IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Bezimienna uliczka

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3
AutorWiadomość
Percy

avatar

Liczba postów : 315
Join date : 10/02/2014

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Pią Mar 27, 2015 6:44 pm

Szuranie butów i spluwanie na chodnik obok powinny być dla niego wystarczającym sygnałem, że coś jest nie tak. Za późno zorientował się, jak został wpędzony w kozik róg, z którego nie widział żadnego wyjścia. Wyglądało to dość nieciekawie ze względu na ich liczebność, która sprawiała, że Percival zaczynał żałować jakichkolwiek relacji ze Stevem. Nie miał zielonego pojęcia co go podkusiło, aby wiązać się w relacje z tego typu ludźmi, którzy w tym momencie pragną skrócić go o język, aby za dużo nie rozpowiadał. Potrzebowali kozła ofiarnego do swoich szemranych interesów, którym on być nie zamierzał. Już na szkolnym korytarzu usłyszał o sobie kilka ciekawych plotek na temat domniemanej dilerki i gdyby zahaczyły one swoimi szponami o drzwi do gabinetu dyrektora szkoły, najpewniej wyleciałby z placówki z ładną opinią w papierach. I wtedy żadne sznurki czy czeki ojca nie miałyby wpływu na zmianę decyzji. Na szczęście na obecny moment nikt – poza Baldricem – z kadry nauczycielskiej nie miał pojęcia o nieprzyjemnym incydencie, który swój finał miał na komisariacie policji.
Lecz patrząc na okoliczności i miejsce w jakich obecnie się znajdywał, wolał chyba siedzieć w ciepłej dyżurce jakiegoś niemrawego aspiranta niż stać pod gołym niebem i użerać się z chłopakami, którzy mieli mu w bardzo nieprzyjemny sposób wytłumaczyć, że nie powinien wychylać się przed szereg. Pchnięty nawet się nie stawiał, domyślając się, że opór nie ma najmniejszego sensu. Było ich trzech i wyglądali na posiadających więcej krzepy niż on.
- Jeśli sądzisz, że zmienię zeznania to się grubo mylisz. Ta opcja nie wchodzi w grę – powiedział stanowczo, bo tylko tyle mógł zrobić w sytuacji podbramkowej. Zresztą czuł się pewniej, kiedy mógł im się jakoś odszczeknąć przed tym jak zamierzają go skopać do nieprzytomności.
Uderzył plecami o zimny mur, przez który miał wrażenie, że chyba mu się płuca oderwały. Przymknął jedno oko, obserwując ich spod długiej grzywki kalkulując w głowie, jak fatalna jest jego sytuacja. Trzech na jednego – szybko stąd nie wyjdzie. Uliczka była cholernym zaułkiem, a jedyna droga ucieczki była zastawiona przez wysokiego draba, który pilnował czy nikt się nie zbliża. Jednym słowem: był w ciemnej dupie. W dosłownym tego słowa znaczeniu, jak i przenośnym.
- Już skończyliśmy? – mruknął zgryźliwie pod nosem, rzucając naiwne pytanie lecz dobrze wiedząc, że finał tak szybko nie nadejdzie. Dopiero zaczynali swoje przedstawienie. Wątpił, aby takie kozaki straszyli jedynie słownie w ciemnej uliczce. Tacy zostawiali po sobie bardzo bolesne i długotrwałe wrażenie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lee
Nauczyciel zoologii i samoobrony
avatar

Liczba postów : 117
Join date : 27/01/2014
Age : 30

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Nie Mar 29, 2015 9:08 pm

Przez cały ten czas trzymający rękę na ramieniu Perciego chłopak, zacmokał w odpowiedzi na jego słowa z teatralnym rozczarowaniem, zaś wyraz wcześniejszej niby-sympatii zniknął z twarzy bezpowrotnie. Co gorsza, nie wiedzieć wcale kiedy, w lewej ręce znalazł się teraz krótki, lecz z pewnością ostry nóż. Najwyraźniej na jego wydobycie z jednej z kieszeni, wykorzystał moment popchnięcia swego rówieśnika, którego dociskał przy okazji do zimnego muru, dodając mu z całą pewnością do dyskomfortu. Nożem dwukrotnie zakręcił w dłoni, nim zdecydował się przytknąć ostrze do prawego policzka Debraua.
- Percy, Percy, Percy~ – zaświergotał, uśmiechając się o wiele wredniej niż dotychczas. - Ty chyba w ogóle nie rozumiesz swojej sytuacji. Tu nie chodzi o to czego ty chcesz, ani czego chcę ja. Po prostu nie zdradza się ludzi z którymi się trzyma. Nie lepiej było trzymać gębę na kłódkę, zamiast robić dookoła tyle niepotrzebnego smrodu? – przejechał nożem po skórze bez nadmiernego nacisku, co zaskutkować musiało zapewne lekkim pieczeniem, tworząc na policzku nieznaczne, płytkie nacięcie. - Na twoim miejscu, współpracowałbym.
Zaraz potem cofnął się razem z bronią, przepuszczając przed siebie blondyna, który razem z nim wyszedł wcześniej osiemnastolatkowi naprzeciw, a który dotąd siedział równie cicho co wysoki dresik za nimi. Strzepnąwszy ramionami, zamachnął się lewą pięścią i pochylił nieco przy wyprowadzaniu ciosu, celem wymierzenia w bardziej wrażliwe podbrzusze. Jeśli Percy nie zdążył się osłonić, zapewne spróbował poprawić mu i uderzyć z główki dopóki odległość była ku temu kusząca, zaś jeśli trafił już za pierwszym razem, to w chwili automatycznego zgięcia się pod siłą impety, zamierzał od góry poprawić łokciem w kark. W ramach szybkiego sparterowania rzecz jasna.
- Sprawy Steve'a sprawami Steve'a. Morda tego gnojka wkurza mnie od samego wejścia! [i/] - blondyn splunął niezbyt kulturalnie pod nogi i szturchnął Perciego butem w biodro. - [i]Dan, mamy mu wpierdolić, czy w końcu jak?! – spojrzał przez ramię na bawiącego się nożem kolegę, który miał znacznie więcej cierpliwości i zazwyczaj wolał się nad kimś dłużej popastwić psychicznie przed przejściem do czynów na szerszą skalę. Nie satysfakcjonowała go prosta rozróba w ciemnej uliczce.
- A jak i na nas doniesie? – spytał rozbawiony, wysoki dresiarz, również po raz pierwszy. Miał nieprzyjemny, wyjątkowo chrapliwy głos. Unosząc nieznacznie kaptur oraz kąciki ust w ironicznym uśmieszku, wymienił z nazywanym „Danem” spojrzenia.
- Ponoć kapuś zawsze zostanie kapusiem. – dodał niemalże pouczającym tonem, na co Dan przyłożył nóż niemalże do swoich ust.
- Bez jęzora wiele nie zakapuje.

Jeszcze po wyjściu z zoologicznego, Lee wahał się jakiś czas. Nie miał nastroju pakować się w kłopoty, kiedy miał ich dość i bez tego. Jego kochana Amber nie czuła się zbyt dobrze. Chciał wysprzątać jej terrarium. Musiał też zaaplikować antybiotyk, który specjalnie jeździł dzisiaj dokupywać na zapyziały, drugi koniec Londynu! Nie miał czasu na takie pierdy! Wystarczyło w końcu wezwać policję. Ech. Jasne...
Chcąc nie chcąc, przerzucił sobie siatkę zakupów przez jedno ramię i ruszył w stronę uliczki, zatrzymując się w jej pobliżu przy ścianie i nasłuchując. Ciężko było z tej odległości dosłyszeć konkrety, a i gdy wychylił się dyskretnie, nie dojrzał w ciemności zbyt wiele. Kurwa. Świetnie.
Jednak jakkolwiek mało widział, nie dało się nie dostrzec jak jedna z sylwetek wykonuje dość zamaszysty ruch w stronę drugiego.
No, Lee... Czas zachować się jak na wykwalifikowanego pedagoga przystało.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Percy

avatar

Liczba postów : 315
Join date : 10/02/2014

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Pon Mar 30, 2015 6:53 pm

Jasna cholera. Och, jasna cholera. Jasna choleraaa.
Właśnie włączyła mu się dziwna melodia, w której rytm wybrzmiewały wcześniejsze słowa.
Chyba nazywała się Quantanamera.
Czemu akurat teraz w głowie grały mu hiszpańskie melodie, a wyobraźnia podsuwała widoki na muchacho z marakasami?
Przymknął oczy, kiedy poczuł zimną stal na policzku, czując jak jej ostrze wolno rozcina delikatną skórę. Nawet nie syknął, zrobił to dopiero w momencie, kiedy jeden z nich przysadził mu mocnego kopa. Nawet nie zdążył reagować na te wszystkie ataki. Tu jeden cios, tam drugi. Odepchnął tylko oprawcę od siebie, prostując oblały. Złapał się ręką za brzuch.
- Wcale się takimi, jak wy nie trzymam – wycedził specjalnie podkreślając to słowo wy, aby dobrze zrozumieli, że ma się za lepszego od nich. I to nie ze względu na kasę ojca.
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że oberwie jeszcze gorzej, jednak co mu zostało? Mógł dużo poszczekać w momencie, kiedy nie za bardzo może gryźć.
Oczywiście zaraz poprawili wcześniejszy cios na czym ucierpiało jego podbrzusze, a potem kark. Przykucnął starając się ogarnąć tańczące przed oczami czarne ogniki, które nie grały hiszpańskich melodii, a hymn żałobny.
A kiedy usłyszał, że mowa jest o jego języku zaraz podniósł głowę do góry i nie mógł uwierzyć w ich słowa. Serio, zamierzali go okaleczyć?! Czy aż takie popaprane towarzystwo się wkręcił? Przecież nie miał pojęcia, że Stev ma coś wspólnego z podobnymi do tych tutaj ludźmi, że handluje prochami. Gdyby wiedział… Gdyby wiedział, nigdy nie pomógłby temu skończonemu dupkowi na tej cholernej stacji benzynowej.
- Chyba sobie jaja robicie… – chrypnął, wolno podnosząc z ziemi. To przestawało być normalne. O ile spuszczenie komuś wpieprzu było dla niego formą rozładowania w ich środowisku negatywnych relacji, tak teraz uważał, że przemawiają przez nich ostro patologiczne wzorce.
- Nie odwołam swoich zeznań. Nie dam się wrobić w coś czego nie zrobiłem! – podniósł głos, który echem rozniósł się po wąskiej ślepej uliczce. Teraz Lee mógł doskonale usłyszeć, w jakim kierunku toczy się „rozmowa”. Wszystko skazywało na to, że grupka chłopaków próbowała kogoś zmusić do zmiany zeznań. Czyli sprawa poważna, gdyż jak wiadomo usiłowanie do odwołania zeznań, zastraszanie i groźby są karalne, czyli nauczyciel nie mógł przejść obojętnie wobec takich okoliczności. W końcu jako pedagog musiał zachowywać się jak przystało, nie mógł udawać, że nic go nie interesuje zwłaszcza, że Percival był uczeniem szkoły, a także (o czym nie wiedział Lee) kochankiem jego przyjaciela. Gdyby tylko Baldric się dowiedział o fatalnym położeniu chłopaka najpewniej nie pozwoliłby mu wyjść z domu i miałby go non stop na oku. Jednak Percy ze swoim talentem w pakowanie się kłopoty przyciągnął tych kolesi niczym magnez wychodząc jedynie do sklepu.
Zajebiście.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lee
Nauczyciel zoologii i samoobrony
avatar

Liczba postów : 117
Join date : 27/01/2014
Age : 30

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Pon Mar 30, 2015 8:12 pm


Dan spojrzał na Perciego mocno przymrużonymi oczami. Uśmieszek na chwilę zniknął z jego ust tylko po to, aby zaraz znowu pojawić się w naprawdę obrzydliwym wydaniu, które mogło zapowiadać i pewnie właśnie zapowiadało jedynie pogłębienie się jego kłopotów w tym paskudnym miejscu.
- Takimi jak „my”? – powtórzył po nim z jadem w głosie. - Oh, no tak! Niemalże zapomniałem, że mamy do czynienia z Jego Wysokością, jakimś pieprzonym Paniczem! – tamte słowa wyraźnie musiały rozdrażnić najbardziej aktywnego z całe trójki, ponieważ już nawet nie silił się na subtelności i tym razem sam postanowił zamachnąć się pięścią na wcześniej raniony nożem policzek. Takie zachowanie jasno potwierdzało, iż musiał mieć on najpewniej kompleks niższości względem ludzi wyżej postawionych lub być może po prostu żyjących w lepszych warunkach. - Wybacz, że nie stawimy dla bogatego chłoptasia godnego towarzystwa, ale wydaje mi się, że będziesz musiał pogodzić się iż w najbliższym czasie lepszego raczej sobie nie znajdziesz.
- Hej, skoro jest kasiasty, może ma przy sobie jakieś grubsze pieniądze? – chłopak, który go wcześniej skopał, zatarł ręce i z chciwym błyskiem w oku spojrzał po pozostałej dwójce.
Wysoki nie odezwał się, a jedynie z rozbawieniem pokręcił głową na to zachowanie.
- Kiedy z nim skończymy, możesz go sobie przeszukiwać do samych majtek. Nie wydaje mi się, żeby był wtedy w stanie kiwnąć chociażby małym palcem. – odparł chłodniej Dan, na którego twarz wpełzł niebezpieczny cień, nie będący raczej powodem panującego w zaułku półmroku. Mocniej zacisnął też w dłoni nóż. Zamierzał długo pastwić się nad Percim, zanim pozwoli mu odpłynąć.
- Tak sądzisz? – przyglądał się swojej ofierze, tym razem podkładając ostrze noża pod brodę tamtego, nie chcąc dawać mu złudzenia poczucia najmniejszego bezpieczeństwa. - Gdy będziemy z tobą kończyć, jeszcze sam będziesz błagał, żebyśmy ci na to pozwolili. – zasyczał wściekle, zanim z niezłym zaskoczeniem odskoczył gwałtownie w tył i wyprostował się, wbijając wzrok w mężczyznę, którego dostrzegł zaledwie kątem oka tuż za najwyższym ze swoich kolegów. Nie zdążył nawet dobrze otworzyć ust w celu ostrzeżenia go.
Lee faktycznie nie mógł zignorować tak skrajnie niebezpiecznej sytuacji. Mowa tu była wszakże o przestępstwie znacznie gorszej maści niż tylko głupim zastraszaniu czy wyłudzeniu pieniędzy. W grę wchodziło realne zagrożenie trwałego okaleczenia dzieciaka oraz wymuszenie zmiany jakichś cholernych zeznań! A to już raczej grubsza sprawa, która diabelnie mu się nie spodobała. Niewiele myśląc i korzystając przy okazji z zaabsorbowania chuliganów, szybko znalazł się w dogodnej pozycji do obezwładnienia pierwszego z nich, stojącego do niego aktualnie tyłem. Nie pieprząc się z próbą załatwienia tego na spokojnie, od razu chwycił wysokiego gościa w kapturze w nadgarstku. Jednym ruchem sprawnie pociągnął jego rękę ku górze, zatrzymując mniej więcej na wysokości barku, po czym z impetem uderzył przedramieniem własnej, dzierżącej w dalszym ciągu siatkę z zakupami, prosto w punkt nieco ponad łokciem. Proste, wręcz klasycznie książkowe wykorzystanie jednego z progów bólu. Pod uderzeniem oraz za sprawą podcięcia przeciwnej do uderzonej reki nogi, nieprzygotowany i nie rozumiejący jeszcze co się dzieje wyrostek, szybko został posłany twarzą na glebę. Nauczyciel nie puścił jednak jego nadgarstka. Niewielkimi, ale pospiesznymi kroczkami podążał przez cały czas w ślad za upadającym, aby móc znaleźć się przy jego boku w momencie całkowitego sparterowania. Jedną nogą przydepnął go między łopatkami, wzmacniając nacisk podeszwy i wyginając trzymane łapsko tak, aby uniemożliwić próbę podniesienia się.
Pozostała dwójka jego kolegów wyglądała na ostro zszokowanych pojawieniem się nowego gościa, który kliknął językiem o podniebienie z niemałym poirytowaniem.
- Dobrze się bawimy, smarkacze? Trzech na jednego, co?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Percy

avatar

Liczba postów : 315
Join date : 10/02/2014

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Wto Mar 31, 2015 11:42 am

Wszystko działo, jak w zwolnionym tempie w kiepskim filmie akcji. Oprawcy, ofiara i bohater, którego od razu Percival nie zauważył. Był zbyt przejęty zbieraniem własnego żołądka z ziemia, aby od razu zorientować się, że do ich fatalnej czwórki dołączył piąty – jednak tym razem mężczyzna, a nie jakiś szczeniak – który unieruchomił leżącego na glebie dryblasa. Osiemnastolatek podniósł na niego wzrok, jednak przez panujący mrok nie rozpoznał w nim nauczyciela. Zresztą działało to najwidoczniej w obie strony. Był mu wdzięczny, że pojawił się w odpowiednim miejscu i czasie, lecz był także tak samo zaskoczony nagłym pojawieniem, jak pozostała dwójka chłopaków, którzy do niedawna mu grozili. Stali w osłupieniu nie mogąc uwierzyć, że jakiś obcy facet powalił ich najlepszego kumpla, który przecież z całej trójki wyglądał najgroźniej i był najbardziej narwany.
- Spieprzaj stąd koleś! – zawołał Dan, siląc się na stanowczy ton i podobny wyraz twarzy. W końcu, coś poszło nie tak z planem. Nie mieli zostać nakryci.
- Pieprzony gnoju! Ubiję cię, kurwa – Chłopak z gleby zaczął się wiercić, chcąc się uwolnić. Widocznie był pobudzony i dopiero chwila na zimnej posadzce ostudziła cięty język. Spojrzał na swoich kolegów, którzy wymienili między sobą spojrzenia. - Na co się gapicie! Zróbcie coś! – warknął tamten, a Dan wiedział co ma robić.
Teraz mają dwóch świadków, którym władze chętniej uwierzą, niż jednemu rozpieszczonemu dzieciakowi, który miał sprawę za narkotyki. Dan nie chciał ryzykować. Podobnie, jak kolega stojący niedaleko nich, który z niemałym zmieszaniem spoglądał na Dana to na Lee, chcąc wyczytać z ich twarzy dalszy rozwój sytuacji.
Niestety, o ile słowa szefa nie podziałały na nauczyciela, tak teraz czuli, jak pali im się grunt pod nogami. Zaraz Dan zbliżył się do mężczyzny z wyciągniętym w jego stronę nożem i nisko wycharczał.
- Puszczaj go – zażądał. Stając w niebezpiecznie bliskiej odległości. Najprawdopodobniej zamierzali się wycofać, jednak do takiego odwrotu taktycznego potrzebowali swojego kompana, bo jakże mogliby go tutaj zostawić na łaskę i niełaskę wroga. Kiedy Lee wypuścił chłopaka tamten zerwał się z ziemi masując po nosie, który najpewniej oberwał przy ciężkim spotkaniu z ziemią. W pierwszej chwili chciał nawet przywalić Adamie, jednak został powstrzymany.
- Jeszcze się policzymy. Pogadamy innym razem, Debreu – chrypnął ten z gleby mierząc Percivala morderczym wzrokiem, jednak zaraz ten sam wzrok spoczął na Lee, z którym mierzył się dłuższą chwilę. Prawdopodobnie z nim także zamierzał się spotykać tylko w innych okolicznościach i czasie. Percy nieświadomie ściągnął na profesora kłopoty za co już przeklinał się w duchu. Jak tylko tamci zniknęli wyprostował się i zjechał plecami po murze, siadając na zimnym betonie. Nie spodziewał się takich wrażeń, dlatego też uczucie ulgi dopadło go zaraz po ulotnieniu zagrożenia.
- Dziękuję – mruknął, jednak zaraz odchrząknął i powiedział nieco głośniej. Musiał się zbierać za nim tamci wpadną na pomysł, że poczekają na niego w jakimś innym dogodnym dla siebie miejscu. Wstał z ziemi, będąc nieco ubrudzonym. Kolana, bluza. W dodatku rozcięty policzek i parę czerwonych śladów tu i ówdzie. Obolały, zbliżył się do mężczyzny dopiero teraz dostrzegając, że skądś go zna.
- Pan Adama? – wymruczał lekko zdziwiony.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lee
Nauczyciel zoologii i samoobrony
avatar

Liczba postów : 117
Join date : 27/01/2014
Age : 30

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Wto Mar 31, 2015 9:04 pm

Adama wielokrotnie był światkiem podobnych wybryków, a i za dzieciaka całkiem czynnym uczestnikiem licznych bójek najróżniejszej maści. Nigdy jednak nie sprowokował żadnej bez naprawdę dobrego powodu, przy czym przez długi okres (głównie Elementary School-High School) sam co najśmieszniejsze padał w nich ofiarą. Wbrew obiegowej opinii, nie jest łatwo być dzieciakiem nadmiernie majętnej rodzinki. Zwłaszcza, gdy wyglądasz jak połączenie patyczakowatego chłopczyka z owieczką. Teraz pewnie ciężko byłoby komukolwiek to sobie wyobrazić, ale ze swoją pozornie mizerną wówczas posturą oraz wiecznie poskręcanymi w loczki włosami w kolorze znacznie jaśniejszego niż obecnie blondu, sprawiał wrażenie idealnego kozła ofiarnego. A że się stawiał? Oczywiście dodatkowo na niego za to naskakiwano, czemu nie umiał pozostać dłużnym. Bądź co bądź, za ojca miał byłego wojskowego, który nie pozwoliłby, aby któryś z jego synów wyrósł na nieumiejącą sobie radzić w życiu ciotę. Wszyscy równo traktowani byli przez niego ostro i trzymani krótko jeśli w grę wchodziły pewne zasady oraz obowiązki. Razem z siostrą posyłani byli od małego na kursy samoobrony, a także uczeni sztuk walki wedle własnych upodobań. Lee nie mógł powiedzieć, że nie wyszło mu to na zdrowie. Zmotywowało wszakże nawet do otwarcia szkółki samoobrony, co pozwalało pozostać w stałej formie. Byle dzieciaki, choćby i z nożami, a nie wiedzące czym jest doświadczenie i technika w walce, nie zdołałyby go zastraszyć. A już na pewno nie zaplute smarki, wykorzystujące za przewagę liczebność. Gardził takimi chłystkami. Z tego powodu miast pouczającego wywodu oraz gróźb zadzwonienia na policję, postanowił jakże pedagogicznie pokazać im, jak to jest zmierzyć się z kimś większym. Choćby i w pojedynkę. Nie sprawiał przy tym wrażenia nadmiernie rozgniewanego. Raczej lodowato spokojnego. I to niepokoić mogło jeszcze bardziej.
Przyjrzał się trójce przed sobą, włącznie z Percym, lecz w jego przypadku bardziej w poszukiwaniu ewentualnie poważniejszych, mogących alarmować obrażeń, które musiałyby się wiązać z wezwaniem karetki. Dlatego też samej warzy nie poświęcił aż tak wiele uwagi, nie mając szans na rozpoznanie go w pierwszej chwili. Jego oczy zresztą nadal się przyzwyczajały do panujących warunków. W dalszej części dwójka nadal stojących, w tym jeden z nożem w ręku. ...Oh? Czy to przypadkiem nie chłopak Finegarda?
Krzyki, groźby i wściekłe miny nie robiły na nim wielkiego wrażenia. Co nie znaczy, że zamierzał nie doceniać młodzieńczą nadgorliwość. Przez cały czas zachowywał pełną czujność, chociaż dawał odczuć iż patrzy na dresiarzy z góry. Pewny siebie, nie zamierzający im ustępować.
- Szsz. Leżeć. Szkoda by było, gdybym przypadkiem naderwał jakieś mięśnie. – wykręcił przytrzymane łapsko, naciskając przy okazji niedelikatnie na jeden ze wspomnianych. Przy okazji przerzucił więcej ciężaru ciała na nogę umieszczoną między łopatkami delikwenta. Nigdy nie należał do popleczników bezstresowego wychowania. Gdyby któryś z nich był jego własnym synem, sprałby tak, że mucha nie siada, a przymus ciężkich prac fizycznych obowiązywałby przez kolejne dwa miesiące.    
W normalnej sytuacji, byle groźbę parszywym scyzorykiem potraktowałby jako coś niebanalnie śmiesznego od kogoś ich pokroju. Lecz najważniejsze to przede wszystkim zapewnienie bezpieczeństwa temu, który padł ofiarą przemocy. Zoolog nie mógł wszakże mieć pewności, że zdąży poradzić sobie z każdym z nich, zanim jeden nie wpadnie na genialny pomysł przystawienia ostrza do gardła niewinnego chłopaka. Nieumyślne wmieszanie w dalsze zmagania siłowe także miałoby szanse skończyć się fatalnie.  
- Schowaj ten nożyk cwaniaczku, zanim nieumyślnie wybijesz sobie okno. - zdjął nogę z pleców leżącego pod nim i rozluźnił palce, pozwalając mu się zebrać do kupy. Miał dość czasu, aby przyjrzeć się twarzą pierwszej dwójki. Zwłaszcza jednemu z nich. Tyle w zupełności wystarczyło.
- Spieprzajcie stąd, zanim sam sobie z wami pogadam. – odezwał się z ostrzegawczą, choć uprzejmą nutą w głosie. Gdy na niego spojrzano, jedynie uśmiechnął się arogancko, odpowiadając tym samym. Biedaczek nie zdawał sobie sprawy, jak dobrze zna się z ojcem jednego z jego kolegów. Co za ironia... Smark dorastał w przekonaniu, że jego ojciec to zwyczajny księgowy. A jednak co w rodzinie to nie zginie. Najwyraźniej odziedziczył po nim geny ze słabością do mieszania się w niezdrowe relacje i afery. Ciekawe co zrobi, gdy się o tym dowie. Przestępcy to jednak hipokryci. Lubili swoje życie na krawędzi, ale zawsze starali się trzymać od tego swoje rodziny jak najdalej.
Jakiś czas obserwował uliczkę jeszcze po tym jak zniknęli. Wolał się upewnić, niż potem żałować. Dopiero po tym obrócił się w stronę poszkodowanego.
- Cała przyjemność po mojej stronie. A teraz pokaż no się, dzieciaku i nie szarżuj z tymi siniakami za bardzo. – odparł o wiele łagodniej, łapiąc go lekko acz stanowczo pod ramię bez zbędnych pytań, zamierzając przyjrzeć się jaki dokładnie jest stan chłopaka. Zatrzymało go na moment lekkie zdziwienie faktem, że ten znał jego nazwisko. Bez jaj... Uczeń?
Zmarszczył brwi, wpatrując się nieruchomo kilka dobrych sekund w twarz tamtego. Chyba mu niczym zanadto nie podpadł, skoro nie pamiętał dokładnie imienia, ale umówmy się - po szkole nie kręciło się znowu tak wielu ufarbowanych na RÓŻOWO.
- Nie inaczej. A twoje nazwisko, to...?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Percy

avatar

Liczba postów : 315
Join date : 10/02/2014

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Czw Kwi 02, 2015 6:11 pm

Grupka amatorów mocnych wrażeń ulotniła się w mgnieniu oka, a jeden z nich nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo jest w kiepskiej sytuacji. Nikt z zebranych nie przypuszczał, aby ten wysoki dobrze zbudowany i nienagannie ubrany mężczyzna, może znać ojca jednego z wyrostków, którzy bawią się w terminatorów. Oczywiście, gdyby tylko chłopak położony wcześniej na glebie miał świadomość kontaktów Adamy, nie strugałby ważniaka skacząc niczym najeżony kot wokół kocimiętki.
Niesamowite jakże przewrotny potrafi być los by w jednym ułamku sekundy – przy niewielkiej odrobienie szczęścia – całkowicie odmienić przebieg wydarzeń. Wystarczył jeden mężczyzna, który niczym rycerz na białym koniu zrobił wjazd na ponury zaułek, gdzie jego lśniąca zbroja bardzo szybko przygasła niczym tlący się ogień, kiedy dowiedział się, że ratowana księżniczka okazała się być księciem. A tak poważnie, gdy okazało się, że ten sam przewrotny los podsunął na drogę Lee jego własnego ucznia ze szkoły. Mężczyzna musiał naprawdę musiał żałować swoich decyzji.
Chyba obaj nie byli zachwyceni faktem, że mieli wątpliwą przyjemność spotykać się w niegodnym miejscu, gdzie wszystkie tajemnice muszą pozostać między murami bloków. Uważne, trochę zagubione spojrzenie błądziło po twarzy ucznia nie bardzo wiedząc jak ma zacząć rozmowę. A raczej, jak poprosić mężczyznę o milczenie. Dziwnym faktem ostatnimi czasy miewa same układy z nauczycielami swojej szkoły. Bladric. Donatien. Lee. O ile z tym drugim wiedział, że znajomość wpędzi go w kłopoty, tak z zoologiem miał cień nadziei, że stanie się odwrotnie.
- Nic mi nie jest. Dziękuję. Takie tam sprzeczki – powiedział, wiedząc jak to musi idiotycznie brzmieć. Założył ręce na siebie w geście całkowitego zamknięcia, które w końcu nie miał trwać długo. Chwilową niekomfortową ciszę pierwszy przerwał.
- Byłbym wdzięczny, gdyby pan nie rozpowiadał nikomu o sytuacji, która miała tutaj dzisiaj miejsce. Mógłby to pan dla mnie zrobić? – zapytał, siląc się na najbardziej uprzejmy ton, na jaki go w tym momencie było stać. A stać było go na naprawdę niewiele zważając na fakt, jak wszystko zaczynało go boleć. Musiał powiedzieć, że jego koledzy mieli bardzo mocne ciosy zapewne, dzięki którym zyskali szacunek w grupie podobnych do siebie podlotków. Nie chciał się dłużej roztrwaniać nad kłopotliwym stanem sytuacji.
- Mam nadzieję, że nie będzie mieć pan przeze mnie problemów – mruknął, bo w końcu chyba się tym również martwił. Coraz więcej kłopotów ściągał na osoby, które robiły dla niego bardzo wiele. A on w ramach podziękowań pakował je nieświadomie w kłopoty.
Zaczęło padać, a temperatura zacznie się obniżyła przez zmrok, który wolno zaczął zapadać. Miasto leniwie pogrążało się w stagnacji, kołysząc zmęczonych ludzi na boki za pomocą wiatru. Dochodziła właśnie dziewiętnasta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lee
Nauczyciel zoologii i samoobrony
avatar

Liczba postów : 117
Join date : 27/01/2014
Age : 30

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Czw Kwi 02, 2015 9:50 pm


Fakt, że ofiarą trójki bezwzględnych młokosów padł jeden z uczniów placówki w której wykładał swój przedmiot, to jedno. Natomiast to, że owy uczeń napadnięty został wyraźnie ze względu na złożone przez siebie zeznania, to już kompletnie inna kwestia.
Jednym z ważniejszych obowiązków Lee jako nauczyciela, było zapewnienie bezpieczeństwa dzieciakom takim jak Percy. Teoretycznie tyczyło się to czasu jaki poświęcał im w godzinach pracy, jednak w praktyce oczekiwano od niego zaangażowania oraz poświęcania uwagi w każdym, niepokojącym przypadku. Czy to na terenie szkoły, czy też poza nią. Jakim cudem właściwie nie zostali powiadomieni o czymś równie istotnym przez dyrekcję? A może i sama dyrekcja nie była niczego świadoma? Bądź co bądź, w gruncie rzeczy istniało bardzo niewielkie grono, które dostało możliwość uczęszczania do Traditional Royal School za sprawą wybitnych wyników w nauce, zapewniających dzięki temu odpowiednie stypendia. Większość posiadała po prostu dzianych rodziców, ludzi z układami i znajomościami. Być może rodzice tego tutaj, mieli te ostatnie wystarczająco dobre, aby wyciszyć sprawę? Tak czy inaczej – nie podobało mu się to. Wychodziło na to, że znalazł się w nie do końca dla siebie komfortowym położeniu. Zostawić tego przecież ot tak nie mógł, natomiast wymazać własnej pamięci na zawołanie nie potrafił.
Taksował osiemnastolatka nie do końca przyjemnym, często przyprawiającym o lekkie dreszcze, prześwietlającym wzrokiem.
- ”Sprzeczki”, co? - wykrzywił usta w iście ironicznym uśmieszku. - Przyznaje, że to całkiem niebanalne określenie. Zwłaszcza na sprawę pobicia, mającą ścisłe powiązanie z popełnieniem przestępstwa. Coś mi jednak mówi, że twoi wątpliwi przyjaciele nie zezłościli się raczej z powodu zeznań w sprawie kradzieży cukierków w supermarkecie. – choć wyglądał na wyluzowanego wypowiadając te słowa, jego mózg właśnie zaczynał rozgrzewać się, wertując najróżniejsze możliwości. Kiedy dochodziło do takich napaści, nigdy nie szło o byle pierdołę. Obicie gęby to jedno, ale grożenie odcinaniem części ciała? Nawet w formie pustej groźby, nie wykorzystywało się takich rzeczy, gdy gra nie toczyła się o grubszą stawkę. Świadek napaści? Innego, brutalnego pobicia? Może chodziło o narkotyki – ostatnimi laty stało się to całkiem popularne.
- Nadal nie usłyszałem twojego nazwiska. – wszedł mu w świeżo zadawane pytanie, opierając wolną od zakupów dłoń na boku. - Cóż... Pochlebia mi, że uczeń się o mnie martwi, ale na twoim miejscu raczej miałbym większe baczenie na własną skórę. Co zaś się tyczy twojego pytania, nie wydaje mi się, żebym mógł tak po prostu zignorować napaść na swojego podopiecznego. – zmarszczył brwi. - Gdyby sytuacja nie zmusiła mnie do interwencji, policja już dawno byłaby w drodze tutaj. Dla świętego spokoju, pewnie też karetka. – rozejrzał się dookoła. Nie było dobrze zostawać w tym miejscu zbyt długo. Cholera wie co gnojkom jeszcze przyjdzie do łbów. A nuż sprowadzą kolegów. Z czterema czy pięcioma mógłby być już problem.
- Nogi całe, jak sądzę? W takim razie, chodź. – złapał go pod ramię, coby i Perciemy nie przyszło do głowy uciekać przedwcześnie. - Najpierw wyjdziemy z tego zapyziałego zaplecza. – chciał też w świetle latarni móc obejrzeć sobie obrażenia na ciele chłopaka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Percy

avatar

Liczba postów : 315
Join date : 10/02/2014

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Wto Kwi 07, 2015 9:02 pm

Faktycznie trochę źle to ujął w słowa. Teraz naprawdę cała ta sytuacja wyglądała na poważną i trudno będzie się z niej ot tak wykaraskać. No, ale wiesz…
Sprzeczki, kłótnie i takie tam obcinanie języka. Profesor nie powinien być zdziwiony przecież młodzież jest taka nowoczesna i wyzwolona! Cholera! Percival, ależ się wkopał. Nic logicznego nie dało się ukulać, aby belfer w to uwierzył. Tylko skończony kretyn łyknął by bajkę o małej przepychance w ciemnej uliczce po zmroku. Wiwat inteligencji osiemnastolatków!
- Może i nie, ale to są moje prywatne sprawy, o których nie mam ochoty z nikim na ten temat rozmawiać – burknął, mając cichą nadzieję, że tą odpowiedzią jakoś ostudzi zapał pedagoga. Nie miał najmniejszej ochoty wyciągać tych flaków z olejem, które ciągły się za nim niczym brazylijska telenowela. Chciał zakończyć te sprawę, mieć z głowy. Pozbyć się niewdzięcznego balastu, który starał się go przycumować przy brzegu na dłuższą metę. Miał dosyć tej dłużej mety. Chciał znowu oddychać.
- Debreu. Percival Debreu – przedstawił się, wiedząc, że tak czy siak nie uniknie tego. W końcu w szkole będzie stale obserwowany pod czujnym okiem zoologa, który randomowo zapyta napotkanego nauczyciela kim jest ta różowa pisanka i nazwiska same się posypią. Niczym we włoskiej mafii.
Nagle poczuł cholerną bezradność i złość. Wszystkie sprzeczne uczucia kumulowały się w nim od bardzo dawna, chcąc znaleźć ujście. Targały nim, bawić w podchody, który pierwszy powinien zaatakować. Ze zrezygnowaniem przetarł twarz dłonią, robiąc to z niemałym zmartwieniem. Oczami wyobraźni widział, jak dyrektor wzywa go na dywanik. Jak siada na jednym z wolnych krzeseł – drugie zajmuje Lee – spoglądając na mężczyznę za dębowym biurkiem. Przełknął ślinę, czując jak jego wątpliwa aczkolwiek jak do tej pory bez skazy kariera szkolna, nagle kończy swoją drogę.
- Domyślam się. Ale niech mi pan wierzy, że już wystarczająco mam pod górkę. Mogę obiecać, że nic nie zrobiłem. Tylko proszę o dochowanie tej tajemnicy – mruknął skrępowany. Nienawidził prosić o nic nikogo. Jako dziecko zawsze stał przed ojcem, kiedy ten mroził go surowym wzrokiem kolejny raz wytykając mu błędy i uchybienia. Teraz było identycznie, tylko zamiast starego gderliwego ojca stał młody nauczyciel, który ni cholerę nie chciał odpuścić.
Dał się złapać pod ramię, chociaż w pierwszym odruchu chciał uciec. Jednak stwierdził, że byłoby to bardzo niemądre z jego strony, zważając na fakt, że obaj w końcu spotkają się w murach szkoły. Unikać go nie mógł przez cały rok szkolny albo chociażby do czasu wyjaśnienia sprawy. Szkoła mimo, że była wielka, dla kogoś kto znał te tereny odszukanie jakiś delikwentów nie stanowiło żadnego wyzwania, a zoolog wyglądał na takiego, który jak szuka to znajduje.
- Nic mi nie jest – westchnął, ścierając wierzchem ręki zaschniętą krew z nosa. Gdyby tak policzyć ile razy ostatnimi czasy dostał wciry, najpewniej by mu placów u ręki nie starczyło. Stanął koło latarni mając lepszy widok na Adamę i w tym samym czasie wyswobadzając się od jego ręki. Percy nie wyglądał znowu tak tragicznie. Rozwalony nos, przecięty lekko policzek i zaczerwienienie pod okiem. Dopiero pod koszulką zapewne dojrzy całą gamę kolorów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lee
Nauczyciel zoologii i samoobrony
avatar

Liczba postów : 117
Join date : 27/01/2014
Age : 30

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Sro Kwi 08, 2015 7:38 pm

Szczerze? Adama naprawdę wolałby się w to nie mieszać w miarę możliwości. Miał własne kłopoty. Własne problemy oraz zmartwienia i to bez babrania się w czyichś brudach na dokładkę. Połączenie pracy nauczyciela wraz z... Khm. Nie do końca legalną robotą na boku, było niczym ciągłe stąpanie po krawędzi. Zaledwie jeden niewłaściwy ruch, mógł doprowadzić do upadku z bardzo, bardzo wysoka, skutkując zarówno w sensie metaforycznym jak i dosłownym, połamaniem pewnych części ciała. Oczywiście wszystko na własne życzenie. Lubił grę w podwójne życie. Bawiło go to, krzesło jasna pod warunkiem, że toczyło się po jego myśli. Dlatego od spraw mogących zbytnio zbliżyć go do policji, wolał unikać jednak jak ognia. Prowadziło to do tworzenia dylematów tego typu, gdy to zdrowy rozsądek stawał naprzeciwko obowiązku i osobistych zasad moralnych.
- Wydaje mi się, że czegoś tutaj nie rozumiesz, dzieciaku. – uśmiech spełzł z jego twarzy, nie pozostawiając po sobie śladu. Teraz pozostała jedynie chłodna powaga człowieka, który nasłuchał się w życiu zbyt wiele kiepskich wyjaśnień i napatrzył się na zbyt wiele buntowniczych nastolatków, by dać się łatwo zbajerować pierwszej lepszej, wojowniczej czy przesadnie pewnej siebie postawie. Męczyło go takie dociekanie, ale w przyciskaniu był dobry nie tylko kiedy trzeba odpytać jakiegoś nieuka przy tablicy.
- W momencie w którym te twoje, tzw. „prywatne sprawy wymykają się spod kontroli, dopadając przypadkowych przechodniów, przestają być zarówno twoje jak i prywatne. ZWŁASZCZA, gdy takim przechodniem jest twój nauczyciel, a inne podmioty tej sprawy biegają po ulicach z nożami, grożąc, tłukąc i zastraszając. – zdaje się, że powinien się teraz poczuć jak hipokryta, ale jakoś niezbyt go to obeszło. - Nie jestem stróżem prawa, ale jako pedagog, mam obowiązek interweniować. I bez urazy, ale po tym co widziałem, nie wydaje mi się żebyś był sobie w stanie poradzić z tym w co wdepnąłeś. A to oznacza, że nie tylko twoje bezpieczeństwo, ale także osób dookoła ciebie może być zagrożono. Jako pedagog i dorosły człowiek świadomy powagi sytuacji, nie mogę po prostu siedzieć cicho, czekając spokojnie na rozwój wypadków, ślepo zawierzając szczęśliwemu losowi.
Westchnął w myślach na naiwność Perciego, ale z drugiej strony to przecież jeszcze diabelnie młoda i zapewne mało doświadczona przez życie osoba. Mógł się założyć, że nigdy wcześniej nie wpakował się w nic równie problematycznego. Wyglądało też na to, że nie chciał nikomu sprawić problemów, ale to przecież właśnie takie nastawienie tworzyło ich zazwyczaj niebotyczną ilość. Postępowanie niby szlachetne i godne podziwu, lecz jednocześnie koszmarnie głupie. Lee wiedział jak to jest. Męska duma to ciężki orzech do zgryzienia. Czasami trzeba więc było po prostu mocno zacisnąć zęby i przełknąć ją w całości, choćby miała stanąć w gardle. Z doświadczenia wiedział, że lepiej zacząć się dusić właśnie nią, niż coraz rosnącymi w siłę kłopotami.
Przy okazji zanotował sobie nazwisko upartego smarkacza. Swoją drogą... Z jakiegoś powodu wydawało mu się dziwnie znajome. Debreu... Debreu... Gdzie mógł je wcześniej usłyszeć? Irytujące jak czasami potrafi zawodzić pamięć. Za młody przecież był na sklerozę!
- Nie musisz ze mną o tym rozmawiać. – dodał już o wiele luźniej. - W końcu nie zamierzam zmuszać cię do spowiedzi, ale też odmawiam w takim wypadku krycia twojej osoby. – postawił sprawę jasno. Umiał chodzić na kompromisy, ale powód również musiał ku temu mieć odpowiedni. Za to w świetle latarni, wreszcie rozpoznał w nim... Ucznia Baldrica? Ah. To ten sam, którego widział z nim kilka tygodni temu gdzieś na mieście. Nie wpadł na nich, po prostu widział przez szybę jednej z kawiarni. Pamiętał, że przez chwilę z rozbawieniem wyobrażał sobie, że być może jego drogi kolega z pracy postanowił rozerwać się i zaryzykować zakazanym romansikiem. Haha. To by dopiero było.
- Jesteś jakimś pupilkiem Baldrica, mam rację? Pana Baldrica?
Hm, może to jeden z członków drużyny, którą tamten prowadził? Czy powinien wówczas zadzwonić i do niego? Rany, rany.
- Skończysz z ładnym limem pod okiem, jeśli nie przyłożyć niczego zimnego. – skrzywił się lekko, acz w gruncie rzeczy był bardzo zadowolony, że nie widział żadnych specjalnych obrażeń w obrębie głowy. Wówczas nie ryzykowałby i zawlókł Perciego do szpitala choćby i siłą.
- Nie rozdrabniając się zanadto, masz teraz kilka możliwości. – puścił go wedle życzenia. - Porozmawiasz o tym od razu z policją, gdzie obaj złożymy zeznania, a mnie jutro pozostanie zgłoszenie wszystkiego dyrekcji szkoły; dyrektorem, który zapewne i tak podejmie kroki o zawiadomieniu policji; albo ze mną, ryzykując, że sam zgłoszę powyżej wymienionym, bądź spróbuję znaleźć inne rozwiązanie dla twojej sytuacji. - potarł kark, odrobinę zmęczony. Wolałby nie brać w tym czynniejszego udziału niż konieczne, ale – no właśnie – było to najwyraźniej dostatecznie konieczne. Nadal pamiętał twarz dzieciaka Finegarda. Jeśli odziedziczył umiejętność pakowania się w tak samo groźne towarzystwo jak jego staruszek, nie oznaczało to niczego dobrego.
- Nie musisz spieszyć się z odpowiedzią. Odwiozę cię do akademika czy gdzie tam mieszkasz, ale najpierw ogarniesz się u mnie. Mieszkam w pobliżu, a i tak muszę nakarmić zwierzaki. - zrobił minę człowieka niezadowolonego z własnego pomysłu, bo i był niezadowolony, ale trudno. - Nawet nie próbuj odmawiać. Miałbym kłopoty, gdyby stało ci się coś w trakcie samodzielnego powrotu, a jeśli któryś z pracowników albo strażników zobaczyłby jak wysiadasz z mojego samochodu poobijany, mogłoby to zostać źle odebrane. Wszystko jasne? Jakieś pytania?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Percy

avatar

Liczba postów : 315
Join date : 10/02/2014

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Czw Kwi 09, 2015 10:22 pm

Z trudem ugryzł się w język, kiedy nauczyciel stawał się tak niesprawiedliwy. Miał ochotę odszczeknąć chamsko, jednak to by niewiele zmieniło w obecnej sytuacji. Wpakowałby się w jeszcze gorsze kłopoty niż te, w których utknął. Miał serdecznie dość i powyżej dziurek nosa czego ktoś chce, a tym bardziej jakiś zoolog. Oczywiście był mu wdzięczny za pomoc, jednak coraz to większa frustracja pogłębiała niechęć do pedagoga.
- A niech pan sobie już robi co chce – wyrzucił zirytowany słuchaniem monologu mężczyzny. Skoro chciał lecieć i donieś dyrektorowi, to niech zasuwa byle tylko nie potknął się o własne nogi. Zmęczony całą tą sytuacją chciał wracać do siebie. Nawet nie słuchał zbyt uważnie tego, co mówił Lee. Myślami błądził w zupełnie przy innych osobach, kiedy nagle jego myśli zostały wypowiedziane na głos. Czyżby Adama potrafił czytać w myślach?
- Nie jestem niczyim pupilkiem – warknął jadowicie akcentując ostatnie słowo z przesadnym syknięciem. Jeszcze mu tego brakowało, aby ten ciekawski nauczyciel dowiedział się o jego romansie z Baldricem. Matkoboska. Przecież wszystkie te wydarzenia posypałyby się lawinowo. Zaczynając od romansu, w którym Cornwell najpewniej zostałby wylany dyscyplinarnie ze szkoły, a Percival zawieszony. Dalej wypłynęłaby sprawa z prochami, dzięki której jego zawieszenie przerodziło się w natychmiastowe wyrzucenie. A dodatkowo miałby na głowie Aarona, który tylko czeka aż będzie mógł syna szarpnąć za niewidzialną smycz i na nowo zabarykadować go w rezydencji, wynajmując mu sztab elokwentnych nudziarzy. Wizja tego wszystkiego przyprawiła go o ciarki. Sama myśl była straszna, a co dopiero, kiedy miałaby nabrać rzeczywistości. Najpewniej nic by nie wyglądało tak kolorowo, jak wygląda teraz.
- Nie będę z nikim rozmawiał. Zeznania złoże w odpowiednim czasie. A moją sprawą zajmuje się już pan Cornwell, który pomaga mi wyplątać się z tego nie angażując dyrekcji szkoły, tak jak pan chce to uczynić. Także proszę się już o mnie tak nie martwić – powiedział cierpko, a wcześniejsza jego uprzejmość dawno się gdzieś rozmyła. Facet go zdenerwował. Rozumiał, że miał i/lub musiał podjąć względem niego jakieś kroki, jednak cała ta akcja stała się na tyle nieznośna, że przestał panować nad własnymi rozszarpanymi emocjami. Był kłębkiem nerwów mimo iż na zewnątrz całkiem nieźle się trzymał. Spokojny i opanowany, wydawał się, że ma wszystko pod kontrolą, lecz prawda trochę odbiegała od rzeczywistości.
- Mhm, okej – rzucił niechętnie. Chciał to już odbębnić i wracać do akademika. Do swojego łóżka. I pogadać z Edricem – on zapewne mu coś doradzi, albo chociaż wesprze. - Daleko to? – zapytał, zerkając kątem oka na ulicę, by po drugiej stronie zauważyć jakiego mężczyznę machającego w ich stronę. Nie znał go, więc jego znajomym być nie mógł. Najwidoczniej tamten znał Adamę, gdyż zaraz zbliżył się do nich z niemałym uśmiechem na twarzy. Tak jakby triumfował. W końcu odczuwał wyższość, skoro był obecnym partnerem byłej żony Adamy.
- Jak życie, Lee? – zapytał, jednak rzucając pytanie standardowo tak jakby zrobił to jedynie z grzeczności. Nieznajomy przyjrzał się Percivalowi z lekkim zaskoczeniem, a potem przeniósł pytające spojrzenie na belfra. Ten gest był sygnałem dla osiemnastolatka, że pora ogarnąć nieco twarz, która nie wyglądała, że wszystko jest w porządku.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lee
Nauczyciel zoologii i samoobrony
avatar

Liczba postów : 117
Join date : 27/01/2014
Age : 30

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Pią Kwi 10, 2015 6:03 pm

Gdyby Percy rzeczywiście zdecydował mu się w tym temacie odpyskować, zapewne nie zrobiłoby to na Adamie większego wrażenia. To w końcu całkiem naturalna dla jego wieku reakcja obronna przed ingerencją upierdliwego belfra, czyż nie? Mądrze jednak, że zdołał ją w sobie zdusić, ponieważ oszczędził sobie śliny, której i tak nadmiernie zużył już jego rozmówca. I wcale nie wyglądał na osobę szczęśliwą z tej racji. Acz przynajmniej miał świadomość, że wygarnął mu wszelkie powody swojego „przeciw”, odnośnie zachowania całego zajścia w tajemnicy. Podobnie jak uczniowi, wcale nie paliło mu się przecież do brania udziału w przesłuchaniach, zdawaniu raportu z zajścia i tym podobnych.
- Oczywiście... Nie jesteś. Po prostu lubisz się dokształcać u swojego nauczyciela po szkole. – dyskretnie wywrócił oczyma, krzesło jasna nie mając na myśli niczego nadmiernie niewłaściwego, a nie zdając sobie sprawy, że tak właśnie mogło to zabrzmieć. Bo w końcu gdzieżby miał podejrzewać takiego poczciwego Baldrica-... W sumie to chyba przez tę „poczciwość” w ogóle pojawiały się wcześniej jakieś podejrzenia... No mniejsza. Wiedział, że spotyka się z kimś młodszym. To tyle. Nie dociekał. Nic na siłę. Acz reakcja Debreua całkiem nieźle go w duchu rozbawiła. Cóż za jawna obraza majestatu!
Wszystko natomiast zmieniło się o 180 stopni w momencie, w którym to raz kolejny zahaczyło o nazwisko dobrego kolegi z pracy. Dość niespodziewanie tym razem.
W pierwszej chwili na twarzy Lee wykwitło zdziwienie, później odrobina podejrzliwego niedowierzania, aż wreszcie skończyło się na wyrazie lekkiego poirytowania i uldze.
- Cornwll, huh? – uśmiechnął się pod nosem i pokręcił głową. Miał ochotę palnąć chłopaka przez ten różowy łeb, ale wtedy zdaje się iż doszłoby do naruszenia nietykalności cielesnej. - Troskliwy i uczynny jak zawsze. – dodał pod nosem cichym pomrukiem. - Gdyby pan od tego zaczął, panie Debreu, nie musiałbym marnować czasu na czcze gadaniny.
Potarł dwoma palcami prawą skroń, zastanawiając się, w jaki sposób wpakował się w coś podobnego taki spokojny facet jak Baldric. Choć z drugiej strony „cicha woda brzegi rwie” - jak mawiali. Tylko czy aby na pewno był kimś, kto ryzykował w taki sposób dla każdego ze swoich uczniów? Niezależnie od tego jaka była prawda, nie zamierzał pakować go w kłopoty jakie mogły wywiązać się z podkablowania nieoficjalnego zaangażowania w sprawę. Przyda się jednak z nim skontaktować.
- W takim wypadku, wydaje mi się, że rozmowa z panem Cornwellem w zupełności wystarczy. – rozluźnił się już zupełnie i tylko jeszcze zerknął do reklamówki. Trochę martwego, trochę żywego żarcia, lekarstwa. Wszystko było, niczego nie zgubił, niczego w zoologicznym nie zostawił.
- Chaucer Road. 6-8 minut drogi skrótem przez Brixton. Jeśli z twoimi nogami wszystko w porządku i nie oberwałeś po nich nadmiernie, szybkim marszem będziemy tam w 5 minut. - odparł mu i już byłby obrócił się na pięcie, nie chcąc spędzić na ulicy całej wieczności, gdy w oczy rzuciła mu się dobrze znana i niezbyt chętnie widziana postać. Gdyby Percy spojrzał teraz w górę na twarz nauczyciela, dostrzegłby jak przebiega po niej cień czystej nienawiści. I choć wyraz ten szybko zniknął, dało się odczuć zmianę w powietrzu dookoła niego. Stężało, stało się gęstsze. Nawet dłonie niekontrolowanie zacisnęły się w pięści. Jego uczniowie na pewno nie chcieliby go takim oglądać na co dzień w trakcie zajęć. Wystarczająco przerażający potrafił być ze swoim udawanym, niby-łagodnym uśmiechem.
- Witaj, Albercie... – uśmiechnął się niemal przyjacielsko, pomimo otwierającego się samoczynnie noża w kieszeni. - Nie narzekam, ale jak widzisz, jestem w tej chwili odrobinę zajęty.
Ostatnie czego sobie życzył, to rozmowa z tym palantem. Wspólnie kończyli ten sam uniwersytet. Zawsze miał Alberta za ciamajdę mimo dobrych wyników i w życiu nie podejrzewałby, że Margaret rzuci go kiedyś dla kogoś takiego! Niedobrze mu się robiło. Jak po mistrzowsku potrafił zgrywać się na sympatycznego, czułego czy ciepłego, jakkolwiek świetnie kontrolował swoje emocje, tak teraz nie był do końca pewien, czy w obecności ucznia nie rzuci się na tą zawszoną powsinogę, coby dokopać do chełpliwego dupska.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Percy

avatar

Liczba postów : 315
Join date : 10/02/2014

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Nie Kwi 12, 2015 1:04 pm

Ależ go belfer denerwował! Ciągle tylko gadał i wymądrzał się, odgrywając rolę poważnego i odpowiedzialnego dorosłego. Czemu oni wszyscy musieli tacy być? Patrzeć na wszystko z góry osądzając, a nie mając do tego żadnych podstaw.
- To już moja sprawa – chrypnął, bo Lee zdecydowanie zaczął przekraczać granice. Nie powinno go to interesować, co uczeń lubi robić po szkole, a czego nie. Jeśli miał kaprys brać lekcje u Cornwella to nic mu to tego, a wszelkiego typu komentarze były po prostu zbędne.
- Ciągle powtarzałem, że nie potrzebuje pana pomocy, to chyba powinna być wystarczająca aluzja – chrząknął znacząco, tracąc resztki przyzwoitości. Miał po wyżej dziurek w nosie tego co myślał Adama. Chciał zniknąć, wywinąć mu się.
I wtedy pojawił się Albercik. Znaczy, pan Albert. Obecny partner byłej żony nauczyciela. Bogowie! Gdybyście tylko widzieli, jak wyżej wspomniany zareagował na obecność (nie)znajomego, to byście nie uwierzyli!
Percival stał obserwując całą sytuację z boku i nie ukrywał, że chwilowa irytacja widoczna na spokojnej jak dotąd twarzy pedagoga, wywołała w nim cień zadowolenia. Wiedział, że nie powinien się cieszyć z jego nieszczęścia, gdyż nauczyciel uratował mu tyłek, jednak swoją postawą na tyle go zdenerwował, że chciał mu się odgryźć. A okazja natrafiła się sama.
A widocznie Margaret wolała towarzystwo stojącego eleganciki naprzeciwko nich, niż faceta z zamiłowaniem do pakowania się w wszelkie kłopoty.
- Och – powiedział Albert, widocznie przejęty. Jakby wcześniej wcale tego nie zauważył. – Nie spodziewałem się, drogi Lee, że zacząłeś gustować w mężczyznach, a raczej w chłopcach – dodał z uprzejmym uśmiechem na ustach, jednak wyraźną nutą uszczypliwości w głosie. Z daleka widać było, że te dwa koguty walczą o swoje podwórko. Zwłaszcza, że jeden z nich sypiał z byłą partnerką koguta numer dwa. Sytuacja była naprawdę mało komfortowa, a atmosfera gęsta. Gdyby tylko miał nóż przy sobie, najpewniej mógłby ją nim kroić.
- Chyba musimy już iść, panie Adama – powiedział Percival, chcąc dać mu sygnał, że czas się wycofać. Czuł, że mężczyzna może w pewnym momencie przestać tak świetnie odgrywać swoją wyimaginowaną rolę i skopać dupsko tamtemu. Osiemnastolatek nie miał zielonego pojęcia, kim jest tajemniczy Albert i dlaczego tak negatywnie działa na Lee, ale chyba nie chciał być świadkiem ataku szału nauczyciela. Jeszcze tego im brakowało. Kolejnej obitej twarzy. Zapewne nie będzie to podejrzane, gdy obaj zjawią się w szkole z zolami pod okiem, wcale! Westchnął ciężko, gdyż pierwsza i dość krótka radość z utarcia nauczycielowi nosa, przerodziła się w większą obawę, gdyż Albert coraz bardziej się rozkręcał i wcale nie wyglądał, że zamierza tak szybko przestać.
- Tak, chyba powinieneś posłuchać chłopaka. Nie wyglądasz za dobrze. Zatrułeś się czymś, Lee? – zapytał z udawaną troską i położył dłoń na ramieniu mężczyzny. Percy zaczął rozumieć czemu Adama nie przepada za tym gościem. Sama jego fałszywość i dwulicowość przyprawiała go o mdłości.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lee
Nauczyciel zoologii i samoobrony
avatar

Liczba postów : 117
Join date : 27/01/2014
Age : 30

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Czw Kwi 16, 2015 5:30 pm

Co sprawiało, że tacy byli? Zapewne pozycja. Nic dodać, nic ująć. Choć w przypadku Lee była to także kwestia mocno wrednego charakteru, który i tak nigdy nie uzewnętrzniał się po całości, gdy w grę wchodziła jego nauczycielska postawa. Lekkie złośliwości czy uszczypliwości były w jego przypadku na porządku dziennym, podobnie jak ustawianie ludzi po kątach. To co Percy odbierał jako irytujące w obecnym zachowaniu i postępowaniu belfra, stanowiło zaledwie pestkę z wisienki na torcie jego możliwości. I całe szczęście, że tylko tyle! Może odrobinkę podpuścił chłopaka, kiedy zahaczył o temat swojego kumpla po fachu, jednak nie zrobił tego w aż tak złośliwy sposób. Przynajmniej we własnym mniemaniu, ale każdy miał przecież własne progi. Niemniej w głębi ducha faktycznie nadal bawiły go reakcje Debreua.
- Wyluzuj, dzieciaku. Stres i nerwy działają na człowieka równie niekorzystnie, co poobijane ciało. A obnoszenie się z nimi, potrafi niektórych prowokować do stania się nowym powodem bliźniaczych problemów. Radziłbym więc spuścić nieco z tonu. Taka drobna rada. - ostatecznie mówił z czystego doświadczenia. Na niego samego działało to w sposób bardzo podobny. Im bardziej Percy buzował, tym bardziej miał ochotę go podrażnić bądź za podobne zachowanie z kolei zrugać. Ale na to już nie miał czasu ani nastroju. Pojawienie się Alberta kompletnie zaburzyło jego wewnętrzny spokój. Rozdzierało rany oraz przypominało o upokorzeniu i powodzie swojej obecnej niechęci do nawiązywania bliższych kontaktów z przedstawicielkami płci pięknej.
Teraz, kiedy tak patrzył na lekko pucułowatą twarz dawnego kolegi z uniwerku, a obecnie najbardziej znienawidzonej osoby, przypomniał sobie, z jak ciężkim sercem rezygnował z rzucenia wszystkiego, aby go znaleźć i rozbebeszyć żywcem. I to tylko dlatego, że jednak wciąż za bardzo zależało mu na Margaret i mimo wielkiego żalu, nie chciał zostać przez nią znienawidzony.
- Nie wiem jakie TY miewałeś relacje ze swoimi wykładowcami, ale prosiłbym, żebyś nie podpinał mnie pod tą samą kategorię. Dziękuję jednak za doinformowanie mnie w jaki sposób dostałeś się na ten sam uniwersytet. To z pewnością wiele tłumaczy. – odgryzł się z pełnym zaangażowaniem jak i toksyczną słodyczą w głosie. Nie miał powodu do darowania mu próby ośmieszenia lub dokuczenia przy uczniu. A już zwłaszcza mieszania w to tego drugiego.
- ... – zerknął jeszcze szybko w stronę usiłującego najwyraźniej zapobiec ewentualnemu nieszczęściu Perviego i już nawet prawie zmusił się do nawrócenia w miejscu, lecz Albert jak widać wcale nie chciał tak łatwo im na to pozwalać i tym razem, gdy tylko jego łapsko wylądowało na ramieniu niechętnego do spoufalania się Lee, reakcja była machinalna. - Donagan... – błyskawicznym ruchem chwycił mężczyznę za przegub owej dłoni i zacisnął na nim długie palce. W mocnym, niedelikatnym uścisku, który stopniowo jeszcze zwiększał. Trochę jak w imadle.
- Wiesz w jaki sposób ja i Margaret zaczęliśmy się umawiać? – ściszył nieco głos, jednak brzmiał jakimś sposobem o wiele ostrzej i groźniej. Nie pozostało w nim zbyt wiele z wcześniej udawanej sympatii, pomimo mocno mylącego wyrazu twarzy.
- Przez przypadek złamałem jej ojcu rękę, kiedy kłócili się na ulicy. Nadgarstek. Oczywiście nie wiedziałem jeszcze, że był jej ojcem. Był zły, ponieważ zagroziła mu, że jeśli nie przestanie ciągle naciskać na naukę i nie da odrobiny luzy, rzuci szkołę, a studia nie przejdą jej choćby przez myśl. Złapał ją wtedy za ramię i chciał jedynie siłą zaciągnąć do domu. Wszystko ostatecznie skończyło się dobrze. Widzisz Albercie, każdego czasami potrafią ponieść emocje, a pod wpływem adrenaliny jednej osoby, pewne części ciała drugiej bardzo łatwo mogą ulec uszkodzeniu. - zakończył z zimną satysfakcją, po czym opornie zaczął rozwierać palce i lepiej żeby ten pajac grzecznie cofnął swoje łapsko. - Pozdrów ją ode mnie przy okazji. A teraz jeśli pozwolisz, spieszy nam się.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Percy

avatar

Liczba postów : 315
Join date : 10/02/2014

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Pią Kwi 17, 2015 6:29 pm

Nigdy nie spodziewałby się, że pan „zacny” Lee może okazać się facetem z tak narwanym temperamentem, ale coś czuł, że to tylko mały pokaz jego możliwości. O tym także musiał być święcie przekonany wystraszony, jak sto bandytów Albert, który z szeroko otwartymi oczyma przyglądał się napiętej twarzy byłego kolegi. Nie spodziewał się tak gwałtownej reakcji. Oczywiście, tak jak zawsze sądził, że Adama to typ spod ciemnej gwiazdy tak teraz jego przypuszczenia były oparte na doświadczeniu. Całe szczęście, że Margaret się z nim rozstała! Przecież on jest niebezpieczny! I ten człowiek jest nauczycielem, też coś! Albert nie odezwał się przez dłuższą chwilę, jakby próbował skoncentrować myśli na odpowiedni tor. Sytuacja była dla niego podbramkowa. Wiadomym było, że Lee jest mu wstanie dokopać, a on jedynie co mógł zrobić to odgryźć mu się słownie niczym dzieciak z gimnazjum. Takim zachowaniem wcale by nie pokazał swojej głębokiej dojrzałości jaką wyrzucał z siebie na prawo i lewo, aby ludzie z dziwnym szacunkiem mu się przyglądali. Podsunął się trochę za daleko, a imadło na własnym nadgarstku było idealnym na to przykładem. Czasem powinien trzymać gębę na kłódkę, dopóki nie powie o dwóch słów za dużo, jak w tym przypadku. Odsunął błyskawicznie rękę, kiedy miał taką możliwość.
- Mh. Tak. Pozdrowię ją – powiedział speszony, co było widać na jego wystraszonej twarzy. Nie było tajemnicą, że Donagan był zwykłym tchórzem. Na studiach, ani w klasach niższych nigdy się nie bił i zawsze kiedy zapowiadało się na jakąś ostrzejszą aferę, on był pierwszym, który podkulał ogon pod siebie i zwiewał gdzie pieprz rośnie. Faktycznie, trudno pomyśleć co mogła widzieć w nim eks małżonka profesora. Może miała dość wybuchowego temperamentu męża? Jego nieobliczalności? Może chciała spokoju i go znalazła przy faceci, który był tak nudny, że żaden nieprzyjemny incydent nigdy nie będzie mieć miejsca w jego życiu. No może poza źle dobranym krawatem do koszuli.
- Zapewne się ucieszy – dodał na koniec, spoglądając to na Adamę, to na Percivala, jakby w głowie układał cudowną historyjkę w akcie zemsty. Margaret zapewne zainteresują zboczenia byłego mężulka, o którym miała jeszcze szczątkowo dobre zdanie.
Percy w milczeniu przyglądał się całej rozgrywanej sytuacji, nie reagując. Uznał, że to sprawa nauczyciela, który nie chciał, aby uczestniczyły w tym osoby trzecie. A na pewno nie aktywnie. Stał czuwając, aby się nie pozabijali. I kiedy tylko Adama zdołał puścić faceta, Percival złapał go pod ramię robiąc to raczej odruchowo niż specjalnie. Zacisnął palce na jego ramieniu, lekko przylegając ciałem do wolno wiszącej wzdłuż boku ręki.
- Panie Adama… – zaczął, jednak mężczyzna sam uznał, że muszą iść. I faktycznie dotrzymał słowa. Albert uciekł niczym wystraszony kundel, a oni znowu zostali sami. Debreu nie bardzo wiedział, jak zdążył tak szybko się ulotnić, jednak może nawet to lepiej. Nie działa na nauczyciela niczym czerwona płachta na byka.
Ruszyli. Szedł pod wskazany adres blisko mężczyzny w kompletnym milczeniu. Patrzał pod nogi, czasem kątem oka przyglądając się jego profilowi.
- Chyba pan tak szybko nie zapomina – mruknął pod nosem, czując jak bardzo zmarzły mu ręce.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lee
Nauczyciel zoologii i samoobrony
avatar

Liczba postów : 117
Join date : 27/01/2014
Age : 30

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Nie Kwi 19, 2015 8:18 pm

Naprawdę starał się powstrzymać. A i tak cud, że od razu nie dał mu w zęby, gdy tylko tamten położył na nim łapsko. Albert działał na niego niczym ta przysłowiowa, „czerwona płachta na byka”. Miał na faceta konkretne uczulenie, lecz tak naprawdę aż do dzisiaj nie miał z nim większej styczności. Kiedy Margaret odeszła, powiedziała mu wprost dla kogo go zostawia. Postanowił jednak nie szukać go i nie prowokować sytuacji, w której mogłoby dojść do czegoś nieprzyjemnego. Od czasu rozwodu, widział Alberta przypadkiem może dwa razy. Nigdy nie zamówili wtedy zbyt wiele zdań, ponieważ za pierwszym razem była przy tym także Margaret, zaś za drugim Lee dostatecznie szybko się zmył, czując podnoszące się ciśnienie. Całe szczęście gdzieś  się akurat spieszył. Tego dnia po raz pierwszy doszło zatem do bezpośredniej konfrontacji.
W gruncie rzeczy praktycznie nie zdarzało się, żeby w obecności Margaret Adama zachowywał się gwałtownie bądź nieprzyzwoicie w jakimkolwiek stopniu, chyba że dotyczyło to sytuacji, w której trzeba było bronić jej dobrego imienia. Tudzież w sprawach łóżkowych, ale to już bardziej prywatne kwestie. Nie. Szanowny pan nauczyciel gotów był uchylić tej kobiecie nieba. Poważnie! Dwoił się i troił w celu dogodzenia jej, a przy tym wcale nie nudził ani nie zniechęcał z biegiem czasu. Być może tu pies pogrzebany...? Trudno orzec. Jedynym co usłyszał od niej w dniu wyprowadzki z jego mieszkania, było: „Przykro mi, tak wyszło.”. Później oczywiście spotkali się jeszcze kilkakrotnie. Mówiła, że tak musi być, że po prostu się zakochała i nie jest w stanie nic z tym zrobić, a on nie ma wyboru jak po prostu się z tym faktem pogodzić. Na pewno nie wiedziała nic o jego „drugim” życiu. On sam o tym nie mówił. Z drugiej strony istniała krzesło jasna szansa, że zdołała się domyślić. W końcu była kobietą diabelnie inteligentną i cwaną, acz jeśli wiedziała, także i ona na ten temat milczała. Nie potrafił jej już później odbić. Próbował. Wszystko na nic, jak krew w piach. Najlepiej by było, gdyby mógł ją zamknąć w złotej klatce. Ale Margaret to Margaret. Twarda i silna kobieta, która umiała poradzić sobie z kimś tak ciężkim jak Lee, właściwie totalnie go usidlając. Na jej życzenie, nieważne jak absurdalne się to wydawało, pewnie i skoczyłby z dachu najwyższego budynku w Londynie. Właśnie tak się to przedstawiało.    
- Świetnie – zmusił się do szerszego uśmiechu. - W takim razie dobrej nocy, Albercie.
Powinien poczuć się lepiej, prawda? Wcale się nie poczuł. Zżerała go zazdrość. Był zły. I chyba po odwiezieniu Perciego nieźle się upije. Biedni uczniowie, którzy będą mieć z nimi zajęcia dnia następnego, kiedy zapewne jeszcze nie minie mu zły humor. Posypią się pały jak nic! Jak to możliwe, że Margaret wybrała kogoś takiego?! W czym niby ten baran był od niego lepszy?! Cholera! Krew go zalewała! Lewie z tego wszystkiego zarejestrował, że chłopak uczepił się przed momentem jego ramienia.
- Idziemy – skinął jeszcze na niego i udali się w drogę w kierunku kamienic na Chaucer Road. Kiedy palił, palił dla załagodzenia nerwów, bądź po dobrym seksie. Odruchowo sięgnął do kieszeni płaszcza, w którym zawsze zalegała jakaś zapasowa paczka na czarną godzinę. Wraz z zapalniczką.
- Czasami dobra pamięć to przekleństwo – mruknął z papierosem w ustach, którego właśnie odpalał, ręką z reklamówką osłaniając w trakcie przed lekkimi podmuchami wiatru. - Przepraszam, że musiałeś nasłuchać się głupiego gadania jakiegoś obcego pajaca – dodał, wypuszczając pierwszy, gęsty strumień dymu po mocnym zaciągnięciu. Z trudem modulował ton głosu. Co rusz przebijała się jeszcze agresywna nuta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Percy

avatar

Liczba postów : 315
Join date : 10/02/2014

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Nie Kwi 19, 2015 10:15 pm

Percival nie zamierzał oceniać nauczyciela po tym krótkim, aczkolwiek niezbyt dobrze stawiającym go świetle, epizodzie. Każdemu zdarzają się gorsze dni, w których nawet największy twardziej wybucha. Widocznie Albercik potrafił nieźle zaleźć za skórę, skoro uprzejmy pan Adama nagle stał się zawodowym Bruce Lee, który zamierzał rozłożyć wystrachanego koguta na łopatki. A sądził, że tylko jego dzień będzie do dupy. Widocznie Lee także miał za sobą dość posępną przeszłość, która ciągnęła się za nim niczym papier toaletowy spod sukienki jednej modelek na wybiegu.
Szli spokojnie przed siebie. A on nie bardzo wiedział czy powinien w ogóle poruszać drażniący temat czy zostawić mężczyznę w świętym spokoju. W końcu podjął się i zaczął ostrożnie, co wcale nie odniosło aż tak tragicznych skutków, jak mogło się wydawać na początku.
- Wiem coś o tym – mruknął pod nosem, wciskając ręce do kieszeń spodni. Wieczorami naprawdę było paskudnie zimno, a dodatkowo zmęczenie dawało się we znaki. Chciał znaleźć się w swoim ciepłym łóżku, gdzie pod kołdrą mógł zapomnieć o wszystkich nieprzyjemnościach dnia dzisiejszego. Lee również wyglądał na zmęczonego. Im szybciej się pożegnają tym lepiej dla obydwóch.
- Nic się nie stało. Pan też był świadkiem czegoś, czego nie powinien. Jesteśmy kwita. – Wzruszył ramionami. W końcu to nie pierwszy raz, kiedy oglądał podobne przedstawienia. Na plażach Sidney co rusz między pijanymi dochodziło do przepychanek czy nawet podtopień w wodzie, także ten, co tam! Żyć, nie umierać.
W końcu doszli do wskazanej przez mężczyznę ulicy, a oczom chłopaka ukazały się budynki. Dawno nie cieszył się tak z widoku obdrapanych murów kamienic, które na chwilę miały być dla niego przystankiem, jakimś odpoczynkiem przed dalszą drogą. Miał nadzieję, że w mieszkaniu Adamy szybko doprowadzi się do porządku, a potem zwinie żagle. Chciał wrócić do siebie. Wziąć prysznic, przebrać w czyste ubrania i dać uwiązać się w objęcia łóżka, które dawno stało puste i samotne, gdyż większość wieczorów spędzał u kochanka.
Wdrapali się na wskazane przez mężczyznę piętro, a następnie oboje cicho weszli w głąb mieszkania, nie budząc przy tym reszty sąsiadów.




[z/t x2]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   

Powrót do góry Go down
 
Bezimienna uliczka
Powrót do góry 
Strona 3 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3
 Similar topics
-
» Boczna uliczka
» Boczna uliczka

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Yaoi Gakuen :: Londyn :: Centrum miasta :: ∎ Boczne uliczki-
Skocz do: