IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Gregor & Cyprien

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Cyprien

avatar

Liczba postów : 27
Join date : 15/06/2014

PisanieTemat: Gregor & Cyprien   Pon Cze 16, 2014 4:12 pm

Nie przypuszczałby, że kiedykolwiek zasiądzie na dole w jednej z sal akademii sztuki. Właściwie nigdy tego nie pragnął, to nie było mu potrzebne. Miał swój talent i nie potrzebował ocen, które mogłyby go złamać. Tworzył to, co kocha, wedle tego jak czuje. Brzydził się malowaniem na zamówienie. Wszak on był artystą. Artystą przez duże A. Miał zachwycać, a zachwytu nie da się uchwycić w taki sposób. Nie da się stworzyć arcydzieła gdy nad karkiem wiszą oczekiwania. By tworzyć, trzeba czuć, a aby czuć trzeba być wolnym. Lubił swoją wolność i brak ograniczeń i kiedy już poznał tego smak, nic nie mogło go zmusić do zboczenia z obranej drogi.
Leniwie rozejrzał się po sali. Popiół i kurz. Puste, ślepe istnienia podążające za kanonem. Każdy sądzi, że jest wyjątkowy, a tak naprawdę powielają schematy. To napełniało go żalem. Nie czuł się lepszy przez swoje poczucie swobody, ale na pewno czuł się inny. Właściwie nie tylko tu... Prawdopodobnie więc nigdy nie pojawiłby się w tym miejscu, gdyby nie... on. Ten ktoś, kto wciąż sądził, że jest w stanie go zmienić... Próżne nadzieje. Na jego widok Cyprien uniósł lekko podbródek i uśmiechnął się. Skrzyżowali spojrzenia. Iskra porozumienia wymieszana z kpiną.
"Przyszedłeś."
"Wątpiłeś?"
Poprawił się na krześle nonszalancko podpierając policzek smukłą dłonią. Opuszką małego palca przesuwał po dolnej wardze rozchylonych ust. Ciepły blask wczesnojesiennego słońca rozgrzewał mu plecy i rozpalał iskry pomarańczu we włosach.
Być może dla zebranych nie dostrzegalny był uśmiech wykładowcy i jego spojrzenie, które zawisło na dłużej własnie na Cyprienie. On zaś widział. Odebrał je, było wszak tylko dla niego.
Mimo pozornego porozumienia, słowa Josepha nie trafiały do młodego malarza. Nudził się, męczył, ale tylko dla obietnicy przesiedział cały wykład, choć nie okazywał zainteresowania. Wszystko o czym tu mówiono było mu znane. Może nie w tak czystej formie, ale to wystarczyło by czuł się pewnie.
Zniechęcony, chwycił porzuconą na blacie stolika torbę. Widział jak Joseph kiwa na niego dłonią i rzeczywiście już podnosił się by do niego pójść. Chciał mu podziękować, że spróbował zachęcić go do nauki nawet jeśli z góry skazane było to na niepowodzenie. W pół ruchu, wyczuwając czyjąś obecność zrezygnował z gwałtownego podniesienia się. Bezmyślnie odwrócił głowę... spoglądając wprost w złote, kocie oczy nieznajomego. To chwila, ledwie drgnięcie rzęs, ale Cyprien miał wrażenie, że trwa wieczność. Jak żył, nigdy nie widział takich oczu. Tak beznamiętnego spojrzenia. Tak... przenikliwego.
Jego własne oczy otworzyły się szeroko, a twarz wygładziło subtelne zaskoczenie i żywy zachwyt. Ten ostatni mógł być onieśmielający, a nawet obraźliwy jeśli wziąć pod uwagę, że ów nieznajomy nie życzyłby sobie takiego spojrzenia od mężczyzny. Były jednak w życiu Cypriena takie chwile w których się nie pilnował. Nienawidził udawać, nienawidził tłamsić w sobie uczuć. Czymże złym jest podziwianie piękna? Szczególnie tak nieuchwytnego? Dlatego... Chciał zatrzymać to spojrzenie, chciał, chciał... chciał je uwiecznić! Tę barwę! Szafran i bursztyn. Miód przydymiony siarką i... nutą złota. Musi to zapamiętać, albo...
Biel kartki, która została mu podana, odwróciła uwagę od twarzy nieznajomego. Cyprien odebrał ją machinalnie i spojrzał na rysunek, a gdy już to zrobił umysł zalała mu fala podekscytowania. Widział siebie tak pięknie nagiego. Słodko naturalnego. Widział swoje znudzenie, niemal znów je czuł, ale teraz inaczej. Zostało mu ukazane w tak niesamowity sposób. Teraz był widzem... Ale cóż to? Ptak? Martwy... gołąb. Martwy gołąb?
Nie widział swoich drżących palców, które nieśmiało dotykały ciemnych linii. Nie był świadomy zachwytu jaki wymalował się na twarzy. Taki bezwstydny... Nieostrożny opuszek tknął niezastygłą jeszcze smugę atramentu. Mężczyzna gwałtownie uniósł dłoń i roztarł szarość na wszystkich palcach. W głowie wykwitła barwna interpretacja, interpretacja, której chciał zaprzeczyć.
Nim głębia tworu w końcu wypuściła go z objęć, anonimowy artysta już opuszczał salę. Wyswobodzone spojrzenie Cypriena dostrzegło jego plecy, które znikają za framugą i nikną w mieszaninie obcych istnień.
Nie!
Mężczyzna poderwał się przewracając krzesło, które oburzyło się hukiem. Nie odwrócił się by je podnieść. Nie dostrzegł zaskoczonej twarzy wykładowcy. Popędził przez salę, wpadł między ludzi i nie zważając na niezadowolenie potrącanych osób, dopadł do nieznajomego. Kiedy wyminął go i stanął z nim twarzą w twarz, smukła dłoń zacisnęła się na jego przedramieniu. Długie palce za chwilę zwolniły uścisk i drżąc przesunęły się po materiale koszuli, muskając opuszkami skórę prawej dłoni mężczyzny. Cyprien nie zdawał sobie sprawy z tego co robi. Spojrzenie utkwione miał w twarzy nieznajomego. Spojrzenie pełne zapewne niezrozumiałej przez Gregora radości i pasji.
- Mylisz się. Niczego w sobie nie tłumię. Gołąb nie powinien być martwy. - wypalił na jednym tchu. Podniósł splamione atramentem palce do twarzy nieznajomego. Drżały. Nie dotknął go, ale musnął powietrze tuż nad linią jego szczęki zostawiając widmo dotyku bardziej wyraźne niż gdyby rzeczywiście ich ciała się zetknęły. Zostawił obietnicę.
Jego własne rozchylone usta rozciągnęły się w uśmiechu.
- Nie należę tutaj. Chodź. Chodź, pokażę ci. Gołąb nie jest martwy!
Z beztroską dziecka ujął jego dłoń i pociągnął między przepływającymi wokół ludźmi. Byli tylko widmem na które nie zwracał uwagi. Ledwie statystami. Cyprien czuł jak serce wyrywa mu się z piersi. Znał to uczucie, uwielbiał je. Ekscytacja. Iskra zapowiadająca płomień. Zacisnął palce na dłoni nieznajomego jakby trzymał ją już tysiące razy. Tak jakby nigdy jej nie puszczał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gregor
Melancholik
Germanista
Nauczyciel filozofii
avatar

Liczba postów : 1323
Join date : 13/01/2014

PisanieTemat: Re: Gregor & Cyprien   Sro Cze 18, 2014 8:14 pm

To co działo się od kilku lat z jego życiem było beznadziejne. Leammiele zapętlał się w chorym układzie. Był beznadziejny. Uwierzył, że nie jest mu przeznaczone szczęście, że mechanizmy społeczne u kogoś takiego (beznadziejnego!) jak on działają inaczej niż u reszty ludzi, przez co niemożliwe jest obopólne zaspokojenie potrzeb, nawiązanie całkowitego porozumienia. Ale skoro nie całkowitego, to chociaż te więzy, które stworzyć umie, będzie eksplorować i wykorzystywać dopóki nie wysączy z nich ostatniego tchnienia estetyzmu i atrakcyjności, dopóki się nie znudzi. A gdy się znudzi, co potem? Och, nie ważne! Na razie jest młody, pełen pasji, pełen (beznadziejnego!) zatracenia. Zasady moralne nie istnieją, istnieje estetyka. Ryzyko. Głód doznań. Pochłaniać, pochłaniać! Dopóki się nie zachłyśnie i opity opadnie na dno, nie próbując nawet się ratować. Gregor nie umie pływać.
Bul, bul, ból.

Obiecał sobie, że we Francji da upust swojemu romantyzmowi, poddając się atmosferze Paryża. Stwierdził, że skoro zostaje tu tylko na chwilę, na semestrową wymianie studentów, to co mu szkodzi? Nawet jeśli kiedyś wróci w te rejony to czy zostanie rozpoznany? Wątpliwe, a nawet jeśli, ha! Postara się o to, by to ewentualni świadkowie wstydzili się i żałowali, że to nie oni spędzali czas tak intensywnie. On więcej się wstydzić nie będzie. Już nie. On utopi się świadomie, z podniesioną głową. On będzie wobec siebie szczery. Jak zwierzęta.
'Was tust du? Was fühlst du? Was bist du? Doch nur ein Tier!'

Dlatego był tu – i naprawdę nie ważne, gdzie to 'tu' było dokładnie. Ważne, że nie siedział samotnie w hotelu. Tym razem wrócił na uczelnię po zajęciach, bo zainteresował go temat dodatkowych warsztatów. 'Zapraszamy na... blablabla, prowadzone przez Blabla Blablabla, dotyczące malarstwa współczesnego, blabla teoretycznego i praktycznego zastosowania blablabla'. Początkowo wszystko wyglądało ciekawie, jednak Gregor szybko stwierdził, że chyba jego rozumienie obcego języka jest gorsze niż sądził. On tam widział słowo 'praktyczne zastosowanie', a tymczasem... oooch, niech ich wszystkich szlag jasny trafi! Najwyraźniej nie stanowiło różnicy, w jakim kraju mieściła się szkoła, kadra nauczycielska miała problemy z rozróżnianiem teorii od praktyki w równym stopniu. Hm... Właśnie. Ciekawe czy we wszystkich dziedzinach życia. Jako przyszły nauczyciel był bardzo zainteresowany tym zagadnieniem. Może to jakaś choroba zawodowa? Ha! Będzie tym, który jej się nie ugnie. Praktyka, praktyka, praktyka, biczys!
Oczywiście widział, że nie tylko on czuł się, jakby przybył w niewłaściwe miejsce, widział innych znudzonych uczniów, przez co trudnej było mu się zmotywować do jakiegoś skupienia. Ech, ciężkie życie studenta, doprawdy ciężkie i sromotne. Musiał zająć czymś ręce, dlatego rozejrzał się i zaczął szkicować w notatniku to, co pierwsze rzuciło mu się w oczy, a co wypaczyła bujna wyobraźnia. Sylwetka. Mężczyzna, oczywiście, że mężczyzna. Nagi. Gregor nie odmówił sobie tej estetycznej przyjemności rysowania nagiego mężczyzny. Postać z kreski na kreskę coraz bardziej przypominała tę siedzącą nieopodal Leammiele'a. Najwyraźniej przyszły filozof zamierzał puścić wodze fantazji i zajrzeć pod ubranie nieznajomego nawet go nie dotykając. Gdy uświadomił sobie, że bazgrze akurat jego, postanowił zwyczajowo wręczyć rysunek modelowi, bo czemu nie zastosować tej sztuczki? I tak zapamięta rysunek, zapamięta sytuację i skojarzenia z nią związane. Musiał się postarać. Chciał obrazić nieznajomego. Poruszyć go. Zszokować.
Ach, ci artyści...! Model był zdecydowanie znudzony. Cierpi. Marnotrawi czas. Mógłby spędzić go produktywniej. Mógłby stworzyć jakieś dzieło albo dokonać przełomowego odkrycia, które miałoby kolosalny wpływ na całe jego życie, tymczasem ślęczy tu niemal bezproduktywnie. Serce krwawi. Gołębie serce.
Aha! I tak oto na biurku przed nieznajomym pojawił się gołąbek z wyciągniętymi do nieba nóżkami, chirurgicznym skalpelem wbitym w serduszko (chirurgiczna precyzja zniechęcania młodych teorią wykładaną na uniwersytetach!) i flaczkami rozwleczonymi po blacie. Cóż. Zostało jeszcze jakieś trzydzieści minut, dlatego Leammiele mógł jako-tako dopracować szczegóły. Dorysował kilka ziarenek, które wypadły z żołądka truchła. Na odwrocie dopisał 'Taube. Herz.' i w jedną z liter wkomponował swój podpis. Gotowe.
Pozostawało tylko wręczyć prezent ofierze i oddalić się prowokując reakcję i jednocześnie uciekając od niej, gdyby była jakaś niepożądana. Po twarzy dostać nie chciał...
Gdy prowadzący zakończył tyradę, Leammiele wstał, grzecznie zasunął za sobą krzesło, wrzucił notatnik i pióro do torby, po czym po prostu podszedł i wręczył nieznajomemu kartkę. Wolał patrzeć mu w oczy stojąc nad nim, niż na rysunek, oby tylko odwlec sam moment, gdy chłopak spojrzy na dzieło. Był zaskoczony widząc wyraz jego twarzy. Spodziewał się niezrozumienia, oburzenia, tymczasem został obdarowany czymś w rodzaju wyrazu zachwytu? Zauroczenia? Nie, nie. Leammiele, ty i ten twój egocentryzm. Ty i twój brak umiejętności rozszyfrowywania mimiki. Jednak wychodząc z sali, poczuł jakiś rodzaj satysfakcji.
Trzy.
Usłyszał trzask przewracającego się krzesła.
Dwa.
Usłyszał, że ktoś wybiega z sali i kieruje się w jego stronę.
Jeden.
Zatrzymał się i dał wyminąć. Taka reakcja mu się marzyła. Nie wyszarpnął się ani nie cofnął. Teraz, gdy stali przed sobą bez przeszkody w postaci biurka, Leammiele miał bardziej dogodną pozycję do przyjrzenia się twarzy chłopaka. W mgnieniu oka uznał, że jest to ten typ świra, który cholernie go pociąga. Przy takich ludziach mógł wpadać w swoje skrajności: mógł być lodowaty albo gorący, a reakcje i tak były pięknie. Tacy ludzie byli jak instrumenty, dało się z nimi czynić cuda, wystarczyło wprawnej ręki, wyobraźni i pasji.
Cóż za dziwne spotkanie. Zacisnął zęby, czując jego dotyk. Nie, nie, źle. Delikatniej. I wolniej. Bez pośpiechu. I nie tu. Za dużo ludzi. Za dużo zapachów i aur mieszających się. Cała ta rozpraszająca kakofonia głosów... Jednak mimo tego poczuł ten charakterystyczny dreszcz na skórze. Na pewno dostał gęsiej skórki. I jak do tej pory jego twarz pozostawała naturalnie enigmatyczna, tak teraz uśmiechnął się nieprzytomnie i powoli, powili pozwolił powiekom się przymknąć. Jak pięknie... ! Czuł się jak na haju. Chciał go pocałować, chciał wpić się językiem w jego usta. Chciał rozetrzeć dłonią pot na jego plecach. Chciał zetrzeć kroplę śliny z kącika jest ust. Chciał słyszeć jego głos bliżej własnego ucha. Chciał czuć wibracje dźwięku na własnej skórze. Chciał by nieznajomy lizał jego blizny. Chropowaty język.
Otworzył oczy dopiero, gdy został ponownie pochwycony. Był całkowicie świadomy tego, co robi, co się z nim dzieje, gdzie jest, gdzie był, jak to może wyglądać w oczach przechodniów, na co ma ochotę, że nie powinien wdawać się w takie relacje... Wiedział też, że wszelkie przeczucia i głos rozsądku ostrzegające go przed zapadanie się w tego nieznajomego odesłał na same dno piekieł, by odnalazły go dopiero gdy sam tam trafi.
([...]'G.: Do czorta! Właśnie! By klękać przed nim i kopyta całować…
S.: …ssać skórę na wnętrzach ud, język siarką słodką psować…
'[...])
Sam zacisnął palce na dłoni Francuza i szedł za nim lekko się osiągając. Mężczyzna musiał co jakiś czas go pociągać, inaczej Leammiele zatrzymałby się i zrobił... nie wiadomo co. Haha! Musiało to wyglądać komicznie lub wręcz upiorne, bo Gregor wymyślił sobie, że będzie udawać kogoś niespełna zmysłów (bardziej niż na co dzień), co wychodziło mu całkiem realistycznie. Szedł chwiejąc się, jakby zaraz miały się pod nim nogi ugiąć, czasem musiał łapać równowagę dotykając ściany, błędnie wodził oczami po przechodniach, ocierał się o nich, potrącał, dostał nawet niezdrowych wypieków na policzkach. Nagle przyspieszył kroku i dopadł do pleców nieznajomego, przewieszając ramię na jego ramieniu niczym ranny, umierający żołnierz. Poległ w walce z Fatum!
Beznadziejnie!

_________________


______________________
[głos: 1 & 2][słowozbiory]
Grafika: chwilowo brak. Jeśli chcesz porozmawiać o muzyce i sztuce albo o filozofii to zapraszam. Mogę też postawić Ci kawę. Ale uprzedzam: gryzę, po prostu to lubię. Gdybym nagle zniknął i długo nie wracał, nie pozwalam, by ktokolwiek kiedykolwiek przejął postać Gregora.
______________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cyprien

avatar

Liczba postów : 27
Join date : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Gregor & Cyprien   Sro Cze 18, 2014 10:38 pm

Żadnych wyrzutów sumienia, żadnych myśli, które mogłyby go ograniczać. Słodka swoboda! Lekkość i uwielbiona ekscytacja! Teraz gdy trzymał w dłoniach to delikatne ziarenko nie miał zamiaru wyrzucać go za siebie. Z premedytacją beznadziejnie romantycznego nieszczęśnika wepchnął je palcem głęboko w serce by zapuściło korzenie i wykiełkowało nawet jeśli wyrośnie trującym bluszczem. Niech oplecie go, niech oplecie jego! Niech truje, dusi! Byle tylko w żyłach czuć tę słodycz ekscytacji!
Uśmiech. Bogowie!
Serce zabiło mu mocniej, niemal boleśnie. Nie posiadał się z radości. Wtedy bowiem, widząc ten rozkosznie błogi grymas, wszystkie cienie wątpliwości zostały rozwiane. Mógł być sobą. Mógł cieszyć się tym i cieszyć tym jego. Z resztą, Cyprienowi wystarczyło to jedno spojrzenie przez które i tak nie mógłby spać, całymi nocami tonąc w płynnym złocie, próbując wylać na płótno choć namiastkę tego co czuł. Teraz miał przy sobie i oczy i ich tajemniczego właściciela. Mógł... wszystko. Właśnie to czuł. Że może wszystko!
Prześlizgiwał się miedzy ludźmi nie puszczając pochwyconej dłoni. Zbyt podekscytowany, nie zwrócił uwagi na zabiegi nieznajomego. Trzymał go mocno, jakby od tego zależało jego życie, albo życie... muzy. O nie martwił się po stokroć mocniej. Kiedy ostatnio czuł coś równie niesamowitego i nagłego? Czy to w ogóle możliwe, tak to czuć? Wiedzieć to po jednym spojrzeniu? Och tak! Możliwe! Pięknie realne!
Ciężar spadł mu na ramiona niespodziewanie. Westchnął zaskoczony. Blisko. Bardzo blisko. Przez materiał koszuli czuł dotyk szczupłego ciała, jego fakturę. Żebra, biodro. Z przyjemnością pozwolił ciepłu wlać się w żyły. Pragnienie chwyciło go za krtań. Tak blisko... ale wciąż za daleko. Nieznośne.
Zatrzymał się i oplótł ramieniem plecy towarzysza zaciskając dłoń na jego boku. Bliskość, ciepło, ciężar... Zapach... Jaką woń miały jego włosy? A ciało? Obrócił twarz, czubkiem nosa niemal dotykając jego policzka. Przymknął oczy i wypełnił płuca zapachem. Zapachem rozgrzanych perfum i tytoniu. Tusz? Biblioteczny kurz? Wiśnia...? Nie wiedział jak wiele z tych woni było tylko jego interpretacją, a ile faktycznie otulało ciało nieznajomego, ale to nie miało znaczenia. Gorący od emocji oddech osiadł na skórze Gregora, kiedy drżąc wydobył się z rozchylonych ust Cypriena. Sekundy. Ledwie sekundy, ale jakże intensywne! Przez chwilę nawet kontemplował wykrój jego ust pozwalając sobie na bezwstydne pytania. Jak smakują? Czy pozwoli mi spróbować?
Zadrżał wyraźnie, ale pragnienie wyciągnięcia swego Natchnienia z morza klonów, wygrało z nagłą, dławiącą chęcią dotknięcia miękkiej skóry bez niepotrzebnej bariery ubrań.
Wspierając go swoim ciałem powiódł schodami ku górze, ignorując ciekawskie spojrzenia studentów. Oczy malarza widziały już tylko cel ich wędrówki i paletę pełną jedynie żółtych farb.
Kolejne stopnie, coraz wyżej, bliżej, coraz... ciszej. Z rozchylonych warg francuza uciekał przyspieszony wspinaczką oddech. Z każdą minutą coraz wyraźniejszy gdy w oddali niknęły głosy uczniów. Właściwie... nie był pewny czego dokładnie pragnie w tym momencie. Chciał tylko dać upust emocjom w Jego obliczu. Uczynić Go ich przyczyną. Niech zapłoną. Wybuchną.
Szczyt schodów powitał ich zamkniętymi, dwuskrzydłowymi drzwiami. Jedną z klamek szczodrze owijał podrdzewiały łańcuch z rozpiętą kłódką. Cyprien, do tej pory obejmujący swego towarzysza, lekko wyswobodził go ze swoich objęć. Z uśmiechem szczerej radości pchnął skrzydła, które zawtórowały skrzypnięciem, i wypadł na zewnątrz w otwartą przestrzeń. Uderzył w nich chłodny północny wiatr pachnący ostatnimi letnimi promieniami. Rozwiał włosy, potargał koszulę, porwał do góry niemal pustą, lnianą torbę i zagłuszył śmiech. Przed nim rozciągała się ciemna połać dachu, a za nią widok na przy akademicki park pyszniący się zielenią i pierwszym złotem jesieni.
Złoto...
Młody malarz odwrócił się spoglądając na towarzysza. W tym świetle, gdy wiatr rozwiał Gregorowi włosy, a światło rozpaliło oczy... wydał się Cyprienowi niesamowicie majestatyczny, wyniosły. Wyraźne linie, ostre kontury. Głeboka czerń i kontrast. To spojrzenie...
- *Mes Chrysopes Corbeau... - Wiatr niemal zagłuszył miękki głos - ...Voler avec moi.
Uśmiechnął się łobuzersko by dosłownie chwilę po tym odwrócić się i puścić biegiem przed siebie. W ostatnim momencie rozłożył ręce niczym skrzydła i skoczył w przestrzeń niknąc za brzegiem dachu.
Wiatr po raz drugi w niego uderzył. Przez chwilę czuł, że wzniesie się. Do chmur i wyżej, wyżej!
Nogi poskarżyły się bólem kiedy niezgrabnie wylądował piętro niżej. Nawet się nie skrzywił. Od razu zadarł głowę do góry ciekaw czy Kruk skorzysta z zaproszenia. A jeśli nie? Rzucił asekuracyjne spojrzenie na starą drabinę opartą o ścianę, która była jego jedynym sposobem na wyjście z miejsca w którym się znalazł. Wejść mógł zawsze tak, jak zaprezentował. Jeśli nie, gotów był po niego iść i... błagać. Błagać o choć jeszcze jedną chwilę w której będzie mógł na niego patrzeć. To wystarczy... ale jakże przyjemnie było czuć jego ciepło.


*Mój Złotooki Kruku. Leć ze mną.

_________________
„Zaufaj tylko warg splotom,
bełkotom niezrozumiałym,
gestom w próżni zawisłym,
niedoskonałym.”
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gregor
Melancholik
Germanista
Nauczyciel filozofii
avatar

Liczba postów : 1323
Join date : 13/01/2014

PisanieTemat: Re: Gregor & Cyprien   Sob Cze 21, 2014 7:59 pm

W gregorowej głowie jeszcze pojawiały się myśli w stylu: czy naprawdę trafiłem na kogoś takiego? A może tylko udaje, może chce sobie ze mnie zakpić?, jednak szybko rozpryskiwały się, jak kruche szkło, uderzając o ścianę ciekawości. Nie dowiem się dopóki nie spróbuję.
Uwiesił się na mężczyźnie dla zabawy, wciągając się w odgrywaną rolę, jednak reakcja Francuza pozbawiła go wczucia. Zapomniał o chwiejnym kroku i braku równowagi. Sam się zatrzymał, znów przybierając perfekcyjnie prostą sylwetkę. Co robisz? Nie od razu wpadł na poprawną odpowiedź, być może za bardzo wytrącała go z równowago cała ta atmosfera i podekscytowanie. Trudno było mu się na czymkolwiek skupić, nie lubił tego stanu.
Dyszał przez otwarte usta. Po jakimś czasie tchawica zaczynała palić go z każdym oddechem coraz bardziej, przez co wpadł w specyficzny nastrój, a właściwie pozwolił swojemu nastrojowi ewoluować. Z ekstrawertycznego szaleństwa w głębokie wariactwo.
Cóż, kiedy on tak naprawdę ostatnio...? Cyprien mógł wszystko. Gregor nie mógł nic. Czy to możliwe, by tak czuć? Możliwe. Pamiętał ostatni raz szaleństwa, pamiętał osobę, z którą (przez którą, za którą) szalał. Wiedział, że dla większości ludzi każda kolejna fascynacja jest w jakimś stopniu pierwszą, bo uczucia zostają przykryte pierzynką słodkiego zapomnienia. Och, to takie piękne! Nie wątpię. Nigdy w życiu nie czułem podobnie! Doprawdy?
Na szczęście, zanim na dobre się zmęczył, dotarli na górę. Francuz go zaskoczył. Drzwi? Na dach? Miał klucz? Och! Otwarte? Jeszcze dziwniej. A gdyby tak ktoś chciał się tu dostać z jakimiś niecnymi zamiarami? Porzucenie zwłok? Seks? Dewastacja budynku? Samobójstwo? A po co ten tu przylazł? Po co go tu przyprowadził? Czy któreś z powyższych podejrzeń jest trafne?
Leammiele trzymał się kilka metrów za mężczyzną, idąc wolno i zatrzymując się już po czterech krokach. Nieznajomy nie mógł wiedzieć, że Gregor kocha wysokość i że bezruch i pozorna obojętność jest spowodowana natłokiem wrażeń, zachwytem. Feeria emocji. Sprzeczności. Czuł się taki mały... Rzucił szybkie spojrzenie na horyzont, potem po kolei, od prawej do lewej przyglądał się temu, na co zwrócił największą uwagę, jednak bez wahania przestał, gdy natrafił spojrzeniem na sylwetkę młodego mężczyzny. Zmarszczył brwi i podszedł krok w jego stronę. Bratnia dusza? Słowa, które zaraz usłyszał utwierdziły go w tym specyficznym nastroju. Lecieć? Oto był tu z obcym, którego obecność nagle tak intensywnie wwiercała się w jego świadomość! Oto chciał go poznać! Chciał między sercem a mózgiem rozrysować schemat jego istnienia! Co powinien rozumieć? Co powinien czuć!? Jak bardzo powinien się powstrzymywać, by nie nauczyć się go zbyt szybko...? By zbyt szybko się... nie znudzić? Chce się nim cieszyć i smakować. Chce czuć niedosyt tak długo, jak to możliwe, nawet jeśli wymknie mu się to spoza kontroli – w końcu będzie musiał wrócić do Austrii. Kilka miesięcy... Ale czy to naprawdę zajmie im tak długo? Czemu myśli o miesiącach, gdy to może skończyć się już, tu, teraz, w tym momencie.
Gdyby miał czas, pewnie podobne myśli zalałyby jego głowę, jednak został pozbawiony okazji sprawdzenia tego. Już-już chciał zbliżyć się o kolejny krok, ale stanął jak wryty. Jasne było, co pierwsze pomyślał. Zabił się. Rzucił się. Chciał światka. Gołąb jest martwy dopiero teraz. Rzeczywiście wcześniej żył. Zmówić modlitwę? Pójdę na jego pogrzeb? Zamknął mnie do więzienia? Skoczyć za nim? Och, bogowie...! Minęło kilka przeraźliwie długich sekund, zanim zorientował się, że zaraz po skoku usłyszał tupnięcie na niższej części dachu. Tak, Gregor, idioto. Tam jest dach. Wziął głęboki wdech. Dopiero teraz serce znów zaczęło mu bić. Wolno wypuścił powietrze przez rozchylone usta.
Gdy stanął w stabilnym rozkroku na skraju wyższej części dachu, był blady jak ściana. Chwilę patrzył na mężczyznę z jakimś wyrzutem, zimną pogardą, pretensją, potem zrzucił torbę z ramienia i nie zwracając uwagi na to, że mocno obiła się lądując piętro niżej, spojrzał w niebo. Obrócił dłonie wnętrzami do góry, potem powoli, majestatycznym ruchem unosił ręce coraz wyżej i wyżej, aż nad głowę. Zaczął poruszać palcami sięgając czegoś ponad sobą, jak leniwy kot albo zaspane niemowlę czujące obecność matki tuż ponad. Zamknął oczy, więc nie raziło go słońce, nie zwracał też uwagi na wiatr wiejący w twarz, podwiewający koszulę i tarmoszący włosy. Mógł wydawać się majestatyczny, jednak w obliczu takiej przestrzeni (i uczuć!) czuł się tak idealnie mały, tak prawdziwie nic nieznaczący, tak dosłowny. Wtedy Gregor pokochał szczerość.
Ile to trwało?
W końcu westchnął, opuścił ramiona i głowę i westchnął głęboko, nadal nie otwierając oczu. Ruszył się dopiero po chwili, spojrzał na mężczyznę pod sobą i kucnął, asekurując się dłońmi po obydwu stronach ciała. Wysoko. W takich chwilach żałował, że nie był bardziej wysportowany, jednak doświadczenie podpowiadało mu, że im dłużej zwlekał, tym wychodziło gorzej. Doświadczenie? A bo to raz wymykał się przez okno w tajemnicy przed matką? Nawet stosunkowo niedawno zdarzyło mu się uciekać nieswoim oknem trzy dni rzędu, co zawsze przysparzało więcej kłopotów i wymagało odrobiny kombinowania, jednak było możliwe. Nie sądził, że te wybryki szczenięcych lat na coś mu się przydadzą.
Nie miał lęku wysokości. Czy kiedyś przyjdzie mu patrzeć na świat z innego dachu i trzymając w jednej dłoni zegarek (co trzymał w drugiej?), odliczyć od trzynastu do zera?
Dwa. Jeden. Zero.
Ześlizgnął się i wylądował amortyzując w miarę zgrabnie, jednak nie dziwne, że poczuł ból w ścięgnach. Ał. Paliło, szczypało. Dobrze znał to uczucie. Zaraz przejdzie, musi tylko się skupić na czymś innym i ostrożnie ruszyć z miejsca. Krok za krokiem, wolno podążył przed siebie, w stronę Francuza, wpatrując mu się w oczy z pełnią powagi, jakby właśnie miało stać się coś ważnego, jakby nie było już odwrotu. Może właśnie tak było? Może mężczyzna trafił na gatunek bardzo, bardzo trującego bluszczu?

_________________


______________________
[głos: 1 & 2][słowozbiory]
Grafika: chwilowo brak. Jeśli chcesz porozmawiać o muzyce i sztuce albo o filozofii to zapraszam. Mogę też postawić Ci kawę. Ale uprzedzam: gryzę, po prostu to lubię. Gdybym nagle zniknął i długo nie wracał, nie pozwalam, by ktokolwiek kiedykolwiek przejął postać Gregora.
______________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cyprien

avatar

Liczba postów : 27
Join date : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Gregor & Cyprien   Nie Cze 22, 2014 11:59 pm

Czekał, choć chwile dłużyły mu się niezmiernie. Ciągnęły w nieskończoność, potęgując uczucie zawodu. Nie spostrzegł się kiedy rozczarowanie wbiło się pod paznokieć. Tępy ból.
Odwrócił wzrok od brzegu dachu, znów spojrzał na drabinę. Pójdzie za nim. Za tym niezwykłym nieznajomym. Obiecał sobie... Dlaczego więc się waha? Może dlatego, że wiedział już co będzie robił przez najbliższe dni. Gorycz rozczarowania przeleje na płótno razem z wciąż ściskającym za serce zachwytem. Zamknął oczy, a gdy znów je otworzył, patrzył w szybę uchylonego okna. Najpierw widział jedynie odbijające się w szklanej tafli drzewa i błękit nieba, ale wystarczyło na chwilę skupić wzrok, by dostrzec wnętrze i obrazy i sztalugi i kufer w którym trzymał wszystkie swoje drobiazgi.
Gołąb nie jest martwy... Jęknął w myślach, ale nim na dobre rzucił się w szpony rozczarowania, wiedziony przeczuciem, zadarł głowę. Westchnął. Ulga zmyła mu z twarzy wcześniej powstałą maskę zimnej powagi. Och, czemu się gniewasz? Zdawał się mówić niewinny uśmiech. Spójrz, stoję tu przed tobą, nic mi nie jest, a nawet więcej! Tak się cieszę, że cię widzę!
Rozłożył ręce zupełnie, jakby ofiarował mu swoje ramiona jako ratunek przed upadkiem. Zignorował rzuconą w dół torbę. Przyziemność nie miała nad nim władzy. Cała uwaga malarza skupiała się na mężczyźnie. Badała wszelkie szczegóły jakie odkrywał przed nią blask popołudniowego słońca. Biel skóry, refleksy w ciemnych włosach... Teraz nic mogłoby nie istnieć. Cały świat przestawał mieć znaczenie. Oto potęga zauroczenia!
Z chwilą, kiedy nieznajomy zaczął wznosić do góry dłonie, ramiona francuza spokojnie opadły wzdłuż ciała. Uśmiech znów zastąpiła powaga, a serce rozedrgało się niczym ptak uwięziony w klatce żeber. Pięknie... Obraz wyrył się w jego pamięci barwami, kontrastami, uczuciami... Kolory wyostrzyły się, a wiatr zdawał się zyskać niesamowitą wonią tuszu, kurzu i wiśni. Kruk. Oczami bujnej wyobraźni widział połyskliwe, czarne pióra skrzydeł strzelające w niebo. I już, już... oto wznosi się, pyszni pośród chmur! Cyprien nie był w stanie się poruszyć. To, co widział, urzekło go, omamiło bardziej niż wciąż trzymany w dłoni rysunek. Dzisiejszej nocy nie będzie spał i bez znaczenia, że i tak nie miał zamiaru. Teraz przybrało to inną formę. Będzie karmił się tym uniesieniem. Pozwoli sobie zapłonąć i spalić się do cna. Wypełni Nim głodną pustkę bezsensu, która w ostatnich dniach gasiła każdą iskierkę rozpalającą duszę. Sądził, że znów przyjdą dla niego pozbawione barw dni. Bał się tego. Nienawidził chwil w których pędzel drżał mu w dłoniach z bezsilności. Ale oto jest! Natchnienie i zbawienie!
Patrzył jak grawitacja ściąga ciało mężczyzny w dół. Nie tak to powinno wyglądać. Wyobraźnia zbuntowała się, lecz teraz nic jeszcze nie mógł na to poradzić. Zamiast tego patrzył jak mężczyzna łapie równowagę i wstaje. Jak rozczochrane przez wiatr włosy przesłaniają policzki i kradną oczom blask. Oczy... Kochał je. Pokochał je od pierwszej chwili w której dane mu było w nie spojrzeć. Była to jednak miłość zupełnie inna od tej, którą wyznają sobie kochankowie. Cyprien kochał je za piękno, kochał za spojrzenie, za chłód, który czaił się pod warstwą pozornie ciepłej barwy. Nie pożądał w sposób fizyczny. Może tylko pragnął duszy, nawet jeśli okaże się do cna zepsuta. Pragnął sprawić jej złotą klatkę, karmić, dbać, byle tylko móc upajać nią zmysły.
Kiedy nieznajomy skierował się ku malarzowi, atmosfera zrobiła się upojnie duszna. Poprzednia, podniosła, rozedrgała Cyprienowi serce, ale ta wlała w nie gorąc. Sprawiła, że w uwielbienie wdarło się kolejne uczucie. Fascynacja. I jak każde gwałtowne uczucie, także te Cyprien przyjął z radością nie przejmując się, że utrudni to wszystko, co miało się między nimi wydarzyć.
Choć spojrzenie miało moc by zatrzymać go w oczekiwaniu, nie czekał aż mężczyzna sam się zbliży. Przełamał chęć bierności. Wciąż nie odrywając wzroku od nieznajomego, pokonał ostatnie dwa kroki, które ich jeszcze dzieliły, by w końcu niemal przylgnąć do jego ciała. Tak naprawdę jednak wciąż dzielił ich ciała mur dystansu. Mogli jednak czuć już ciepło oddechów na wargach. Upajać się zapachem. Zajrzeć w oczy w taki sposób w jaki jeszcze nie było im dane. Z tak bliska widać było na policzkach francuza kilka zabłąkanych piegów, a zieleń oczu stała się wyraźniejsza i jaśniejsza. Spojrzenie zaś zyskało kilka iskier niefrasobliwości. Cyprien kończąc ruch, uniósł do góry dłoń, ale jak poprzednio, tak i teraz, palce nie dotknęły policzka mężczyzny. Zatrzymały się tuż nad nim i z czułością przesunęły ku dołowi na linię szczeki, a potem wyżej, aż zawisły nad ustami. Przesłonięte przez ciemne rzęsy oczy po raz wtóry badały wykrój warg. Cyprien chciał ich dotknąć, chciał poczuć ich miękkość na wrażliwych opuszkach palców. Chciał badać szorstkość policzka... Wpleść palce we włosy, ale zabraniał sobie. Przekornie odmawiał. Dużo słodsza była niewiedza, popychająca wyobraźnię do tworzenia uczuć i obrazów, które śmielsze były niż czyny. Więc nie błędnie było sadzić, że we wzroku, który spoczął na wargach nieznajomego, było pragnienie, lecz pięknie poskromione przez świadomość. Cyprien uśmiechnął się ciepło gdy powrócił do oczu mężczyzny. Wdzięczność z uwielbieniem tworzyła dziwną, niepokojącą mieszankę o ile tylko ktoś bał się takiego brzemienia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gregor
Melancholik
Germanista
Nauczyciel filozofii
avatar

Liczba postów : 1323
Join date : 13/01/2014

PisanieTemat: Re: Gregor & Cyprien   Pią Lip 25, 2014 2:15 am

Zatracenie było niebezpieczne, bo nie wymagało nawet próby podjęcia odpowiedzialności. To tak, jakby pilot zamknął oczy i prowadził samolot podczas wojennej zawieruchy na ślepo, wyobrażając sobie, że za nim jest zachodzące słońce, na prawo lazurowe morze, w tej chwili płonące odbitymi refleksami złota... A przed nim otwarty ląd, na którym gdzieś tam, hen daleko na pewno jest jego własny wymarzony dom, butelka starego wina, ganek i nieustający szept cykad. Czego więcej chcieć?
Bliskości.
Więc Leammiele zbliżył się lekko pochylając głowę, jednak czy zamierzał stracić panowanie nad własnymi skrzydłami, czy zależało mu jedynie na wytrąceniu sterów z dłoni tamtego?
A więc gołąb nie jest martwy?
Pomimo tego, że przed chwilą nie zetknął się z jego dłonią, przeniósł ciężar ciała na czubki palców i nie ubezpieczając się ramionami ani nie otwierając oczu, przechylił jeszcze bardziej. Zetknął się twarzą z materiałem koszuli nieznajomego studenta i wystarczyło, by lekko uniósł dłonie, aby oprzeć je na jego biodrach, lecza akurat nad tym się nie skupiał. Wdech. Zapach. Wydech. Ciepło własnego oddechu na ustach. Koniec. Odsunął się i skłonił dwornie (choć niepokornie, bo znów pochwycił jego spojrzenie), gestem wskazał otwartą przestrzeń. Chwycił jego dłoń. Splótł z nim palce. Ruszył.
Skoro nie jest, to zawsze może być.

_________________


______________________
[głos: 1 & 2][słowozbiory]
Grafika: chwilowo brak. Jeśli chcesz porozmawiać o muzyce i sztuce albo o filozofii to zapraszam. Mogę też postawić Ci kawę. Ale uprzedzam: gryzę, po prostu to lubię. Gdybym nagle zniknął i długo nie wracał, nie pozwalam, by ktokolwiek kiedykolwiek przejął postać Gregora.
______________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cyprien

avatar

Liczba postów : 27
Join date : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Gregor & Cyprien   Pią Sie 01, 2014 11:49 pm

Niemal jak... zwierzęta, które wciąż  były zbyt nieufne by posunąć się dalej, ale już skłonne walczyć z dystansem. Cyprien w uśmiechu odsłonił wszystkie zęby widząc w myślach obraz na którym porównał siebie i Gregora do psów. Czarnego i rudego. Patrzyły sobie w ślepia, wilgotnymi nosami trącały futro towarzysza, ale żaden nie obnażył kłów, żaden nie odsłonił gardła. Choć może zamiast psa powinien być kruk? Nie... psy były bardziej wymowne.
Nim dłonie Gregora spadły mu na biodra, a twarz dotknęła ciepłego materiału koszuli, wydawał się rozbawiony, może nawet szczęśliwy. Niestety dotyk zburzył dystans, który złośliwie pielęgnował i przyszedł z intensywnością, której się nie spodziewał. Jednak z wciąż błąkającym się na ustach uśmiechem mężczyzna westchnął cicho w odpowiedzi na taką bliskość. Nie odważył się zatrzymać swego towarzysza gdy zechciał się odsunąć, ale spoglądając mu w twarz, spojrzenie znów zyskało wcześniejsze ciepło. Skłonił powoli głowę jakby dziękował za wspólny taniec, bo dokładnie z tym skojarzył mu się dworski ukłon towarzysza.
Silny dotyk palców zaciśniętych na dłoni był zbyt nagły. Zaskoczenie odmalowało się na obliczu francuza, a w świadomość wdarło się ostrzeżenie, że oto właśnie ruszył ku własnej zgubie. Zbył instynkt samozachowawczy. W jego głowie kwitła inna myśl. To ostatni raz kiedy czuję tę dłoń w taki sposób? Już nigdy więcej mnie nie dotknie? Oczy zgasną, będą martwe? Wtedy zrobiło mu się żal. Nie chciał umierać.
Powietrze wdziera się w płuca, rwie ubrania i włosy. Gardło staje się tarką. Nie można przełknąć śliny. Ból... Niemal to czuł! Świadomość, że wystarczy jeszcze jeden krok była elektryzująca. Ramię w ramię. Bok przy boku. Dłoń w dłoni. Strach. Żal. Uniesienie. Co jest piękniejszego od nagłej śmierci? Mógł ją nazwać nagłą?
Nie.
Niestety nie można wytrącić steru komuś, kto nigdy nie miał go w dłoniach. Cyprien całe swoje życie był kołysany falami przypadku, szczęśliwych bądź nieszczęśliwych zdarzeń. Poddawał się im... przynajmniej do chwili w której przekonania nie wyrzuciły go na stały ląd. Z resztą, zawsze chętnie ponownie poddawał się przypływowi, teraz jednak, spoglądając w przestrzeń przed sobą, dotarł na brzeg. Zatrzymał sie na krawędzi i mocniej zacisnął palce na dłoni Gregora. Co z tego, że  wystarczyłby tylko jeden jego krok by obaj już na zawsze mogli być wolni. Cyprien nie chciał takiej wolności.
Cofnął się więc i przyciągnął Gregora do siebie. Nie bał się, nie był też już zaskoczony. Po prostu nie mógł pozwolić i sobie i jemu na coś takiego. Za bardzo pragnął doczesności by rozbudzać w sobie chęć śmierci.
- Nie umrę w taki sposób. - Pogodny uśmiech rozświetlił bladą, upstrzoną kilkoma piegami twarz. - Przynajmniej dopóki cię nie namaluję.
Nie puścił jego dłoni. Pociągnął go za sobą do uchylonego okna, zupełnie jakby chwila w której stanął na krawędzi dachu ściskając dłoń nieznajomego, nie miała na niego żadnego wpływu. Oczywiście miała, ale jeszcze będzie miał czas o tym rozmyślać. Teraz pragnął czegoś zupełnie innego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gregor
Melancholik
Germanista
Nauczyciel filozofii
avatar

Liczba postów : 1323
Join date : 13/01/2014

PisanieTemat: Re: Gregor & Cyprien   Wto Lis 18, 2014 2:18 am

I już. Poszli. Ruszyli. Idą. Ruch, ruch. Stagnacja oznacza śmierć. Poszli, przeszli, przeszłość. Przeminęli? Serce podeszło mu do gardła, czuł jak zaczyna bić coraz szybciej. Był gotowy albo raczej obojętny. Adrenalina doprowadzała jego krew do wrzenia, a mimo to zrobiło mu się zimno. Zatkały mu się uszy, do tego nawet czuł nacisk na klatkę piersiową jakby został przywalony śniegiem. To lawina. Leammiele ciężko oddychał i dygotał w środku, ale parł naprzód, krok za krokiem, na własne życzenie metr za metrem zakopując się głębiej. Szli. Przeminęli?
Nie. W pierwszej chwili przez to całe napięcie szarpnięcie nieznajomego odebrał opacznie. Skoczył, pociągnie go za sobą! Zacisnął oczy. Serce na moment przestało mu bić! Przeminęli!
Nie. Na oślep wczepił się wolną dłonią w ramię mężczyzny i trwał tak chwilę, spięty do granic możliwości, dopóki pierwsze wrażenie nie minęło. Zakręciło mu się w głowie gdy otworzył oczy, dlatego spuścił wzrok. Mdłości. Gdyby było trochę cieplej albo gdyby poczuł jakiś mocniejszy zapach, pewnie by ich nie powstrzymał. Przełknął ostrożnie ślinę i spojrzał na mówiącego. Zrozumiał go dopiero po chwili, gdy już był prowadzony w drogę powrotną. Uspokój się, uspokój, do jasnej cholery! Żyjesz, więc twoje ciało musi ci przypomnieć o tym, jak potrafi być wkurwiające, tak? Weź to opanuj, nie bądź ciotą. Już, uspokój się. Wracacie. Weź torbę. Nie zapomnij o tej torbie, weź ją. Dobrze, szybko. Jest brudna? Ale mi zimno. A on ma ciepłe dłonie. Ciekawe, w jakim stylu maluje. Oby nie był jednym z tych, którzy zapamiętale naśladują Matisse'a. Nie chcę mieć trzech palców i kociego nosa. Musze zapalić. I zapytać go kiedyś, co czuł chwilę temu. To co powiedział było naprawdę dobre. Podoba mi się, że to zrobił. Ciekawe, czy nie będę się nudzić. Ale tu wieje. Okno. Słychać rozmowy studentów. Tyle języków! Coraz lepiej szło mu przywoływanie się do porządku (ukradkiem strząchnął kilka płatków śniegu z ramion), ale dopiero teraz zaczął odreagowywać i odrobinę panikować, przez co nachodziła go chęć na gadanie o wszystkim, co tylko poruszone nerwy uznały za istniejące i godne świadomego zauważenia. Jednak milczał, pamiętał przecież, co obiecał sobie jakiś czas temu. Nie będzie się odzywać tak długo, jak to tylko możliwe. To jedno z tych niepotrzebnych wyzwań, a zarazem eksperymentów. Nie chce nabrać nieznajomego, że jest niemy, oczywiście, że nie! To byłoby idiotyczne! Był przekonany o tym, że mężczyzna szybko się zorientuje, o co Gregorowi chodzi... przynajmniej szybciej, niż znudzi mu się to całe zachowanie milczenia.
Do jego świadomości dotarła jeszcze jedna rzecz. 'Nie chcę mieć trzech palców i kociego nosa'. On chce mnie namalować. Znowu szybciej zabiło mu serce i to nawet nie przez ten maraton przez uczelnię nie wiadomo dokąd. Cholera, to było bardziej podniecające niż myślał. Do tej pory pozował tylko jednej osobie i wbrew pozorom wiązały się z tym dobre wspomnienia.
- Wohin wir... I mean... Eee... Gdzie idziemy? - w końcu wydusił z siebie po francusku, coraz bardziej zażenowany własnym akcentem i brakiem praktyki. Powinien ugryźć się w język! Zrobił to, tak, zrobił to teraz. Wiedział, że było za późno, ale potraktuje to jako nauczkę na przyszłość.
Ała.

_________________


______________________
[głos: 1 & 2][słowozbiory]
Grafika: chwilowo brak. Jeśli chcesz porozmawiać o muzyce i sztuce albo o filozofii to zapraszam. Mogę też postawić Ci kawę. Ale uprzedzam: gryzę, po prostu to lubię. Gdybym nagle zniknął i długo nie wracał, nie pozwalam, by ktokolwiek kiedykolwiek przejął postać Gregora.
______________________


Ostatnio zmieniony przez Gregor dnia Wto Lis 18, 2014 11:00 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cyprien

avatar

Liczba postów : 27
Join date : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Gregor & Cyprien   Wto Lis 18, 2014 5:28 pm

W porównaniu do swego towarzysza Cyprien zdawał się być nieporuszony zaistniałą sytuacją. Jeśli Gregor w tym momencie był rozedrganym liściem, malarz był konarem, który pomimo podmuchów wiatru uparcie nie pozwalał liściom opaść, a przecież... nadchodziła zima, która lodem wdzierała się przez gardło do serca. Francuz zadarł głowę. Chłodne, delikatne okruchy podrażniły mu policzki i mężczyzna ucieszył się jak dziecko. Pierwszy śnieg! To a pewno dlatego było tak zimno. Nawet tego nie zauważył, upływający czas nie miał nad nim kontroli jeśli tylko przestawał o nim myśleć, a teraz zdecydowanie nie chciał myśleć o przemijaniu.
Gdzieś w dole kolorowa masa ludzi wypłynęła przez główne drzwi uniwersytetu, ale ich głosy były stłumione, oddalone o lata świetlne. Tam gdzie szli, zawsze było cicho. Od lat nie korzystano z tej części budynku, który od kilku miesięcy był królestwem samozwańczego artysty. Tam właśnie zmierzali, do gniazda wciąż żywego gołębia, który teraz wybitnie potrzebował odrobiny bezpieczeństwa, tym bardziej, że przerażenie Gregora wcale mu nie pomagało.
Artysta drgnął na dźwięk głosu, jakiego na dobrą sprawę jeszcze nigdy nie słyszał. Nie przyszło mu nawet do głowy, że mężczyzna mógłby być niemy, ale druga opcja, bardziej prawdopodobna, też nie. W uszy ukuł go obcy akcent, niezrozumiałe słowa i w pierwszej chwili zachciało mu się śmiać. Jakże zabawnie by było, gdyby zmuszony był porozumiewać się ze swoją muzą w niewerbalny sposób! Myśli podsunęły mu pomysły na rozmaite kalambury i pantomimę, ale na próżno. Koślawy francuski, ale zrozumiał bez problemów. Odwrócił się na pięcie odsłaniając zęby w uśmiechu jakiego nie powstydziłby się rozbawiony siedmiolatek.
- Jesteś obcokrajowcem! - Zakrzyknął entuzjastycznie rzecz zupełnie oczywistą. Pokręcił głową z niedowierzaniem i szybko chwycił puszczoną dłoń. Tym razem przez jedyne otwarte okno na dobre zaciągnął mężczyznę do wnętrza budynku.
Pomieszczenie do którego trafili było ogromne, a może po prostu wydawało się takie, gdyż niewiele mebli wypełniało pustkę? Gdy zeskoczyli z niskiego parapetu znaleźli się w auli. Powyginany parkiet zatrzeszczał pod stopami, a w oddali cztery drewniane komuny rzucały długie cienie na przeciwległą ścianę w kolorze ecru. Wnętrze pachniało kurzem, starym drewnem wydeptanym przez miliony stóp i...farbami. Ten ostatni zapach był zasługą mieszkającego tu malarza i dziesiątek porozstawianych wszędzie płócien. Cyprien odetchnął znajomą wonią wykonując zamaszysty gest dłonią, niewątpliwie będąc dumnym ze swojego małego królestwa. Dłoń mu drżała, ale nie zwrócił na to uwagi. Rozejrzał się, jakby chciał towarzyszyć gościowi w oględzinach, choć nie wiele było tu do oglądania. Po prawej stronie, wgłębi, architekt usytuował scenę. Niestety nie można było od tak poznać, co kryje. Na straży wisiała stara, wypłowiała, czerwona kotara ukrywając wszystko przed wścibskimi oczami. Mimo to scena ze swoimi tajemnicami była niczym w porównaniu z pstrokacizną porozrzucanych rzeczy. Dopiero ta naprawdę przyciągała spojrzenie. Przestrzeń po środku, między dwiema kolumnami, Cyprien zaadoptował na swoją pracownie, a choć pozornie sprawiało to wrażenie bałaganu w istocie miało nieodparty urok. Kilkanaście tubek farb leżało w nieładzie wśród kilku rozrzuconych na parkiecie poduszek, zupełnie jakby francuz niedawno gościł grupę przedszkolaków i nie zdążył posprzątać. Drewniany kubek z kitą pędzli został porzucony koło nieskończonego dzieła i materaca niedbale posłanego brązowym kocem. Wielką, starą skrzynię na ubrania, (która pełniła rolę wezgłowia improwizowanego łóżka) w połowie przesłaniał lejący się, zielony materiał. Jeszcze wczoraj Cyprien wyciągnął go z przy scenicznego składziku z zamiarem wykorzystania jako rekwizyt. Nie zabrakło też wysokiego, barowego stołka szczodrze umorusanego kolorowymi plamkami i dziesiątek płócien poopieranych o ściany i kolumny czy też rozstawionych na kilku sztalugach. Z większości spoglądały nagie sylwetki kobiet i mężczyzn w sceneriach iście baśniowych. Akty wybijały się na tle teł bielą skóry i zmysłowymi pozami, a patrzenie na nie mogło onieśmielać jeśli tylko miało się za nadto cnotliwą naturę. Na zwieńczenie tego wszystkiego, gdzieś pośród artystycznego rozgardiaszu stał kobiecy manekin. Ktoś ubrał go w błękitną, balową suknię, której koronkowe ozdoby nadgryzł już ząb czasu. Patrzyła w przestrzeń namalowanymi oczami i poprawiała kapelusz z szerokim rondem naciągnięty na perukę ze złocistych włosów.
- Obecnie to mój dom. - Poinformował krótko i żwawym krokiem ruszył ku manekinowi. Pochwycił go za alabastrowy łokieć obracając się wraz z nim w kierunku gościa. - Proszę, poznaj Ginette, moją partnerkę do tańca. Ginette to jest Kruk.  Zaanonsował nie siląc się na pytanie gościa o prawdziwe imię, a przy mianu jakie mu nadał nawet się nie zająknął. - Bądź dla niego wyrozumiała, jest obcokrajowcem - szepnął jej na ucho, ale w ciszy wielkiego pomieszczenia słychać było nawet oddech, więc usłyszenie szeptu nikomu nie powinno sprawiać problemu. Szybko też porzucił nieruchomą Ginette, musiał przecież... Właśnie! Musiał się przygotować, musiał przygotować jego! Jakże się cieszył, że miał go tutaj. Nie uciekł i nie skoczył. Skok... Wspomnienie sprzed chwili chyba pierwszy raz tak naprawdę ścisnęło go za krtań. Nawet nie z powodu bliskości śmierci, a przerażenia jakie dostrzegł na twarzy swego towarzysza. Wciąż jeszcze widmo zaciskających się na ramieniu palców uwierało go w obojczyk. Czym to właściwie było? Przechylił głowę jak szczeniak nierozumiejący komendy właściciela, ale w efekcie nie odpowiedział sobie na to pytanie. Nie chciał myśleć o przemijaniu, tylko przemijanie chyba nie chciało dać mu spokoju.
Pochwycił chłodną dłoń i nie mówił już nic, bo jeśli obcokrajowiec naprawdę niewiele rozumiał z jego słów? Z resztą słowa nie były ważne.
Spojrzał mężczyźnie w oczy, te które wypełniały mu głowę tysiącem wizji i zmuszały wręcz, by chwycił za pędzel. Przez dłuższą chwilę po prostu patrzył, spijając złoto, pozwalając by zalało i rozpuściło kilka lodowych odłamków boleśnie wciskających się w serce. A jednak się bał. Po czasie. Zawsze tak było. Odkąd tylko pamiętał, dopiero gdy poczuł się bezpiecznie dopuszczał do siebie strach. Jakaś część tego uczucia odbiła się w twarzy malarza przygaszając rozpalone fascynacją spojrzenie. Źle do tego podchodził. Odetchnął płytko. Uśmiechnął się. Już dobrze.
- Usiądź, gdzie chcesz. - Poprosił używając najprostszych słów i wykonał dłonią gest obejmujący całe pomieszczenie. W gruncie rzeczy było mu obojętne gdzie gość usiądzie i tak scenerię miał w głowie. Potrzebował tylko jego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gregor
Melancholik
Germanista
Nauczyciel filozofii
avatar

Liczba postów : 1323
Join date : 13/01/2014

PisanieTemat: Re: Gregor & Cyprien   Pią Lis 21, 2014 2:30 am

Leammiele chyba sam był zaskoczony tym stwierdzeniem Cypriena. Obcokrajowiec? Pewnie! Nigdy nie przeszło mu przez myśl, by uznano go za Francuza. Po prawdzie też nigdy nie myślał nad tym, dlaczego na pierwszy rzut oka ktoś miałby stwierdzić: aha! nie jesteś stąd!, ale zawsze, gdy był w nowym miejscu, miał wrażenie, że wszyscy dookoła mają go za przyjezdnego. Ba! Za kosmitę. Tak, tak, u nas też jest herbata i też pije się ją w kubkach. Mamy nawet cukier! Z przyjemnością darował sobie tłumaczenie skąd jest i w jakim stopniu rozumie język. Przy nieznajomym te codzienne sprawy wydawały mu się tak banalne, że aż obraźliwe, gdyby je wypowiedział.
Tym razem od razu pewnie chwycił dłoń młodego mężczyzny, jakby robili to tysiąc pierwszy raz, jakby już zupełnie przywykł, chociaż cały czas gdzieś w świadomości mocniej zaczynała się żarzyć iskra niepewności. Coś jest inaczej, to coś nowego, lepiej uważać. I rzeczywiście uważał – jak się okazało, nie na to, co trzeba. Do tej pory kompletnie nie zwrócił uwagi na pomieszczenie, do którego mógł zajrzeć przez okna. Niechcący sam sobie sprawił większą niespodziankę i już po pierwszym spojrzeniu był pod takim wrażeniem, że pewnie stałby tu i gapił się oczarowany, marznąć bez płaszcza.
Zgrabnie zeskoczył na parkiet (pewnie dlatego, że wcale nie myślał o tym, co robi i nie panikował, że na pewno się potknie), podszedł parę kroków w głąb i nieświadomie zasłonił usta dłonią. Rzucił kontrolne, niemal przepraszające spojrzenie na towarzysza, jakby chciał się upewnić, czy ot tak, bezwstydnie może patrzeć na to wszystko. Westchnął. Czuł się jakby wpuszczono go do serca świątyni albo nawet do samego serca Stwórcy. Wpierw ogarnął spojrzeniem podłogę i leżące na niej przedmioty, potem obrazy, ściany, scenę i sufit.
Właśnie wtedy Leammiele obiecał sobie, że we własnym domu będzie miał taką pracownie. Dziką, tak bardzo jego, jak to tylko możliwe. Z drewnianą skrzynią, białymi ścianami, na których będzie malować wszystko, co tylko mu się żywnie spodoba. I oknami. Tak. Wielkie okna i najlepiej jak najwięcej świetlików w suficie. Stworzy własne święte sacrum.
Dom... Słyszał, co mężczyzna do niego powiedział, ale nie przerwał podziwiania, już w bardziej uporządkowany sposób (ale wciąż z nabożną czcią!) badając najbliższe obrazy.
Jednak musieli skoczyć, umarł i trafił do nieba. Amen. Och, żeby tylko było mu dane przyjrzeć się z bliska wszystkim dziełom choć przez chwilę! Szczytem marzeń było poświęcenie na to kilku godzin, a może nawet całej nocy. Czy mógł tu zostać dłużej?
Z transu wyrwał go sposób, w jaki Cyprien wypowiedział słowa, nawet nie sama ich treść. Zmarszczył brwi, podwójnie poruszony. Czy ktoś coś wcześniej mówił o traktowaniu jak kosmitę? Po pierwsze, wszystko rozumiał! Nie miał tylko praktyki w mówieniu, a niepewność, jaką budziło w nim rozmawianie we Francji z prawdziwym (!) Francuzem z krwi i kości tylko go stresowała. Niedługo na pewno się ośmieli, ale w tej chwili potrafił sobie poradzić z takim stanem rzeczy - nie chciał nic mówić, czując, że nie ważne jakiego języka by nie użył, i tak plątałby się i nie mógł znaleźć słów. Niech zostanie jak jest, przełknie bycie kosmitą. Lekko przechylił głowę i uśmiechnął się wpół litościwie, wpół złośliwie.
Po drugie: Kruk. Prawda, pseudonim łechtał jego ego, ale frustrowało go, że nie mógł zapytać, dlaczego akurat to. Czemu był tak odbierany? W końcu - czemu sam mężczyzna zachowywał się w taki, a nie inny sposób? Co zobaczył w szkicu Leammiele'a? Co zamierzał? Och, gdyby tylko mógł, rozdwoiłby się albo roztroił by sprawdzić wszystkie interesujące go rzeczy, przestudiować obrazy, by zajrzeć w każdy kąt, przy okazji zapalić, powiedzieć mężczyźnie, że przypomina mu ćmę, zajrzeć za kurtynę, a potem zalec na jednej z poduszek gapić się na artystę, rozmawiać z nim, milczeć namiętnie i może jeszcze zacząć szkicowa. Naraz, wszystko naraz.
Ruszył w ślad za mężczyzną, stanął przed manekinem i skłonił się nisko, ujmując jej wolną dłoń w swoje. Spojrzał w namalowane oczy, jakby zaraz miał do niej przemówić. Jam ci Kruk, panienko Ginette – przysunął się do jej twarzyczki i cmoknął w policzek, zdecydowanie zbyt poufale jak na pierwsze spotkanie. - Tańczycie razem? Nie chcę wiedzieć, co jeszcze robicie i... w jaki sposób. I lepiej tak się nie gap, bo wydziobię ci oczęta. I ty też pewnie nie jesteś stąd. Znając życie, urodziłaś się w Chnach. Pożegnał ją uśmiechem. Czy spuściła wzrok?
Odwrócił się z powrotem do Pana Ćmy skupiając na nim uwagę (właściwie skąd to skojarzenie? pewnie chodziło o wcześniejszego gołębia, który stał się dla Leammiele'a synonimem śmierci, a który może złapać ćmę w dziobek i schrupać... no i Cyprien miał w sobie coś z ćmowych skrzydełek, takich rudo-brązowych, powleczonych zielonym pyłkiem. Czy kruki jedzą ćmy?). Raz obejrzał się na Ginette, jakby upewniając, czy ta nie ma nic do powiedzenia, potem na dobre dał się pochwycić przez świat istniejący tylko w ich umysłach. To ciekawe, jak łatwo udało mu się przejść ponad tą całą feerią bodźców kuszących go ze wszystkich stron i być tu i teraz, tylko dla niego i tylko z nim, bez żadnego skrępowania. Na moment sam przejął rolę obserwatora, pierwszy raz skupiając się na wyglądzie (nie)znajomego, nie na odczuciach. Zmarszczył brwi. Daleki był od oceniania, po prostu przesuwał uważnym spojrzeniem po jego twarzy, zaczynając od czoła, kończąc na ustach, gdzie zatrzymał się na dłuższą chwilę, podniósł wolną dłoń i sięgnął opuszką serdecznego palca, jakby chciał dotknąć ich kącika. Nie zrobił tego, świadomie idąc w ślady samego Pana Ćmy. Może tak nie wolno dotykać? Może on nie chce? Może dzielą się masochistycznym upodobaniem do odsuwania od siebie spełnienia jakiegoś pragnienia na rzecz oczekiwania i napięcia? Nie mógł powstrzymać się przed szerokim, odrobinę bezczelnym uśmiechem, nie chciał jeszcze kończyć. Jego ciało szybciej niż świadomość pochwyciło pewien fakt: byli blisko. Mogli być bliżej, ale nie byli. Po skórze Gregora prześlizgnął się subtelny dreszcz, niezdolny nawet do wywołania gęsiej skórki, ale budzący dwa zgoła sprzeczne pragnienia.
Chcę. Nie chcę.
Wystawił własną siłę woli na próbę i pogłaskał pasmo włosów opadające leniwie na ramię Pana Ćmy. Przymknął oczy. Zanim je otworzył, odsunął dłoń i roztarł na opuszkach widmo dotyku. Gdy znów spojrzał na Cypriena, zdążył się wyciszyć i nabrać tego charakterystycznego, głębokiego spokoju, graniczącego z nieobecnością.
Nie miał ochoty w tej chwili się z nim droczyć, dlatego... po prostu usiadł tam, gdzie stał, dalej trzymając jego dłoń. Wyszczerzył się i wzruszył ramionami. Po co komplikować?

_________________


______________________
[głos: 1 & 2][słowozbiory]
Grafika: chwilowo brak. Jeśli chcesz porozmawiać o muzyce i sztuce albo o filozofii to zapraszam. Mogę też postawić Ci kawę. Ale uprzedzam: gryzę, po prostu to lubię. Gdybym nagle zniknął i długo nie wracał, nie pozwalam, by ktokolwiek kiedykolwiek przejął postać Gregora.
______________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cyprien

avatar

Liczba postów : 27
Join date : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Gregor & Cyprien   Pią Lis 21, 2014 4:44 am

To było sanktuarium. Cyprien bardzo odważnie pozwolił bezimiennemu obcokrajowcowi wtargnąć tam i pewnie pozwoliłby też zajrzeć w każdy zakątek gdyby ten tylko tego zapragnął. Z jakiej więc racji w ogóle się na to zdecydował? Jak więc mógł nazywać to miejsce tak wzniośle? Nie zrozumie tego nikt, kto nie był nigdy prawdziwie natchniony. U artysty to uczucie jest po stokroć bardziej obezwładniające i śmiałe niż zakochanie i pożądanie... Jakże to tak! Miałby nie wpuścić muzy do swojego świata? Jaki miałoby to sens? Odkąd nadał mu imię... Nie, odkąd tylko na niego spojrzał, wiedział, że zostali sobie przeznaczeni, a to upoważniało go do wszystkiego. Do bezwstydnego panoszenia się w jego myślach, do niespodziewanych wtargnięć w serce. Kruk nawet nie zdawał sobie sprawy jak wielką władzę miał w tym momencie nad panem Ćmą. Był płomieniem, który mamił swym blaskiem, sprawiał, że Ćma leciała ufnie, by spopielić się do cna.
Tym większe było jej szczęście gdy dostrzegła na twarzy Kruka zachwyt. Och tak, czuj się jak u siebie. Zadomów się w każdym kącie...  Bądź częścią tego świata. Z radością przyjął kwaśny uśmiech, bez problemu odgadując go jako znak, że obcokrajowiec doskonale rozumie jego język. Gdy zaś zbliżył się do Ginette i poufale ofiarował jej swój dotyk, malarz prychnął z dezaprobatą. Och nie, czymże sobie na to zasłużyła? Po raz kolejny utwierdził się w przekonaniu, że kobiety zdecydowanie częściej dostają więcej niż na to zasługują. Nie, żeby Ginette nie zasługiwała na zainteresowanie, była doskonałą towarzyszką samotnych, melancholijnych dni, jednak czy nie dostała za wiele? Śmiał się w duchu ze swojej dziecinnej zazdrości.
Ginette pożegnała Kruka wymownym milczeniem i chłodem martwych oczu, zaś Cyprien rozpogodził się kiedy tylko uwaga gościa znów została na nim skupiona. Zbliżył się do niego i pozwolił mu patrzeć, tak jak jeszcze chwilę temu on pozwolił przyglądać się mu. Znów naszło go, by porównać siebie i Kruka do psów. Znów zdawali się wypróbowywać siebie, określać granice. Było w tym coś elektryzującego, co sprawiało, ze pragnął przeciągać to w nieskończoność. Gdy piękne złote oczy kontemplowały wykrój warg, Cyprien miał wrażenie jakby już został obdarowany pocałunkiem. Ha! To zabawne, ale to mu wystarczyło. Wyobraźnia śmiało stworzyła miraż dotyku i malarz zamknął oczy biorąc głęboki wdech. W znajome wonie wkradły się nowe, należące do nieznajomego. Głównie to podpowiedziało mu, że ma Kruka bardzo blisko. Mógłby teraz dotknąć go, skupić się na drobiazgach... Zamyślenie zburzył prawdziwy dotyk. Otworzył oczy spoglądając w bok, na dłoń gładzącą rude kosmyki. Uśmiechnął się subtelnie w odpowiedzi na to, co widział na jego twarzy, a potem patrzył jak mężczyzna powoli siada na ziemi. Pech chciał, że nie dostrzegł bezczelnego uśmiechu. Może wtedy miałby więcej chęci na to, by odpowiedzieć przekorą, a tak jedynie wysunął podbródek pozwalając szelmowskiemu uśmiechowi ozdobić usta. Wciąż ujmował dłoń swego gościa. Trzymał ją w niezwykle delikatny sposób, jakby miał do czynienia z cnotliwą białogłową, a nie dorosłym mężczyzną. Z podobną kokieterią już za chwilę ukłonił się dwornie i powoli cofnął dłoń, umyślnie skupiając się na tym, że podczas tego gestu palce mężczyzny musiały przesunąć się po jej wnętrzu. Skrycie uwielbiał uczucie delikatnego łaskotania, które towarzyszyło temu niewinnemu dotykowi. Wiele było takich drobiazgów, które choć niewinne potrafiły rozpalać w malarzu prawdziwą paletę uczuć.
Wyprostował się powoli i rozejrzał po swoim małym królestwie. Znów zapomniał co powinien zrobić. Z roztargnieniem pokręcił głową. Kruk był tak aprobujący, że właściwe mógłby po prostu siedzieć na przeciw niego i kontemplować jego twarz, tonąc w złocie oczu. Ale chciał też malować... Piękne rozdarcie. Odetchnął, zamknął okno i ruszył przed siebie pozostawiając siedzącego na wytartym parkiecie mężczyznę. Zestawił jeden z obrazów na ziemię i podniósł sztalugę ustawiając ją w niedużej odległości od Kruka. Uśmiechnął się do niego w taki sposób w jaki uśmiecha się członek rodziny do jednego z domowników. Przelotnie, ciepło. Potem przyniósł stołek, czyste płótno, kubeczek z pędzlami i pozbierał kilka tubek farb, które zostały wybrane ze starannością dziewczyny wybierającej spośród traw najładniejsze kwiaty. Za skrzynią zaś najwyraźniej leżała improwizowana paleta, którą malarz również sobie przysunął. Niby wszystko było na miejscu. Poukładał swoje rzeczy w zwyczajowy sposób. Głównie na stołku, który służył mu za stolik. Zerknął na gościa jakby upewniając się czy wciąż tam jest. Był. Wszystko na swoim miejscu, jeszcze tylko... Pociągnął się za dekolt bluzki. Skrępowanie. Tym razem także w tej śmiesznej formie w jakiej odczuwają ją ślepi ludzie. Westchnął. Przyjdzie mu się pomęczyć, a może później gdy będzie pewniejszy...
Podszedł do mężczyzny. Uklęknął na przeciw niego i nim wykonał jakikolwiek ruch, spojrzał mu w twarz. Uśmiechał się łagodnie jakby oswajał go z własną obecnością, co w istocie było prawdą. To co zamierzał za chwilę zrobić mogło spotkać się ze sprzeciwem, a pragnął zostawić im to tajemnicze milczenie. Tak dobrze się w nim czuł. Niedopowiedzenia były niezwykle podniecające.
Stracił z nim kontakt wzrokowy po tym jak zaczął przyglądać się jego twarzy w nieco inny sposób. Jakby oglądał go fachowym okiem i miał zamiar wykorzystać. Co tu dużo kryć, właśnie tak było.
Pierwszy raz pozwolił sobie na to, by go dotknąć. Chciał zbadać dotykiem fakturę jego skóry, chciał móc przelać to na płótno. Uczucie z tym związane, każdą drobną zmarszczkę... Musnął opuszką policzek, powoli odsunął ciemny kosmyk włosów. Znów chwycił jego spojrzenie, tym razem uśmiechał się radośnie. Delikatnie uniósł jego brodę, a gdy spojrzał mu w oczy pokiwał głową. Potem bez skrępowania sięgnął do kołnierzyka jego koszuli z zamiarem odpięcia...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gregor
Melancholik
Germanista
Nauczyciel filozofii
avatar

Liczba postów : 1323
Join date : 13/01/2014

PisanieTemat: Re: Gregor & Cyprien   Nie Lis 23, 2014 2:52 am

Leammiele ułożył się wygodniej, oparł nadgarstek na zgiętym kolanie i obserwował młodego mężczyznę. Więc teraz będzie miał okazję być świadkiem stworzenia. Szczerze uwielbiał obserwować twórców przy pracy, dlatego korzystał gdy tylko miał okazję, nawet jeśli budził zakłopotanie. Teraz chyba nie będzie takiego problemu, prawda? Jedyne, czego żałował, to braku możliwości roztrojenia się. Chciałby siedzieć tu gdzie siedzi i pozować, ciekaw co z tego wyjdzie, z drugiej strony chciał stać tuż obok Cypriena by mieć dobry widok zarówno na dzieło jak i samego malarza. I oczywiście! Nie narzekałby, gdyby umiał wcielić się w płótno albo chociaż z nim zamienić. Miał okazję przysłużyć się sztuce występując w roli żywego nośnika szalonych eksperymentów z kolorami pana X. R. i był z tego dumny. Przy okazji doświadczył czegoś przyjemnego (oczywiście, że nie było odwrotnie! służba sztuce na pierwszym miejscu, później fizyczne namiętności, tak, tak). Uśmiechnął się pod nosem do wspomnień. Uwierzyłem mu, że nie udaje, cholera, uwierzyłem. Piękniejszego popołudnia nie mogłem sobie wyobrazić. Hallucinogène. Se balancer entrer en trance. Czyli jednak nie ściągnął mnie tu tylko po to, by pochwalić się nielegalnym mieszkankiem w auli, poderwać na te wszystkie farbiane cuda i dać się przelecieć... Oho? A więc już, zaczęło się. Poznał to spojrzenie: charakterystyczne skupienie na obiekcie znajdującym się w tym świecie, materialnym i namacalnym tak bardzo, jak to tylko się dało, perfekcyjnie połączone z nieobecnością dziecka bujającego w obłokach. Na szczęście nie dostrzegł tego gestu, który Pan Ćma wykonał wcześniej podejmując próbę zdjęcia bluzki - a raczej dostrzegł, ale wziął za zwyczajne poprawienie materiału czy inny zupełnie niewinny gest. Inaczej pewnie nie miałby tak lekkich myśli jak w tej chwili.
Ledwo powstrzymał się przed odruchowym odsunięciem od dotyku. Cyprien nie był gwałtowny, przynajmniej Gregor tak tego nie odebrał, raczej chodziło o naturalną obronę przed dotykaniem niektórych miejsc przez osoby, z którymi się nie oswoił. Zmarszczył brwi, z uwagą i zaciekawieniem śledząc, w jaki sposób Pan Ćma chce rozwinąć sytuację. Odpowiedział uśmiechem na uśmiech, ale szybko wyraz jego twarzy się zmienił. Co on...? Czyżby... Nienienie. Leammiele chciał wierzyć, że jednak nie o to chodzi. Nie, żeby mężczyzna wydawał mu się nieatrakcyjny, ale nie chciał tego teraz, nie w taki sposób. Coś mu mówiło, że źle zrozumiał. W końcu po co to przygotowanie farb, płótna i całej reszty? Posłał młodemu mężczyźnie pytające spojrzenie, starając się kontrolować, by nie pokazać po sobie zaniepokojenia. Szlag po raz pierwszy. To nie miało być tak. Nie zdążył się powstrzymać i spojrzał w bok, za Pana Ćmę, na jeden z obrazów. Szlag po raz drugi. Czyli jednak pierwsza opcja odpadała, dobrze go wyczuł. Chodziło o nagość. Szlagszlagszlag.
Nie powstrzymał go. Czekał, obserwował. Co będzie dalej? Z jednej strony miał ochotę już teraz odsunąć od siebie dłoń malarza i był pewny, że może to zrobić, z drugiej był szalenie (nieprzyzwoicie!) ciekaw jego reakcji, z trzeciej bał się jej, z czwartej miał nadzieję, że będzie dobrze, z piątej wiedział, że nadzieja jest matką głupców, a on miał wyjątkowego pecha do matek, z szóstej jego ego nie pozwalało mu stchórzyć, z siódmej... Dość!
...a miało być bez komplikowania, co?

_________________


______________________
[głos: 1 & 2][słowozbiory]
Grafika: chwilowo brak. Jeśli chcesz porozmawiać o muzyce i sztuce albo o filozofii to zapraszam. Mogę też postawić Ci kawę. Ale uprzedzam: gryzę, po prostu to lubię. Gdybym nagle zniknął i długo nie wracał, nie pozwalam, by ktokolwiek kiedykolwiek przejął postać Gregora.
______________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cyprien

avatar

Liczba postów : 27
Join date : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Gregor & Cyprien   Nie Lis 23, 2014 7:15 pm

Dla Cypriena nie było żadnych komplikacji. Najważniejsze, że Kruk się nie odsunął, nie odtrącił zuchwałej dłoni. Nie spojrzał z niechęcią. Zaniepokojenie nie było niechęcią, prawda? A niepokój mógł zrozumieć. Do tej pory był święcie przekonany, że obaj czują się związani ze sobą w ten piękny, nietypowy sposób. Nie myślał o skrzywdzeniu go i dlatego nie przyszło mu do głowy, by Kruk miał jakieś niecne zamiary. Był ufny jak pies. Przez to nie wziął pod uwagę braku zaufania, naturalnego odruchu jaki mają zwyczajni ludzie. Dopiero gdy dostrzegł pytające spojrzenie zdał sobie sprawę z nadgorliwości. Całe szczęście, że mimo tego błędu wciąż miał go przed sobą! Empatia malarza zadziałała błyskawicznie. Zamrugał i uniósł dłonie do góry. Jeśli było między nimi jakiekolwiek erotyczne napięcie, Cyprien z premedytacją podeptał wszelkie dwuznaczności. Pokręcił głową uśmiechając się uspokajająco, pokazując, że w żadnym wypadku nie ma zamiaru rozebrać swej muzy z najbardziej oczywistych powodów. Z resztą, dla niego inny powód był bardziej oczywisty. Cyprien nie patrzył na na ciemnowłosego przez pryzmat chuci. To by było piekielnie krzywdzące. Dla niego Kruk był ponad to. Daleki do obudzenia fizycznego pożądania w artyście. Nie, nie dlatego, że brakło mu czegoś. Wręcz przeciwnie. W oczach malarza był tak doskonały, że pożądając go w ten pospolity sposób miałby poczucie profanacji. Teraz myśli Cypriena były czyste. Teraz był artystą, nie człowiekiem, a tylko pozwalając sobie stać się człowiekiem mógłby go pożądać.
Z zapałem pokiwał głową gdy mężczyzna spojrzał na płótna pyszniące się bezwstydnością. Chciał namalować go nagiego i wcześniej nie dopuszczał do siebie myśli, że nieznajomy mógłby tego nie chcieć. Egoizm zagłuszył rozsądek. Cyprien zdając sobie z tego sprawę, skarcił się w myślach. Może odpuścić? Zawahał się jedynie chwilę. Nie mógł odpuścić, nie teraz, kiedy wszystko było już gotowe, a umysł wypełniała barwa niesamowitych oczu. W życiu by sobie nie wybaczył. Znów przysunął dłonie do guzików koszuli rozpoczynając nieśpieszne ich rozpinanie, a im więcej rozpiął, tym więcej szczegółów widziały jego oczy, a pielęgnowana doskonałość nabierała zupełnie innego znaczenia. Przede wszystkim dostrzegł to, czego nie zobaczył z początku zauroczony pięknem spojrzenia. Tego, co mężczyzna ukrywał przed światem. Malarz zawahał się przy czwartym guziku zagryzając wargę. Skoro byli tak blisko siebie, Gregor z łatwością mógł dostrzec zmieniające się jak w kalejdoskopie uczucia. Najpierw subtelne zaskoczenie potem wahanie, a na końcu prostą obawę. Czego się bał? Najbardziej tego, że Kruk ucieknie. Lecz skoro siedział tu do tej pory... Czwarty guzik, piąty... przy kolejnych przyszły model musiał nieco się odchylić.
Cyprien ostrożnie wsunął dłonie pod materiał koszuli i zsunął ją z jego ramion, uparcie starając się go teraz nie dotykać. Wtedy też oderwał spojrzenie od ciała, by spojrzeć w oczy. Rozpromienił się.
- Jak będzie ci zimno, powiedz. - Teraz bardziej przejawiał naiwność dziecka niż powagę artysty. W głowie zaś starał się ułożyć historię złotookiego ptaka. Kim był zanim z rysunkiem w dłoni stanął nad rudzielcem? Jaka była jego przeszłość? Cierpiał? malarzowi jako pierwsze przyszło mu na myśl właśnie to. Z łatwością zasugerował się bliznami. Czy miał rację? Siłą też zmusił się do nie okazywania litości, doskonale zdając sobie sprawę z mechanizmów kierujących ludzkimi uczuciami. Nawet się nie skrzywił. Nie dał po sobie poznać zaniepokojenia i onieśmielenia, a te mocno ścisnęły go za serce. Choć, może było widać, a on jedynie był zbyt pewny swojej kontroli?
Malarz nie zdecydował się rozebrać swej muzy do przysłowiowego rosołu. Być może była to wina zaskoczenia. Zmienił nieco koncepcję. Uśmiechnął się szeroko, wstał i ruszył w kierunku płótna, a potem rozpoczął proces tworzenia zmieniając się diametralnie. Uśmiech zastąpiła powaga. Spojrzenie stało się skupione, nieobecne. Jakby kompletnie dał się porwać wiatu do którego tylko on miał dostęp. Sięgnął po pędzel aby przez kilka długich chwil pozostawić Kruka pozornie samego sobie. W praktyce przecież artysta cały czas na niego patrzył. Dziwnym mogło wydawać się, że model nie dostał żadnych wskazówek, ale na dobrą sprawę Cyprien wcale nie musiał ustawiać mężczyzny. Może nawet nie musiał go rozbierać, ale to już zmuszałoby do domysłów, a chciał jak najwierniej oddać kruchą sylwetkę. Nawet zaczął żałować, że nie odważył się dotknąć dłońmi ramion, porównując fakturę zniszczonej skóry do tej zupełnie zdrowej. Cóż, może zbierze się na odwagę nieco później.
Raz nawet zbliżył się, by dokładnie przyjrzeć się oczom. Podszedł i z wpół otwartymi ustami przekrzywiając co i raz głowę, kontemplował niesamowity kolor. Wyraz jego twarzy był wtedy podobny temu, jaki Gregor mógł zobaczyć na sali, gdy darował mu rysunek od którego to wszystko się zaczęło. Zachwyt. Czysty zachwyt. Mimo tego, że wtedy znów znalazł się blisko mężczyzny, to jeszcze nie odważył się na jakiekolwiek dotykanie, choć miał chęć sprawdzić to, co go tak zastanawiało.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gregor
Melancholik
Germanista
Nauczyciel filozofii
avatar

Liczba postów : 1323
Join date : 13/01/2014

PisanieTemat: Re: Gregor & Cyprien   Wto Lis 25, 2014 2:07 am

Och, tego mu było potrzeba! Poczuł się pewniej, gdy został utwierdzony że w tej chwili służy sztuce, a nie ludzkim rządom. Fakt, że Pan Ćma nie zaczął go rozbierać z powodu ucieleśnienia kosmatych myśli obudził w Leammiele'u niespożyte pokłady typowo artystycznej pomysłowości i otwartości, ale przy tym i... naiwności. Głupi. Był gotów lekkomyślnie uwierzyć, że człowiek, którego poznał pewnie niecałą godzinę temu nie ma wobec niego złych zamiarów... ba! Że ma w sobie tę niewyobrażalnie rzadką, a przez to cenną umiejętność widzenia tego, co ludzkie, zdolne do wprawienia w skrępowanie czy obrzydzenie, w zupełnie innym świetle. Jak lekarz na pacjenta. Jak artysta na materiał, z którego może coś stworzyć. Nie jak człowiek. Zapomniał, że przecież zawsze jesteśmy tylko ludźmi.
Położył dłoń na grzbiecie dłoni Pana Ćmy i przyciągnął z powrotem do siebie, po czym poklepał ją delikatnie, jakby uspokajał małe dziecko albo staruszka. Nie jest dobrze, ale lepiej nie będzie. Skoro tego chcesz to proszę. Wybaczę ci zaskoczenie, nie wybaczę jeśli zrezygnujesz, dlatego lepiej to zrób. Uważnie obserwował jego reakcję: gdy zobaczył, jak mężczyzna zagryza wargę, spojrzał w bok, potem zamknął oczy. W tej chwili nie chciał nic widzieć. Zniesie każą reakcję, nie miał nawet innego wyjścia, ale przerwie to tylko wtedy, gdy Cyprien chciałby się wycofać. Nie ważne, z jakiego powodu. Zrozumiałby stwierdzenie, że jego ćmowy estetyzm nie dopuszcza takiego obrotu zdarzeń. Oczywiście, pewnie by się oburzył: co z ciebie za artysta! Maluj, nawet, jeśli sprawia co to trudność! Wysil się, znajdź coś, co będziesz chciał przekazać, bądź plastyczny, improwizuj! Łatwo jest czerpać inspirację z tego, co się zna i umie!
Nie chciał widzieć litości albo żalu, bo to wyprowadziłoby go z równowagi. Pewnie zacząłby gadać, może nawet odepchnąłby go od siebie... albo właśnie przyciągnął, zmuszając do przełamania dystansu i fizycznej konfrontacji z czymś, co wywoływało to uczucie. Nie chciał widzieć. Nie chciał! Otworzył oczy dopiero, gdy usłyszał słowa, ale i tak zignorował je. Lubił chłód, odkąd wyszli na dach było mu coraz zimniej, ale tolerował to. Teraz nie zwracał uwagi na temperaturę, bo traktował ją jako coś przyziemnego. Czemu on o tym pomyślał? Troszczy się, to miłe, ale czemu, do jasnej cholery, skupia się na takich bzdetach! Leammiele pragnął widzieć Pana Ćmę jako kogoś ponad tym wszystkim, ponad zwyczajnością i gdy raz udało mu się chwycić i uwierzyć, że rzeczywiście spotkał kogoś takiego (po raz drugi w życiu! co za szczęście!), zaraz sam obiekt sprowadzał go na ziemię. To coś nowego, musiał poznać i nauczyć się tego.
Im bliżej poznawał ludzi, tym bardziej przekonywał się o ich niepowtarzalności.
Odpowiedział na uśmiech, ale zrobił to bez wczucia, służbowo, bo w głowie pojawiła mu się nowa myśl.
Postacie na obrazach są całkiem nagie. Ćmo! Rzucam ci wyzwanie!
Zauważył to! Zauważył nutę wahania w Panu Ćmie i to był ostateczny czynnik, który pozwolił mu zdecydować, czy wysilić się na zorganizowanie małego testu. Próby.
Zanim zrobił cokolwiek, obserwował malarza przez chwilę, czekając, aż skupi się na pracy. Znowu rozpoznał w nim ten stan, z którego został wybity przez zaskoczenie jeszcze chwilę temu. To fascynujące... mógłby tak patrzeć i patrzeć, nie licząc czasu i nawet się nie nudząc, ale chciał coś zrobić, miał misję. Jak najciszej zdjął buty i skarpety, rozpiął rozporek i... cholera. Podłoga. Czy ona była czysta? Podniósł do oczu dłoń, którą przed chwilą się podparł i sprawdził, czy aby nie ma na niej jakichś pyłków czy innych straszliwych baboków. Dopiero wtedy uświadomił sobie, że to jest jeszcze bardziej przyziemna rzecz niż chłód. Natychmiast zabronił sobie o tym myśleć!
Rozebrał się kilkoma cichymi, łagodnymi ruchami, skrzyżował nogi na poziomie ud, lekko podgiął kolano i jakby nigdy nic wrócił do obserwowania. Chciał zobaczyć jego reakcję. Nie mógł tego przegapić! ...nie ważne, jak bardzo bolało go, że siedział nagi na podłodze, której czystości nie był pewny i że nie złożył ubrań, tylko położył obok.


_________________


______________________
[głos: 1 & 2][słowozbiory]
Grafika: chwilowo brak. Jeśli chcesz porozmawiać o muzyce i sztuce albo o filozofii to zapraszam. Mogę też postawić Ci kawę. Ale uprzedzam: gryzę, po prostu to lubię. Gdybym nagle zniknął i długo nie wracał, nie pozwalam, by ktokolwiek kiedykolwiek przejął postać Gregora.
______________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cyprien

avatar

Liczba postów : 27
Join date : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Gregor & Cyprien   Wto Lis 25, 2014 5:42 pm

Wobec tego obaj byli naiwni. Dwóch dorosłych facetów, którzy koniecznie chcieli znaleźć w szarym świecie szczyptę magii. Z tym, że Cyprien zupełnie się na tym nie skupiał. On nie chciał znaleźć, on znajdował i widział. Czerpał pełnymi garściami z własnych urojeń nie bacząc na to jak zostanie odebrany. Nie narzucał sobie ram zachowań. Był szczery, kochał szczerość, tak jak kochał nagość i brak skrępowania. Dopiero kiedy obedrze się ciało z zasłon, a słowa z kłamstw można czuć się naprawdę wolnym. Wobec tego, jest tak jak myślisz. Teraz nie czuł się dobrze. Coś poszło nie tak. Podstępne onieśmielenie stłamsiło wolny umysł, sprawiło, że się pogubił. Ale oto z pomocą przyszła iskierka magii... Świetlik. Świetliki!
Dostrzegł ruch kątem oka, więc wychylił się zza płótna i... zamarł. Z fascynacją przyglądał się jak znikają kolejne części garderoby Kruka ukazując coraz więcej szczegółów. Jego ciało zdawało się być takie kruche. Idealnie dobrał mu imię. Delikatne ptasie kosteczki. Teraz znacznie bardziej potrzebował skrzydeł... ale było coś jeszcze. To coś, co wcześniej wprawiło go w onieśmielenie, teraz zyskiwało nowy wymiar. Wyobraźnia malarza szybko dorobiła do szpetnych blizn całą historię, tak by mógł ją przenieść na płótno. Jako siłę, nie słabość. No i oczywiście wiedział już, że się nie pomylił! Nigdy się nie mylił. Nie w odnajdywaniu pośród tłumu pokrewnych dusz, choć tym razem to ona sama go znalazła. Bez znaczenia. Mógł być z nim szczery, mógł być szczery ze sobą! Tylko tego pragnął, pozbyć się okowów skrępowania.
Radosny, szeroki uśmiech rozświetlił twarz malarza. Wyszedł zza ledwie zaczętego obrazu, odłożył pędzel na krzesło i skłonił się pięknie w podziękowaniu, a potem... potem bez namysłu, z rozbrajająca ufnością dziecka, chwycił rąbek swojej bluzki i jednym ruchem ściągnął ją z siebie. Wciąż uradowany tym drobnym prezentem, rozebrał się zupełnie, niedbale porzucając ubrania na ziemi. Cyprien odwrotnie do swego gościa w ogóle nie zwracał uwagi czy swoim zachowaniem wywołał jakąś reakcję. Po prostu przestał się przejmować. Znów zyskał swobodę, podobną do tej jaką miał już na wstępie, a którą nieco zburzyła niepewność. Teraz natomiast był pewny wszystkiego. Nic już nie zostało do obnażenia.
Z wymalowanym na twarzy uśmiechem pochwycił pędzel i ponownie skupił się na swoim dziele. Zabawne mogło wydać się to, że ruchy Cypriena pozbawionego ubrań były swobodniejsze, jakby ubrania strasznie go krępowały. Malując pokazywał cały wachlarz różnych min i pozycji. Przygryzał pędzel, rozcierał lub mieszał farby palcami, by za chwilę umorusaną dłonią podrapać się po biodrze. W ogóle nie zwracał uwagi na takie drobiazgi jak kapiące farby i upływający czas. Z tego ostatniego zdał sobie sprawę dopiero gdy przestawał widzieć swojego modela. Wtedy bez słowa oderwał się od pracy, by zapalić jedną z lamp zawieszonych na suficie. Z resztą zaraz powrócił do malowania. Był po prostu sobą, powalał natchnieniu się prowadzić. Odrealniony artysta.
Choć właściwie nieustannie miał kontakt wzrokowy ze swoją muzą, to w praktyce rzadko darzył ją trzeźwym spojrzeniem. Niemal cały czas patrzył tak, jakby nie do końca skupiał się na samej osobie, a widział coś jeszcze. Coś, czego Kruk nie zobaczy, dopóki dzieło nie będzie skończone. I musiał wykazać się cierpliwością oraz wytrwałością żeby doczekać świtu. Bo to właśnie z pierwszymi promieniami jesiennego słońca Cyprien opuścił dłoń i zamarł. Skupiony, spokojny... spełniony. Stał tak przez chwilę wpatrzony w przejaw swej fantazji. Czy był zadowolony? Tym razem ciężko było to określić. Skupienie dodało jego twarzy powagi. Zamrugał zdając sobie sprawę z tych wszystkich drobiazgów, których do tej pory nie zauważał. Przede wszystkim było mu zimno... Miał sine wargi, a dłonie zaczynały lekko drżeć. I bolały go ramiona, dłoń trzymająca pędzel. Był głodny i chciało mu się pić. Jednak to wszystko sprawiało mu ogromną satysfakcję, oznaczało bowiem, że spędził tę noc najpiękniej jak mógł.
Niczym wybudzony z transu, w końcu trzeźwo spojrzał na Kruka. Bogowie, jakże był mu wdzięczny! Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by model nie poprosił o przerwę. Cyprien zdał sobie sprawę, że pierwszy raz zarwał noc malując obraz w towarzystwie i to nie byle kogo. Był szczęśliwy. Uśmiechał się, a dłonią dał znać, żeby mężczyzna się zbliżył. Cyprien pragnął podzielić się z nim swoją wizją.
Obraz wciąż perlił się świeżą farbą, ale był skończony. Największą uwagę zwracała jaskrawość kilku elementów. Większość miała barwy nocy i przyciągała baśniowym, fantastycznym klimatem. Na pierwszym planie, dokładnie w taki sposób w jaki siedział żywy Kruk, siedział też ten namalowany i choć wszystko, kruchość sylwetki, rysy twarzy, a nawet ułożenie włosów było identyczne, to sceneria i kilka drobiazgów zasadniczo różniły się od pierwowzoru, ale właściwie... różniły się jedynie tutaj. W głowie Cyprienta tak właśnie wyglądał Kruk.
Ciemnowłosy mężczyzna siedział zupełnie nagi. Jasną skórę muskały długie źdźbła traw wśród których siedział. Może na wzgórzu? W oddali widać było nocne niebo, trawiaste błonia i ciemny zarys lasu. Krajobraz oświetlał księżyc w pełni wysoko zawieszony na granatowym niebie. Jasne, zimne błyski igrały w trawie, ciemnych, tutaj niemal czarnych włosach i na... piórach. Majestatyczne, na wpół otwarte skrzydła zwieszały się z nad szczupłych ramion. Zapewne gdyby nie drugie źródło światła, w ich cieniu w ogóle nie byłoby widać części sylwetki. Skrzydła namalowane były z niezwykłą starannością. Widać było, że malarz poświęcił dużo czasu na dopracowanie gry świateł i cieni, tak by jak najwierniej oddać piękno czarnych piór.
Drugim źródłem światła był płomień mamiący ciepłym blaskiem. Lewa dłoń Kruka namalowana została na wysokości jego piersi, a między jej palcami prześlizgiwały się pomarańczowe i żółte jęzory ognia. Blizny na dłoni i przedramieniu zdawały się pulsować żarem, jakby to w nich drzemała moc żywiołu. Drobne iskierki ulatujące w powietrze (spopielałe fragmenty skóry?) zamieniały się w niewielkie, błyszczące... świetliki? Ale sama postać nie była tym zainteresowana. Spoglądała wprost na widza hipnotyzującym, przeszywającym spojrzeniem. Malarz puścił wodze fantazji bo nie miał okazji zobaczyć takiego spojrzenia u swej muzy. Postarał się więc jak najwierniej oddać barwę oczu, która tak bardzo mu się podobała. Niestety dzięki ciemnym kolorom otoczenia i płomieniowi zyskały niepokojącą, nieludzką jaskrawość. Trąciło kiczem, prawda? Cóż, wystarczyło się rozejrzeć, by zobaczyć, że ten konkretny malarz właśnie w taki sposób upiększał rzeczywistość.
Kilka razy przeniósł spojrzenie z twarzy modela na płótno i z powrotem, dostrzegając kilka różnic, które mu się nie spodobały, ale... czy znalazł się kiedyś artysta, który byłby w pełni usatysfakcjonowany swoim dziełem?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gregor
Melancholik
Germanista
Nauczyciel filozofii
avatar

Liczba postów : 1323
Join date : 13/01/2014

PisanieTemat: Re: Gregor & Cyprien   Sob Gru 06, 2014 11:49 pm

Być może to Leammiele miał zbyt kolorową wyobraźnię? Konfrontacja rzeczywistości i marzeń (już marzeń, bo z oczekiwań wyrósł, wyzbywając się dziecięcej bezczelności... przynajmniej jeśli chodzi o tę kwestię) nauczyła go, że powinien się cieszyć, jeśli w ogóle znajdzie jakąś część wspólną pomiędzy tymi dwoma światami. I nie narzekać. Nie. Na. Rze. Kać. Tak jak teraz. Miał ochotę pozwolić sobie na ekspresję bezsensownych lęków, wstać, przekląć, otrzepać się wściekle z niewidocznych pyłków, ubrać i wrócić tu dopiero, gdy weźmie prysznic. Byłoby wspaniale, mmm, czysta, ciepła woda... Chciał też poskładać ubrania i na wszelki wypadek podnieść je i odłożyć gdzieś wyżej, by uchronić przed kurzem opadającym na podłogę, chciał... Pieprzyć to wszystko! Nie zepsuje takiej chwili. A może tak naprawdę właśnie to o nią chodziło? Dygotał przez emocje, czując jak buszują pod skórą jeżąc włoski. Może podświadomie szukał czegoś, na czym mógłby rozładować napięcie lub się skupić, uciekając od przeciążenia? Znowu powróciły mdłości i panika. Źleźleźle. Co on tu robił? Nagi! A jak ktoś zobaczy? Będą nieprzyjemności, ojjj, wiele nieprzyjemności. Zacisnął dłonie na kolanach i odetchnął głęboko, potem płynnym ruchem odchylił się i położył na podłodze, rozkładając ramiona. Przechylił głowę, przymknięciem powiek odpowiedział na ukłon i dalej obserwował Pana Ćmę w ciszy.
Już było dobrze. Już prawie całkiem się uspokoił, po chwili nawet nadarzyła się świetna okazja do zupełnego zapomnienia o własnych doznaniach. Co on, ten Ćma jeden, co on do jasnej cholery...!? Oddech Gregora przyspieszył nieznacznie. Podpadł się na łokciach, by lepiej widzieć... to był zły pomysł. Nagle zrobiło mu się cieplej, a ciało Cypriena wydawało się nader interesujące... Na przykład: jak smakuje? Jak reaguje na dotyk w tym miejscu, a jak w tamtym? Szlag, nie teraz, nie teraz! Nie chciał tego uczucia, nawet, jeśli wiązało się z przyjemnością. Odwrócił wzrok i zwalczył chęć wzięcia głębokiego wdechu i zachłyśnięcia całą feerią zapachów mieszających się w tym pomieszczeniu. Spokojnie, spokojnie. Na wszelki wypadek wrócił do poprzedniej pozycji.
Czas mijał. Leammiele'owi udało się przyzwyczaić do widoku nagiego mężczyzny, szczęśliwie też obyło się bez większych napadów melancholijnego nastroju czy paniki. Przyszły nauczyciel w przerwach w obserwowaniu malarza sam zaczął coś szkicować, wypalił kilka cygaretek (niedopałki i popiół gromadził w specjalnej przegrodzie papierośnicy!), nawet złapał krótką drzemkę, w krytycznym momencie zmęczenia kuląc się i przykrywając koszulą. Zmęczenie szybko minęło, gorzej było z chłodem, którego od pewnego czasu nie umiał ignorować. Skulił się i objął kolana ramionami na wpół przytomnie obserwując Pana Ćmę... i oto stało się. Nie trudno było zauważyć tę zmianę w mężczyźnie. Leammiele momentalnie poczuł przypływ ciekawości ale i tremy. To już? Wystarczyło spojrzenie by zrozumiał, że może podejść. W drodze porwał koszulę z zamiarem zarzucenia na siebie, ale jakoś wypadło mu to z głowy, gdy zobaczył... to.
W pierwszej chwili z twarzy Gregora nie dało się odczytać nic poza zaskoczeniem, potem zakłóciła je odrobina zmieszania, może nawet zażenowania, następnie konsternacja i fascynacja naraz. Uchylił usta i spojrzał na Cypriena jakby chciał coś powiedzieć, ale uśmiechnął się szczerze, zakrył usta dłonią i wręczył mężczyźnie swoją koszulę, w zamian wyjmując mu z dłoni pędzel. Wrócił do studiowania obrazu, tym razem dokładniej przyglądając się samym iskierkom i żarowi. Zmarszczył brwi i opadł do palety. Wykorzystał resztkę kolorów, których jego towarzysz użył do naznaczenia ognia na skórze, odwzorowując efekt na wnętrzu swojej lewej dłoni jak najszybciej, ale i jak najlepiej jak tylko potrafił. Nie minęły trzy minuty, a on już coś kombinował. Zerknął na Cypriena, potem na swoją rękę. Na Cypriena. Na swoją rękę i znów na malarza, jednak tym razem w inny sposób. Gapił się, jakby Cyprien właśnie zdradził mu najskrytszy sekret, jakby podarował klucz do serca i umysłu.
Gregor westchnął głęboko i błogo, po czym bez ostrzeżenia wymierzył Panu Ćmie siarczysty policzek. Stempel! Oto Francuz przeszedł chrzest bojowy. W końcu byli w świątyni! Tu można wszystko, jeśli tylko robi się to zgłębi swojego marnego jestestwa, prawda?
Leammiele kontynuował ruch, upuścił pędzel i na chwilę przytrzymał mężczyznę przy sobie, łapiąc go za ramiona. Nie próbował się z nim siłować, bynajmniej! Działał łagodnie i ze zwyczajną siłą (czyli niemal z jej brakiem) dając mu możliwość wycofania się. Zachował dystans między ich ciałami, a przynajmniej starał się, by zetknęli się jedynie policzkami. To nie część chrztu, ale wydało mu się odpowiednie, estetyczne, a przy okazji symboliczne.
Intensywny zapach farby. Zimno. Tylko lewa dłoń go piekła.
Cóż za piękny dzień!

_________________


______________________
[głos: 1 & 2][słowozbiory]
Grafika: chwilowo brak. Jeśli chcesz porozmawiać o muzyce i sztuce albo o filozofii to zapraszam. Mogę też postawić Ci kawę. Ale uprzedzam: gryzę, po prostu to lubię. Gdybym nagle zniknął i długo nie wracał, nie pozwalam, by ktokolwiek kiedykolwiek przejął postać Gregora.
______________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cyprien

avatar

Liczba postów : 27
Join date : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Gregor & Cyprien   Nie Gru 07, 2014 2:24 am

Malarz był dumny ze swojego dzieła mimo kilku niedoskonałości jakie odkrył już po fakcie. Cóż, nigdy nie jest idealne, ale to właściwie niedoskonałość nadaje wszystkiemu ukochaną wyjątkowość. Ciekaw jaką reakcję wywoła twór na samym modelu, uważnie go obserwował wyłapując najmniejsze ściągnięcie brwi i drgnięcie kącików ust. Co najciekawsze nie mógł dokładnie określić uczuć malujących się na jego obliczu. Ale i tak niesamowitą satysfakcję sprawiała mu możliwości patrzenia na obu i porównywania szczegółów. Żywy Kruk był nieco bardziej delikatny niż swoja kopia. Tamtej Cyprien nie skąpił siły i gwałtowności ognia najprawdopodobniej sugerując się właśnie żywiołem. Złote oczy, choć pozbawione odbitego błysku płomieni wciąż wydawały mu się niesamowicie piękne. Teraz znów widząc je z tak bliska dostrzegł, że nie udało się oddać tej barwy tak jakby chciał. To nic! Miał nadzieję, że będzie mu dane namalować go jeszcze raz. Odkrył też, że zdecydowanie woli patrzeć w złote oczy gdy miał możliwość kompletnego załamania dystansu... Cypiren dał już wyraz przesłaniającemu świat natchnieniu więc do głosu dochodziły przyziemne uczucia oraz myśli. Jedna z nich dotyczyła osoby Kruka i teoretycznie powinna malarza zaniepokoić, ale chyba był zbyt zmęczony by skupiać się na fascynacji, która jedynie subtelnie różniła się od tego, co do tej pory czuł.
Widząc jak mężczyzna przymierza się odezwać, sam otworzył usta, jakby tym chciał pomóc znaleźć odpowiednie słowa. Gdy natomiast dostrzegł gest, uśmiechnął się szeroko. No tak, przecież nie musieli nic mówić.
Oszołomiony przyjął koszulę, lecz w chwili odebrania pędzla serce podskoczyło mu do gardła. Przestraszył się, że Kruk zapragnie dodać poprawki na obrazie, a tego... chyba by nie zniósł. Z jednej strony strasznie zawstydził się tym uczuciem, ale z drugiej nie chciałby ustąpić. Pomimo tego, że to był On, że to On trzymał pędzel, to gdyby odważył się nanieść farbę na obraz, Cyprien odebrałby to jako agresję, która mogła zranić dotkliwiej, bo sięgała duszy. Zdał sobie sprawę z wstrzymywania oddechu dopiero wtedy, gdy włosie pędzla zamiast płótna dotknęło blizn na skórze. Zaciekawiony i zaskoczony odetchnął płytko i zaczął przyglądać się wprawnym ruchom pokrywającym kolorami wnętrze dłoni.
Nie zdążył zrozumieć uczuć jakie pojawiły się na twarzy Kruka. Może zbyt krótko mógł je kontemplować, a może po prostu był już bardzo zmęczony. Dlatego pewnie cios tak bardzo go zaskoczył, choć normalnie też nigdy by się tego nie spodziewał. Nie było to czymś, czego oczekuje się po obnażeniu przed kimś duszy. Zakrztusił się powietrzem. Krew zawrzała mu w żyłach i w pierwszej chwili miał ogromną ochotę oddać cios dając upust złości. Zaskoczenie i odruch odebrał tej chwili cały mistycyzm. Szarpnął się tylko raz, przerażony wzrok wbijając w twarz, której już nigdy nie zapomni. Nawet za kilka lat będzie w stanie ponownie przywołać ją w pamięci i przenieść na płótno. Jednak teraz myśli wypełniły się żalem. Wszystko się rozpadło. Sam Cyprien poczuł jakby się rozpadał. Jak na dłoni widać było, że był przerażony, jak dziecko, które nie zrozumiało za co zostało ukarane. Zraniony i zbyt zaskoczony by się cofnąć, stał sztywno, podczas kiedy jego muza, jego ucieleśnienie doskonałości, ochłodziło ból dotykiem własnego ciała... Nic nie zrozumiał. Przyspieszony oddech uciekał z pomiędzy spieczonych warg, ale nie przejmował się tak widocznymi oznakami roztrzęsienia. Kontrast bólu i delikatności. Teraz szczupłe ciało malarza naznaczone smugami farb trzęsło się już zupełnie. Od zimna i nagłego skoku adrenaliny.
Powoli opuszczając głowę zapewne rozmazał nieco cały stempel i wytarł jego część o policzek Kruka, na którego ramieniu po chwili ufnie wsparł czoło. Odetchnął głęboko. Raz, drugi. Rozluźniał się. Potarł nosem wyraźnie zarysowany pod skórą obojczyk w zapewne nieoczekiwanym, pieszczotliwym geście.
- Zapamiętać także tę chwilę... - szepnął. Głos miał zachrypnięty i bez wątpienia pełen przejęcia. Zrozumiał, a przynajmniej zinterpretował na własny sposób. Daleko mu było do gniewu, zdecydowanie bliżej do wdzięczności.
Gdy w końcu się cofnął, zręcznym ruchem okrył ramiona Kruka jego koszulą, którą wciąż przecież ścisnął w dłoni. Nie wiedział ile czasu spędził uspokajając emocje, ale z każdą chwilą czuł się coraz bardziej zmęczony. Zamykając oczy, z nosem wtulonym w ciepłą skórę mógłby zasnąć na stojąco. Uśmiechnął się łagodnie ignorując nadal piekącą skórę na policzku. Zdając sobie sprawę z wciąż drżącego ciała, nieprzytomnie powiódł spojrzeniem po swoim niewielkim przybytku. Koc, koc. Zawsze gdy zdarzało mu się przestać przed sztalugą zbyt długo, później szczelnie okrywał się kocem i zwykle zasypiał aby obudzić się dopiero wieczorem. Jednak jak bardzo Cyprien nie chciałby trzymać się przyziemności, tak ta bardzo się o niego upominała. O, choćby w zupełnie przyziemnym pragnieniu i ludzkim zmęczeniu. Oblizał spierzchnięte wargi.
Bez zastanowienia chwycił mężczyznę za dłoń i pociągnął za sobą, a dokładnie chwilę później ściągnął z materaca koc i okrył nim Kruka. Poklepał jego ramiona znów darując mu uśmiech, tym razem nieco przygaszony. Odwrócił się i niedbałym ruchem zsunął z kufra zielony materiał. Otworzył wieko. W środku było wiele drobiazgów, trochę ubrań, kilka książek i to czego w tej chwili potrzebował najbardziej - butelka wody. Cyprien wyciągnął ją, odkręcił i wręczył mężczyźnie, by najpierw on zaspokoił pragnienie, dopiero wtedy sam się napił.
Wciąż z tym znajomym, łagodnym uśmiechem popchnął zawiniętego w koc mężczyznę na niezbyt szeroki materac. Skrępowanie nie miało prawa głosu pomimo tego, że obaj byli nadzy i prawdopodobnie obaj nie mieli nic przeciwko by patrzeć na ciało towarzysza w ten najbardziej ludzki sposób.
Malarz położył się na skraju, przodem do Kruka i zabrał mu rąbek koca. Jakby to nie pierwszy o świcie kładł się wraz z nim.
- Dziękuję - szepnął sennie i po ostatnim spojrzeniu w niesamowite, złote oczy, zamknął własne.

_________________
„Zaufaj tylko warg splotom,
bełkotom niezrozumiałym,
gestom w próżni zawisłym,
niedoskonałym.”
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Gregor & Cyprien   

Powrót do góry Go down
 
Gregor & Cyprien
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Yaoi Gakuen :: Off top :: Odpisz mi, Stefan! :: ∎ Historie-
Skocz do: