IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Northumberland Avenue

Go down 
AutorWiadomość
Ryūmine

avatar

Liczba postów : 10
Join date : 09/03/2014
Age : 32
Skąd : Japonia; Hokkaido; Sapporo

PisanieTemat: Northumberland Avenue   Pią Maj 09, 2014 10:09 pm

Znajdująca się nieopodal samego centrum Londynu, co za tym idzie – tętniąca życiem ulica, na której ulokowanych jest kilka siedzib instytucji rządowych takich, jak Ministerstwo Obrony Narodowej, czy też Ministerstwo Lotnictwa. Northumberland Ave biegnie od Trafalgar Square, aż po nadbrzeże Tamizy.

Niespecjalnie boczna ta 'uliczka', ale cóż.

_________________
Kp


Ostatnio zmieniony przez Ryūmine dnia Pon Lip 21, 2014 12:16 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ryūmine

avatar

Liczba postów : 10
Join date : 09/03/2014
Age : 32
Skąd : Japonia; Hokkaido; Sapporo

PisanieTemat: Re: Northumberland Avenue   Sob Lip 05, 2014 4:51 pm

Tick-tack, tick-tack, tick-tack. Stukałem niemalże bezgłośnie palcami zakończonymi zaokrąglonymi paznokciami o autobusową szybę, patrząc na przemykający mi przed przymkniętymi oczami obraz, na który - w prawdzie rzeczy - nie zwracałem uwagi. W czaszce odbijał mi się w dalszym ciągu przygłuszony, miarowo wybijany skowyt tykającego zegara, pomimo tego iż uczelnię opuściłem około pół godziny temu. Choć nie powinienem składać zażaleń, w pewnym stopniu ta stałość uspokajała moje zszargane komórki nerwowe, sprawiając, iż moja niecierpliwość, co do powrotu do domu zawisła w swoim zenicie.
Nieświadomie podrygując lekko kolanem, stukałem cicho obcasem kozaka o podłogę tegoż zatłoczonego środka komunikacyjnego, przenosząc zielone tęczówki z jednej postaci na drugą, która znalazła się w zasięgu mojego widzenia, nie mogąc zawiesić w tamtej chwili spojrzenia już na jednym, konkretnym przedmiocie. Zazgrzytałem zębami, a moja powieka dwukrotnie zadrgała, kiedy kobieta, która ówcześnie ustąpiła mi miejsca siedzącego, zerknęła w moją stronę, jakby chciała się upewnić, czy jeszcze żyję. Kląc ściszonym głosem, ledwo panowałem nad sobą, usiłując nie krzyknąć tutejszej w twarz, że nie prosiłem się o jej pomoc i chętnie z niej zrezygnuję. To przyspieszało mój stan, w którym jak najszybciej chciałem powrócić do swojego kąta w londyńskiej kamienicy. Aczkolwiek zniechęcony byłem do opuszczenia autobusu, ponieważ idiotą nie byłem i zdążyłem już przed zaczęciem podróży odczuć chłód, jaki na zewnątrz panował. Deszczowy dzień.
Tick-tack, tick-tack. Kiedy kończąca się powodzeniem podróż została zastopowana przez zarządzenie prowadzącego, powstałem, chwytając się najbliższej rurki przymocowanej od podłogi do sufitu, po czym zacząłem obserwację ciekawego zjawiska - około dwudziestu ośmiu osobników homo sapiens podejmujących próby przepchnięcia się przez innych do drzwi, jako ci pierwsi. Zmrużyłem oczy, patrząc na kwitnący z opóźnieniem, gdyż już był lipiec, okaz ludzkiej głupoty, na co jedynie zareagowałem donośnym, zrezygnowanym wypuszczeniem z moich dróg spragnionego wolności powietrza. Zacisnąłem długie palce pianisty na skórzanym uchwycie torby, z którą w pracy nigdy się nie rozstawałem, po czym powoli zacząłem stąpać ku wyjściu, wyzywając w głowie na jakikolwiek brak żywiołowości u tych pasożytów pasażerów.
Po nieokreślonej czasowo chwili udało mi się uwolnić z dusznego środka transportu, później poprawiając jednorazowo czarną chustę, a także pasek trzymający maskę higieniczną na prawowitym miejscu, obrałem kurs w stronę Trafalgar Square. Przedostając się pomiędzy ślamazarnym tłumem, trącałem to jednego, to drugiego przechodnia, uciekając z przystanku autobusowego na Northumberland Avenue. Żwawym krokiem na swoich patyczkowatych nogach zmierzałem w stronę przejścia dla pieszych, jednocześnie bulwersując się na samego siebie przez to, iż popełniłem tak okropny błąd i podjąłem się pracy w służbie edukacji. Pocieszałem się tym, że do wolnego zostało mi zaledwie kilka tygodnii.. Co w żadnym razie nie zmieniało faktu, iż byłem znerwicowany nawet po końcu studenckiego roku szkolnego i miałem ochotę ponarzekać. A co.
„Co, do cholery, mnie podkusiło do nauczania tych ewolucyjnych straceńców? Tych niedorozwiniętych nieudaczników? Tych idiotów, którzy zachowują się, jakby kilka sekund przedtem zleźli z drzewa i stanęli na dwóch nogach? Kurwa.”. Aż zignorowałem swój dzisiejszy post od przeklinania. Im dłużej przebywałem w tym otoczeniu, tym intensywniej odczuwałem żądzę destrukcji na zakutym łbie jakiegoś losowego studenta. Pracowałem w tym zawodzie już nie od dziś, aczkolwiek na brak tematów do narzekań na podopiecznych, że tak to ujmę, nie odczuwałem deficytu. Przeciwnie. Byli bardzo utalentowani - potrafili mi podnieść ciśnienie tuż po zobaczeniu ich twarzy. Osiągnęli mistrzostwo, stając na szczycie podium w dziedzinie wyprowadzania mnie ze względnej równowagi psychicznej. Nawet w czasie, kiedy nie byłem zmuszony patrzeć na ich pełne idiotyzmu twarze. Sztuka to nie tylko praktyka! Cholera!
Tick-tack. Niepomiernie duża dawka sztucznego, kolorowego światła uderzyła w moje zwężone źrenice, bijąc od bilbordów w oddali, podświetlanych reklam, czy od samochodów przejeżdżających równolegle do mnie, a także do chodnika, po którym stąpałem swoich, jak zawsze zresztą żwawym krokiem. Zawieszając sobie swoją torbę na przedramieniu, dłonią pozwoliłem sobie przejechać po lewej dłoni, odsłaniając zza popielatego płaszcza tarczę zegarka.. 19:14. Słyszałem, iż podobno, co pięć sekund umiera człowiek. Tyle istnień straciło życie, gdy ja podczas tego snułem się po centrum Londynu, jak duch. A moim jedynym celem było dostanie się do mojego nieprzytulnego domu.
Dokładnie. Nie pałałem szczególną sympatią do tych czterech ścian, w których urzędowałem od kilku tygodni po nieplanowanych przenosinach. Patrząc na sprawę z pewnym dystansem, powinno mi to umożliwić nowy start; szczęście, przyjaźnie, cokolwiek w tym stylu, co jest nieodzownym, kluczowym czynnikiem w pospolitych, hollywood’skich produkcjach dla bezbronnych dziewczynek i zniewieściałych chłopaczków z High School. Z drugiej zaś, tej subiektywnej strony po zbliżeniu się.. to mnie nie satysfakcjonowało. Nie dawało mi powodów do jakichkolwiek pozytywnych uczuć. Było świadectwem tego, jak słabym tchórzem musiałem być w obliczu ciężkiej, skrywanej przez dwa lata prawdy. Dowodem na to, że poczułem to ugodzenie w zlodowaciałe serce i odezwały się we mnie ludzkie instynkty. Słowo dom ciężko składało się w moich strunach głosowych, z trudem przechodziło przez jamę ustną. To nie był mój dom. Bardziej klatka, w której zamknąłem się, aby stać się tylko zwykłym elementem ją budującym. Takim, który nie czuje, nie słyszy, nie dostrzega niczego pośród ciemności. Ślepy na światło, głuchy na krzyk.
„Oby to była dobra droga..”. Skrzywiłem się, stawiając kolejne kroki na kostce brukowej, a towarzyszem mi niepokój. Aczkolwiek tłumiony on był dzięki świadomości, iż poznaję okolicę. Czując, jak stopniowo opada adrenalina krążąca w moich żyłach, stanąłem przy słupie sygnalizacji świetlnej, znajdując się przed przejściem dla pieszych, a czekając na zmianę świateł. Jeszcze tylko jeden przystanek..
Czułem się, krótko opisując, dziwnie. Jak chory. Zresztą, byłem chory od dłuższego czasu, ale pomińmy tę informację. Poczułem, jak świat zaczyna powoli wirować, sprawiając, że złapałem się słupa tkwiącego w betonie obok mnie, by nie paść na chodnik. Zadrgałem, unosząc spojrzenie na innych ludzi, którzy stali na przejściu obok mnie, a ich twarze poczęły tracić na ostrości. Kolana się pode mną uginały.
Upadłem. Zemdlałem.

_________________
Kp


Ostatnio zmieniony przez Ryūmine dnia Sob Lip 05, 2014 5:59 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Jasper McLavie
Porcelanofil
avatar

Liczba postów : 40
Join date : 08/03/2014
Age : 28
Skąd : Wielka Brytania, hrabstwo Kent, Ashford

PisanieTemat: Re: Northumberland Avenue   Sob Lip 05, 2014 5:15 pm

Kolejny, cholera dzień, w którym ktoś w ciemniejszej uliczce musiał doczepić się mojego wyglądu. Przechodząc przez główniejsze ulice Londynu, czy jakichś innych, większych miast, nikt nigdy nie powie złego słowa na temat waszego wyglądu, kiedy, jak w moim przypadku, ma się kolorowe włosy, czy kolczyki. Nie uważam się za nazbyt dziwnego, bo jedyne co odróżnia mnie od bandy szaraczków to ciemnogranatowa czupryna, miejscami o jasnobłękitnych kosmykach oraz to, że na mo- … na moim obliczu jest parę drobnych kolczyków. Drobnych, bo nie raczyłem zrobić sobie w uszach tunela, jak każdy myśli, mimo, że na pierwszy rzut oka, nawet na wpół ślepego widać, że jest to fake, który ma za zadanie tylko przypominać tunel. Oprócz tego, żelastwo, a raczej czarna stal chirurgiczna zdobi jeszcze moją brew i dolną wargę. Na standardy Wielkiej Brytanii, gdzie co chwilę przez ulicę przechodzą osoby z dużo większymi odstępstwami związanymi z wyglądem, nie prezentuję się chyba jakoś… nad wyraz dziwnie, co?
Oczywiście, znalazły się cwaniaki pragnące podważyć mój autorytet i pokazać, że jednak ich zdanie jest ważniejsze. Za pomocą agresji, rzecz jasna. Rodem z południowego-wschodu, jeżeli wiecie, o jakich tajemnych krainach teraz mówię.
Przechodziłem przez takie miejsca, żeby znacząco skrócić sobie trasę do celu, jakim w tym wypadku był mój dom na Regent Street. Dotychczas nie dochodziło do sytuacji, w których ktoś próbował do mnie kozaczyć, więc pewnie siebie kroczyłem do przodu, trzymając ręce w kieszeniach skórzanej kurtki, a na uszach mając czarno-białe, bezprzewodowe słuchawki. Padał deszcz, a ja nie miałem parasolki, ale jakoś średnio się tym przejmowałem, szczerze mówiąc. Jak to mówią, z cukru nie jestem, więc parę kropel mnie nie rozpuści. Tym bardziej, że słuchawki miały taką cechę, jak wodoodporność, jeżeli chodzi o „deszczową” intensywność, więc już całkiem miałem to w nosie. Było chłodno mimo, że jeszcze parę godzin temu świeciło uporczywie słońce. Dobrze, że wepchałem do torby skórę, bo mogłoby być gorzej. Uroki początków lata, gdzie praktycznie co dwa dni są burze. I uroki tego zapyziałego miasta, taki mamy klimat, co poradzić. U nas potrafi się rozpadać nawet wtedy, kiedy teoretycznie nie powinno. I wówczas, gdy zupełnie nie sprawiałem kłopotów okolicy i wręcz z daleka wyglądało na to, że spokojnie chcę dostać się do suchego domu, żeby w końcu odsapnąć, OCZYWIŚCIE, ktoś musiał mieć jakieś wąty.
- Hej, ty! – jasne, bo usłyszałem, mając w słuchawkach akurat jakiś metalcorowy utwór. Poczułem jedynie, jak ktoś łapie mnie od tyłu za kołnierz kurtki, przyciągając mocno w swoją stronę i nie zdążywszy złapać dobrej równowagi, osoba z drugiej strony złapała mnie za ręce, starając się unieruchomić. Pochylony, potrząsnąłem głową, żeby słuchawki spadły na moją szyję, a potem spojrzałem na nich z dziwnym spokojem i zapytałem dosyć łagodnym tonem.
- Eh. Coś się stało? – dwójka najwyżej dwudziestoparolatków, a więc wiekiem byli nieopodal mojego, spojrzało po sobie, po czym ten bardziej mięsisty zabrał głos.
- Dziwnie wyglądasz. – potrafią sklecać zdania? Kto by pomyślał.
- Ah tak? Przykro mi, taka już moja natura.. – postarałem się wyprostować, co mięsku, pewnie świeżej baranince, średnio się spodobało. Złapał mnie pod ramiona, wyrażając też otworem gębowym swoje niezadowolenie. Kolejna bójka, co? Westchnąłem cicho, zacisnąłem lekko zęby, przechyliłem głowę do przodu i.. z dosyć mocnym impetem uderzyłem delikwenta w nos, co zaowocowało w natychmiastowe poluzowanie uścisku. I bardzo dobrze, cholera jasna. Dzisiaj już nie mam ochoty nadmiernie się wysilać. Koleżka poszkodowanego, który aktualnie złapał się za nos, nie mam pojęcia, czy coś mu zrobiłem, zareagował rzuceniem się na mnie.. I szczerze mówiąc, nie chcę już dalej opisywać tej kłopotliwej sytuacji. Ważnym było to, że udało mi się wyjść z niej bez większego szwanku i bez wyciągania ostrych narzędzi, które zresztą zawsze mam przy sobie na wypadek… tego typu zdarzeń. Tamci odpuścili po paru mocniejszych ciosach, a ja skończyłem z bolącą ręką i lekko rozciętą górną wargą, którą po prostu przetarłem dłonią, potem zakładając z powrotem słuchawki i na spokojnie idąc w stronę domu.
Jeszcze tyle do przejścia.. Że też mój samochód musiał wylądować u mechanika akurat na ten deszczowy okres. Coś się stało z paleniem i nagle stał się o wiele bardziej mniej ekonomiczny. A na dodatek przydałby się całościowy przegląd, powiedział. Cholera.
Zmieniając zdanie, ponieważ moje szczęście wydawało się dzisiaj znikome, przeszedłem na bardziej główną ulicę.
Northumberland Avenue. Tutaj powinienem spodziewać się trochę większej kultury przechodniów. Zresztą, większość z nich aktualnie śpieszyła się z parasolami, uważając, by nie wdepnąć w ewentualne kałuże. A ja, że miałem na sobie skórzane glany… jakoś nie poświęcałem temu nie wiadomo jakiej uwagi, raz na jakiś czas chlupocząc grubą podeszwą w wodzie, nawet tego nie zauważając. Po chwili miałem zamiar przejść przez pasy, żeby w dalszym odcinku trasy mieć mniejszy problem i nie przechodzić niepotrzebnie przez labirynt parkingu sklepu. Lekko i bezgłośnie tupiąc o trotuar w rytm muzyki (zboczenie perkusisty), czekałem na zmianę światła na zielone. Wraz ze mną czekało również parę osób, które raczej i na szczęście nie zdawały się przejmować tym, że jestem troszkę poturbowany. A może po prostu bały się przejmować?
Po parunastu sekundach rozbłysło zielone światło dla pieszych, samochody się zatrzymały, a ludzie ruszyli do przodu, jak najszybciej chcąc dostać się do domów. Wszystko szło gładko i sprawnie, aż jakaś osoba nagle się zachwiała i upadła. Pierwszy do pomocy rzuciłem się ja. Co poradzić, empatyczny jednak jestem, poza tym – to mój obowiązek obywatelski. Szybko okazało się, że na ulicę upadła jakaś drobna kobieta o długich, miętowych włosach. Postarałem się szybko zabrać ją z drogi, bo za niedługo światło zmieniłoby się na czerwone i utrudnilibyśmy sprawny ruch. Na możliwie dużą powierzchnię podłożyłem pod jej ciało swoją kurtkę, żeby nie stykała się z zimnym podłożem, bo z takim cieniusim płaszczykiem to by nie powojowała.
- Jak już się tak gapicie, to wezwijcie pomoc – zwróciłem się głośno do ludzi, potem wskazując konkretną osobę, bo od tłumu nigdy nie powinno się niczego wymagać. W czasie, gdy zgłaszany był wypadek, sprawdziłem jeszcze tętno dziewczyny, najwyraźniej po prostu zemdlała ze zmęczenia… I jeszcze ta maska.. Pewnie nieźle się rozchorowała. Powinnaś siedzieć w domu, a nie się forsować, cholera!
Spróbowałem delikatnie ją rozbudzić, ściągnąwszy maskę i leciutko klepiąc po policzku i pocierając po dłoni.
- Hej, obudź się.. Słyszysz mnie? – powtarzałem cicho ze zmarszczonymi brwiami..
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ryūmine

avatar

Liczba postów : 10
Join date : 09/03/2014
Age : 32
Skąd : Japonia; Hokkaido; Sapporo

PisanieTemat: Re: Northumberland Avenue   Czw Lip 10, 2014 12:15 pm

Ciemność. Ciemność. Nicość. Przepaść. Niezliczony czas przesypujący się przez palce, pędzący w linii prostej ku dołowi, by z impetem uderzyć o brudną szarość rzeczywistości. Chodnik na Northumberland Avenue.
Powieki mimowolnie opadły w dół, przylegając do dolnych, oddech stał się płytki. Nic nie mogłem zobaczyć, aczkolwiek słyszałem. Do mojego aparatu słuchu doszedł przerywany, przytłumiony odgłos sygnalizacji świetlnej. „Zielone.. Powinienem iść. Ludzie idą. Co się dzieje..?”. Oddalali się. Tsk. Tak samo, jak moja szansa powrotu do pionu. Sekunda, ktoś zawrócił.. Ten ktoś był.. Miał kolczyki i.. niebieskawą czuprynę.. i był.. ogromny.
Straciłem przytomność.
Czy nie nudnym byłoby opisywanie, co czułem? Nic. Absolutną pustkę. Spotęgowaną tym brakiem świadomości. Tak. Straszną, nie do przeniknięcia przez żaden bodziec, głuchą, ślepą.. Czyste szaleństwo, okropność w każdym calu. Czy nie do tego dążyłem przez ostatni okres czasu? Nie wiem.
Byłem osłabiony, owszem. I nie tylko. Cierpiałem ostatnimi czasy na bezsenność i niedobrór witamin takich, jak na przykład K, B1 i B6. Przynajmniej o tych dotychczas zostałem przez lekarza poinformowany i sam potrafiłem odróżnić objawy - kto wie, czy do tego nie dołączała niedokrwistość. Całymi dniami dawałem pozory nieboszczyka, którego wystarczy jeszcze pomalować, żeby nie miał sińców pod oczami i nie był taki blady i złożyć do trumny. Nie mogłem nadmiernie się złościć - po zużyciu dużej ilości energii mogłem upaść, jak wtedy, po czym po prostu zemdleć. Nie byłem lekarzem, nie miałem żadnych kwalifikacji to wykonywania tego zawodu, aczkolwiek już mogłem spekulować, że jeżeli nie dojdzie do poprawy, w najbliższym czasie umrę od stresu. Jak ten student-stażysta.. Z przepracowania! Chociaż ja znowu nie spędzałem 21 godzin na dobę w pracy.. ale byłem chory. To znaczy, że moja śmierć nie będzie piękna.
Co nie zmienia stanu rzeczy, że według swoich niepisanych praw nie mogłem umrzeć. Jeszcze nie teraz.. Nie zrobię temu skurwysynowi tej przyjemności.
Usłyszałem czyjś głos. Nie były to specjalnie skomplikowane zdania, które prawdopodobnie do mnie kierował, ich treść docierała do mnie, jak przez mgłę - przekaz był przygłuszony i niezrozumiały. Yh. I cichy. Jakby chciał, a nie mógł! Głośniej, żołnierzu! Kuźwa, nie słyszę nic z tego, co tam bełkoczesz!
Zdawało mi się, że powtarzał do mnie słowa mówiące coś o broni. O posiadaniu broni? Niewykluczone. Tak, miałem przy sobie taki nieduży nóż sprężynowy, a schowałem go najprawdopodobniej w zasywanej kieszeni płaszcza. Ale, człowieku, czy to nielegalne? Poza tym, co ty mi możesz zrobić, skoro na sto procent nie jesteś stróżem prawa? Daj ty mi święty spokój!
A może coś mruczał pod nosem o włosach? Na świecie szerzy się hipokryzja. O ile zdążyłem zarejestrować, ten osobnik miał akurat kosmyki koloru.. granatowego. A może chabrowego, czy kobaltowego.. Nie. Ciemniejsze, mniej intensywne. W tym świetle i w tak krótkiej chwili ciężko było mi to określić! Lecz nie były jednolitej barwy, miały w sobie jaśniejsze od całości refleksy - to mi nie umknęło.
Budziłem się. Czasu nie liczyłem, zatem nie miałem prawa sądzić, że dziać się to zaczęło w niedługim odstępie czasowym od mojego upadku. Pokręciłem nieprzytomnie łepetyną, zaciskając zęby w lekkim cierpieniu, gdyż spotkanie z betonową nawierzchnią nie było znowuż najdelikatniejszym doznaniem.
Drżałem. Nie byłem w ruchu, traciłem ciepłotę. Choć pode mną coś było.. Co to było? Przejechałem wolną dłonią (gdyż drugą próbowałem przez chwilę delikatnie uwolnić, lecz zaniechałem prób) po materiale, który skończył się w pewnej chwili i przejechałem dwoma ostatnimi palcami prawej dłoni po chropowatym betonie. Czyli leżałem. I to na czymś skórzanym.. Ramonesce?
- Gh.. - mruknąłem, wypuszczając z bólem powietrze z ust i uniosłem lewą powiekę ku górze, starając się ustawić ostrość widzenia. - Coś.. nie tak..? - tylko tyle z siebie wykrztusić potrafiłem, czyli coś na kształt tego, co chciałem w istocie powiedzieć: „Co się, do kurwy nędzy, stało, że mnie dotykasz?”.

_________________
Kp
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Jasper McLavie
Porcelanofil
avatar

Liczba postów : 40
Join date : 08/03/2014
Age : 28
Skąd : Wielka Brytania, hrabstwo Kent, Ashford

PisanieTemat: Re: Northumberland Avenue   Pon Lip 14, 2014 1:26 pm

I może nie wyglądałem aktualnie szczególnie zachęcająco, zważając na styl mojego ubierania się i fakt, że miałem nieco rozciętą, wciąż lekko krwawiącą górną wargę oraz troszkę rozpieprzoną rękę (najprawdopodobniej), bo bolała nie tylko przez zadrapania, ale, przepraszam bardzo, to ja pierwszy rzuciłem się na pomoc potrzebującej osobie, kiedy śpieszący się tłum ważniaków ruszył do przodu i nawet nie zauważył, że ktoś nieopodal ich zemdlał, lądując na środku ulicy. To chyba świadczy o mojej wielkoduszności, prawda? Nie jestem takim skurwysynem, na jakiego wyglądam. A przynajmniej nie dla wszystkich. Może sobie coś wybiłem w tej łapie? Cholera.
Nie zważając aktualnie na siebie, większą uwagę poświęcałem osobie, która leżała wciąż na mojej kurtce i na chwilę obecną wciąż nic do niej nie docierało mimo moich starań, albo przynajmniej tak mi się wydawało. Ważne było to, że miała w miarę stabilny oddech. Po wcześniejszym wskazaniu jakiegoś przypadkowego, ale wyglądającego na całkiem ogarniętego, gapia, wystarczyło tylko czekać na przyjazd ambulansu. Przy okazji jakaś kobieta podała mi parasolkę, więc dodatkowo osłoniłem przed deszczem nieprzytomną. Cały czas drżała. Cholera, no. Nie dziwię się. Trzeba było lżejszy ten płaszczyk założyć, kuźwa! Albo już w ogóle biegać bez po mieście. Zwłaszcza, jak jest się chorym. I w ogóle po co zostawać w domu, żeby się wyleczyć. No po co? Widać, że Azjatka. Oni zawsze mają fioła na punkcie roboty i stawiają ją wyżej, niż swoje zdrowie.. A są tacy drobni, że ja się dziwię, że w ogóle ich widać z daleka.
- Aaah, płacę za głupotę innych… - warknąłem pod nosem, odkładając na bok parasol, ściągnąłem bluzę, którą miałem na sobie, zostawiając na ramionach tylko koszulkę i przykryłem na dodatek poszkodowaną, znowu sięgając po osłonę przez wodą.
Co ciekawe, po paru chwilach jednak zaczynała kontaktować, mruczeć coś pod nosem. Nachyliłem się, a słysząc słaby głos…
ZARAZ, CO? „Coś nie tak?”. NIE KURWA, WSZYSTKO W PORZĄDKU, ZARAZ PRZYNIESIEMY CI ŚNIADANIE DO ŁÓŻKA, A POTEM PÓJDZIESZ NA PLAŻĘ, POCHODZIĆ PO WODZIE NICZYM JEZUS.
Pacnąłem się lekko w czoło, ale zachowałem spokój, powstrzymując chęć opieprzenia tej zielonowłosej lekkoduszki. A, i ściągnąłem jej tą maskę, bo tak właściwie, to mogła jej utrudniać w tym momencie oddychanie. I przy okazji gorzej ją słyszałem..’
- Zemdlałaś. Wezwaliśmy pomoc, zaraz tu będą.. – o, proszę, już nawet słychać było nieopodal karetkę na sygnale. W momencie wyjechali zza zakrętu i podjechali zaraz obok nas, a potem z samochodu wyskoczyły dwie osoby. Bez cackania się od razu wyciągnęli medyczny leżak, zabierając do środka dziewczynę, wymieniając ze mną też parę zdań.
I oczywiście zaczęli mnie o coś podejrzewać. ..czy ja naprawdę tak źle wyglądam? No, dobra. Może teraz faktycznie…
- Nie, nie – zaprzeczyłem, wzdychając – Napadło mnie dwóch gości w uliczce przecznicę stąd… To przypadek, że tutaj jestem - mruknąłem, patrząc na lekarza, pielęgniarza, właściwie to chuj wie, za przeproszeniem, kogo. Skończyło się na tym, że zaproponował mi, że wezmą mnie ze sobą, żeby obejrzeć i opatrzyć też moje rany. Właściwie… To nie bardzo oponowałem, bo chyba skończyły mi się środki medyczne w domu, albo większość jest przeterminowana, a zresztą, warto byłoby się dowiedzieć co z moją ręką, dlatego grzecznie zabrałem się z nimi, zajmując miejsce gdzieś z boku, wcześniej jeszcze oddając z podziękowaniem parasolkę jakiejś pani i zgarniając swoją kurtkę i bluzę.. Ciekawe, czy mi szczęście wynagrodzi takie poświęcenie. Nie, żeby do tej pory było źle, ale… No dzisiaj za dobrze nie było, popatrzcie tylko na mnie. Coś nie tak z ręką, rozwalona warga. Lepiej być nie mogło. Przynajmniej komuś pomogłem. Jedyna dobra rzecz w tym całym ponurym i deszczowym dniu.
Przynajmniej w ambulansie nie było tak zimno jak teraz na zewnątrz i dziewczyna, której gościu podawał teraz sole trzeźwiące, nie była tak narażona na chłód.
Potem okazało się, że jest całkiem… zła na to zajście. Delikatnie mówiąc.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ryūmine

avatar

Liczba postów : 10
Join date : 09/03/2014
Age : 32
Skąd : Japonia; Hokkaido; Sapporo

PisanieTemat: Re: Northumberland Avenue   Sro Paź 22, 2014 11:34 am

Przez szpary przestrzeni między powiekami nieprztyomnie przenosiłem wzrok, nie spuszczając z oka klęczącego nade mną. Nie dawał pozorów takiego, który tutaj tylko przechodził. Choć byłem otumaniony, byłem pewien, że on też dzisiaj miał nie najlepszy dzień. Krwawił. Może on komuś zaserwował zły humor? Yh. Zresztą, nie obchodzi mnie to, z kim i z jakiego powodu miał utarczki. To nie ma znaczenia. Poza tym, miał chyba mniej szczęścia, jeśli nikt mu nie udzielił pomocy. Może to nie był mój pechowy dzień? Przynajmniej ten zabijaka do mnie podszedł i chciał w jakikolwiek sposób pomóc. Swoją drogą, czy ja skądś nie kojarzyłem tej postaci? Kogoś tak oryginalnego, że tak go nazwę, nie zapomniałbym. Chociaż.. nie miałem pamięci do osób, z którymi nie zamieniałem żadnego słowa. Z nim na pewno nie prowadziłem dialogu. Z nikim obcym tutaj nie rozmawiałem.
Po namyśle - nie, jednak był okropny i wkurwiający. Zamiast zmierzać do domu, jak zakładał plan, byłem zmuszony leżeć na chodniku, nie mogąc poruszyć choćby palcem. Kiedy zaczynałem kojarzyć coś-nie-coś, a puzzle zaczęły się układać w obraz zaistniałej okoliczności, krew mi się zaczęła burzyć.
Zacząłem drżeć znacznie mocniej, niż ówcześnie. Zacisnąłem odruchowo szczękę, aby nie dostać nagłych skurczów tych okolic. Nie chciałbym sobie odgryźć języka. Nie, nie miałem ataku padaczki, w życiu mi się to nie zdarzyło. Aczkolwiek problem tkwił w tym, iż nie byłem odporny na zawieruchy znikąd, deszcz, śnieg z przymrozkiem i inne atmosferyczne ścierwa, jakie zrzuca na świat pogoda. Ona też jest denerwująca. Wszystko było nie do zniesienia!
“Chwila, chwila.. Co ty do mnie, szanowny, kurwa, panie, powiedziałeś? Słyszałem to. Głupotę, co?! Sądzisz, że mnie tak deszczyk załatwił?! Pewien jesteś, że mogę sobie ot tak zostać w domu?! Ja? Doktor historii sztuki?! Nie mam chwili spokoju! Kogo obchodzi to, że jestem chory?! To nie potrwa długo, na pewno szybko wrócę do siebie! Ale do tego czasu nie pozwolę na to, żeby ktoś sprzątnął mi robotę sprzed nosa. Skończyły się dobre, szczenięce czasy, kurna.”
Zacisnąłem mocniej zęby, choć podbródek dalej nieokiełznanie (lecz nieco słabiej) drgał. Zmrużyłem bardziej oczy, aczkolwiek nieco zmienił mi się wyraz twarzy, kiedy położono na mnie, co prawda niezbyt suchą już, ale dalej ciepłą bluzę. Dobra, powiedzmy, że poprzednie słowa zostały mu na jakiś czas odpuszczone, co nie oznacza, że zapomnę o tym. Przeciwnie. Niech no go jeszcze spotkam gdzieś przypadkowo.. Być może podziękuję mu za tą troskę, jeśli jako jej przejaw mogę nazwać czyny zakolczykowanego faceta, ale nie zrobię tego, póki mnie nie przeprosi za nazwanie mnie głupim. Koniec, kropka.
Spojrzałem za dłonią tego mężczyzny o granatowych włosach i prześledziłem, jak ściąga mi z ust maskę, ‘na co zareagowałem’ kaszlnięciem, ponieważ nagle zadrapało mnie w gardle. Nic nie poradzę.
- Jaką pomoc..? - słabo powiedziałem, choć w środku już coś chciało, żebym się podniósł i po prostu im spierdolił, a szczególnie wtedy, kiedy usłyszałem dźwięk karetki.
Ani się nie obejrzałem, że tak to ujmę, a zabierano mnie na tym lichym leżaku do środka pojazdu, choć próbowałem stawiać opór jako-taki, żeby puścili mnie wolno, choć dalej utrzymywało się otumanienie i nie byłem zdolny do pełnego pojmowania otaczającego mnie świata. Zresztą, kiedy byłem?
I absolutnie nic mnie obchodzi, że trzeba mnie zbadać! Badałem się ostatnio, starczy!
Także do żywych powróciłem dopiero wtedy, kiedy drzwi karetki się zamknęły za wchodzącym do niej pokiereszowanym mężczyzną, natomiast mnie podano sole trzeźwiące, które po jakimś niedługim odstępie czasowym zaczęły działać.
Nie będę opisywać tego, jak żenująco musiałem się zachować, żeby przemówić tym dwóm bezmózgom (trzeci nieumiejętnie zajmował się drugim poszkodowanym, aczkolwiek ten pielęgniarz chyba był jeszcze na stażu, bo, za przeproszeniem, chyba gówno wiedział o pierwszej pomocy i moja papuga, która jest, kurna, papugą zrobiłaby to lepiej, niż on), żeby się zatrzymali, ja sobie spokojnie wysiądę i pójdę do siebie, bo wiozą mnie w praktycznie odwrotną stronę. W skrócie, to darłem się, zdzierając sobie bardziej gardło, rzucałem od czasu do czasu obelgami i szarpałem się na wszystkie strony, próbując któregoś kopnąć, lecz w porę mnie unieruchomili. Niech ich szlag!
Po dosyć krótkim czasie od zabrania się ambulansu z miejsca zdarzenia, kiedy zaczynało mi brakować sił, nieco się pohamowałem przed próbami skrzywdzenia jednego i drugiego, bo zagrozili mi w niedosłowny sposób, że potraktują mnie środkiem uspokajającym, jeśli nie przestanę. Będę robił, co będę chciał, idioci!
Ciężko oddychając od tego ataku złości i opanowując czerwień na dekolcie, która tam wstąpiła od tego wkurwienia, zerkałem w stronę siedzącego nieopodal ‘wybawcy’. Ogarnąłem go wzrokiem, zaciskając znów usta i piorunując mściwie jego całą sylwetkę. To bardzo miło z jego strony, że mi pomógł, ale nie musiał, do cholery, zamawiać mi tej taksówki z czterema przygłupami na pokładzie, która zmierzała w stronę tej wielkiej kostnicy w centrum Lodynu. Miałem ochotę go za to skrzywdzić. Najpierw podziękować, jak mi kazało moje sumienie i resztki dobrej, niesplugawionej przez zło duszy, a potem go pieprznąć. Czy jemu też się dobrze widziała wizyta w tych lodowatych, przetłoczonych od cherlającego ludu murach? Na pewno nie. Nikt nie chce tam siedzieć.
W pewnej chwili zerknąłem na tego przerośniętego dzieciaka, który próbował oczyścić jego poranioną rękę, choć nawet z wodą sobie pierdoła nie dawała rady.
- Zrób to porządnie, idioto! Powinieneś mieć na plecach napis: “Ja tu tylko sprzątam.”, skoro tak się z tym bawisz! To jest facet, a nie porcelanowa figurka!
Nie miałem takiego zamysłu, żeby sztucznie udawać pełną cierpliwości i serdeczności osobę. Chyba krzyk wreszcie podziałał na tego pielęgniarza, przestał traktować rany, jak jakiejś kruchej pamiątki po pra-pra-pra-pradziadku, którą bez trudu mógł zbić. Zresztą, miałem rację. Ten student (na oko szacując jego wiek) nie był chuchrem, nie rozsypałby się, gdyby się go mocniej złapało. Przynajmniej teraz coś to oczyszczanie daje, phyh.
[z/t]

_________________
Kp
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Northumberland Avenue   

Powrót do góry Go down
 
Northumberland Avenue
Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» 5th Avenue

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Yaoi Gakuen :: Londyn :: Centrum miasta :: ∎ Boczne uliczki-
Skocz do: