IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Bezimienna uliczka

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Wto Lip 08, 2014 2:28 pm

- Faktycznie całkiem nieźle szło ci udawanie zazdrosnego kochanka, między jednym prowokująco-denerwującym żartem, a drugim – niezmiennie jeździł dłonią po udzie, zmieniając odrobinę ton głosu. Denerwował się, dokładnie tak jak blondyn zakładał i przewidywał. Zapewne gdyby chodziło o coś innego, Sean szybko odpuściłby sobie przeszukiwania odkładając sprawę na bok, jako mniej naglącą. Donatien jednak wiedział jak istotne były dla niego te przedmioty nie tylko ze względu na wartość materialną. Niezmiennie przecież nosił naszyjnik od niego, który przy pochyleniu się w jego stronę, wysunął się spod koszuli. Za który ostatecznie zapłacił, jednak symbolizm pozostawał zajmującą i interesującą kwestią. Dziwną. Chłopak nawet nie chciał się nad tym rozwodzić.
Teraz nadeszła jego kolej na marszczenie się w niezadowoleniu albo konsternacji. Nie wiedział czy to kolejny zarzut i wracają do punktu wyjścia, kiedy cała wina spada na jego osobę, czy faktycznie lekki żart mający rozluźnić atmosferę. Gubił się trochę, i to doprowadzało go do szału niemalże tak dużego jak mężczyzna siedzący obok.  
- I zdobyć kolejną okazję do poprawienia swoich ocen? – przeniósł wzrok na ciepłą dłoń, stykającą się z jego chłodną. Nie uśmiechał się i nie wyglądał na rozluźnionego, chociaż wyraźnie odetchnął kiedy wyczuł to czego szukał. – Faktycznie, skoro z Tobą te sztuczki nie działają, przyszła pora na kolejnego idiotę, który tym razem podpisze mi bez wahania świstek z zaliczeniem – wyzłośliwiał się dalej nie tylko na Donatienie, a na sobie również. Wsuwając między słowa te wszystkie okropne sugestie i rzeczy, które mówi się w takich przypadkach.  Że jest z nim bo chce coś w zamian, a ten pewnie lubi młodszych partnerów. Nie dane mu jednak było skończyć paplać bezmyślnie dalej, robiąc przykrość sobie i zapewne denerwując przy tym kierowcę, bo poleciał do przodu. Odruchowo wyciągnął przed siebie rękę, dzięki temu nie obijając się całym ciałem o wnętrze auta. Unikając uderzenia czołem o deskę rozdzielczą, cicho stękając jednak z powodu nagłego bólu nadgarstka. Był zresztą przez chwilę w szoku, milcząc z szybko dudniącym w klatce piersiowej sercem. A potem… A potem zerknął między swoje nogi na dywaniki auta. Wprost na zdjęcia nagiego Aidana w znanym sobie doskonale łóżku.
- „Ups”? – pochylił się, podnosząc fotografie. Odsuwając na bok płyty, nie okazując nimi żadnego zainteresowania, chociaż przecież okładki wskazywały na gatunki, które mu odpowiadały. Zespoły i wokalistów, których był fanem. Przejrzał zdjęcia szybko, bynajmniej nie doceniając ich kunsztu i dobrego oka fotografa. Nawet zgrabne udo i pośladki wydawały się go nie interesować, chociaż zatrzymał na nich dłużej wzrok. Oczywiste było, że zamierzał wykorzystać ten argument przeciwko blondynowi. Kiedyś. Albo dużo szybciej niż sam by się spodziewał. – Po co Ci te zdjęcia? – zapytał powoli, a głos mu nawet nie zadrżał. Był oschły i surowy, jakby mieli odbyć służbową rozmowę, a nie dziką awanturą. – Po co. Ci. Te. Zdjęcia. – Powtórzył, próbując panować nad swoim oddechem i twarzą. Klatka piersiowa unosiła się szybko i opadała, chociaż buźka pozostała niewzruszona. Szantażował go. Pokazywał komuś? Sean nie wierzył, że wozi je ze sobą w aucie, aby popatrzeć na zgrabne ciałko między kursami do pracy czy kasyna i z powrotem. Pytanie wydawało się banalne, ale odpowiedź taka łatwa już nie była. Chociaż najlepiej jakby ten zaczął od prób przekonywania go, że Bendtner nie ma podobnych pamiątek po wspólnych nocach.
Powrót do góry Go down
Donatien Moretti
Nauczyciel włoskiego
avatar

Liczba postów : 115
Join date : 13/01/2014

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Wto Lip 08, 2014 11:19 pm

Oczywiście. Seana musiało zainteresować, to co nie powinno. Mógł dokonać wyboru między płytami ulubionych wykonawców, swoimi pierścionkami, ale musiał uwagę skupić na tych cholernych zdjęciach. Z ust Donatiena mimowolnie wyrwało się kolejne „ups”, zresztą gotów był śmiać się wraz z losem z własnej głupoty. Nie mógł uwierzyć, że jednego wieczoru mógł wygrać swoją roczną pensję w kasynie, a drugiego ponosić jedną porażkę za drugą. Był też odrobinę oburzony nieczułością chłopaka na walory estetyczne zdjęć, ale postanowił to zrzucić na barki jego emocjonalnego podejścia do sprawy. Był zresztą zadowolony, że ten skupił się na fotografiach, a nie na sposobie prowadzenia samochodu. Choć i tak Donatien spoglądał na niego nieufnie. Jak na bombę, która albo wybuchnie, albo okaże się niewypałem.
- Naprawdę uważasz, że powinienem się przed Tobą z nich wytłumaczyć? – znów ten strofujący ton, jakby próbował przypomnieć młodzieńcowi na czym opiera się ich relacja i że jedna wspólna noc nie daje nikomu prawa do ingerowania w życie drugiej osoby. Szybko jednak zrezygnował z tej prowokującej postawy, którą niewiele tutaj zdziała. Wypuścił powietrze, zabębnił palcami w kierownicę, trwało to zaledwie parę sekund, potrzebnych do stoczenia batalii z samym sobą i podjęcia decyzji.
- Sypiałem z niebieską kukłą przez pewien czas. Nawet Ty zatrzymałeś wzrok na walorach, które niewątpliwie posiada... – kącik ust powędrował do góry, jakby mężczyzna właśnie sam sobie gratulował spostrzegawczości. Bogowie, nie wykazywał nawet odrobiny skruchy, nie próbował jej nawet odegrać – zrobiłem mu te zdjęcia, miały być niespodzianką, ale kiedy po niego przyjechałem, by mu je podarować, on postanowił mi zrobić scenę zazdrości. Bezprawną, ale pewnie słuszną. Miał pretensje o Ciebie i kilka innych spraw, które nie powinny go interesować. Nie rozstaliśmy się... jak dżentelmeni. Obecnie grozi mi oskarżeniem o molestowanie. Dowodów nie ma, ale szkoła nie może sobie nawet pozwolić na pomówienie, więc pewnie mnie wyrzucą prewencyjnie
Mówił z dużą dozą autoironii, a czasem niemal kręcił głową, jakby nie dowierzał. Nie zastanawiał się nad kolejnymi zdaniami, wyrzucał je z siebie niemal mechanicznie. W miarę precyzyjnie, starając się uniknąć pytań i roztrząsania tematu. Jeśli było coś, co drażniło Donatiena bardziej niż głupota, to tłumaczenie się przed kimkolwiek. W momencie, gdy skończył tę wzruszającą historię podjechali na parking. Oparł się wygodnie w miękkim, skórzanym fotelu i wyraźnie rozluźnił. Przymknął oczy, odchylając głowę do tyłu i czekał na reakcje chłopaka. Dając mu czas na wyzbieranie pierścionków, ucieczkę z samochodu, trzaśnięcie drzwiami. Miał tylko nadzieję, że nie skończy się to bezpodstawnym płaczem lub krzykami. Próbował też zapanować nad ochotą przypomnienia Seanowi, że jest koncert i młodzieniec powinien na niego iść. Tym samym, zyskując dla siebie możliwość tchórzliwej ucieczki przed nieprzyjemną sytuacją.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Sro Lip 09, 2014 4:27 pm

Przyłożył fotografie do swoich ust, słuchając w zupełnej ciszy tłumaczeń mężczyzny, zastanawiając się nad tymi wszystkimi bzdurami o których ten nie raczył wspomnieć, a które przecież ewidentnie zainteresowałyby Seana najbardziej. Tak naprawdę wysiłki blondyna były zupełnie niepotrzebne, chłopak ewidentnie słuchał go jedynie w połowie, błądząc myślami gdzie indziej. Oczywiście zanim ten zdał sobie sprawę i raczył na niego spojrzeć, historia została opowiedziana i brzmiała dużo lepiej, niż faktyczne okoliczności w jakich Aidan spotykał mężczyznę. Zacisnął bezmyślnie zęby na skrawku zdjęcia, marszcząc brwi, gdy zdał sobie sprawę, że nie ma w tej historii szczegółu, który by nie pasował.
- Historia romansu w paru zdaniach– żachnął się, odsuwając zdjęcia od ust, gdy zdał sobie sprawę jak w chwili konsternacji nadgryzł lekko róg. Niezmiennie jednak nie wypuszczał ich z rąk, ponownie zerkając na swojego jeszcze obecnego kochanka. Chryste, mógłby być ojcem niebieskowłosej kukły... – Zaparz mi jeszcze kawę i podaj chusteczki – co więcej, zdawał się zupełnie tym nie przejmować. Tak jakby fakt spania z dzieciakiem nie tylko go nie peszył, a i był czymś zupełnie naturalnym. Prawdopodobnie pominął przy tym parę innych szczegółów, które Sean pojął błyskawicznie. I szczerze powiedziawszy, gdyby faktycznie Aidan zrobił scenę zazdrości, ten poparłby ją błyskawicznie. Mógłby zaprosić nad obu do łóżka, przynajmniej zniknęłoby skrępowanie na korytarzach.
Zerknął na budynek, a muzyka wydobywająca się z głośników chwilowo odeszła w zapomnienie. Tak jak ten przeklęty koncert na który chciał iść. Chociaż to nie tak, że zapomniał – po prostu trzymał siebie i jego w niepewności, nie wydając wyroku od razu. Zamiast trzaskać drzwiami i krzyczeć, siedział spokojnie, darując sobie szopkę rodem z kiepskiej telenoweli. Przeciągając strunę, chociaż atmosfera była wystarczająco nieprzyjemna, gdy jeszcze chwilę flirtował z nim z zadziornym, rozkosznym uśmiechem.
- Jesteś dzisiaj beznadziejny – westchnął w końcu, jeszcze raz przeglądając zdjęcia. – Dla samego seksu spotykam się z kolegami. Jeśli szukałbym czułości, znalazłbym sobie chłopaka. Myślałem, że masz tak samo, tymczasem bierzesz mnie za idiotę z tendencjami na rozkochanego histeryka, któremu wciskasz bajki jak gówniarzom ze szkoły średniej – kontynuował bez najmniejszej irytacji w głosie. – Nie chcesz się tłumaczyć, a potem opowiadasz o rzeczach, o które nie pytałem, wciskając mi broń do ręki – dokończył z wyraźnym rozbawieniem, odrywając wzrok od zdjęć. Brązowe oczy niezmiennie były uważne i chłodne, zdecydowane. Nieme ostrzeżenie, aby nie przerywał i się zamknął, skoro plótł głupoty i Sean bez skrupułów go zbeształ.
- Nie dałbyś się szantażować, nie z tymi zdjęciami – otworzył drzwi od samochodu, drugą ręką wyłączając muzykę. Wsunął sobie zdjęcia pod pachę, wyciągając z kieszeni to czym mężczyzna tak gardził. – Zbierz pierścionki z wykładziny, jeśli chcesz odzyskać zdjęcia. Chociaż skoro nie umiesz zrobić z nich pożytku, chyba nie będą Ci potrzebne – wysiadł z samochodu, już sepleniąc przez filtr w ustach. – Idę zapalić, spotkamy się w środku, jeśli odzyskasz to na co poleciałem przy pierwszym spotkaniu i coś mnie nie trafi przez parę najbliższych minut.
Prawdopodobnie od dawna nie wyrzucił z siebie tak dużej ilości słów.

[zt]
Powrót do góry Go down
Bonawentura

avatar

Liczba postów : 52
Join date : 22/06/2014

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Nie Gru 14, 2014 2:31 am

Bon westchnął i niecierpliwie przystąpił z nogi na nogę.
Do tej pory zastanawiał się, co go, do cholery ciężkiej, podkusiło, żeby zgodzić się na to wszystko. Powaga. Miał przecież pracę, nie musiał babrać się w podobnym gównie, więc… po co? Nie wiedział. Prawdę mówiąc, nie był nawet bliski odgadnięcia osobistych powodów, przez które znalazł się właśnie w tym konkretnym miejscu. Mniejsza o nie.
Miał skopać, obić ryj, czy połamać – to już pozostawiono jego inwencji twórczej – jakiegoś kolesia. Po prostu: spuścić mu coś na kształt rasowego wpierdolu i dobitnie nie wyjaśnić, dlaczego go dostał, tylko wytrzeć ręce i sobie pójść, jak gdyby nigdy i nic. Dawniej takie rzeczy były dla Bona niemalże na porządku dziennym i nawet by nie pomyślał, by brać za coś takiego pieniądze – to było przecież zajebistą rozrywką. A teraz? Gdy akurat kończył swoją zmianę i wracał do domu, podszedł do niego jakiś facet. Coś pomruczał, pobuczał, chuj wie o co mu chodziło i dopiero na samym końcu przeszedł do rzeczy. Winiarski nie chciał się w pierwszej chwili zgodzić, nie miał przecież powodów ani nawet za bardzo chęci. Dawno już skończył z taką zabawą, wydawała mu się już kompletnie niepotrzebna do życia i szczęścia. Ale i tak się zgodził. Zgodził. Właśnie. Pieniędzy przecież nigdy za wiele, pracę dopiero zaczynał, bestia potrzebowała paliwa…
To nie była przecież żadna uraza osobista, tylko… praca. Biznes. Niczego nie miał do kolesia ze zdjęcia, nigdy go na oczy nie widział, więc co tutaj o sprzeczkach wspominać? Ale chuj, Bono stał i na niego właśnie czekał. Kochany „pracodawca” zadzwonił, że ten dzieciak będzie właśnie wychodził z jakiegoś klubu, więc wypadałoby zaczaić się w jakieś ciemniejszej uliczce – dokładnie w tej, gdzie stał Bonawentura, popalając papierosa w spokoju. Nie licząc tego, że co rusz rozglądał się na boki i przystępował z nogi na nogę.
- Biznes, tylko biznes - mruczał do siebie z drobna nutą frustracji. Nie lubił czekać. Chciał załatwić wszystko możliwie jak najszybciej, żeby wrócić do domu i położyć się spać. Tak. I jeszcze wziąć prysznic, może odgrzać sobie wczorajszy obiad. Zapalić na balkonie. Puścić muzykę w radiu. Tak.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Camille

avatar

Liczba postów : 200
Join date : 03/04/2014
Age : 24

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Nie Gru 14, 2014 11:29 am

W jego systemie wartości na pierwszym miejscu stał seks. Na drugim - Martini.
To właśnie druga z tych rzeczy robiła z niego takiego bezlitosnego chuja. Szedł do baru, obiecywał dzianemu kolesiowi seks życia, a w zamian dostawał drogie drinki. Oczywiście, że spierdalał, kiedy tylko dłoń wspomnianego mężczyzny zawędrowała nieco zbyt wysoko. Czasami gdzieś po drodze obił kilka mord. Dla oczyszczenia atmosfery i rozluźnienia spiętych ramion.
Człowiek w końcu potrzebował nieco ruchu, do cholery!
Szczególną agresję budził w nim brak seksu. Zdecydowanie tak.
Ale nigdy nie zaspokajał swoich pragnień z marnym gościem od drinków. Potrzebował czegoś bardziej ekscytującego…
- Ej, Ty! Blondyneczko!? Wracaj, kurwa! – zawołał ktoś z klubu, a Camille zaśmiał się pod nosem.
- Chyba sobie kpisz… – mruknął, ruszając pewniejszym krokiem przed siebie. Jego ciało nie budziło respektu – androgeniczny, smukły mężczyzna w ciuchach, które wcale tej szczupłości nie ukrywały, a jeszcze dodatkowo ją podkreślały. Obcisłe, potargane spodnie, jasna koszula z niedokładnie zapiętymi guzikami, skórzana kurtka nabita ćwiekami i ciężkie, czarne obuwie. Oraz potargane włosy, które co rusz przysłaniały mu twarz, opadając na nią.
Wyglądał, jakby właśnie wyszedł z łóżka po dzikim numerku. Ubrał, co miał pod ręką i wyszedł.
Ale mordę potrafił fachowo obić, tak.
Wyciągnął z kieszeni kurtki paczkę papierosów, aby już po chwili móc zaciągnąć się cudownym aromatem nikotyny. Pora spać, zdecydowanie. Dziś już nie chciał szukać kontaktów z jakimś swoim sex-friend. Dziś chciał po prostu wejść do swojego wielkiego, zimnego łóżka i zasnąć bez większych ekscesów.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bonawentura

avatar

Liczba postów : 52
Join date : 22/06/2014

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Nie Gru 14, 2014 10:10 pm

Wciąż czekał. I zaczynał się coraz poważniej, kurwa, nudzić. Coraz bardziej i bardziej, dochodziło nawet do tego, że z każdą chwilą rozważał poważniej opcję opuszczenia miejsca i zawinięcia się do domu. Ot, po prostu, powiedzieć, że nikogo nie było, że taką współpracę to on pierdoli, że proszę się odjebać i dać spokój.
Niestety, los wcale nie zamierzał uśmiechać się do Bonawentury i, jak na zawołanie, zesłał mu tego dzieciaka – bo inaczej nie umiał go w myślach nazywać – gdy planował zejście z posterunku na rzecz łóżka i kawy. Chuj, no nie wyszło.
Chwila. Jak zazwyczaj podchodzi się do ludzi, którym chce się dać wpierdol? Żeby to szlag, bawił się w to na tyle dawno, by wiedza z lekka się zakurzyła. Bon odepchnął się od ściany, przy której uparcie do tej pory koczował i zaczął grzebać w kieszeni spodni w poszukiwaniu fajek. Znalazł. Nie wyciągając paczki, wyciągnął jednego papierosa. I, jak gdyby nigdy nic, zagwizdał na kolesia ze zdjęcia. Nie, nie tak, jak robią to czasami faceci, żeby poderwać laskę. Zdecydowanie nie. Brzmiało to jak rozkaz dla psa, żeby natychmiast znalazł się u nogi właściciela.
- Masz może ognia? – zapytał od razu po tym.
Miły wstęp, tak?
Bonawentura z kolei od razu wyglądał na kogoś, kto może bez większych problemów skręcić przypadkowemu przechodniowi kark. Wysoki, potężne łapska, sylwetka porządnie zbudowana – do wszystkiego dochodziła jeszcze wspaniała aura, która miejscami zdawała się mówić „odpierdol się”. A starał się wyglądać w tej chwili kompletnie niepozornie! Jakby naprawdę po prostu tutaj sobie stał, może próbował opychać prochy dzieciarni wracającej z imprezy i naszła go w pewnym momencie dzika ochota, żeby zapalić, tyle że ze łba mu wyleciało zabranie ze sobą zapalniczki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Camille

avatar

Liczba postów : 200
Join date : 03/04/2014
Age : 24

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Wto Gru 16, 2014 11:00 pm

Uczulony na wszelkiego rodzaju przesadzone dźwięki, zmarszczył czoło, słysząc gwizd. Nie mogąc zignorować takiego zachowania, energicznym ruchem odwrócił się w kierunku nieznajomego mężczyzny. I nie pożałował swojego posunięcia. Bezwstydnym spojrzeniem zmierzył sylwetkę tego człowieka, mimowolnie unosząc lewy kącik ust nieco ku górze. Ewidentnie spodobało mu się to, co i gdzie widział – zajebisty facet w zajebistym miejscu pełnym zajebistych gejowskich klubów.
Gej radar zawył. Zawył tak głośno, że można było dostać od niego pieprzonej migreny. Choć i w tej okolicy zdarzało mu się natrafić na podstępnych homofobów. Całkiem przystojnych, oczywiście.
- Mogę mieć – stwierdził swobodnie. Przerzucił włosy na lewe ramię tak, jak zwykł to robić naturalnym dla siebie odruchem, przysłaniając jasnymi kosmykami szkaradną bliznę na szyi. Jak podrywać, to tylko wtedy, gdy wygląda się zajebiście, do cholery!
- Nie obrażę się o fajkę w zamian – dodał, w końcu wyciągając z kieszeni skórzanej kurtki stalową zapalniczkę. Sprawnym ruchem rzucił ją mężczyźnie, mając nadzieję, że ten złapie przedmiot bez większego problemu.
Nie pohamowałby śmiechu, gdyby to nie nastąpiło...
Camille był w naprawdę dobrym nastroju. Nie mógł się czuć źle, będąc świeżo po niezłym podrywie, kilku drinkach i spławieniu kolejnego dzianego adoratora. To był dobry dzień i miał się dobrze skończyć! Zwłaszcza, że los zesłał mu tego napakowanego nieszczęśnika bez zapalniczki.
No. Wieczór idealny!

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bonawentura

avatar

Liczba postów : 52
Join date : 22/06/2014

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Sro Gru 17, 2014 8:33 pm

Odwrócił się.
Zapewne w normalnych okolicznościach – albo za starych, dobrych czasów – powinien wykorzystać element zaskoczenia i zaatakować od razu. Wyprowadzić cios jak najszybciej, zanim ofiara zdążyłaby się na dobre rozeznać w sytuacji i zrozumieć beznadziejne położenie. Ostatecznie nie zrobił tego z tylko jednego powodu: naprawdę nabrał ochoty, żeby zapalić. A tak? Zamieni z tym tutaj kilka słów, da w ten sposób wrażenie kompletnie niegroźnego i raczej neutralnie nastawionego, ba, może nawet wzbudzi jakieś zalążki zaufania, co znacząco ułatwiłoby całe zadanie.
Tylko że jak, do kurwy nędzy, miał zignorować fakt, że osobnik płci męskiej zjechał go takim spojrzeniem? Bon momentalnie – co typowe u niego nie było – drgnął lekko, zwyczajnie nieprzyzwyczajony do podobnych ekscesów. Pfff. Też coś. A nuż mu się wydawało? Tak, pewnie tak. Ostatecznie jedną rzeczą, o której teraz marzył, to powrót do domu i wejście pod prysznic. A później do łóżka.
- Ale nie musisz – parsknął pod nosem, lecz wciąż na tyle wyraźnie, by właściwie każdy w przestrzeni dwóch metrów mógł to usłyszeć. A ta długowłosa laleczka dalej nie stała.
Wzruszył ramionami, jedną ręką z wolna wsuwając fajkę do ust, a drugą złapał zapalniczkę. Zanim odpowiedział, odpalił papierosa – zasłonił przy tym płomień niezajętą dłonią – i zaciągnął się porządnie. Mimo wszystko, wiatr jednak dawał się już we znaki, zwłaszcza gdy opuścił względnie ciepły i osłonięty posterunek przy ścianie.
- Mogę mieć – odpowiedział, ewidentnie naśladując. Zaczął grzebać po raz kolejny tego wieczoru – nocy? – w kieszeni spodni w poszukiwaniu zmiętolonej paczki. W międzyczasie odrzucił trzymany w dłoni przedmiot, przecież nie jego, to nie zamierzał ruszać. Przy okazji nie był również jednym z tych ludzi, którzy czasami nieświadomie bawili się w podpierdolenie zapalniczek czy zbieranie ich.
Znalazł. Właściwie bez większych problemów, lecz chciał nieco ten moment przedłużyć, by móc bez większych problemów przyjrzeć się przyszłej… ofierze, no cóż. Bonawentura nie widział w nim przeciwnika, ani trochę. Niższy, raczej chuderlawy… nie, Winiarski ani myślał brać go poważnie. I to chyba był drugi już błąd tego wieczoru. Pierwszym było zgodzenie się na coś takiego w ogóle.
Wyjął nieco sfatygowane opakowanie i wciąż powoli, jakby się ociągając, wyciągnął je w kierunku blondyneczki – Bon nie był nawet w stanie, by w myślach nazywać go jakkolwiek inaczej. Ha, jemu było prawie SZKODA, że zaraz będzie musiał go skopać. Ale życie chuj, nielubi wybierać.
- Prosz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Camille

avatar

Liczba postów : 200
Join date : 03/04/2014
Age : 24

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Sob Gru 20, 2014 12:08 pm

Sprawnie złapał zapalniczkę, jednocześnie odgarniając niesforne kosmyki z twarzy. Pieprzony wiatr! Kochał jesień i te sprawy. Ulewy, w czasie których mógł wylegiwać się w łóżku tak skąpo ubrany jak tylko chciał, rozmyślając nad sensem istnienia larwy. Sprawa komplikowała się, gdy musiał opuścić swoje słodkie łóżko i ruszyć w miasto – jak teraz. Na miłość nieboską, kurwicy dostawał, gdy idealne włosy szalały na wietrze w głębokim poważaniu mając jego zdanie na ten temat.
Na widok papierosów, zbliżył się do nieznajomego sprężystym krokiem. Jeśli częstują – nie odmawiaj. Sięgnął po paczkę, z której sprawnie wyjął jedną fajkę, zaraz obejmując jej filtr miękkimi, jędrnymi wargami. Przytrzymał papierosa, sięgając po zapalniczkę.
Aż westchnął gdy zbawienna porcja nikotyny rozeszła się po jego ciele. Zdecydowanie zbyt drogi interes. Ale tak cholernie dobry, że nie mógł sobie odmówić karmienia raka nawet wtedy, gdy niekoniecznie miał za co nakarmić siebie samego.
- Dzięki – rzucił luźno, odsuwając na moment papierosa od ust. Raz jeszcze – choć tym razem nieco dyskretniej! – przesunął spojrzeniem po tej silnej, cholernie atrakcyjnej sylwetce. Lubił takich. Silnych, totalnie męskich i paskudnie pewnych siebie. Właściwie: z niepewnymi siebie nie mógł się zadawać, bo przesadnie przytłaczał ich sobą. Nie lubił ciot. Cioty były złe.
- Camille – przedstawił się, wyciągając w jego kierunku smukłą dłoń w geście powitania. Na drobnym nadgarstku kołysała się szeroka, twarda pieszczocha, elegancko kontrastując z bladością jego skóry. Właściwie mógłby wydawać się anemiczny. Gdyby nie siła, która w nim tkwiła. Twarde, nieugięte spojrzenie i paskudna pewność siebie.
- Wybierasz się do BigQ? Dziś spotkałem tam samą dzieciarnię… - spróbował nawiązać jakiś luźny, niezobowiązujący dialog, jakoś tracąc chęć na proste udanie się do domu i zaśnięcie w swoim łóżku. Tutaj miał znacznie ciekawsze perspektywy… Większe.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bonawentura

avatar

Liczba postów : 52
Join date : 22/06/2014

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Sro Gru 24, 2014 1:23 am

Podszedł.
Tym lepiej, teraz łatwiej będzie wyprowadzić pierwszy cios. Przynajmniej pierwszy, później powinno pójść już z górki, tak? Niemniej wciąż z lekka było mu szkoda tego kolesia. I papierosa, którego dał mu przed chwilą, powinien teraz wykorzystać okazję i niekoniecznie miał czas, aby pozwolić mu spalić w spokoju. Teoretycznie tyle mu się należało. W praktyce podobna okazja mogła się nie powtórzyć. A okazje, jak to mówią, trzeba łapać, chwilą żyć i tak dalej, z tym, że Bon nie był pewien, czy aby na pewno można używać takich wyrażeń odnośnie sytuacji, w której się znaleźli.
Wzruszył ramionami, zaciągając się dymem – ostatecznie była to forma podziękowania za użyczenie zapalniczki, mimo że miał własną w kieszeni spodni. Potrzebował wtedy tylko i wyłącznie wymówki, a ta wydawała mu się najlepsza. W końcu po co komu fajki, skoro nie ma jak taką odpalić w ogóle?
Nie ma to jednak jak papieros, by skupić się i na spokojnie wszystko mniej więcej zaplanować. Camille ułatwił to zadanie jeszcze bardziej. Wyciągając prawą dłoń. Bonawentura skinął powoli głową i bez wahania złapał wyciągniętą rękę i zacisnął palce. Ale nie tak zwyczajnie, po męsku. Po prostu chciał zatrzymać kończynę w miejscu. Fajkę zostawił w ustach, nieco mocniej zaciskając wargi na filtrze. Nie zamierzał się przedstawiać, to nie byłoby raczej na miejscu. Od razu – gdy tylko ich ręce złączyły się w klasycznym geście powitania, Winiarski wziął mocny zamach i wymierzył cios otwartą dłonią w skroń laleczki.
Element zaskoczenia – jest. Powinien bez większych problemów przynajmniej ogłuszyć kolesia przed sobą. Właśnie. Powinien.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Camille

avatar

Liczba postów : 200
Join date : 03/04/2014
Age : 24

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Sro Gru 24, 2014 1:13 pm

Coś tutaj nie grało. Instynkt samozachowawczy mówił, że Camille powinien spieprzać i to jak najszybciej! Ale… Takie zachowanie było cholernie nie w jego stylu. Właściwie: może nie był tak odważny, a jedynie totalnie popierdolony, mając odwagę wciąż stać przed tym człowiekiem.
Nie zawiódł się! Kiedy oberwał, na krótki moment pociemniało mu przed oczami. Silny cios, jak nic! Ale takie zagrania nie budziły w nim przerażonej cioty gotowej do skomlenia o litość. Wręcz przeciwnie: momentalnie rozjuszona została jego natura wojownika.
Nie był umięśniony jak Bonawentura. Nie był tak silny. Ale był zdecydowanie szybszy i znacznie bardziej przebiegły. Dlatego też – zupełne umyślnie! - sprawiał wrażenie osoby, która po takim uderzeniu przez dłuższy moment nie potrafi się pozbierać… I jeszcze nim się wyprostował, wymierzył mu solidny cios prosto w szyję, trafiając w delikatny obszar pod jabłkiem Adama. To nie było uderzenie przerażonej cioty. Nie dając mu szansy na reakcję, gwałtownym ruchem uniósł kolano, wymierzając mu silny, celny cios z kolana w brzuch, żeby zaraz wywinąć się i odsunąć się kilka kroków w tył, wcale nie zamierzając uciekać. Stanął nieco ponad dwa metry dalej, dumny i wyprostowany, gotowy zarówno do ataku jak i obrony, mierząc swojego rywala surowym, uważnym spojrzeniem.
- Więc?! – rzucił ostro. – O co ci chodzi!? Zastanów się dwa razy, czy na pewno trafiłeś na dobrą osobę do wyładowania się! – dodał zaraz, ostatecznie zderzając wykreowany wizerunek delikatnego chłopca z twardą naturą, która faktycznie tkwiła w tym smukłym ciele.
Bo jemu nie można tak po prostu spuścić wpierdolu. To kurewsko ciężki interes.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bonawentura

avatar

Liczba postów : 52
Join date : 22/06/2014

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Sro Gru 24, 2014 3:22 pm

I nie wyszło. Nie tak, jak Bon to zaplanował – nie brał pod uwagę prawdopodobieństwa, że ta laleczka będzie umiała się bronić. Błąd. Drugi.
Nie cofnął się po pierwszym uderzeniu, całkowicie pewien, że cios spełnił swoje zadanie i ogłuszył Kamila, który – no właśnie – sprawiał dokładnie takie wrażenie. Puścił trzymaną do tej pory dłoń, przecież nie musiał już blokować ruchów, nie miał przed sobą przeciwnika, miał przed sobą…
… kolesia, który przypierdolił mu w szyje i zaraz po tym wyjechał kolankiem w brzuch. Pierwszy atak był o wiele dotkliwszy – trafił w miejsce niczym nieosłonięte, szczególnie wrażliwe i łatwe – na co Winiarski zawarczał jak zła bestia. Przy drugim zdążył napiąć mięśnie, więc rozeszło się szybko po kościach. Nie zdążył złapać laleczki – wciąż laleczki, mimo wszystko – to odetchnął głębiej i wyprostował się, powoli poruszając barkami. W międzyczasie wypuścił papierosa z ust i splunął na bok. Nie docenił przeciwnika, ani trochę, gdy tak to do niego dotarło, był gotów sam siebie pieprznąć po łbie durnym. Kto jak kto, ale on powinien wiedzieć, że czasami pozory mylić mogą. Pomylił się. Trudno. Teraz tego błędu już nie popełni… znaczy w ciągu najbliższych minut, później to pies z tym.
Spokojnie, jak gdyby nic się nie stało, Bonawentura wyłamał kostki w palcach. Nie ćwiczył samoobrony – to było zwyczajne mordobicie nieco podszyte technikami bokserskimi
- To nic osobistego. Tylko biznes
– odpowiedział powoli, niemal stoicko, co było kurewsko do niego niepodobne w takich chwilach. Powinien się kurwić. Porządnie, niewąsko, z bezradniej wściekłości zapomnieć o myśleniu i zacząć zachowywać się jak prawdziwe mięso armatnie. Bezmózga góra mięśni, która prze do przodu i próbuje najzwyczajniej w świecie rozpierdolić wszystko dookoła siebie. Z własnym ciałem włącznie. Ale! Powstrzymywał się przed tym, nie miał przed sobą kogoś, kogo po prostu powali siłą. Potrzebował… sposobu. Tylko za cholerę nie mógł jeszcze go wymyślić.
Dobra, jebać jak na razie.
Odbił się lewą stopą od płyty chodnikowej i wystrzelił do przodu – jak pieprzona kula armatnia – a gdy był już blisko, przeniósł ciężar ciała na lewą nogę, bo byłą zwyczajnie wyżej. Cios sierpowy prawy w tułów, dokładniej celował w splot słoneczny. Druga ręka została na miejscu trzymając gardę, w razie czego gotowa do odparowania ciosu. Grunt to refleks i szybkość, siła to już swoją drogą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Camille

avatar

Liczba postów : 200
Join date : 03/04/2014
Age : 24

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Sro Gru 24, 2014 9:37 pm

Do cholery jasnej, dawał lekcje samoobrony. Miał więc nie poradzić sobie z jakimś napakowanym popierdoleńcem? Nie ma takiej opcji. Zamierzał rozłożyć Bonawenturę na łopatki, żeby na koniec z dumą powiedzieć: dupę skopał ci pedał. Chciał poczuć smak tej satysfakcji!
Choć był potwornie smukły i szczupły, to miał co napinać, aby obronić się przed atakiem. W odpowiedzi na jego uderzenie, spiął mięśnie, ale siła tego ciosu wyparła z jego ust krótki jęk. Momentalnie uciekło z niego całe powietrze, a po ciele przeszedł ten nieprzyjemny dreszcz. Kurwa, bolało, chuju. Sprawnie wsunął dłoń między jego śmieszną gardę a twarz, aby w ten sposób uniknąć ewentualnego ataku, po czym wolną ręką wymierzył mu jeden z podstawowych ciosów: płaską dłonią w bok szyi. To bolało jak cholera, jeśli wykonane zostało w odpowiednim miejscu i z odpowiednią siłą.
Czasami proste i pozornie niewiele znaczące ciosy były kluczem do pokonania przeciwnika. A przynajmniej: chwilowego ogłuszenia. I kiedy tylko zdołał, wyszarpał mu się. Koniec tego dobrego. Nie czekając na jego odpowiedź, wymierzył mu kolejny celny cios z pięści prosto w nos.
Mógłby w tej chwili uciec. Pospolicie spierdolić. Miał kondycję wypracowaną przez lata uprawiania dzikiego seksu! Dałby sobie radę spierdolić, ot tak. Ale wychodził z założenia, że jeśli raz się zacznie uciekać, to już nigdy to nie ulegnie zmianie. Będzie spierdalał już zawsze. A tego nie zamierzał robić.
- Odpuść, kurwa – warknął, starając się go od siebie odepchnąć, odsunąć jak najdalej, aby chociaż częściowo ogarnąć tę pojebaną sytuację.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bonawentura

avatar

Liczba postów : 52
Join date : 22/06/2014

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Nie Sty 04, 2015 2:35 pm

Napakowanym popierdoleńcem? A niech bogowie wskazaliby tam takiego!
Pf, a Bonawentura to do pedałów niby niczego nie miał. Dopóki nie puszczali mu perskich oczek, nie macali i najlepiej chadzali drugą stroną ulicy. Prawdę mówiąc, to on nawet nie wiedział do końca, że Camille może być homoseksualistą. Zresztą, czemu to miałoby go, kurwa, obchodzić?
Bójki bójkami. Nie raz i nie dwa trafiali się kolesie, który najpierw z zacieszem na mordach bujali się po lekcjach samoobrony, a później celowo prowokowali do tego, by ich zaczepić. Wszystkie chwyty były powszechnie znane, ba, nawet już gdzieniegdzie na spokojnie opracowywano kontrataki. Do cholera, czemu wtedy na to też parskał jak kretyn? I masz teraz, Bon, nie dajesz rady jakiemuś chucherkowatemu dzieciakowi. Bądź z siebie, kurwa, dumny.
Krótki jęk. Dobrze. Cios dosięgnął celu, ale gardy nie pozwolił tak łatwo przebić. Znaczy… pozwolił. Ale samo uderzenie spowolnił, bo zwykły instynkt samozachowawczy kazał mu złapać przeciwnika z rękę, żeby nie mógł dopiąć swego. No cóż, wprawdzie i tak dostał – co zabolało, cholera, zabolało – lecz i tak nie na tyle, aby go ogłuszyć. Niemniej już nie zdążył zrobić uniku przed zwyczajową fangą w nos. No cóż, zdarza się, ale głowy tracić przez to przecież nie zamierzał. Za to coraz bardziej tracił cierpliwość, zaczynał się denerwować i wściekać. Nienawidził takich sytuacji. Zazwyczaj wtedy krew uderzała mu do głowy jak wódka popijana Amareną. Taki… drobny szał, jeśli można tak to nazwać. Ignorowanie bólu, wytężanie organizmu do czystego maksimum. A później zdychanie w łóżku, bo boli wszystko. Ale teraz zdołał, gdy Camille cofał rękę, zacisnąć palce na jego przedramieniu. W dłoniach to Bon miał siłę straszną, to przyznać mu trzeba było.
W nosie coś trzasnęło i z lewego nozdrza po prostu popłynęła krew. Połamany? Nie no, raczej nie, bolałoby bardziej. Zmrużył ciemne oczy, ale poza tym niczego już więcej z nosem nie zrobił. Jakby wcześniej nie był już łamany, pffff.
- Gdyby chodziło o pierwszą krew, to byś wygrał – stwierdził nieco cierpko. Ba, nieco. To był głos, który mógłby wydawać z ciebie papier ścierny, gdyby tylko umiał mówić…
Ale chuj, srał to pies, jeszcze zanim na dobre skończył swoją jakże niesamowitą wypowiedź, spróbował bardzo szybko i bardzo skutecznie wykręcić rękę blondyna do tyłu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Camille

avatar

Liczba postów : 200
Join date : 03/04/2014
Age : 24

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Nie Sty 04, 2015 11:43 pm

No kurwa mać. Podstawowa zasada samoobrony: nie dać się złapać silniejszemu napastnikowi. Napastnik z zasady był silniejszy! Bo wybrał sobie słabszego. Ale Bonawentura to przeszedł wszystkie granice, do cholery!
Przytrzymany, szarpnął się, lecz to niewiele dało – jedynie przysporzył sobie bólu. Działając zgodnie z kolejnymi zasadami samoobrony, powinien złapać go za penisa i ścisnąć tak mocno, jak potrafi, żeby uwolnić się z tego niekomfortowego uścisku. Ale i tę regułę złamał, sięgając ręką za siebie, aby złapać mężczyznę za kark. Silnym, stanowczym ruchem przytrzymał go przy sobie, oglądając się przez ramię tak, aby móc choć częściowo na niego spojrzeć.
- O co ci do chuja pana chodzi? - bardziej westchnął zniecierpliwiony niż warknął gniewnie. Zmarszczył czoło, starając się oswobodzić trzymaną rękę. Nieskutecznie. W końcu zrezygnował i wyglądał, jakby mu się poddał. A on po prostu obrał inną taktykę.
- Już? Koniec tego cyrku, co? – rzucił luźno.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bonawentura

avatar

Liczba postów : 52
Join date : 22/06/2014

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Pon Sty 05, 2015 12:02 am

Złapał.
Idąc dalej, powinien teraz wykorzystać sytuację i zaatakować tak, by były jakieś ślady. Jakiekolwiek. Ostatecznie… to przecież nie miał z tym kolesiem żadnych problemów. Ba, pierwszy raz na oczy go widział, więc jakie niby miałby mieć? Było tak, jak powiedział na samym początku: nic osobistego, czysty biznes. Niby mógłby się odpłacić za uszkodzony nos, ale jakby nie patrzeć, jego winą było to, że w ogóle zaczynał, jakby niczego lepszego do roboty w życiu nie miał. A przecież miał. Wcale nie musiał się z tym wszystkim pieprzyć, szarpać po ciemnych uliczkach ani nic. Pracował, mieszkanie posiadał, jakieś grosze odłożone… to na chuj mu takie sytuacje?
Aż skrzywił się sam do siebie, lecz wzmocnił uścisk, gdy Camille zaczął się tylko szarpać. Ot tak, żeby przypadkiem jeszcze się nie wyrwał.
- Mówiłem. To interes, który w tej chwili pierdolę – on z kolei warknął. Nie zamierzał dalej tego gówna ciągnąć, zaraz wykręci mu drugą rękę, popchnie do przodu i najzwyczajniej w świecie sobie pójdzie. Do domu. Zapali po drodze papierosa, a później weźmie zimny prysznic i pójdzie spać. A rano pofatyguje się do tamtego złamasa, pieniądze mu odda i tyle w temacie. Złapał blondyna za nadgarstek wolnej ręki, która teraz znalazła się na jego karku i raczej mało delikatnie odciągnął, wprowadzając swój jakże genialny plan w życie.
Miał bardzo głęboko w dupie to, czy Camille się poddał czy nie, potrafił się bronić, to pewnie już coś knuł, jak się z tego wyplątać, a do Bona nie uśmiechała się perspektywa dalszego szarpania. Po prostu: nie i chuj. Był zmęczony, miał rozjebany nos i chciał zapalić.
- Koniec. Nie chce mi się z tobą szarpać – dodał jeszcze, nim uwolnił obie ręce laleczki i pchnął go przed siebie.
I po tym wszystkim, jak gdyby nigdy nic, odwrócił się i dopiero wtedy zatamował rękawem krwotok z lewego nozdrza. Tak o, prowizorycznie, żeby nie straszyć ludzi na ulicy zakrwawionym ryjem. Już pomijając to, że wyglądał jak typowy typ spod ciemnej gwiazdy, który nie marzy o niczym innym, jak sprzedawanie przypadkowym przechodniom wpierdolu. Nawet się nie odwrócił. Nic, kompletne. Nie to, żeby i tym razem postanowił całkowicie nie docenić umiejętności byłego już przeciwnika – cały czas słuchał, czy aby za nim nie lezie i nie chce dalej się bawić. Po prostu miał dosyć. Tyle. Niemniej we łbie zrodziła mu się myśl, że może jeszcze po drodze polazłby po piwo, bo, jak powszechnie wiadomo, alkohol całkiem nieźle ból łagodzi. A fanga w nochal jednak trochę bolała. Może i nie na tyle, by było to nie do zniesienia, ale lepsza taka wymówka niż żadna. Nie?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Camille

avatar

Liczba postów : 200
Join date : 03/04/2014
Age : 24

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Pon Sty 05, 2015 12:28 am

On był totalnie pojebany. Tak – Bonawentura był jakimś kompletnym zjebem, od którego należy trzymać się na możliwie jak największy dystans, aby przypadkiem się tym zjebaniem nie zarazić. Tak zrobiłby każdy normalny mężczyzna, ot co!
Ale.
Kurwa.
Nie oszukujmy się.
Camille nawet nie stał obok pojęcia „normalny mężczyzna”.
I właśnie dlatego – pchnięty – gwałtownym ruchem odwrócił się w jego kierunku, najwyraźniej nie uznając tego tematu za zakończony. Miał całą kurtkę w jego krwi. Białą koszulę także! I miał tak po prostu odejść, nie przejmując się tym, co tutaj zaszło?
- Ej! – zawołał za nim, zbliżając się jedynie nieznacznie, nie chcąc znów trafić pod jego ostrzał. Zdecydowanie ten facet był zbyt silny. – Powiesz chociaż, kto cię nasłał? - rzucił. Biznes, tak? Więc nie prosty wpierodl w ciemnej uliczce za sam fakt istnienia. Nienienie. Musiał być inny powód!
- W zamian stawiam rosyjską wódkę – dodał, właściwie szczerze ciekaw jego reakcji. Może nie przebił tego, co oferował Bonawenturze tamten mężczyzna… Ale nawet o tym nie myślał, mając w kieszeni ledwie piątaka na kolejną paczkę kondomów.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bonawentura

avatar

Liczba postów : 52
Join date : 22/06/2014

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Pon Sty 05, 2015 12:39 am

Był. I to zdrowo. A kiedy coś takiego szło w parze z całkiem nie w kaszę dmuchał siłą fizyczną, to faktycznie byłoby lepiej trzymać się od takiego kogoś z daleka. A gdyby dorzucić do tego słabe nerwy to już koniec. Kosmos całkowity.
Jebać to, Bon myślał wtedy już niemal tylko o piwo. No dobra, myślał o nim w połowie, bo wciąż skupiał uwagę na byłym już przeciwniku, bo tutaj o ofierze nie ma co mówić. Camille zdecydowanie bronił się zbyt dobrze, żeby być tylko jakimś tam popychadłem, które powala się jednym, dobrze wymierzonym ciosem. Odwrócił się przez ramię , cały czas trzymając rękaw na twarzy, żeby siebie całego nie ujebać przypadkiem krwią. A tak? Wszystko wlezie w jeden skrawek materiału, a później tylko się to wypierze i już.
- Nie wiem, zjebany fagas, któremu najwyraźniej zalazłeś na skórę – parsknął i ponownie spojrzał przed siebie, nie zwalniając kroku. – Wnioskuję, że raczej paru takich typów było, skoro aż musisz pytać.
Rosyjska wódka… propozycja zdawała się całkiem atrakcyjnie brzmieć. Może nawet lepiej niż to piwo, które ubzdurał sobie na samym początku. Nieco zwolnił. Minimalnie i był szczerze ciekaw, czy blondyn postanowi się z nim zrównać, czy zostanie może z tyłu, tak niby to dla własnego bezpieczeństwa. Tylko wielka szkoda, że Bonawentura nawet nie do końca wiedział, jak koleś się nazywał. Przedstawił się jako Max. I tyle. Zostawił jeszcze numer telefonu, tak na wszelki wypadek, ale, prawdę mówiąc, cholera wiedziała, czy w ogóle był prawdziwy.
Prychnął i potrząsnął głową.
- Stawiasz wódkę kolesiowi, który napadł cię w ciemnej uliczce –
oznajmił powoli, jakby ważył własne słowa. – Całkiem cię popierdoliło, Camille? – spytał, lecz tym razem już się nie odwrócił, tylko twardo szedł do na wprost. I patrzcie państwo, nawet zapamiętał imię! Mimo że swojego, jak do tej pory, nawet nie podał. A z tą laleczką to musiało być coś ostro nie tak. No kurwa. W takich sytuacjach to zazwyczaj człowiek zwija się do domu i nie wychyla z niego nosa przez tydzień. Chyba. Winiarski nigdy w takiej nie był, tak na dobrą sprawę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Camille

avatar

Liczba postów : 200
Join date : 03/04/2014
Age : 24

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Pon Sty 05, 2015 6:00 pm

Bonawentura był tak mocno zjebany, jak mocno zjebanym można być. Śmierdział zjebaniem na kilometr! Zjebanie wyciekało mu nosem, uszami, oczami. I wszystkimi innymi otworami. A jednak Camille nieśpiesznym krokiem ruszył w jego kierunku, dbając jednak o to, aby zachować bezpieczny dystans metra. Może nawet dwóch. Trzech właściwie. Szedł więc za nim jak największa ciota życiowa, właściwie nie mając pojęcia, po co dalej brnie w tę farsę.
- A czego mam się bać? – rzucił obojętnie. – Co? Myślisz, że mnie przestraszyłeś? Nie kpij sobie, nie kpij – westchnął, przewracając oczami. Wsunął smukłe dłonie do kieszeni zdecydowanie za dużej, skórzanej kurtki, nieco przyśpieszając kroku.
- Potrzebuję kompana do wódki. Za blisko alkoholizmu stoję – stwierdził luźno, jakby wcale przed  chwilą nie spuszczali sobie wpierdolu. – Jesteś wystarczająco popierdolony, żeby pić ze mną czystą rosyjską i niczym jej nie zapijać – osobliwy komplement! Totalnie w stylu Camille.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bonawentura

avatar

Liczba postów : 52
Join date : 22/06/2014

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Pon Sty 05, 2015 6:53 pm

Camille wobec tego wcale nie był lepszy. Szedł za nim. Ba, namawiał do picia razem wódki, jak gdyby nigdy nic, jakby tak naprawdę byli ot, znajomymi czy coś, a nie całkowicie obcymi sobie ludźmi, którzy jeszcze dwie minuty temu okładali się po ryjach w ciemnym zaułku. I to bez żadnego konkretnego powodu! A przynajmniej teoretycznie.
Ani myślał zwalniać kroku, tylko wolną dłonią wygrzebał z kieszeni fajkę, nie fatygując się wyjmowaniem całej paczki. Odsunął rękę od krwawiącego nosa i zaraz znalazł też zapalniczkę. Wtedy też się zatrzymał, bo jak ostatnie sieroctwo nie umiał odpalić sobie papierosa, kiedy lazł.
- A chuj cię wie –
burknął dopiero po wypuszczeniu pierwszego kłębu dymu z ust. – Nawet nie spróbowałem, ludzie dwie przecznice dalej by wiedzieli, gdybym zaczął.
I znowu ruszył prosto, za siebie wciąż się nie oglądając. Bo po co? Skoro Camille chciał za nim leźć, to niech idzie i niech będzie mu na zdrowie trzy razy. Bon nie zamierzał już się z nim szarpać. Już nie.
- Czemu nie –
mruknął może mniej szorstko niż chwilę wcześniej. Minimalnie. Papier ścierny o nieco mniejszej sile rażenia. – Nie wyglądasz nawet na zdolnego do wypicia piwa na hejnał, a ty tu o wódzie ruskiej mówisz -prychnął z rozbawieniem i zerknął przez ramię do tyłu z fajką w zębach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Camille

avatar

Liczba postów : 200
Join date : 03/04/2014
Age : 24

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Wto Sty 06, 2015 12:47 pm

Och, nie był naiwny, dobrze wiedział, że Bonawentrua ma swoją zapalniczkę.
- Takiś ty przerażający – rzucił kąśliwie, przewracając oczami. Nie bał się go. I chcąc to udowodnić, zbliżył się do mężczyzny, zrównując z nim swój krok. Właściwie nikt nie mógł się spodziewać, że Camille okaże się tak dobrym rywalem – smukły, choć wysoki, poruszający się z niemalże kobiecą gracją! Nadawał się na męskiego striptizera w gejowskim klubie. Nie na boksera.
- Już raz oceniłeś mnie po wyglądzie – wtrącił, spoglądając w jego kierunku z krótkim, nikłym uśmiechem na twarzy. Niedbałym gestem odgarnął włosy na lewe ramię, po czym zmienił nieco kierunek, w którym zmierzali, przechodząc przez ulicę. – Zaręczam ci, że jeśli dotrzymasz mi kroku, to ciebie będzie trzeba wyprowadzać z baru, nie mnie – dodał, jawnie się z nim drażniąc. – Gościu, który cię wysłał, dobrze wiedział, że sam nie poradziłby sobie z tą sprawą. Nie bez powodu wybrał najbardziej napakowanego faceta w barze, nie? – powiódł spojrzeniem po ciele Bona, marszcząc lekko czoło w geście zastanowienia. No bo kurwa, jak można być tak wielkim.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bonawentura

avatar

Liczba postów : 52
Join date : 22/06/2014

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Wto Sty 06, 2015 11:04 pm

Skoro miał i fajki to, analogicznie, i zapalniczkę mieć powinien. I miał. Każdy głupi by chyba załapał, że to zwyczajna próba zagajenia rozmowy. I to całkiem skuteczna, jak widać.
- Jak chuj w lodówce.

W sumie nigdy w życiu nie widział, żeby ktokolwiek trzymał tam męskie prącie. Raz widział w lodówce dildo. U takiej jednej laski, no ale… ona to ogólnie jakaś ostro popierdolona była i cały czas nazywała go „Bonifacym”. Matko bosko. Jebać.
Bonawentura nie miał w zwyczaju gapić się na nowopoznanych znajomych płci męskiej. Przynajmniej nie na trzeźwo i na pewno nie w stanie pełnej świadomości. Uwarunkowano go na heteroseksualizm i wsio, więc to było całkowicie normalne. Tak uważał do tej pory. Wzruszył ramionami. Ano ocenił. I wtedy popełnił błąd, którego więcej nie zamierzał powtarzać, przynajmniej w stosunku blondyneczki. Może i jego wygląd zajeżdżał z lekka gejostwem, ale to w końcu Anglia, dziwactwa różne działo się po kątach i pełno imigrantów chuj wie skąd.
Skrzywił się i pokręcił z niedowierzaniem głową. To brzmiało jak wyzwanie! Jak zakład!
- Proszę cię, jestem z Polski. Założę się, że wypije więcej –
parsknął, jakby już to samo w sobie było gwarancja mocnej głowy. Ale co jak co, ale o Bonie można było powiedzieć, że łeb do picia to on miał. Typowy Polak na imigracji! Zmienił kierunek, za Kamilem! – Byli więksi – skwitował krótko i wzruszył ramionami.
No i poszli w pizdu.

[zt x2]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lee
Nauczyciel zoologii i samoobrony
avatar

Liczba postów : 117
Join date : 27/01/2014
Age : 30

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Czw Mar 26, 2015 9:01 pm

Dni robiły się coraz dłuższe i cieplejsze, choć zachmurzeń, mgły i deszczu wciąż było niewiele mniej niż zazwyczaj. Zwyczajowa, angielska rutyna życia.
Dochodziła godzina 18:00, a choć było jeszcze w miarę widno, w całym Londynie jasno świeciły już latarnie. Nie były one jednak w stanie oświetlić wszystkich, ciemnych zakątków miasta. Wiele mniejszych i ciaśniejszych uliczek mogło liczyć co najwyżej na światło padające z okien budynków tudzież ganków kamienic. Podobnie jak ta, w której stało dwóch, popalających leniwie chłystków. Na pierwszy rzut oka mogli wydać się znudzeni, jednak wyjątkowo czujnie rozglądali się co rusz na boki. Czekali na kumpla, który od pewnego czasu miał śledzić jakiegoś uczniaka ze szkoły dla forsiastych chłoptasiów. Niby nic do niego osobiście nie mieli, ale ich dobry ziomek owszem. Byli tego typu gnojkami, którzy nie przejmują się zanadto powodami czyjejś awersji do drugiej, nawet niespecjalnie silnej osoby, skoro to tylko informacje od „swojego człowieka”. Swoim trzeba w końcu pomagać, co nie? Lubili zresztą takie rzeczy. Bawiły ich. Zastraszanie w grupie było łatwe. Ciężko w pojedynkę poradzić sobie z więcej niż dwoma przeciwnikami. A nuż udałoby im się przy okazji zmusić takiego wystawionego dla niech pechowca, aby oddał portfel czy co tam jeszcze cenniejszego miał przy sobie?
Czekali zatem, zaaferowani bardziej niż chcieli to pokazać. W którym momencie dostali strzałkę. Oznaczało to ni mniej ni więcej, że ich ofiara oraz idący w ślad za nim kolega, zbliżali się w tym kierunku. Myk był prosty, ponieważ mieli my wyjść naprzeciw, zablokować chodnik i wraz z trzecim, który będzie mu stał za plecami, zmusić do wejścia w ciemniejszą, mniej uczęszczaną uliczkę.
Tymczasem niedaleko po drugiej stronie ulicy, Lee kupował trochę żywego żarcia dla swoich pupilków.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Percy

avatar

Liczba postów : 315
Join date : 10/02/2014

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Czw Mar 26, 2015 9:29 pm

Ostatnimi czasy los nie uśmiechał się do Percivala, pomiatał z nim z jednego problemu w drugi. Francuz nie był masochistą i z wolna był zmęczony wszystkim tym, co miało miejsce nie tak dawno temu. Natłok wydarzeń przygniatał go. Nie miał ochoty na nic, a tym bardziej pakować się w jeszcze większe kłopoty, które rychło się zbliżały. Najgorsze w tym wszystkim był fakt, że nie miał wpływu na rozwój sytuacji, gdyż kompletnie zamyślony nie zauważył idącego za nim od dłuższego czasu chłopaka. Myślami błądził przy kolejnym przesłuchaniu, gdzie znowu maglowano go o nazwiska, a prawnik ojca pilnował go niczym doberman warcząc, kiedy zaczynał źle formułować odpowiedzi. Okej – niby dobrze, bo pewnie swoim narwanym temperamentem wpakowałby sobie do kieszeni kolejną grzywnę za obrazę policjanta na służbie. Cholerni gliniarze.
Szedł przed siebie z rękami w kieszeni i dopiero mijając chińskie żarcie przyuważył typa z tyłu, który obserwował go spod za dużego kaptura na głowie. Chciał się zatrzymać, odwrócić, jakkolwiek zareagować, gdy nagle znalazł się w punkcie do którego od samego początku był prowadzony. Wpadł jak śliwka w kompot, w myślach wyklinając na wszystkich świętych za pecha jakim go obdarzyli. Zamknął oczy, poznając jednego z chłystków. Był na imprezie wraz ze Stevem i już wiedział, że ma przerypane. Spojrzał na grupę całkiem niesympatycznych ludzi, którzy najwidoczniej mieli mu wiele ciekawych rzeczy do przekazania. Domyślał się, że rozmowa nie będzie krótka, ani przyjemna. Modlił się tylko w duchu, aby nie ściągnąć znowu na siebie policji, bo wtedy jego zeznania mogły być brane za sporo naciągane. On sam już był w fatalnej sytuacji. W oczach policji wyglądał na chłopaka, który chciał zwalić odpowiedzialność na kogoś zupełnie innego, przy tym pociskając bardzo wiarygodne opowieści.
- Zajebiście – mruknął pod nosem do siebie. Trzech na jednego. Nienawidził takich sytuacji. Nie był szczególnie jakąś ofiarą, jednak wielkim fanem bójek również nie. Rzadko, kiedy zdarzało mu się brać udział w większych aferach. Pojedyncze przepychanki – okej, ale to co teraz stało przed nim i za nim, wcale na to nie wskazywało. Nie dość nie byli dwa razy więksi niż on, to jeszcze wyżsi. Czuł się jak totalny gówniarz z High School, który zaraz dostanie manto od starszych kolegów – a prawdą było, że te dupki wiekowo wcale tak nie różnili się od samego zagrożonego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lee
Nauczyciel zoologii i samoobrony
avatar

Liczba postów : 117
Join date : 27/01/2014
Age : 30

PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   Pią Mar 27, 2015 2:55 am

Cała trójka wyrostów rzeczywiście była nie tylko wyższa co najmniej o głowę od Perciego, ale także dość barczysta. Przynajmniej jeśli mowa o tych dwóch, którzy wyszli mu zaraz naprzeciw. Trzeciego, teraz znajdującego się niecałe dwa metry za jego plecami, ciężko natomiast było określić. Duża, przydługawa, gruba i bardzo przy tym luźna bluza, zbytnio utrudniały ocenienie faktycznych wymiarów. Bez wątpienia jednak był z nich wszystkich najwyższy, a gdyby miało się okazję zajrzeć pod kaptur, zobaczyłoby się dodatkowo cholernie niepokojącą parę przymrużonych ślipiów.
Ten, którego osiemnastolatek znał już z widzenia, uśmiechnął się paskudnie szeroko i bardzo spokojnie zmniejszył odległość między ich dwójką, aby móc położyć mu rękę na ramieniu i dość mocno wbić w nie palce, na wypadek gdyby jednak spróbował się szarpać lub protestować.
- Debreu, co nie? Podobni wołają cię „Percy”, więc będzie chyba w porządku, jeśli i my będziemy tak do ciebie mówić? Co ty na to, Percy? Wszyscy jesteśmy tutaj kolegami~ Chodź, przejdziemy się i pogadamy trochę. Wydaje mi się, że mamy o czym! - zwrócił się do niego z udawaną sympatią, po czym naparł dłonią na ramię w taki sposób, żeby nakłonić do ruchu i już w trakcie móc pokierować w odpowiednim kierunku – w stronę uliczki, w której się wcześniej ukrywali. Wysoki dresik zamykający ich niewielki pochód, ukradkiem rozglądał się na boki, sprawdzając czy nie wzbudzają przypadkiem niczyjego zainteresowania.
- Trochę żeś narozrabiał, jak sądzisz, Percy? - zagadnął ten sam chłopak, wolną ręką poprawiający swoją czapkę na wzór kaszkietówki. - Kurewsko kiepska sprawa.
Jeśli Debreu nie próbował z nimi walczyć, zaciągnęli go nieco głębiej i tam uprzejmości miały już powoli dobiegać końca, gdy to szarpnięto go i pchnięto dość brutalnie na zimną, murowaną ścianę.

Lee pozostał niezauważony tylko ze względu na utrudniające to odbicia i załamania światła na szybie witryny sklepowej, przez którą zupełnie przypadkiem dostrzegł podejrzanie zachowujące się po drugiej stronie ulicy dzieciaki. Teoretycznie to nie jego interes, ale jeśli miałby zgadywać, jeden ze smarkaczy właśnie miał paść ofiarą wyłudzenia lub czegoś do tego podobnego. Paskudna sprawa. Kłopotliwa, bo był bądź co bądź pedagogiem i miał w pewnym sensie w obowiązku zwalczać młodzieńczy debilizm.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Bezimienna uliczka   

Powrót do góry Go down
 
Bezimienna uliczka
Powrót do góry 
Strona 2 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next
 Similar topics
-
» Boczna uliczka
» Boczna uliczka

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Yaoi Gakuen :: Londyn :: Centrum miasta :: ∎ Boczne uliczki-
Skocz do: