harlow.

Zupełnie ignorując fakt, że udzielono mu pomocy, choć tak tego nienawidził. Czuł się wtedy słaby i bezużyteczny, ale ponad te wszystkie uczucia, obawiał się okazać duchownemu jawną niewdzięczność.

- Umyłeś mnie... - szepnął, rozpoznając świeży, tak dziwnie obcy zapach wokół siebie. - Gdzie są moje ubrania? - dociekał dalej, jakby sytuacja wcale nie była absurdalna i krępująca, tylko stanowiła element codzienności Harlowa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Skorpion
Postać zawieszona
avatar

Liczba postów : 496
Join date : 13/01/2014

PisanieTemat: Re: Heikki&Skorpion   Nie Lip 13, 2014 8:45 am

Kino, premiera jakiegoś nowego filmu.
Film ten był przeznaczony raczej dla młodzieży, dlatego też nikt się nie dziwił, że z sali wychodziły całe grupki nastolatków. Nie wielu dorosłych było, ale też się zdarzali.
Wśród wychodzących była jedna para, trzymająca się, z pewną nieśmiałością, za ręce.
Dwoje szesnastolatków.
Nie wysoki, ale z wysportowaną i umięśnioną sylwetką chłopak, z jasnoniebieskimi oczami i ciemną burzą włosów, oraz szczuplutka blondyneczka, o dość delikatnej i uroczej urodzie.
Najwyraźniej film im się bardzo podobał, bo z ożywieniem o nim rozmawiali, patrząc się na siebie typowym dla zauroczonych nastolatków cielęcym spojrzeniem.
Jednak, gdy wyszli z kina, oczy chłopaka zmieniły się.
Kątem oka dostrzegł samochód z przyciemnianymi szybami i momentalnie oczy mu pociemniały i zwęziły się.
Szybko zaczął się tłumaczyć swojej towarzyszce, wreszcie pocałował ją czule na pożegnanie i wsadził do taksówki, zanim samemu skierował swoje kroki w stronę samochodu.

Noc, nagi chłopak siedział w ciemnościach, starając się w jak największej ciszy, znaleźć coś na komputerze.
Przeszukiwał, sprawdzał pliki, wreszcie uśmiechnął się zadowolony. Jest! Ma to czego szukał... Jeszcze tylko trzeba to zgrać na palucha...
- Kochanie..? - Dobiegł go głos kobiety, która przed chwilą spała w pokoju obok. Najwyraźniej poczuła, że jej kochanka nie ma przy niej i zaczęła go szukać.
- Już idę! - Szybko zerwał się i zaraz stanął w drzwiach sypialni, patrząc na łoże, gdzie leżała naga, mająca jakieś pięćdziesiąt lat właścicielka tego kobiecego głosu.
- Przyniosłem Ci drinka... - Wskazał na szklankę i ruszył w jej stronę.
- Bo zaraz mam zamiar się Tobą zająć... - Mruknął podając jej naczynie i gdy ona wypiła zawartość, wślizgnął się do łóżka, aby kochać się z nią namiętnie, tak jakby to była ostatnia noc w jej życiu.
Cóż... Zważywszy na to, że drink był zatruty, to była ostatnia noc w jej życiu.



Dzisiaj...
Ksiądz, gdy skończył zajmować się rannym, samemu wziął prysznic, zimną wodą, aby ta ochłodziła go i przebrał się w normalne ubranie, sutannę zostawiając do wyprania.
Potem już wpatrywał się w śpiącego bezdomnego, ponurym spojrzeniem mu się przyglądając, aż ten się obudził.
Pominął pytanie, czy przyniósł tego mężczyznę na plebanię.
W końcu odpowiedź była oczywista.
- Nie dowiedział się. - Odpowiedział cicho ksiądz, przybierając swój tradycyjny, pokorny wyraz twarzy.
Nie odpowiedział też na to pytanie i opatrzeniu bezdomnego.
To też było oczywiste, poza tym nawet krótkie stwierdzenie mogłoby zostać uznane za chwalenie się a to dla pokornego człowieka na jakiego się obecnie ksiądz stylizował, było niedopuszczalne.
- Ubrania się moczą... - Z trudem stłumił w sobie chęć powiedzenia, że powinno się je spalić i ledwo co udało mu się ukryć pewną odrazę na myśl o tym, o jakich ubraniach mówili.
Zaraz też się podniósł i podszedł do łóżka.
- Jak się czujesz..? - Spytał z troską w głosie, nachylając się nad mężczyzną.

_________________
Póty Twe ciało razem z duszą żyją, póki się Twa głowa nie pożegna z szyją...

Bestiae sumus, ut non bestiae simus.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Heikki

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 20/06/2014
Age : 27

PisanieTemat: Re: Heikki&Skorpion   Sob Lip 26, 2014 8:21 pm

Harlow spuścił wzrok zakłopotany zaistniałą sytuacją. Nie zamierzał przyjmować pomocy, w dodatku od człowieka, który tak dziwnie się zachowywał. Wszystkie uśpione instynkty samozachowawcze Harlowa uaktywniły się na samą myśl, że ktoś tak niebezpieczny znajdował się w pobliżu. Jedynie kilka kroków, a on leżał w łóżku bezbronny i obolały. Gdyby jeszcze dodać do tego fakt, że zawdzięczał temu człowiekowi życie... Sytuacja stawała się nieciekawa. Musiał jakoś zaradzić temu kłopotliwemu uczuciu.

- Jeżeli mogę zadać osobiste pytanie, ojcze?... - zagadnął. - Jak na duchownego jesteś bardzo dobrze wyszkolony. Czy służyłeś może w armii?

Bezpiecznie będzie zapytać o coś takiego niż wysunąć przypuszczenie, że ksiądz zajmował się zabijaniem na zlecenie albo pracował dla tajnych służb. Może wszystko ranem i nic z tych rzeczy jednocześnie? Może to wyobraźnia Harlowa próbowała wytłumaczyć sobie fakt, że czuł się przy duchownym niekomfortowo jak przy żadnym innym człowieku od bardzo dawna?

- Nie chciałbym okazywać niewdzięczności, ale zaskoczyło mnie, że ksiądz... Potrafi tak dobrze walczyć - wytłumaczył, spuszczając wzrok, żeby nie spotkać spojrzenia duchownego, po tym jak z roztargnieniem uniósł głowę.

Dopiero po chwili dotarło do niego, że duchowny zadał jakieś pytanie. Pokręcił głową, syknął z ból pod wpływem zbyt gwałtownego ruchu, zaraz wypominając sobie, że nie powinien w jego towarzystwie okazywać słabości.

- Czuję się dobrze. Mogę już wstać i... nie obarczać księdza opieką nade mną - wyjaśnił Harlow i nawet uniósł koc, ale w porę zorientował się, że przecież nie ma nic na sobie, a jak zauważył duchowny, jego ubrania... prały się?

- Jeżeli ksiądz nie miałby nic przeciwko... - zagadnął, przełykając z trudem własną dumę. Bądź co bądź zamierzał poprosić o przysługę. - ... Czy mógłbym jeszcze chwilę tutaj odpocząć? Może... dopóki moje ubrania nie wyschną? - zapytał formułując słowa.

Nie śmiał poprosić o nowego ubranie. Nawet ktoś teoretycznie tak wspaniałomyślny jak duchowny nie będzie się dzielił osobistymi rzeczami z bezdomnym. Możliwe, że na plebani znajdowała się jakaś stara garderoba dla potrzebujących, ale... czy wypadało o nią prosić? Czy odważyłby się wysnuć taką prośbę. To kolejna słabość, kolejny powód do patrzenia na niego z pogardą i dystansem...

- Tylko chwilę, ojcze. Zapewniam. Przed wieczorem zniknę z plebani - zapewnił, choć, gdyby to od niego zależało, zniknąłby jeszcze przed wypowiedzeniem tych słów.

Teraz czekał, jak zareaguje duchowny. Harlow przez cały czas unikał jego wzroku, opuszczał go lub odwracał, wodząc spojrzeniem po pokoju. Czy to nie wystarczający dowód na to jak zawstydzony się czuł? Powinien się opanować i zebrać w garść. Co się z nim działo w towarzystwie tego człowieka? Najpierw przez niego popadł w zadumę, następnie stracił koncentrację i został pobity, a teraz nie odważył się nawet unieść wzroku. Czy to duchowny tak na niego wpływał? Jak? Dlaczego?

Harlow naprawdę nie rozumiał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Skorpion
Postać zawieszona
avatar

Liczba postów : 496
Join date : 13/01/2014

PisanieTemat: Re: Heikki&Skorpion   Sro Lip 30, 2014 8:30 am

Ponure pomieszczenie, dość dobrze na szczęście oświetlone, było świadkiem "korepetycji", jakich nieczęsto udziela się dzieciom.
Materiałami do nauki były zwłoki, leżące na stole, przy którym stał "korepetytor".
Postawny mężczyzna w brudnym fartuchu. Wyglądający jak rzeźnik.
Zresztą, trzymał w ręku nóż rzeźnicki, więc pomijając te zwłoki, faktycznie można by było uznać, że taki jest jego fach.
"Uczeń", mający tak na pierwszy rzut oka jakieś siedem lat, stał z niepewną miną obok.
Faktem jest, że ten dzieciak miał już do czynienia z trupami.
Niecałe dwa lata temu sam się przyczynił do powstania kilku.
Tamto jednak to było co innego.
Oczywiście to nie była jego pierwsza "lekcja", no ale nikt chyba nie wymaga od takiego malca, aby swobodnie się zachowywał przy zwłokach?
Zresztą może to nie o trupa chodziło, ale o to, co należało z nim zrobić i jakie wspomnienia się z tym wiązały.
Dzieciak dostał nóż i miał go wbijać w miejsca wskazane przez mężczyznę.
Miał się przyzwyczaić do tego uczucia przebijania ciała, miał zobaczyć jak nóż w ciało wchodzi, które miejsca należało trafić, aby zabić, które, aby tylko zabolało.
A gdy chłopak to robił, siłą rzeczy przypominał sobie swój pierwszy raz, co samo w sobie nie było miłe, szczególnie, że zaraz wspominał swoją rodzinę i jej tragiczny koniec.


Dzisiaj...
Na pytanie, czy służył w armii, ksiądz zareagował zmieszaniem.
Nie bardzo wiedział co dokładnie powiedzieć, jak odpowiedzieć.
- [b]Owszem, służyłem i zostałem wyszkolony. - Powiedział w końcu, z lekkim wahaniem.
Miał nadzieję, że bezdomny uzna, że ksiądz służył w armii i tam był wyszkolony, w końcu nawiązał swoją odpowiedzią stricte do tego zdania.
Nie można też powiedzieć, żeby ksiądz skłamał, bo w końcu faktycznie był szkolony i musiał służyć.
Po prostu nie rozwinął tego tematu, ale chyba nikt mu się nie dziwi..?
- Ale to dawne dzieje. Teraz staram się nieść pomoc i spokój ludziom. - Dodał szybko, nie mając do końca pojęcia czemu to zrobił.
Za to z ulgą przyjął zmianę tematu.
- Oczywiście, że możesz zostać jeszcze przez jakiś czas. Niedługo będzie obiad, przyniosę Ci też jakieś ubranie, abyś miał się w co odziać, zanim Twoje wyschnie. - Teraz już odpowiadał spokojnie.
Jednak, pewne rzeczy nie dawały mu spokoju.
Wprawdzie był w tym mieście już jakiś czas, ale nie wiedział za dużo o tych wojnach gangów i całej reszcie tego co się dzieje na ulicach.
A przecież to jego też w jakiejś mierze dotyczyło.
I wcześniej, bo działo się blisko niego a były zabójca nie był wstanie usiedzieć spokojnie, nie wiedząc jakie zagrożenia się wokół pojawiają.
I dlatego, że dotykały one wiernych, którzy przychodzili do niego po opiekę.
A teraz dodatkowo dlatego, że samemu w jakiejś mierze się zaangażował w jedną z tych bójek.
Oczywiście wierni opowiadali co jakiś czas o tym co ich spotykało, ale nie dawało mu to pełnego obrazu.
- Czemu oni chcieli Cię zaatakować? - Spytał nagle, cicho, chociaż przed chwilą chciał już wyjść z pokoju i nie patrzeć na człowieka, przez którego pośrednio stracił panowanie nad sobą.

_________________
Póty Twe ciało razem z duszą żyją, póki się Twa głowa nie pożegna z szyją...

Bestiae sumus, ut non bestiae simus.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Heikki

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 20/06/2014
Age : 27

PisanieTemat: Re: Heikki&Skorpion   Pią Sie 01, 2014 8:50 pm

Harlow skinął.

- Rozumiem, ojcze. Ja też służyłem, ale wolałbym o tym nie rozmawiać. Nie ma do czego wracać - skłamał.

Nie zamierzał dzielić się swoimi problemami z duchowym, nawet jeżeli mogli dzielić podobne traumy. Nauczył się radzić sobie z własnymi demonami, koszmarami na jawie i wspomnieniami bez pomocy osób pośrednich. Po części zmusiła go do tego duma, po części starał się zachować twarz przed przestraszonymi ludźmi. Mimo że nim gardzili, zaczynali śmielej chodzić do kościoła, o kiedy pojawił się w okolicy. Co sprowadzało go do odpowiedzi na pytanie duchownego.

- Nie mnie powinien ksiądz pytać o takie sprawy. Staruszek lepiej się orientuje. Ja jedynie sprawiam kłopoty - podrapał się po głowie, w zamyśleniu ignorując sposób, w jaki przyglądał mu się duchowny. - To ma związek z krzyżującymi się tutaj interesami kilku większych grup przestępczych, ale nie znam szczegółów. Nie interesują mnie - stwierdził.

Czasami zdarzało mu się kłamać, nawet duchownemu. Tak właściwie to się interesował i to dużo, ale nic to nie pomagało, a jedynie stwarzało nie chciane kłopoty. Ograniczył się jedynie do używania mięśni, głowę zostawiając do innych celów.

- Zwykle to jacyś przypadkowi... ludzie. Nie potrafią się bić i machają pięściami na oślep. Ich szefowie nie lubią staruszka, ale nic mu nie zrobią, dopóki się nie wtrąca w ich interesy, ale wiernych... odstraszają wiernych, żeby nie dawali datków i wypędzili pazernego duchownego - prychnął, wiedząc tylko tyle, ile mówił mu staruszek.

Westchnął. Chyba za dużo powiedział.

- Powinienem sobie darować, skoro ksiądz się tutaj pojawił. Jak ksiądz uważa? - zainteresował się Harlow.

Sam nie wiedział, co o tym myśleć, może rozmowa z duchowym pomoże? Nadal się go obawiał i odczuwał strach. To te uczucia rozwiązały mu język, ta złowroga aura... Chciał się jednak dowiedzieć o nim czegoś więcej, żeby móc spokojnie powiedzieć, że zostawił wiernych w dobrych rękach.

Czy był gotowy ruszyć dalej w świat?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Heikki&Skorpion   

Powrót do góry Go down
 
Heikki&Skorpion
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next
 Similar topics
-
» Podręcznik do Wróżbiarstwa
» Skorpion :)

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Yaoi Gakuen :: Off top :: Odpisz mi, Stefan! :: ∎ Historie-
Skocz do: