IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Moran & Aidan

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Aidan

avatar

Liczba postów : 90
Join date : 12/01/2014

PisanieTemat: Moran & Aidan    Nie Mar 02, 2014 12:40 pm

Chłopcy wyglądali, jakby spali bądź byli martwi, lecz żadne z tych określeń nie było do końca prawdziwe. Ich bezwładne ciała spoczywały pod zadaszeniem prowizorycznego namiotu, oddalonego od wioski, ich dusze natomiast – miotały się bezwładnie między trzema wymiarami świata, nie przynależąc ani do duchów, ani do bogów, ani do ludzi jeszcze przez tę noc i następujący po niej dzień. Pozostawali wykluczeni i nikt nie mógł się do nich zbliżyć, nie chciał nawet, przerażony groźną bliskością śmierci, świadom zagrożenia ze strony duchów krążących nad miejscem w którym dokonywało się powolne, bolesne przekraczanie granicy. Jedynie szaman czuwał w pobliżu doglądając ognia płoszącego dzikie zwierzęta. Patrzył czasami na drgające bezwładnie członki, na rozchylone, wyschnięte, spękane usta, ale nie dotykał, nie zbliżał się, nie podawał im wody. Od chwili, gdy napoił ich wywarem z korzenia zakazanego, boskiego kwiatu, który sprowadził na nich letarg, aż do dnia w którym urodzą się na nowo – nawet on nie miał takiego prawa, choć był im najbliższy.
Nie wyszedł nigdy poza ów stan niestałości, zagrożenia, pozbawienia przynależności… Nie pamiętał tych dni zbyt dokładnie, z pewnością jednak dokładniej niż wielu innych, zbyt dokładnie by mógł wspominać je bez dreszczu grozy. Jeszcze będąc dzieckiem zdradzał objawy zbytniej bliskości do krawędzi ludzkiego świata, a kiedy wziął do ust niedostępny innym napar i oczy uciekły mu w głąb czaszki, a ciałem wstrząsnęły konwulsyjne drgawki wypełniły go głosy bogów i duchów. Podczas gdy jego rówieśnicy umierali w samotni i rodzili się do nowego życia, jego zżerała szamańska choroba, nie pozwalając mu narodzić się jako mężczyzna, chociaż umarł już jako chłopiec. Nie zatrzymując go w żadnym ze światów.
To podobało się bogom. Bogowie nie byli bowiem podobni ani ludziom, ani zwierzętom, żaden z nich nie był mężczyzną ani kobietą, żywy ani umarły. Oni bowiem władali wszystkim, a gdy świat był morzem martwej gliny, z gliną zmieszali swoją krew, swój śluz i nasienie by mogło ukształtować się z niej wszelkie życie. Oni zsyłali deszcz i zwierzynę w sidła i siłę w ręce wojowników, by zabijali wroga i płodność w łona kobiet by rodziły dzieci. By służyć im dobrze i odczytywać ich głosy szaman oddawał swoje życie ich zachciance i ku ich zadowoleniu sam zbliżał się do świętości – nie będąc ani mężczyzną ani kobietą. Ani żywy ani martwy. Ani dzieckiem, ani dojrzały. Ani zwierzęciem, ani też nie do końca człowiekiem, ani też duchem, choć duchy przemawiały do niego, przemawiały jego głosem i słuchały jego głosu.
Na jego ciele wyryto nożem plemienne symbole, ale też wpuszczono pod naskórek ciemnosiny sok z mięsistych liści smoczych języków, układający się w ceremonialną ornamentykę. Trujący jad palił jego ciało jak żywy ogień, a Sirhil, będący wtedy jeszcze młodym chłopcem, myślał, że umiera. Jednak gdy już wrosły w jego skórę, tatuaże te chroniły go przed śmiercią od wszelkich naparów, które w czasie rytuałów musiał pić, jak ten, po którym owej nocy umierali w odosobnieniu młodzieńcy. Nie zdążył zapuścić włosów, tak, jak będą mogli zrobić to ci z nich, którzy znów powstaną do życia. Nie minął długi czas, czarne jak skrzydło kruka kudły sięgnęły mu ledwie ramion, a już umarł jego poprzednik i mistrz, więc na znak wstąpienia w służbę, obciął je i złożył w ofierze bogom symbol swojej męskiej siły. Nie pozostały krótkie jak u kobiety, ale nigdy nie zdążyły też odrosnąć, poświęcane wciąż na nowo, w kolejnych intencjach, kolejnych ofiarach. Odróżniały go od plemiennych wojowników, podobnie jak szczuplejsza znacznie postura. Był wysoki i silny, lecz nie dość silny i nie dość postawny, gdy jego ciało toczyła szamańska choroba. Ceremonialny płaszcz obszyty piórami, blaszkami i wstęgami krwistej barwy materii ukrywał to, czyniąc go podobnym do groźnego drapieżnego ptaka, lecz codzienna krótka szata, podobna nieco kobiecym tunikom, narzucona na zwyczajne skórzane spodnie tylko to podkreślała. Lecz taki podobał się bogom, który wypełnili jego oczy żółtopomarańczową barwą ognia, sprawiając, że lękano się go i szanowano.
Dołożył drwa do ogniska, by mieć pewność, że nie wypali się przez pozostały do świtu czas. Okrążył jeszcze namiot, przechadzając się skrajem rzucanego przez las cienia, wciągając w nozdrza dobiegający stamtąd dziki zapach żywego ziela i przyczajonej w gęstwinie zwierzyny, a dopiero potem, wolnym krokiem skierował się do swojej jurty, położonej na uboczu, by jego obcowanie z duchami nie niepokoiło współplemieńców. Chciał zażyć jeszcze kilku godzin snu, zmęczony czuwaniem i świadom, że noc rytuału będzie ciężka nie tylko dla wkraczających w wiek męski, ale i dla niego. Już czuł trawiący go ból na myśl o szalonym wysiłku do jakiego duchy zmuszą jego ciało. Ostatnio znosił go gorzej, choroba bardziej dawała mu się we znaki, choć ciągle nie tak straszliwie jak w pierwszych jej fazach. Był jednak słabszy i trawiony lękiem, że bogowie ukarali go swoją niełaską. Nie wiedział jeszcze, jak przebłagać ich by dali mu siłę i nasycili jego krew swoją życiodajną potęgą. Na błagania i poszukiwanie odpowiedzi przyjdzie jednak czas, gdy już wypełni swoje powinności wobec plemienia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Moran & Aidan    Pon Mar 03, 2014 7:58 pm

Moran napisał:
Tej nocy nie tylko szaman czuwał. Tej specjalnej nocy, choć wszyscy inni powinni zapaść w sen, czuwała też straż.
Trwała wojna, która trawiła plemię od dziesięciu pełni, wlewając w serca ciągły niepokój, który stawiał wojowników w gotowości każdej kolejnej nocy. Niepokój, który kazał przywódcy posyłać zwiadowców w odległe krańce Nizin, by szukali bezpiecznego skrawka ziemi i plemion, które stanęłyby do walki wraz z nimi.
Byli klanem wojowników, jednak w otwartym starciu z wrogiem ponieśli klęskę i zmuszeni byli wycofać się z obfitującego w zwierzynę terenu, który pragnęli sobie wywalczyć. Lecz Wódz w sercu miał ogień, a jego duma jako wojownika nie zgadzała się z porażką. Poprzysiągł zemstę. Wrócą tu, lecz teraz musieli chronić tego, co im pozostało, a pozostało niewiele z dawnej potęgi. Ledwie garstka jego najlepszych wojowników.
I pierwszy raz wbrew pradawnym zakazom, zdolni do walki mężczyźni stali dziś na pozycjach gotowi w każdej chwili rzucić się w wir walki. Nawet gdy dzisiejszej nocy otwarły się wrota między światem ludzi i duchów, nie opuścili posterunków, choć każdy z nich czuł strach. Strach przed nieznanym, co dostępne było tylko szamanom.
Być może Bogowie ukarzą ich za ten gest nie pokory, jednak Wódz chodź szanował świętości, nie mógł pozwolić, by wyrżnięto ich jak bezbronne króliki. Poza tym, ostatnimi czasy duchy nie mówiły za wiele, choć tak bardzo potrzebowali teraz ich wsparcia.
Chłód prześlizgiwał się po nagich torsach, wiatr targał długimi warkoczami... Ciemna skóra błyszczała w bladej poświacie księżyca. Pozornie nieruchomi wojownicy, niczym skały trwali w kompletnym bezruchu, lecz byli czujni i odważni jak smoki, które gotowe były walczyć z rykiem w płucach do ostatniej kropli krwi. Ich Plemię cechowała przecież zapalczywość, odwaga i wola walki. Tego uczono ich od dziecka.
Nikt jednak nie zbliżał się do odległego płomienia ogniska, przy którym krzątała się sylwetka szamana. Bali się o swoje dusze. Nikt nawet nie chciał spoglądać w tę stronę, obawiając się ujrzeć coś, czego ich umysły nie byłyby w stanie pojąć.
Wśród nich, był i Radil syn Wodza, krew z jego krwi. Sam jeden stał od wschodu widząc w oddali prowizoryczny namiot pod którym niegdyś i on umarł i narodził się nowo. Narodził się jako wojownik, jak większość jego pobratymców, lecz wdzięczny był Bogom za taki ich wybór, bowiem walka była tym do czego go stworzono.
W silnych dłoniach trzymał łuk z założoną na cięciwę strzałą o czarnych lotkach. Przy pasie zaś w skórzanej pochwie tkwił długi kościany nóż. Nie zasłużył sobie jeszcze na Krew Przodków, choć marzył o niej każdej nocy. Wiedział jednak, że jest to kwestią czasu...
Bystrym spojrzeniem przeszukiwał mrok przed sobą, lecz noc była cicha, jak tylko cicha może być Noc Przejścia. Może i wróg przeraził się duchów, które krążyły teraz nad Plemieniem?
On się nie bał. Trwożny szacunek jaki mieli współplemieńcy do szamana i duchów nie cechował go tak bardzo jak powinien. Może dlatego, że nie wierzył w prawdziwą boską siłę? Przecież nigdy, jak żył już tyle pełni, duchy nie manifestowały swej mocy, a przepowiednie szamana bliższe były niezrozumiałemu bełkotowi, niż wykładniom postępowania. Lecz nie on miał odczytywać szamańskie zagadki. Nie był też zmuszony oddawać czci bogom większej, niż reszta Plemienia. Stąd jego wybór, na przekór ojcu i ku zdziwieniu pobratymców.
Pochwycił ruch szamana i przez chwile obserwował jak znika za namiotem. Potem odprowadził jego mizerną sylwetkę wzrokiem, aż nie zniknęła za połą jurty. Pamiętał go jeszcze gdy byli dziećmi, pamiętał że nie było go przy nich w Noc Przejścia, a potem... Potem, tak jak inni nie zbliżał się do niego. W pewnym sensie współczuł mu i skrycie cieszył się, że duchy nie zwróciły spojrzenia na jego samego. Nie wyobrażał sobie straty swych włosów, nie wyobrażał sobie tkwienia w samotności i tego, że nigdy nie byłoby mu dane dzierżyć Krwi Przodków. Nigdy jednak nie zwierzył się nikomu ze swej radości. Tego co bogom powierzono nie wolno było negować, a on pomimo swej niepokornej duszy, starał się być wierny najważniejszym zasadom.
Odrzucił z ramienia sięgający mu ponad połowy pleców gruby, czarny warkocz i ponownie zatopił spojrzenie w półmroku wypatrując w nim wrogich wojowników. Nic jednak nie zaniepokoiło go od tej strony, choć gdy szaman zniknął, Radil poczuł dreszcz strachu, który pokrył jego szerokie ramiona gęsią skórką. Miał wrażenie, że wiatr wyje niepokojąco, ze zniknięcie Shirila było jak usuniecie naturalnej bariery... To dlatego, gdy w oddali, kątem oka spostrzegł wyraźny ruch, strzelił bez wahania. Przeraźliwy pisk rozniósł się echem w ciszę nocy, ale trwał zaledwie chwilę, jeden oddech. Zmrużył oczy dostrzegając na granicy światła odległego ogniska nieruchomą zwierzęcą sylwetkę. Lis? Z jego boku sterczał oskarżycielsko promień strzały z czarną lotką. Radil opuścił łuk i pokręcił głową, biorąc się w garść.
Po tym, wiatr ucichł zupełnie, a noc stała się jeszcze bardziej upiorna i tajemnicza, lecz nic się nie wydarzyło, albo oczy wojownika nie były w stanie dostrzec tego, co miało tam miejsce.
Świt wstawał powoli...
Aidan napisał:
Sen był krótki, urywany i nie przyniósł ukojenia ani zmęczonemu ciału, ani znękanej duszy. Duchy szeptały Sirhilowi do ucha, wyrywając go z nieświadomości kilkakrotnie, lecz nie powiedziały nic zrozumiałego. Ich głosy były niejasnym bełkotem, zlewającym się w monotonne, drażniące brzęczenie. Szaman miał wrażenie, ze słyszy je nawet, gdy rozbudzony promieniami słońca zwlekł się z posłania.
Podobnie brzęczały muchy krążące przy namiocie wykluczonych. Siadały na ciałach tych, którym nie dane było narodzić się na nowo, podczas gdy pozostali budzili się powoli. Siadali i zataczali się, próbując wstać, by słabi, zbyt bliscy śmierci, by zrozumieć gdzie są. Ich mętne oczy spoglądały w dal, spękane usta poruszały się w niemym szepcie. Dopiero teraz szaman mógł się do nich zbliżyć i krążyć między nimi z bukłakiem w dłoni, w wlać w ich usta odrobinę wody. Z pewnością nie była to ilość wystarczająca dla kogoś tak spragnionego i wykończonego, ale musiała przynieść chociaż namiastkę ulgi. A czekał ich jeszcze bardzo długi dzień.
Widmo wojny nieustannie wisiało nad osadą. Widział je w twarzach wojowników, którzy schodzili z nocnej warty, nie zaznawszy snu, ale też wyczuwał w nieustannym pobudzeniu duchów. Wszystkie te najbliżej związane z walką, odwagą i śmiercią krążyły jak wygłodniałe sępy, zdolne zwietrzyć zapach krwi jeszcze długo przed tym, nim ta zdążyła spłynąć na ziemię ich przodków. Dziś jednak zarówno ludzka jak i boska uwaga skupiała się bardziej, chociaż nie całkowicie, na powadze dzisiejszych obrzędów. Gdy Sirhil krążył wokół centralnego placu przygotowywanego już na dalsze rytuały, widział napięcie w twarzach matek, lękających się o swoje dzieci – nadal było za wcześnie na dumę, rytuał bowiem nie dobiegł jeszcze końca. Młodzieńcy układali już dra na rozpalenie świętego ogniska, kobiety warzyły strawę i świąteczne napary z wonnych ziół, w namiocie wodza jego córki szykowały już dla niego odświętną szatę. Później najmłodsza z nich, dziewczynka zaledwie, przyjdzie do jurty szamana, by drżącymi rączkami założyć ciężki płaszcz na jego ramiona, nieśmiała i przestraszona. Szaman nie miał bowiem żony, ani własnych dzieci, które mogłoby mu usługiwać, nie wziął też jeszcze następcy na wychowanie, bowiem duchy nadal nie wskazały mu godnego kandydata. Spoglądał często na niedorosłych chłopców, szukając w ich oczach znaków wywołanej przez duchy gorączki, a wtedy ich matki zagryzały usta, bezgłośnie błagając przodków, by ich dzieci uniknęły tego losu. Wszyscy wiedzieli, jak ważna jest rola szamana dla wioski, że należy darzyć go lękiem i szacunkiem, że trzeba być wyjątkowym, by zostać powołanym do tej roli. Nie życzyło się tego jednak swoim bliskim, wszyscy bowiem wiedzieli, że od świata bogów trzeba trzymać się jak najdalej, a bycie ich wybrańcem jest na równi zaszczytem i przekleństwem. Sirhil pamiętał jeszcze, jak boleśnie szlochała jego matka, gdy miotał się w posłaniu w pierwszym ataku gorączki, gdy jego poprzednik wyprowadzał go z rodzicielskiego domostwa, więc z żalem myślał o dniu w którym on sam wyprowadzi z domu swojego następcę.
Martwiło go wiele spraw, jak przebieg zbliżających się obrzędów, wraz z ryzykiem zewnętrznego zagrożenia. Obawiał się, że niezadowolone duchy mogą nękać czuwających wojów, w drodze powrotnej do swojej jurty podszedł więc do strażników, by życzyć im łaski bogów i zapytać o przebieg nocnej warty.
Moran napisał:
Radil był zmęczony... Ta noc nie należała do najspokojniejszych, choć wróg nie podszedł pod obóz i nie musiał podnosić alarmu, to ciągłe napięcie i obawa wytrawiła na jego twarzy oznaki zmęczenia widoczniejsze niż zwykle. Jasne, dzikie oczy były zamglone, ale nie straciły swojej bystrości zupełnie. Na wysokim czole zaś wykwitła zmarszczka, która nie schodziła z niego nawet z nastaniem świtu. To wszystko dodawało jego drapieżnemu, wrogiemu obliczu jeszcze więcej zaciętości. To przez brak wojowników, którzy polegli w walkach, zmuszeni są trwać całymi nocami na posterunku, a dzisiaj nie przyjdzie mu za dnia odpocząć w jurcie ani godziny. Święto Plemienne trwało i nie śmiał leżeć zupełnie bezczynnie podczas kiedy inni, a w tym jego ojciec zmuszeni byli brać w tym wszystkim udział.
Patrzył z obojętnością na przejęte matki i cały ten szum. Powinny być wdzięczne, że ich synowie staną się wojownikami i będą mogli walczyć w imieniu plemienia. Powinny być wdzięczne, że żadnego z nich nie wybrały duchy. A ci którzy nie przetrwali? Widać taki los był im pisany. Słabi nie zasługują na to, aby żyć pomiędzy silnymi i duchy o tym wiedzą, a Radil zgadzał się z nimi pod tym względem zupełnie.
Kilku z jego plemiennych braci zebrało się na skraju placu najwyraźniej wymieniając spostrzeżenia dotyczące zeszłej nocy. Ruszył ku nim sprężystym krokiem, posyłając zmęczony uśmiech.
Nie mówili zbyt wiele, bo i za wiele się nie działo. Cieszyło ich, ze przetrwali noc spokojnie i Radil podzielał ich radość. Ważnym przecież było, żeby wszelkie obrzędy przebiegły w należytym spokoju, a na wojnie o spokój było trudno.
Kątem oka, syn wodza dostrzegł zbliżającego się ku nim młodego jeszcze szamana. Już widać było, ze ciężar stanowiska odcisnął na nim swoje piętno. On też nie miał przyjemnej nocy, podkrążone, zmęczone oczy mówiły o tym bardzo wiele... Rzadko miał okazję z nim rozmawiać, zapewne dlatego, że zwyczajnie go unikał. Nie chciał by jego syn w przyszłości podzielił szamański los i brak rozmów z Sirhilem miała go przed tym obronić.
Miał odejść gdy tylko się do nich zbliżył, ale zaczekał jeszcze, widząc, ze szaman przychodzi z błogosławieństwem. Pochylił głowę wyciągając z pochwy długi nóż i przycisnął go do piersi, tak jak kazał obyczaj, ostrzem ku dołowi. Tak zrobili też wszyscy mężczyźni, którzy stali przy nim. Uniósł głowę i na chwile skrzyżował spojrzenie z młodym szamanem. Zmarszczył czarne brwi, krótko kiwnął głową i bezceremonialnie odwrócił się, by odejść zostawiając swoim pobratymcom na barkach poinformowanie Sirilha jak przebiegła warta.
Na krótką chwilę zniknął w swojej jurcie, by w końcu zwilżyć wargi wodą i przetrzeć zmęczoną twarz wilgotnym gałgankiem. Pomasował obolały kark. Zapobiegawczo i niejako już odruchowo nabrał trochę wosku na palce i przeciągnął po cięciwie refleksyjnego łuku, który otrzymał gdy zasłużył już na miano wojownika. Nadmiar wosku starł umiejętnie i wytarł w szmatę. Sprawdził jeszcze strzały w kołczanie przypiętym do pasa, przeliczając je szybko. Jednej brakowało, ale pamiętał dlaczego.
Chwilę później czując się odrobinę lepiej wyszedł na letnie słońce i rozejrzał się po mieszkańcach wioski. Jednak nie do niego należały obowiązki przygotowania obrzędu, on miał je zupełnie inne.
Po chwili krążył już wokół obozu z nałożoną na cięciwę strzałą o czarnych lotkach.
Aidan napisał:
Martwy lis leżał na boku, a jego zapadnięte, mętne oko patrzyło obojętnie w jasne niebo. Zwierzę szczerzyło zęby w niewesołym, upiornym uśmiechu jak złośliwy duch, a jego pysk pokrywała piana. Sirhil zauważył go dopiero wracając z powrotem do siebie i od razu poczuł, jak zimna dłoń niepokoju pełznie po jego plecach unosząc włoski na karki. Oczywiście, nie musiał to być znak. Ale jednak mógł być, a to wystarczyło, zwłaszcza w taki a nie inny dzień. Szaman pospiesznie poprosił ducha zwierzęcia by w pokoju powędrował w swoją stronę, podczas gdy jego ciało stanie się pożywieniem dla robactwa.
Dręczył go mimo wszystko uciążliwy niepokój, uczucie ciężaru i chłody, jakby złośliwy duch już teraz przysiadł na jego plecach. Gdy klęczał na macie w swojej jurcie, a najmłodsza z wodzowskich córek zakładała ceremonialny płaszcz na jego ramiona wrażenie tylko się pogłębiło. Jego ramiona zgarbiły się pod ciężką materią, obszytą frędzlami, piórami i metalowymi brzękadłami, rysy wyostrzyły, odpodobnił się cały do nastroszonego ptaka. Lodowato zimne krople poty spływały mu po karku na plecy, ale nie mógł nic na to poradzić. Dziewczynka długo i starannie poprawiała ułożenie rytualnej szaty na jego ciele, zanim podeszła z czarą, by napoić go wywarem z zakazanych ziół, który przyrządził już poprzedniego wieczoru. Jej oczy były ciemne i bardzo poważne, drobna twarzyczka naznaczona świadomością powagi swego zadania. Uśmiechnął się do niej ciepło, nim zaczął połykać płyn tak gorzki, że jego ludzkie ciało protestowało zaciskaniem się gardła i gwałtownymi skurczami żołądka, podczas gdy głosy duchów budziły się do życia wewnątrz jego głowy, bogowie brali go na sznurki, jak marionetkę.
Gdy był już gotowy udał się do namiotu, by powieść młodych mężczyzn przebudzonych do życia ku sercu wioski, gdzie czekał już cały zgromadzony klan. Przekazał ich na moment w ręce rodzin, by kobiety obmyły ich pokryte brudem ciała, tak by mogli godnie wykroczyć w nowy etap życia. Czyści już i nadzy jak w dniu narodzin, ale wychudzeni i chwiejący się na nogach jeden po drugim klękali przed ociosanym z kory, pokrytym świętymi malunkami konarem drzewa wskazanego przed duchy, przed wieloma księżycami, jeszcze zanim Sirhil został szamanem. Kładli się na nim, a jeden z mężczyzn plemienia cieszący się wielką przychylnością przodków, wycinał na ich barkach i plecach znaki dorosłości. Brzęczały muchy, zlatujące się do gęstej, skapującej na ziemię krwi, a szaman kiwał się miarowo nad każdym zaciskającym zęby młodzieńcem, monotonnym szeptem prowadząc męskiego ducha w ich dygoczące jak w gorączce ciała.
Byli dzielni, wszyscy co do jednego, godni nazwania synami swojego rodu, godni przyszłego miana wojowników, choć wycieńczeni u kresu jednego z najcięższych bojów, przez jaki dane przechodzić mężczyźnie. I tylko on ze swojego miejsca mógł widzieć ich oczy w chwili próby, pełne bólu i strachu. Przez ich oczy patrzył w górę w krainę bogów, w ich miłosierną łaską i nieprzebrane okrucieństwo, lecz patrzył i w dół, w otchłań w której kłębiły się duchy, wygłodniałe i pobudzone zapachem krwi.
Słońce wędrowało po niebie, rytualne bębny nie milkły ani na chwilę, a ród wyczekiwał w skupieniu. Trwało to długo, naprawdę długo, chłopców było bowiem wielu, a nacinanie blizn pracochłonne. Czas dawał się we znaki coraz dotkliwiej wszystkim zebranym, głodnych i zmęczonych długim czuwaniem, wszyscy odetchnęli więc z ulgą, gdy ostatni z młodzieńców powstał. Szaman podchodził do każdego z osobna, by tchnąć w niego boskie słowa, a oni kolejno ruszali do tańca wokół strzelającego iskrami ognia. Dopiero gdy padną ze zmęczenia niczym lalki z gałganków będzie można napoić ich i nakarmić, a wódz powita ich w plemieniu.
Cały rytuał szczęśliwie dobiegał końca, lecz Sirhil słabł coraz bardziej, dygotał gwałtownie krztusił się słowami. Gdy odprawił ostatniego z chłopców ledwie mógł utrzymać z dłoni grzechotkę, duchy jednak nieustannie podrywały jego ciało do tańca, choć chwiał się wyraźnie, jego twarz była biała jak twarz trupa, a oczy zapadnięte i gorejące jak wyciągnięte z ognia węgielki. Mogli jednak zobaczyć to tylko ci, którzy stali najbliżej, większość plemienia zapewne upatrywała w jego słabości zwykłego szamańskiego transu.
On sam wiedział już jednak, poznawał po posmaku krwi w ustach, po niekontrolowanych skurczach mięśni, po uporczywym dźwięku jakby blaszanych dzwonków, że bierze go w posiadanie atak szamańskiej choroby, że oto ujeżdża go jakich duch złośliwy i nieposkromiony, jakby miast potężnym szamanem był konikiem- zabawką wystruganą z drewna.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Moran & Aidan    Sro Mar 05, 2014 2:22 am

Słońce stało już wysoko, kiedy Radil dostrzegł w oddali dwanaście sylwetek usadzonych na końskich grzbietach. Szli nieśpiesznie, a w barwach czerwieni lnianych kozul, wojownik rozpoznał pobratymców. Krzyknął krótko, co bliższe było szczeknięciu lisa, niż dźwiękowi jaki powinno wydawać ludzkie gardło. Oznajmił tym, że zwiad północny właśnie wrócił do domu. Odpowiedziało mu dziesięć podobnych dźwięków, każdy z innej części obozu. Odetchnął głęboko. Miał nadzieje, że niosą dobre wieści, choć brak trzech ludzi mogło świadczyć o porażce wypadu.
Minęło kilka długich chwil i sylwetki stały się tak bliskie, że był w stanie rozpoznać w nich konkretnych współplemieńców. To co zobaczył, napawało go niepokojem, ale na razie postanowił nie zaprzątać sobie tym głowy i dokończyć wartę. Powoli zaczynał odczuwać skutki ciągłego napięcia. Objawiało się w zastygłych mięśniach, bólu palców trzymających strzałę i pragnieniu, które obiecał sobie zaspokoić dopiero, gdy zostanie zmieniony. Nie po to przecież duchy pozwoliły mu żyć, by miał teraz narzekać na takie nieznaczne niewygody. Lecz nim dane mu było odpocząć choć chwilę, jeden z młodych braci, który wojownikiem stał się ledwie rok temu, przekazał mu wiadomość od ojca. Po skończeniu obchodu miał stawić się w jego jurcie, także chcąc nie chcąc, ruszył ku niej, kiedy tylko jeden z braci go zmienił.
Gdy wszedł do największego w całej wiosce namiotu powitała go znajoma, pobrużdżona już zmarszczkami twarz wodza. Przywdział paradne szaty i siedział teraz na wyciosanym z drewna siedzisku, podpierając brodę wielką, wciąż zdolną trzymać broń, dłonią. Widząc swojego najstarszego syna zmrużył tylko oczy.
- Jesteś.
- Jestem.
Radil przycisnął dłoń do piersi i pochylił głowę, jak kazał obyczaj.
- Navei nie wrócił ze zwiadu. - Wódz przyglądał się twarzy wojownika, jakby chciał wybadać jego reakcję. Sprawdzić, czy był na tyle czujny, żeby dostrzec brak wśród wracających braci.
- Wiem. - Odparł Radil bez namysłu. - Nie wrócił też Rahan i Belhar.
Wódz pokiwał głową trąc palcami siwiejącą już czarną brodę. Wciąż mierzył syna jastrzębim spojrzeniem, które Radil doskonale na sobie czuł. Nie musiał nawet podnosić głowy.
- Chcę, żebyś od jutra przejął obowiązki Naveia.
Wojownik podniósł spojrzenie na wodza. Spodziewał się wszystkiego, ale nie wiadomości tego typu. Milczał przez chwile, mając nadzieję, ze ojciec powie coś jeszcze, ale on tylko patrzył synowi w twarz wyczekując odpowiedzi. Zimne oczy rzucały mu wyzwanie, którego Radil musiał się podjąć. I nie chodziło o to, że nie miał wyjścia, bo mógł odmówić, ale jak miał odmówić zaszczytu przewodzenia grupie zwiadowczej? Poza tym, nie dane mu było jeszcze nawet dotknąć Krwi Przodków, więc tym większe było jego zdziwienie.
Jeszcze raz pochylił głowę, tym razem niżej, niemo przystając na decyzję wodza. Ten zaś uśmiechnął się kiwając głową z aprobatą. Widać nie spodziewał się po swoim synu niczego innego.
- Jutro wybierzesz dwóch z młodych wojowników, by wypełnić braki w grupie. Wybieraj mądrze.

Radil obserwował cały rytuał przejścia ze spokojem godnym wojownika i w myślach odsiewał godnych od słabych… W swoich osądach był srogi. Wystarczyło mu skrzywienie warg przy nacinaniu, by odwrócił wzrok w poszukiwaniu innego, bardziej godnego stanowiska zwiadowcy. Przecież bycie członkiem grupy zwiadowczej wiązało się przede wszystkim z wytrwałością.
Bardzo obowiązkowo podchodził do swojego nowego zadania. Nic jednak dziwnego. Był jeszcze młody i pełen młodzieńczej zapalczywości oraz pewności siebie. Rozpierała go duma granicząca z pychą, ale wódz czuwał by jego syn nie popadł w nią zupełnie. Radil pokrzepiony był też wiadomościami jakie przynieśli ze sobą zwiadowcy. Pomimo tego, że w trakcie drogi powrotnej zaatakował ich pustynny wyrm i właśnie przez niego stracili trzech ludzi, to nieśli dobrą nowinę. Okazało się, że zbliżyli się do terenów jednego z przychylnych plemion, a ci zgodzili się wspomóc towarzyszy w ich niedoli. Może w końcu duchy spojrzą przychylnym okiem?
Gorąc ogniska palił go w twarz. Żar buchał oświetlając zapomniane w tańcu sylwetki, które rzucały długie cienie na wioskowy plac. Mężczyzna patrzył jak zmęczone tańcem ciała opadają wycieńczone do granic możliwości. On wraz z innymi wojownikami miał inne zadanie, choć uderzenia bębnów i okrzyki sprawiały, że także i oni mieli ochotę zapomnieć się w tańcu. Jednak jeszcze nie teraz. Jeszcze chwila, nim całe plemię w radości powita nowych wojowników. Radil stał po prawicy swego ojca ramię w ramię ze wszystkimi mężczyznami zdolnymi do walki. Czekał.
Kiedy pierwszy z chłopców upadł na ziemię, jeden z Dłoni jak zwano, tych, którzy swoim barkiem wspomagali wycieńczone ciała, podszedł do nieruchomej sylwetki podciągając ją z ziemi i prowadząc przed obliczę wodza. To co szamańskie, pozostawiano szamanom. To co ludzkie, działo się teraz.
Wódz wziął w dłonie czarę pełną Daru Przodków, czarnego, wonnego płynu, który wlewał w żyły żar sprawiając, że czuło się smak wiatru i słyszało uderzenia kopyt dzikich koni. Walczyło się jak tygrys i biegało jak rumak. Pili go wojownicy przed walką, by zyskać siłę wołu i zwinność pantery, by nie czuć bólu pomimo rozległych ran. Pili go też chłopcy wstępujący na drogę wojownika. Dawał im siłę, by tej nocy spłodzić kolejnych wojowników, lub matki.
Wódz przysunął naczynie do spękanych ust młodzieńca i napoił go, czyniąc go w oczach wszystkich wojowników, jak i samego siebie prawdziwym mężczyzną, który godnie przeszedł najtrudniejszą z prób.
- Idź i płódź, boś już nie dziecię.
Dłoń jeszcze tylko chwilę podtrzymywał młodzieńca, bowiem po kilku uderzeniach serca, zmęczone ciało wyprostowało się. Mięśnie napięły, a w oczach pojawił się żarliwy płomień. Członek młodego wojownika nabrzmiał napędzaną przez serce krwią. Jeszcze trochę się chwiejąc, przycisnął pięść do swej piersi oddając wodzowi hołd, po czym odwrócił się by w biegu porwać jedną z plemiennych kobiet i zaspokoić rządzę, którą wojownicy zaspokajać mogli tylko na dwa sposoby. W walce, przelewając krew wroga, bądź między nogami partnera, wlewając w niego swe nasienie. Kolejno padali i rodzili się na nowo, teraz już w obliczu i bogów i ludzi, będąc pełnoprawnymi wojownikami. Jutro zaplotą pierwsze warkocze i dostaną w dłonie pierwsze łuki oraz noże. Jutro, dwóch z nich stanie u boku Radila wspierając go swoimi umiejętnościami i siłą.
Wojownik w skupieniu przyglądał się kolejnym chłopcom. Jeszcze tylko kilku i również on będzie mógł zapomnieć się w tańcu, ale przodkowie pokierowali jego oczami tak, by zatrzymał spojrzenie na przerażającej twarzy szamana. Wykrzywionej w grymasie, który najbliższy był bólowi konającego. Gorejące oczy zdawały się patrzeć prosto na Radil'a więc wojownik zacisnął szczęki, starając się znieść ciężar tego spojrzenia, a gdy trwał ogarnięty niepokojem, z trwożną fascynacją badając każdą zmarszczkę na obliczu młodego szamana, dostrzegł też stróżkę krwi wypływającą z jego półotwartych ust. Zły znak. Odczekał jeszcze chwilę w napięciu, ale kiedy szaman w swym tańcu nagle zamarł, Radil wiedział już co się za chwilę stanie. Nie chciał tego robić, nawet nie wiedział czy należało, ale wyrwał się z szeregu i w ostatniej chwili przyklęknął przodem przed mężczyzną, by po chwili poczuć na ramionach ciężar ciała i woń ziół zmieszaną z zapachem krwi. Wczepił wielkie dłonie w brzęczącą złowieszczo paradną szatę upstrzoną piórami i blaszkami. Przytrzymał szamana aby ten nie upadł na ziemię...
Powrót do góry Go down
Aidan

avatar

Liczba postów : 90
Join date : 12/01/2014

PisanieTemat: Re: Moran & Aidan    Nie Mar 09, 2014 4:00 pm

Jego własny duch patrzył jeszcze oczami ciała, gdy to przestało już słuchać się własnej woli, poddane innej, potężniejszej. Na wpół oślepiony blaskiem ognia dojrzał jednak kierujące się ku niemu spojrzenie, oczy wojownika, pewne siły, której jemu brakowało. Były ostatnim ziemskim widokiem jaki zapamiętał, nim źrenice uciekły mu w głąb czaski.
Nie wiedział potem, że jego ciało pada w końcu na ziemię i że zostaje pochwycone przez właściciela owych oczu na dnie których nieświadomie dojrzał swoje lekarstwo. Nie było bezwładne i wiotkie jak ciała padających z wycieńczenia młodzieńców, lecz boleśnie napięte, jakby każdy jego mięsień był cięciwą łuku tuż przed strzałem, dygoczące gwałtownie jak w ataku gorączki po ukąszeniu węża. Na usta wystąpiła mu piana, zabarwiona na różowo odrobiną krwi. Nie wiedział, że przez zaciśnięte zęby wyrzucał z siebie słowa, pełne rozpaczy, lecz zbyt bełkotliwe, by trzymający go mężczyzna mógł je zrozumieć. Nie wiedział, jak wielkie poruszenie to wywołało, nie widział, jak położono go na ziemi i trzymano jego szczękę by nie odgryzł sobie języka.

Duchy krążyły wokół niego jak sępy nad nieboszczykiem, przez chwilę nie widział nic, poza ich rozmazanymi kształtami. Gdy rozpierzchły się w końcu szamanowi ukazały się wojenne obrazy, kruche jak spróchniałe drzewo, rozsypujące się, gdy dłużej zawiesił na nich wzrok. Widział płonące ognie, widział połamane strzały i umarłych, wszędzie umarłych – wygłodniałe duchy siadały na ich piersiach, wyjadając oczy, gdzieś w oddali wyło dzikie zwierzę, gdzieś w  oddali płakało dziecko, gdzieś w oddali przetaczały się głuche grzmoty, jak podczas burzy. Umarli poruszali powykręcanymi kończynami, a trzech z nich powstało i podeszło do niego – Sirhil rozpoznał zwiadowców plemienia. Chciał pobłogosławić ich dalszej drodze, lecz oni nie chcieli odejść, martwymi palcami szarpali jego szatę, pociągnęli go za sobą. Nie jestem martwy – chciał krzyczeć, wszyscy jesteśmy martwi – szeptali umarli. Osunął się na kolana z nosa i ust płynęła mu krew, widział morze czerwieni, morze krwi, własnej krwi i krwi braci plemienia, kolejni umarli wstawali – duchy śmierci wczepione w strzępy ich szat i skóry nieustannie próbowały pożerać ich ciała – podchodzili do niego, dźwignęli z kolan, powiedli go na stos pogrzebowy. Nie jestem martwy – chciał krzyczeć, a  z jego ust płynęła tylko krew.
Złożono go na stosie – złożono go na posłaniu, nadal brudnego od krwi. Ponad nim wił się w dziwnym tańcu tajemniczy duch, którego oblicze zasłaniały długie włosy. Był nagi, lecz Sirhil nie mógł stwierdzić, czy jego ciało to ciało mężczyzny czy kobiety. Złóż ofiarę, ofiarę z ciała – szeptał, wyciągając ku niemu dłonie. Szaman myślał, że zacznie szarpać jego włosy, jak czyniły czasem głodne duchy, lecz ten pochwycił w szpony jego biodra, zmuszając, by oderwał je od posłania, wyginając ciało. A potem szeptał bełkotliwie w jego usta, unosił jego rękę wskazując na coś – pozostające wśród ludzi ciało szeptało i wskazywało wraz z nim.

Gdy otworzył oczy, leżał nadal na udeptanej, twardej ziemi, a przy nim siedziała starucha. Była stara już za życia poprzedniego szamana, pamiętała też jego poprzednika i poprzednika jego poprzednika. Za młodu niemal umarła w połogu i od tego czasu zbliżyła się do duchów, była jednak mądra swym doświadczeniem – święta kobieta plemienia, którą darzony szacunkiem, tym większym, im więcej lat przeżywała. Włosy miała białe, a skórę ciemną i pomarszczoną, oczy nadal bystre. Była jedyną osobą, która mogła zrozumieć ducha przemawiającego ustami szamana, uczestniczyła więc w każdym obrządku. Tak jak i teraz czuwała przy nim i rozmawiała z nim cicho, by pomóc przetłumaczyć mu boską wolę na język ludzi. Tak mądra i doświadczona, że mogła służyć radą nawet szamanowi, gdyż nawet nie on zawsze rozumiał, nie zawsze wiedział. Lękano się dnia w którym duchy upomną się o nią, gdyż ten dzień będzie dla plemienia dniem wielkiego nieszczęścia, jakby wszyscy stracili matkę.
Była dobra jak matka i troskliwa. Gdy Sirhil się przebudził podała mu wodę, podtrzymywała jego głowę, a gdy ugasił pragnienie i odzyskał nieco sił, skinęła głową zachęcając go, by mówił.
- Śmierć – wychrypiał z wysiłkiem, nadal drżąc po wysiłku. – Widziałem śmierć i wojnę i ogień. I krew, wiele krwi…
- Czyją krew synku?
- Moją…
- Jesteś chory, bardzo chory… Lecz duch mówił do mnie twoimi ustami i wskazał lekarstwo.
- Jakie, mateczko? – drżał nie tylko ze zmęczenia, ale z lęku, jakie wywołały w nim wizje.
Starucha nie odpowiedziała mu, lecz skinęła ku wodzowi i starszyźnie plemienia, wyczekującej już niecierpliwie na wieści. Gdy podchodzili, szaman zamknął na moment oczy, próbując przypomnieć sobie twarze z tłumu umarłych, rozpoznać wśród nich tych, którzy jeszcze żyli. Przypominał sobie powoli wszystkie znaki, w których mogła ukrywać się przyszłość.
- Nieunikniona jest wojna, jakiej nie pamiętają najstarsi z żyjących - oświadczył schrypniętym szeptem. - Ci, którzy dziś zginęli są pierwszymi, lecz nie ostaniami, czekają na swych braci, którzy dołączą nich w ostatniej wyprawie. Ta wojna... jest wolą bogów. Nie unikniemy jej...
- Jej wynik?
- Nie przesądzony. Lecz wielu zginie.
- Czy bogowie ukarali nas swoją niełaską?
- Mnie... tylko mnie... - zacisnął powieki, a poszarzała twarz wykrzywiła się w grymasie bólu. - Co mam zrobić, czcigodna matko? - otworzył oczy spoglądając na pochyloną nad nim staruchę.
- By przypodobać się bogom musisz wziąć sobie męża - poinformowała go beznamiętnie, unosząc głos, tak, by wszyscy zgromadzeni słyszeli. Odpowiedział jej cichy, pełen przejęcia szmer tłumu. - Bogowie wskazali go twoją dłonią.
Więc na to wskazywał ów bezimienny duch... Ofiara z ciała. Ofiara, na którą nie zdecydowałby się, gdyby był to jego wybór. Lecz zdecydowano za niego. Powiódł wokół siebie rozgorączkowanymi oczami, szukając w twarzach mężczyzn stojących bliżej i dalej znaku, na którego z nich wskazał pozostając w szamańskich transie. Napięcie i poruszenie jakie widział, było większe niż to, jakiego oczekiwał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Moran & Aidan    Nie Mar 09, 2014 8:18 pm

Dokładnie z chwilą kiedy ostatni młodzieniec przyjmował Dar Przodków, Radil trzymał w dłoniach dygoczące istnienie szamana. Rozejrzał się po zebranych, którzy w końcu ruszyli ku niemu z różnych stron obozu, pozostawiając szalejących młodych wojowników samych sobie. Nikt prócz Radila nie odważył się jednak zbliżyć do bełkoczącego Sirhila. Wszyscy nazbyt przerażeni, że byt, który wziął w posiadanie ciało ich duchowego przewodnika może zechcieć karmić się kimś z zebranych. Dopiero kiedy wojownik warknął na jednego z braci, by pomógł mu przytrzymać dygoczące ciało, tamten trwożnie zbliżył się i obaj przycisnęli szamana do ziemi. Wódz wstał z zajmowanego przez siebie drewnianego siedziska i marszcząc krzaczaste brwi pochylił się nad nieprzytomnym mężczyzną, lecz nim zdążył zrobić cokolwiek, laska jaką podpierała się starucha zagrodziła mu drogę. Machnęła też na wojowników odganiając ich od Sirhila, a oni nie mieli zamiaru sprzeciwiać się jej woli... Kobieta klęknęła przy szamanie nasłuchując ledwie zrozumiałego szeptu i pogłaskała zroszone potem czoło. W ciszy jaka nastała szaleńczy bełkot i jej śpiewna modlitwa brzmiały jakby same duchy ukazały się wiernym szepcząc i krzycząc. Nagle ciałem Sirhila wstrząsnął spazm tak silny, że cały wygiął się w łuk gotów złamać się w pół. Starucha podniosła głowę powoli przestając się kołysać, a modlitwa zamierała na jej pomarszczonych ustach. Wszyscy, nie tylko ona powiodła wzrokiem za dłonią szamana, która oskarżycielsko wskazywała na najstarszego syna wodza.
Radil cofnął się, serce zabiło mu mocniej, a żołądek ścisnął wywołując mdłości. Dlaczego to zrobił? Dlaczego poszedł mu pomóc? Teraz duchy będą się na nim mściły! Zacisnął zęby, ale nie spuścił wzorku, choć czuł na sobie spojrzenie całego plemienia. Nikt nic nie mówił, wszyscy pogrążeni byli w przepełnionym lękiem milczeniu. Jedynie głuche stęknięcia kopulujących, którzy zdawały się nie baczyć na to co się działo, wlewało się w podniosłe milczenie tworząc je groteskowym. Młodym wojownikom nikt nie miał za złe, Dar Przodków przejął nad nimi władzę i jedyne co mogli robić to zabijać, bądź płodzić nowych.
Powoli jednak szaman zdawał się uspokajać. Jego ręką opadła na ziemię, podobnie jak i ciało. Zwiotczał zupełnie. Gdy przestał dygotać kobieta poprosiła o przyniesienie wody, a chwilę później gdy Sirhil otworzył oczy, napoiła go nią.
Radilowi natomiast zimny pot zrosił czoło i kark. Choć starał się godnie przyjmować wszystko co niosły ze sobą wybory jakich dokonywał, to czuł, że ciężar tego jest większy niż powinien oczekiwać. A potem... potem szaman znów się odezwał, ale tym razem zupełnie zrozumiale. Jego zachrypnięty szept był niepokojący, ale i tak mniej niż to co niosły ze sobą jego słowa.
Radil nie patrzył na wodza, dlatego nie widział jak jego twarz wykrzywiło zmartwienie podsycone zmęczeniem. Wojna i tak już ich dotknęła, a proroctwo nie przyniosło ukojenia. Wojownik wciąż patrzył przed siebie, choć nie widział niczego, mając w pamięci jedynie pełne żaru spojrzenie szamana. Nie poszedł za ojcem, wszak on do starszyzny nie należał, ale nie musiał podchodzić, by usłyszeć co padło z ust staruszki. Ostatnie jej zdanie wywołało kolejną falę mdłości, ale teraz także i gniewu. Ciemne oczy Radila rozszerzyły się ukazując strach i niedowierzanie. Wszystkie spojrzenia na powrót zwróciły się ku niemu, ale najbardziej przerażało go widok oczu Sirhila. I choć bał się tych oczu, to patrzył w nie na poły gniewnie, na poły z żalem, by w końcu odrzucić głowę w bok. Przecież wódz się na to nie zgodzi, nie mógł! Wojownik zacisnął dłonie równie mocno co szczękę. Do bólu. Próbując właśnie nim zagłuszyć gniew i poczucie niesprawiedliwości. Bo czym zasłużył sobie na coś takiego?! Przecież był jednym z lepszych wojowników, bronił swego plemienia, był silny, oddany, miał zostać wodzem... Dlaczego bogowie zabrali mu możliwość godnego życia wojownika? Dlaczego zdecydowali się pastwić akurat nad nim? Oczywiście, że odebrał to jako upokorzenie. Za nic nie zechce przyjąć tego wątpliwego zaszczytu.
- Nie godzę się. - Warknął wzburzony nie bacząc na to, że spojrzenie wodza stało się twarde. Za nic nie chciał dostrzec w nim zawodu, a teraz... widział jak duma ojca rozpada się na jego oczach. - Sam słyszałeś. Wojna i tak nadejdzie, to nic nie zmieni. Nie godzę się.
Starał się mówić pewnie, ale w głos wkradał się gniew. Nie obchodziła go nieprzychylność duchów względem szamana.To nie była jego wina! Czuł na sobie palące spojrzenia współbraci, czuł ich konsternację. Czuł też wzrok Sirhila i oczami wyobraźni widział beznamiętność na twarzy staruchy. Może właśnie dlatego, że nigdy nie wierzył w potęgę duchów, te teraz mściły się na nim? Oto właśnie płacił tak wysoka cenę za swoją butę?
- Dlaczego mam brać odpowiedzialność za jego słabość? Jeśli jest słaby, powinien umrzeć. - Syknął w ostatnim odruchu obrony, ale zamiast utwierdzić wodza przy swoim stanowisku, ciężka dłoń spadła mu na twarz odbierając resztkę godności.
- Milcz.
I Radil zamilkł zaciskając szczęki w bezsilnej złości. Niestety wódz odwrócił wzrok od swego syna i wojownik wiedział już, że nie znajdzie w nim poparcia. To koniec. Koniec wszystkiego. Ojciec z powagą spojrzał na szamana i staruszkę czekając ich werdyktu.
Powrót do góry Go down
Aidan

avatar

Liczba postów : 90
Join date : 12/01/2014

PisanieTemat: Re: Moran & Aidan    Nie Mar 09, 2014 10:30 pm

Jego wzrok przesuwał się po kolejnych twarzach, w których nie znajdował nic, co zatrzymałoby go tam na dłużej. Dopiero kiedy dotarł do syna wodza, tego samego wojownika, którego zauważył tuż przed zapadnięciem w trans poczuł dojmującą pewność. Nie miało znaczenia, że wzrok wszystkich zebranych również podążył w tę sama stroną – wystarczyłby mu sam wyraz twarzy Radila. Widział w jego oczach odbicie dokładnie tych  uczuć, które zawładnęły nim samym. Wbrew wszystkiego, wbrew szacunku dla praw przodków, wbrew boskiej woli, własnemu przeznaczeniu, wbrew widmu śmierci… Nie chciał tego.
Był szamanem, to prawda, a to czyniło go odległym od ludzkiego życia, lecz mimo wszystko nadal był mężczyzną. Być podległym innemu mężczyźnie, służyć mu jak żona, jak kobieta – to było upokorzenie. Pomijając już nawet myśl o fizycznym zespoleniu – to nie było przyjemne. Gdy był młodzieńcem, uczniem ledwie, nieobliczalne duchy czasem brały w posiadanie ciało starszego szamana, napełniając je siłą i pożądliwością. W owym mrocznym transie używał jego ciała by sobie ulżyć i Sirhil pamiętał, że było to bolesne. Był też później wrażliwszy na głosy duchów bardziej niż zazwyczaj, i jeszcze przez kilka kolejnych chorzy zdrowieli niemal gdy tylko ich dotknął, prosząc bogów o łaskę. Wiedział, że to się bogom podoba, lecz nie czuł się z tego powodu szczęśliwy. Chciałby przynajmniej sam wybrać sobie męża, jeśli to już było konieczne i z pewnością dokonałby innego wyboru niż ten, który został podjęty za niego. Wybrałby kogoś łagodniejszego, to pewne. I kogoś, kogo ten wybór krzywdziłby mniej.
Słowa mężczyzny, którego wybrały mu duchy były okrutne, lecz nie miał mu tego za złe. Wiedział, że dla niego to jeszcze trudniejsze, że nie tak wyobrażał sobie przyszłość. Musiało to być rozczarowanie podobne do tego, które odczuł on sam dowiadując się, że nie dane mu będzie zostać wojownikiem, że do końca żywota będzie musiał służyć, a służba będzie ciężka i pełna wyrzeczeń. Nadeszła kolej na jedno z nich. On nie mógł sobie pozwolić na bunt, na podobny protest, nawet na wyrażenie niezadowolenia. Jego powinności nakazywały co innego, a gdyby zaniedbał obowiązku konsekwencje byłyby straszliwe, wiedział o tym.
- Skoro taka jest boska wola – oznajmił tylko, siląc się na pokorę. Być może jej iluzję stwarzała też słabość, która zawładnęła jego ciałem i nadal pobrzmiewała w zachrypniętym głosie.
- Być może to sprawi, że bogowie spojrzą na nas przychylniej i będą łaskawi w dniach nadchodzącej wojny – oświadczyła starucha, a potem uniosła wzrok, patrząc na Radila, jakby kolejne słowa kierowała już tylko ku niemu. – Gdy byłam jeszcze młoda, żyła w plemieniu kobieta… odmówiono jej przywileju bycia matką, zapuściła więc włosy długie jak mężczyzna i wzięła sobie żonę, a wtedy duchy wojny obdarzyły ją łaską prowadząc ku ścieżce wojownika i żadna wypuszczona przez nią strzała nigdy nie chybiła celu. Gdy przypodobasz się bogom oni uczynią cię niezwyciężonym, jakby krew twoja była ogniem, jakby twoje serce było sercem smoka. Musisz być jednak posłuszny, inaczej biada nam wszystkim…
Wszelkie istoty nie pochodzące z ludzkiego świata były mściwe, wiedzieli o tym wszyscy. Widzieli już przypadki tych, którzy sprzeciwili się boskiej woli. Myśl o straszliwej karze, jaką mogło skutkować nieposłuszeństwo sprawiła, że Sirhil stał się mniej skory do buntu. Lecz nie była to tylko jego decyzja… Ponownie skierował wzrok na wojownika. Zmęczone, gorejące oczy barwy płomienia, w których była jednocześnie litość i złość, niechęć i prośba. Odrzucenie uwłaczało jego dumie, niezależnej od własnych pragnień, nigdy w czasie swej szamańskiej służby nie czuł się tak bardzo wystawiony na ocenę wszystkich członków plemienia i chciał by to się już skończyło, by pozwolono mu wreszcie odpocząć, gdyż po ataku szamańskiej choroby bolało go całe ciało. Musiał przyznać, wbrew swej godności, że myśl o złagodzeniu okrutnych objawów wydawała mu się wielce kuszącą. Przez lata znosił cierpienie z godnością, nie mógł jednak nie tęsknić do ukojenia – był wszak tylko człowiekiem, nawet jeśli mało kto widział w nim człowieka na co dzień.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Moran & Aidan    Nie Mar 09, 2014 11:47 pm

Nie odważył się prychnąć, wyrazić swojej pogardy dla słów szamana i to nie ze względu na duchy, czy Sirhila właśnie, a przez wzgląd na ojca. Milczał nie podnosząc wzroku, bo został ukarany, a rozkaz brzmiał mu w głowie siłą gromu. Był posłuszny. Był posłuszny wodzowi, dowódcom... Więc dlaczego musiał być posłuszny jeszcze czemuś czego nie rozumiał?
Słuchał słów staruchy, ale te zamiast go pokrzepić wlewały weń gorycz. To było śmieszne. Niby o losach wojny miał sądzić obrzęd zaślubin zamiast siły mięśni i ostrość broni? Nie chciał wierzyć w opowieść kobiety. Nie chciał wierzyć w nic prócz siły swoich rąk i bystrości oka, ale ostatnie jej zdanie wywołało szmer niepokoju wśród ludu. "Musisz być posłuszny, inaczej biada nam wszystkim..." Radil podniósł spojrzenie najpierw na ojca, i na jego obliczu zobaczył trwogę oraz żal, choć co do tego ostatniego mógł się mylić. Spojrzał też po twarzach plemienia wyczekującego jego słów. Wyraźnie widział strach w ich oczach. Strach przed tym czego nie rozumieli i przed tym, że syn wodza sprzeciwi się woli duchów. Może nawet zabiliby go... składając ofiarę z niepokornego. Wojownik spojrzał też w twarz staruszce, ale ona był jak zwykle spokojna, niczym niewzruszona... jak omszały głaz albo stara wierzba. I na koniec... popatrzył w zmęczone oczy szamana. Miał wrażenie, ze dopiero teraz widzi je tak naprawdę. Pierwszy raz poświęcił wystarczająco długą chwile, by odczytać z jego twarzy emocje jakie nim targały, a widząc w nich prośbę podszytą niechęcią i gniewem, jeszcze raz zacisnął szczęki. W złości i zaskoczeniu nie zastanowił się nad tym jak on odbiera to, co się właśnie stało. Ale czy powinno go to interesować? Przecież Sirhil sam to sprowokował, przez niego duchy pastwiły się nad plemieniem... Nie chciał mu współczuć, nie teraz. teraz był pełen goryczy i jego własny dramat przesłaniał mu dramat innych.
Wzrok ludzi wypalał na nim piętno. Głos duchów zrzucił mu na barki ciężar jakiego nie chciał nieść. Odpowiedzialność, której nie chciał podejmować się w taki sposób. Pragnął nawet podważyć słowa szamana i jego proroctwo, ale wiedział że nikt go nie usłucha. Nie miał wyjścia... Pozostawało mu więc poddać się woli duchów i plemienia i... wierzyć. Wierzyć, że to rzeczywiście wspomoże jego braci w wojnie, która miała nadejść. Nawet za cenę własnej dumy wojownika.
I kiedy tak myśli przechodziły przez jego głowę, Sirhil mógł dostrzec jak spojrzenie wojownika łagodnieje, jak on sam poddaje się pomimo niechęci, gniewu, poczucia niezrozumienia i zaprzepaszczenia szans. Kiedy więc zdecydował się odezwać jego oczy były przepełnione żalem, lecz nie pozbawione iskry pewności, determinacji, które cechować powinna każdego wojownika. Ich spojrzenie wciąż utkwione było w twarzy szamana.
- Skoro taka... jest boska wola. - Powtórzył słowa Sirhila niemal szeptem, jakby kierował je tylko do niego. Obaj byli świadomi, że od tej chwili ich życie ulegnie zmianie. I choć do ceremonii połączenia mieli jeszcze trochę czasu, to mieli też świadomość nieuniknionego. Radil nie chciał sobie tego wyobrażać. Nie chciał myśleć o tym co stracił nie zyskując tak naprawdę nic prócz zdeptanej dumy.
Powrót do góry Go down
Aidan

avatar

Liczba postów : 90
Join date : 12/01/2014

PisanieTemat: Re: Moran & Aidan    Czw Mar 20, 2014 4:20 pm

Bardziej domyślił się niż usłyszał pojedyncze ciche westchnienia ulgi. To powinien odetchnąć, ale mimo wszystko nie mógł się na to zdobyć. Nie potrafił być wdzięczny, czuł tylko ulgę, że oszczędzono mu dłuższej przeprawy. Wiedział doskonale, co będą szeptać. Wiedział, że po cichu, nie ważąc się powiedzieć tego głośno będą podejrzewać go, że zawinił, że dokonał zaniedbania, czy obraził przodków i za to spadła na niego kara. Nic takiego nie miało jednak miejsca – wypełniał przecież swe obowiązki sumiennie i z poświęceniem. Nie był winny żadnego nieposłuszeństwa. Nie wiedział w czym upatrywać ma źródeł niełaski, jaką go ukarano, czuł się więc ukarany niesprawiedliwie i okrutnie. Być może powinien być wdzięczny, że dano mu szansę, możliwość ozdrowienia, lecz czuł tylko gorycz zawodu. Powoli odwrócił wzrok od twarzy Radila, nie mogąc znosić dłużej jego widoku i skierował wzrok ku niebu, jaśniejące go w obietnicy poranka. Lecz i tam nie znalazł żadnej odpowiedzi na dręczące go pytania.
Bywały momenty w których żałował szczerze, że bogowie poprowadzili go taką a nie inną drogą. Rzadko, ale jednak zdarzały się. I to był właśnie jeden z nich. I nie chodziło nawet o to, że nie odważyłby się im sprzeciwić. Tak naprawdę nie pomyślał nawet, by to było możliwe. Być może powinien był coś jeszcze powiedzieć, nie czuł się jednak na siłach. Był zły, rozżalony i w tej akurat chwili czuł się bardzie człowiekiem niż szamanem. Słabym człowiekiem. Bez boskiej łaski był słaby.
Podniósł się więc starając okazywać jak najmniej z tej słabości. Nie zażyczył sobie pomocy od nikogo z obecnych, godnie wyprostowany i milczący odszedł powoli w kierunku swojej jurty i dopiero kiedy padł na posłanie poczuł, że pod ceremonialną szatą jest zlany potem wysiłku.
W ciągu kolejnych dni choroba nie odeszła, czuł ją nieustannie pod skórą, w głębi kości, w sercu i wątrobie, lecz jej objawy znacznie ustąpiły. Powoli odzyskiwał siły, co szczęśliwie pozwoliło przetrwać podróż na północ. Unikał w tym czasie choćby przelotnego spotkania ze swoim przyszłym mężem – czuł się chory nazywając go tak nawet w myślach – a niechęć jakiekolwiek kontaktu była najwyraźniej odwzajemniona. Nie zamienili ani słowa w ciągu trwającej kilka dni przeprawy, ani też kiedy wytyczone nowe granice osady, stawiano namioty i stanowiska dla wartowników, kiedy wyznaczono nowy plac ceremonii. Sirhil wiedział jednak, że to nie potrwa już długo.

Owo niedługo nastąpiło jednak jeszcze szybciej niż oczekiwał. O poranku obudziło go tępe dudnienie w skroniach – pobudzone duchy nie pozwoliły mu się wyspać. Nie miał ochoty w ogóle zwlekać się z posłania. Albo przynajmniej odurzyłby się wywarem z ziół, sprawiających, że człowiek nie czuł bólu i lęku, ogarnięty miłym odrętwieniem, nie poważył się jednak na podobne bluźnierstwo. I bez tego czuł, że czas przecieka mu przez palce jak woda. Ani się obejrzał, a już grupka młodych, nie zaślubionych jeszcze dziewcząt w odświętnych, wyszywanych paciorkami tunikach wyprowadziła go z własnej jurty do mniejszego namiotu zszytego ze skór pachnących jeszcze nowością, by obmyć jego ciało i ubrać w czystą ceremonialną szatę. Chichotały przy tym, by ukryć zażenowanie – chociaż sprawy ciała nie stanowiły tajemnicy, większość z nich była jeszcze zbyt młoda, by mieć wcześniej okazję obejrzeć nagiego mężczyznę z równie bliska – a to wcale nie sprawiało, że czuł się lepiej. Odpowiadał jednak na ich uśmiechy, udając spokój i opanowanie, żeby przynajmniej one poczuły się lepiej. By nie odkryły z jakim wstrętem podchodzi do swojego obowiązku, który wypełniał przecież również dla ich dobra.
Przy świetle ostatnich promieni znaczącego w krwistym blasku słońca oddał w ofierze bogom swojego włosy. Robił to często, lecz tym razem odczuł tylko jako dodatkowe upokorzenie, kiedy ostrzyżono je ponownie na długość ledwie połowy kciuka. Czuł w środku dziwną pustkę, kiedy wyprostował się i przesunął kościstymi palcami po krótkiej szczecinie porastającej teraz jego czaszkę i jeszcze bardziej upodabniającej go do kobiety i później, kiedy wrzucał garść obciętych kłaków do płonącego pośrodku osady ognia. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć, ani wtedy, ani kiedy stawał u boku przyszłego małżonka by połączyć z nim swoją krew i swoje życie.
Unikał patrzenia na niego nawet wtedy, gdy starucha mokrym popiołem malowała na ich czołach ceremonialne znaki szczęścia. Nie skrzywił się, gdy ceremonialnym ostrzem nacięto wnętrze jego dłoni i przyciśnięto do naciętej wcześniej dłoni Radila. Splótł palce z jego palcami, czując na skórze lepką, ciepłą wilgoć posoki, zacinał zęby i dopiero wtedy uniósł wzrok ku jego oczom, lękając się tego co w nich zobaczy. Musiał jeszcze znieść cały wieczór u jego boku, patrząc jak przelewają się całe dzbany miodu i sfermentowanego kobylego mleka i rozpoczynają tańce wokół ognia. Tańce będące życzeniem ich wspólnego szczęścia, powodzenia, dostatku i płodności, nawet jeśli miała to być zwykła farsa, a głośna weselna radość będzie tylko maskaradą ku uciesze duchów. Przynajmniej dopóki nie ostatnie opróżnionych dostatecznie wiele dzbanów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Moran & Aidan    Pon Mar 24, 2014 11:45 pm

Starucha pokiwała głową równie spokojna co zawsze. Plemię zaszemrało. Radil poczuł na ramieniu ciężką dłoń wodza, ale jedyne na co teraz zwracał uwagę, to beznamiętność twarzy Sirhila. Widząc jak szaman się podnosi, bez słowa uwolnił się od dotyku ojca i przepychając się przez tłum ruszył do swojej jurty. Nie brał udziału, a nawet nie obchodził go dalszy przebieg plemiennego święta. Bębny, odgłosy i trzaskanie ognia stało mu się niemiłe i odległe. Był sam ze swoimi myślami. Sam z odpowiedzialnością. Może to dobrze? Każdy sam powinien nieść brzemię swojego przeznaczenia...
Nikt nie zakłócił mu spokoju przez długi czas, miał więc okazje w końcu odpocząć. Sen przyszedł szybko. Zmęczone długim czuwaniem ciało poddało się mu bez oporów.
Nazajutrz, choć czuł na sobie uważne spojrzenia, skutecznie je ignorował zachowując się tak jak dotychczas. Odbył swoją wartę i zgodnie z poleceniem wodza wybrał dwóch młodzieńców na swoich kompanów. Zapewne ci, którzy byli mu bliżsi mogli powiedzieć, że stał się trochę bardziej zapalczywy. Jakby chciał wykorzystać do cna uciekające chwile. Żywo podjął się swojego nowego zadania zbierając informację od swoich braci zwiadowców. Wraz z wodzem dokładnie zaplanował przyszłą przeprowadzkę. Duma nowego stanowiska gryzła się z goryczą przyszłych dni. Radil ani razu nie wspomniał o tym co zbliżało się nieubłaganie. Zbywał wszelkie pytania odnośnie przygotowań wrogimi burknięciami. Żył wojną. Zaprzątał swój umysł krwawymi wizjami boju, odganiając te mdłe o nadchodzących zaślubinach. Świadomie też unikał jakiegokolwiek kontaktu z szamanem, chcąc odwlec najbardziej jak się da moment kiedy ściśnie jego dłoń. Niestety myśli te natrętnie wracały sprowadzając bezsenność. Nocą w ciszy swojej jurty miał więc wiele czasu by myśleć.
Jako zwiadowcy wyruszyli pierwsi, przetrzeć i zabezpieczyć szlak, tym samym zostawiając w tyle poruszające się wolniej plemię. Gdy te dotarło na wyznaczony przez zwiadowców teren, Radil miał na barku świeżą ranę po pazurach cienia stepu, wielkiego agresywnego kota. Głęboka szrama obficie broczyła krwią i zmuszała wojownika do odpoczynku, lecz nie zgodził się na dokładne opatrzenie rany, najpierw chcąc przekazać najważniejsze informacje na temat ich obecnego położenia.
Cztery wyszczerzone łby zabitych przez zwiadowców drapieżników ustawiono wokół osady dla przestrogi następnym. Wojownik natomiast był na siebie zły wiedząc, że jego czujność osłabła przez niedorzeczne myśli. Schodzące coraz niżej słońce nieubłaganie zbliżało chwilę zaślubin. Ta świadomość wystarczyła by nie mógł pozbierać myśli, ani hamować gniewu. Wystarczyła świadomość, by dał się zaskoczyć bestii.
Nie widział jak dziewczynki prowadziły Sirhila do jurty. Jego do podobno namiotu zaprowadzili młodzi chłopcy pełni powagi powierzonego im zadania. Radil patrzył na nich beznamiętnie, poddając się zabiegom, wszak było to jego obowiązkiem. Właśnie... obowiązkiem, a nie powodem do radości. Kiedy tylko odziano go w jasną, ceremonialną szatę oraz rozpleciono i rozczesano włosy, wyszedł z jurty nie mogąc dłużej znieść zapachu świeżej skóry i mdłej woni wywaru z ziół, którym namaszczono jego ciało. Wiedział, że nie powinien opuszczać jurty. Obyczaj kazał czekać na zachód słońca i dźwięk bębnów, ale pomimo zaniepokojenia chłopców stanął w ostatnich promieniach słońca i spojrzał na wielkie ognisko strzelające wysoko do ciemniejącego nieba pomarańczowymi płomieniami. Przyglądał się krzątającym wokół współplemieńców... czuł też zapach pieczonej koniny. Zawsze gdy wyobrażał sobie własne zaślubiny wyglądało to właśnie tak... tylko dlaczego zamiast upragnionej dziewczyny musiał wziąć sobie... męża? Wiedział dlaczego i choć zdążył już oswoić się z tą myślą, zadra żalu wciąż tkwiła głęboko. Potarł palcami zamknięte oczy, a gdy znów je otworzył pierwszy raz od długiego czasu zobaczył Sirhila, tym razem w szacie podobnej swojej. Jakże dziwnie było tak na niego patrzeć. Wydawał mu się kruchy i bezradny, zupełnie jak kobieta. Brak szamańskich znaków odbierał mu dostojeństwo, tym bardziej, ze jego głowa pozbawiona była przywileju męskości choćby w postaci barwnego szamańskiego kaptura. Wojownik patrzył jak mężczyzna wrzuca obcięte kosmyki w płomienie ogniska, a te znikają w kłębie żaru. Z tej odległości nie mógł dostrzec wyrazu jego twarzy, ale wystarczyła mu przygarbiona postawa, by wiedział, że szaman nie czuje się najlepiej.
- Radil?
Wojownik drgnął zaskoczony kiedy chłodna dłoń objęła jego nie świadomie zaciśnięte w pięść palce. Spojrzał w dół na ogorzałe oblicze swojej matki. Uśmiechała się pokrzepiająco. Wszyscy traktowali to zupełnie normalnie. Wszyscy cieszyli się ich szczęściem, podczas gdy Radil pewny był, że szczęśliwy nie będzie. Nie był też na tyle cierpliwy i oddany bogom, by chcieć na nie czekać o ile możliwym było, ze kiedykolwiek nadejdzie. Jeśli jednak gdzieś na granicy świadomości miał choćby cień nadziei, przyjdzie mu tej cierpliwości się nauczyć. Twarz mu złagodniała, choć wiedział, że właśnie teraz musi stawić czoła brzemieniu jakie ciążyło na nim od wielu dni, bo plemię właśnie zbierało się na placu otaczając staruchę niezbyt ciasnym półkolem. Idąc na miejsce ceremonii przy akompaniamencie bębnów nie powiedział ani słowa, ani do idącej obok matki, ani do żadnego z wojowników. Stanął u boku Sirhila, przodem do staruchy nie zaszczycając go, ani jej nawet jednym spojrzeniem. Na plecach czuł wyczekiwanie współplemieńców, niemal tak jak ostatnio z tym, że teraz byli tu obaj, na równi, stojąc ramię w ramię.
Pochylił głowę by kobieta mogła dosięgnąć jego czoła. Gdy nakreśliła na nim znak wyprostował się pierwszy raz od długiego czasu z tak bliska patrząc na profil szamana. Beznamiętność jego twarzy podobna była tej wojownika. Radil będąc świadom wszystkich praw zaślubin wiedział, że tej nocy będą musieli znosić swoje towarzystwo, ale później... Co będzie później?
Wyciągnął lewą dłoń, by wedle obyczaju nacięli jej wnętrze. Ból nie przyniósł ukojenia, a jedynie pogłębił smutek. Wojownik obserwował jak gęsta czerwień napełnia zagłębienie i przelewając się spływa po nadgarstku. Zacisnął szczeki. Nie podniósł spojrzenia nawet w chwili, kiedy starucha wzięła jego rękę i połączyła z dłonią Sirhila. Ich palce splotły się pieczętując przysięgę krwi, a krew wiązała  bardziej niż plemię. Powaga tego rytuału napawała wojownika szczerą obawą. Nie dość, że połączył się z mężczyzną, to był on także szamanem... Bliżej świata duchów nie był nigdy od samych narodzin. Ciche uderzenia w bębny wzmogły się hukiem, który zlewał się z uderzeniami serca. Młode niezamężne dziewczyny wrzuciły w ogień wiązki wonnej trawy i mężczyzn spowił biały, słodko pachnący dym... Radil końcu uniósł opuszczona głowę. Popatrzył Sirhilowi prosto w twarz i jeśli szaman obawiał się zobaczyć w obliczu wojownika niechęć i złość, mógł odetchnąć z ulgą. Radil patrzył na niego łagodnie, zupełnie inaczej niż ostatni raz gdy skrzyżowali spojrzenia. Wydawał się dużo spokojniejszy, może nawet niepewny. Długie ciemne włosy rozsypane na ramionach i wokół głowy wygładziły ostre rysy jego twarzy. Nie był już tak wrogi i gniewny. Otulony miękkim dymem i jasną szatą nareszcie wyglądał na tyle lat, ile faktycznie miał, a przez to zniknęła gdzieś cała dumna wojownicza postawa.
Radil ścisnął mocniej dłoń szamana, aż krew wyciekła między ich palcami, a kilka dużych kropel spadło na ziemię. W tym jednym momencie zdawał się szukać nici porozumienia, czegokolwiek co pozwoliłoby mu przebrnąć przez to z godnością. Miał dużo czasu by się z tym pogodzić. Dużo nocy, by myśleć. Teraz mieli kroczyć jedną ścieżką. Nawet jeśli nie z ich wyboru, to... stało się. Teraz nie było już odwrotu.
Powrót do góry Go down
Aidan

avatar

Liczba postów : 90
Join date : 12/01/2014

PisanieTemat: Re: Moran & Aidan    Nie Mar 30, 2014 3:51 pm

Trudno odgadnąć, czy wypływał na to spokój wyzierający ze źrenic jego towarzysza, jego własne spojrzenie nie było już jednak tak pełne niechęci jak poprzednim razem. Bardziej zatroskane, wręcz nieco zmartwione. Do zmartwienia miał mnóstwo powodów, a własny los był wśród nich być może najbardziej błahym. Pełne napięcie spojrzenia współplemieńców, które czuł na sobie mimo osłony dymu tylko mu to uświadamiały.
Nie powiedział nic, gdyż to nie był moment by cokolwiek mówić, odwzajemnił jednak mocniejszy uścisk dłoni. Gorąca, niosąca ze sobą życie krew tętniła lekko między skórą przyciśniętą do skóry, intensywny, czerwony, lepki symbol połączenia. To uczucie dobitnie uświadamiało mu, że od tej chwili mieli dzielić jedno serce, jedna ścieżkę, jedno ciało.
Gdy zasiedli na honorowym miejscu przy ogniu byli jednością w oczach wszystkich zebranych, a także w oczach bogów i Sirhil nie mógł przywyknąć do tej myśli. Dopiero gdy podano mu do picia fermentowany miód rozcieńczonym wywarem ze słodkiej, wonnej trawy, której żucie sprowadzało na człowieka uczucie błogości, poczuł jak zaczyna się odprężać. Zgodnie ze zwyczajem świeżo zaślubionym nie wolno było pić niczego mocniejszego, ale bawiący się weselnicy mieli nakaz wręcz odwrotny. Musieli bawić się głośno i hucznie, by spłoszyć wszelkie nieprzychylne duchy, przyciągając uwagę tych lubujących się w szczęściu i dobrobycie. Wydawać by się mogło, że pochłonięci owym hucznym, odurzonym, roztańczonym obowiązkiem zapomnieli o widmie wojny, szaman patrzył więc na nich z przyjemnością, podobnie jak na tryskające pod niego iskry z ogniska, wysoko, jakby chciały zając miejsce wśród świecących jasno gwiazd. Gwiazdy były dobrym znakiem, duchy pozostawały spokojne i nienatarczywe a on uświadomił sobie nagle, że od wielu dni nie czuł się równie silny i wolny od bólu. Skierował zamyślone spojrzenie na profil siedzącego obok mężczyzny – męża – zastanawiając się, czy naprawdę jego obecność koi objawy choroby czy to tylko wpływ miodu, którym go napojono, bądź też chwilowy kaprys duchów.
Nie dane mu było jednak długo rozmyślać. Grupa rozbawionych, stosownie hałaśliwych młodych ruszyła w ich kierunku, by podźwignąć ich na nogi i okrężną, roztańczoną drogą powieść ich do namiotu. Wtedy jego spokój jakby się ulotnił, a powróciło nieprzyjemne napięcie.
Zwyczajowo świeżo poślubieni małżonkowie mieszkać mieli w nowej, specjalnie dla nich postawionej jurcie, ich przypadek  nie mógł być jednak taki, jak wszystkie inne. Sirhil nadal pozostawał przede wszystkim szamanem, miał określone obowiązki, nie mógł opuścić więc swojego domostwa. Nie przywykł jednak, by zamieszkiwał je ktoś poza nim samym i duchami. Nie tylko on nie czuł się naturalnie z tą sytuacją. Młodzieńcy, którzy przeciągnęli go przez próg jego własnej jurty, chociaż maskowali to głośnym śmiechem również byli niepewni. Rozebrali go z szaty i pchnęli na posłanie, żaden nie śmiał pozwolić sobie na żarty i zaczepki, jakie miałyby miejsce, gdyby był świeżo poślubioną młoda kobietą. Bali się wyraźnie, że jeśli go urażą, zechce spojrzeć na nich złym okiem i sprowadzić nieszczęście. Nie miał rzecz jasna takiego zamiaru, był jednak wdzięczny, że oszczędzono mu dodatkowego upokorzenia. Leżąc na plecach na własnym posłaniu obserwował, jak urodziwa dzierlatka o długich nogach i ciemnych jak bezksiężycowa noc oczach przyklęka i zdejmuje buty jego małżonkowi. Widział w  jej zręcznych dłoniach i wielkich, lśniących oczach, że nie miałaby nic przeciwko by być teraz na jego miejscu. On za to nie miałby nic przeciwko, żeby jej owo miejsce odstąpić. Dla niego była to najgorsza część całego ceremoniału.
Kiedy ułożono na nim męża i czuł jego gorącą skórę przy swojej, położył dłoń na jego karku, przyciągając bliżej, tak by ich czoła się stykały. Zacisnął żeby i powieki, czekając, aż zostaną sami, nie mógł jednak uciec przed ciepłem, przed wyczulanym biciem drugiego serca… Wspólnego serca, pomyślał. Jedno serce. Jedna ścieżka, jedno ciało.
Szczęśliwie to ostatnie tylko symbolicznie.
Kiedy głosy oddaliły się zostawiających ich sam na sam otworzył oczy i naparł dłońmi na tors Radila, sugerując mu, by się wreszcie odsunął. Mimo, że nie licząc przepaski na biodrach był nagi, było mu gorąco, duszno, niewygodnie, a nade wszystko czuł zawstydzenie swoją sytuacją, faktem, że leży pod innym mężczyzną jak świeżo zaślubiona żona. Chciał uwolnić się od tego uczucia jak najszybciej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Moran & Aidan    Pon Maj 12, 2014 4:55 pm

Nigdy nie miał okazji patrzeć tak długo na oblicze Sirhila. Nigdy nie kierował ku niemu wzroku, uparcie sądząc, że dzięki temu odsunie od siebie spojrzenia duchów. Jakże bardzo się mylił. Może to ich złośliwość? Dlatego, że był tak nie pokorny i w duchu kpił z ich mocy? Oto właśnie doświadczał jej, bardzo namacalnie. Teraz jednak, gdy patrzył mu prosto w oczy dostrzegał więcej niż spodziewał się ujrzeć. Martwił się? Czym? Przecież stało się to, czego od nich wymagano, teraz jedyną rzeczą o jaką trzeba było się martwić to nadchodząca wojna. Od tego co się stało nie było już odwrotu, a jeśli on to wiedział, szaman powinien wiedzieć tym bardziej.
Oczywiści i Radil nie powiedział ani słowa. Gdy rozłączyli dłonie, spojrzał na krew oblepiającą skórę powoli zastygająca skorupą. Rana zaczynała piec. Długo będzie ją czuł podczas naciągania cięciwy łuku. Rozejrzał się po roześmianych twarzach ludu. Widział dumę w oczach ojca, a tego zobaczyć nie chciał. Jak śmiał spoglądać na to w taki sposób?! Z oburzeniem odwrócił od niego wzrok nie patrząc na niego już do samego końca. Nie patrzył też na poślubionego sobie mężczyznę, a przynajmniej do chwili, kiedy miód nie rozlał się w żyłach rozluźniając spięte ciało. Wtedy zdobył się nawet na uśmiech do szalejących w tańcu współplemieńców. Na krótką chwilę wszystko stało się łatwiejsze i mniej okropne. Noc wydawała się taka piękna, a uderzenia bębnów zlewały się z biciem serca. Niemal jak zagrzewanie do bitwy! Wtedy też spojrzał na Sirilha. Jednak nie dane im było skrzyżować spojrzeń i chyba żaden z nich tak naprawdę tego nie chciał. Pomimo udzielającego się entuzjazmu plemienia, to nadal siedzieli tutaj tylko z poczucia obowiązku. Nadal czuli do siebie niechęć i zapewne nie zmieni się to szybko o ile zmieni się w ogóle. Pomimo pysznego zapachu pieczonego mięsa, Radil nie mógł przełknąć nawet kęsa. Po tym jak obezwładniająca słodycz miodu nie miała już nad nim władzy, gryzła go świadomość kolejnej nieprzyjemnej sytuacji, która za chwilę miała nadejść. Już widział jak tworzy się roześmiana grupka młodzieży, by towarzyszyć im w drodze do... ich wspólnej jurty. Nie. Na to Radil nie mógł się zgodzić. Nie będzie z nim mieszkał, nie wyobrażał sobie tego, ale dzisiaj... na tę jedną noc zostanie tam, by tradycji stało się zadość.
Smukłe dłonie kobiet poderwały go z ziemi i obracając w tańcu powiodły za grupką rozkrzyczanych, młodych wojowników i idącego wśród nich Sirhila. Radil patrzył na jego plecy i coraz bardziej zaciskał szczęki. Nawet dość odważne gesty prowadzących go kobiet, które zuchwale dotykały jego piersi i ramion, nie przynosiły wystarczającego rozluźnienia. Wojownik spiął się cały z każdym krokiem czując jak coraz bardziej nogi odmawiają mu posłuszeństwa. Nie chciał tam iść. Nie chciał brać w tym udziału. Kolejny raz zadawał pytanie na które nadal nie mógł znaleźć odpowiedzi. "Dlaczego akurat mnie to spotyka?"
W towarzystwie śmiechów i pokrzykiwań odsłonił wejście do jurty gwałtownym gestem. Widząc na posłaniu półnagiego mężczyznę uniósł wysoko podbródek i nie powstrzymał się przed spojrzeniem na niego z niechęcią oraz... złością. Szaman, leży tam jak kobieta, czekając na swojego męża... to napawało go odrazą. Odwrócił spojrzenie ku dziewczynie, która zręcznie pozbawiła go jasnej szaty obnażając szeroką pierś, która wciąż nosiła świeże ślady pazurów bestii. Dziewczyna uśmiechając się przeciągnęła palcami po krwawych śladach, niżej, dopóki nie zahaczyła nimi o brzeg przepaski. Zachichotała i rzuciła krótkie spojrzenie na szamana. Radil westchnął, bo taka prowokacja tutaj nie zadziała, choć rzeczywiście nie miał by nic przeciwko, gdyby została tutaj, a najlepiej zamiast tego całego... męża. Patrzył na czubek jej głowy, gdy dłońmi rozsznurowywała rzemienie butów. Dlaczego to nie mogła być ona? Piękna kobieta o delikatnych dłoniach? Zacisnął pięści. Nie odwzajemnił już żadnego uśmiechu, a gdy podjęto go za ramiona by wedle obyczaju ułożyć go na ciele małżonk... a, ze złością odrzucił pomoc, samemu klękając przed szamanem. Pełen dziwnej beznamiętności wsunął się na jego ciało przyciskając swoim ciężarem. Pierś do piersi, lędźwie do lędźwi. Czuł ciepło bijące od jego skóry i wydawało mu się ono strasznie obce i niewłaściwe. Gdzie miękkość piersi? Gładkość skóry? Spojrzał mężczyźnie w oczy z bardzo bliska. Nie miał zamiaru wykonać żadnego gestu. Po prostu jedynie wytrzymać chwilę by wszyscy zebrani opuścili jurtę, dlatego zdziwił się, gdy poczuł na karku dłoń, a jeszcze bardziej, gdy użyła siły, by opuścił głowę. Zrobił to. Długie, czarne włosy zasłoniły ich twarze, ukrywając przed ciekawskimi oczami. Widział i czuł spięte mięśnie szamana. Wyczuwał jego niechęć, a to chyba tylko bardziej pogłębiało złość. Nie dość, że zmusił go do tego, to teraz tak jawnie okazuje, że go nie chce. Radil nie pragnął go. Nawet nie przeszło mu rzez myśl, że mógłby obcować z szamanem w taki sposób, a jednak niechęć okazana akurat w tej chwili przerodziła irytację w gniew. Zapewne właśnie z jego powodu, gdy tylko szaman naparł na niego dłońmi sugerując by się odsunął, Radil zacisnął szczęki i strasząc gwałtownością chwycił go za nadgarstki ściskając zdecydowanie zbyt mocno. Przycisnął jego ręce do posłania i zwiesił nad nim głowę. Oczy wojownika pełne były złości i drapieżności, której nie krył. Ciepły, przyspieszony oddech omiatał twarz Sirhila i osiadał na jego ustach.
- Boisz się? - warknął złowrogo - Czy może duchy nie wymagają od ciebie, byś ofiarował ciało swemu mężowi? - w jego słowach było dużo goryczy i jadu. Nawet jeśli tego nie chciał, gniew zmuszał go do podkreślenia swojej pozycji, do pokazania tego jak bardzo gardzi tym do czego został zmuszony. Nie pozwoli sobie, by pozbawiono go dumy. Nie w takiej chwili.
Powrót do góry Go down
Aidan

avatar

Liczba postów : 90
Join date : 12/01/2014

PisanieTemat: Re: Moran & Aidan    Czw Lip 03, 2014 1:06 pm

Przez długi, przynajmniej w jego odczuciu, moment panowała cisza. Nie absolutna, przesycona szmerem własnego lekko spłyconego oddechu, nieznacznie przyspieszonym byciem własnego serca. A także cudzym oddechem i cudzym sercem, tuż obok, bliżej niż przywyknął, zdecydowanie zbyt blisko. Ale podkreślały ją zarówno hałasy nadal trwającej biesiady, teraz odległe i stłumione, a jeszcze bardziej nieobecność głosów, cichych szeptów, jakie słyszał tak często gdzieś na granicy własnej świadomości, a które teraz umilkły, jakby w pełnym napięcia oczekiwaniu. Czuł mocny, wyzbyty z wszelkiej delikatności uścisk wokół kościstych nadgarstków… Bolesny? Być może, nawet tego nie zauważał, nie zwracał uwagi, nauczony ignorować ból skuteczniej, niż ktokolwiek niezwiązany z jego profesją mógłby podejrzewać. Dumni młodzi wojowie, mogli ślepi w swej pysze myśleć, że tylko oni mierzą się z cierpieniem, przezwyciężając słabość własnego ciała, ale przecież bogowie byli sprawiedliwi w swym okrucieństwie i obdarzali po równo – starców chorobami, kobiety bólami porodu… Każdemu człowiekowi tyle ile mógł znieść, a niektórym może i więcej. Tak, jak niektórym poświęcali więcej uwagi.
Sirhil uchylił powieki. W jego źrenicach zapłonęła złość – jak rozżarzone węgielki w gasnącym ognisku. Zamigotała i zgasła, zastąpiona gorzką rezygnacją. Jego oczy mogły mieć barwę płomieni, ale były zimne i martwe, jak dwa wyłowione z rzeki kamienie.
- Ciebie? – może uśmiechnąłby się smutno, ale czuł, że nie ma siły nawet na to. – Nie, drogi mężu, nie boję się. I przecież nie chcesz przyjąć tego podarunku bardziej nawet, niż ja nie chcę go ofiarować. A teraz puść mnie. Nie czyńmy tego trudniejszym, niż musi być.
Nie próbował go z siebie zrzucić. Nie szarpał nawet przytrzymywanymi dłońmi. Tak naprawdę nie chciał go złościć ani, prowokować. Czekał cierpliwie, dając mu czas na podjęcie decyzji. Nie miał ochoty na pierwszą małżeńską kłótnię – najchętniej odwróciłby się do męża plecami i przynajmniej spróbował zasnąć, chociaż obawiał się, że mimo zmęczenia to może nie być wcale łatwe. Lecz istotnie, nie obawiał się, nie czuł lęku, ani nawet odruchowej paniki człowieka uwięzionego, bezbronnego. Czuł się jedynie nieco… przytłoczony. Świadomy ciężaru górującego nad nim mężczyzny, siły jego mięśni i żarliwości jego gniewu. Świadomy własnych fizycznych ograniczeń, słabości wywołanej chorobą, po której ostatnim ataku był wychudzony, zapadnięty w sobie jak padlina porzucona pod piekącym słońcem stepu. Nawet gdy odzyska siły, nadal będzie słabszy od kogoś całe życie ćwiczonego w walce. Nigdy szczególnie nad tym nie ubolewał, ale teraz musiał znosić obecność kogoś uosabiającego los, jakiego jemu odmówiono. Kogoś, komu może byłby podobny, gdyby bogowie nie wskazali na niego. To właśnie uświadamiało mu przyleganie do siebie dwóch ciał, podobnych i niepodobnych jednocześnie. Słabość, nie żądzę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Moran & Aidan    Czw Lip 10, 2014 9:17 pm

Gniewu szamana należało się lękać. Tego uczono każde dziecię w plemieniu i choć zaprawdę większy strach odczuwały dzieci niźli zaprawieni w bojach wojownicy, to przez twarz Radila przemknął cień obawy dużo wyraźniejszy niż chciałby w tej chwili okazać. Jeśli wierzyć w szamańską moc, siła mięśni nie mogła przeciwstawiać się potędze boskich klątw. Czy więc rzeczywiście przyjdzie Radilowi za swoją butę odpowiedzieć w sposób straszliwszy niż to, co do tej pory musiał przeżyć? Wcześniej w swojej porywczości nie zastanowił się, czy aby teraz nie musi jeszcze rozważniej niż dotychczas używać słów, nie wspominając już o wszelkich czynach wobec szamana. Jednak wojownik prócz gorącej krwi, miał jeszcze swoją dumę, która nie pozwoliła dłoniom zwolnić stalowego uścisku. Dopiero gdy twarz Sirhila znów wyblakła, a z jego ust padły słowa prawdy, oblicze mężczyzny wygładziło się nieco. Długą chwilę Radil patrzył jeszcze w oczy swego męża, kłócąc się z własnym brakiem pokory. Ten bowiem kazał mu wziąć to, co w obliczu bogów i ludzi od dzisiaj do niego należało, a czego przecież otwarcie nie chciał i jawnie tym gardził. Na szczęście jednak niechęć wygrała. W chwilę po tym, jak wargi wojownika wykrzywiły się w grymasie złości podszytej bezsilnością, ciężar i ciepło jego ciała zniknęły. Na jednym z nadgarstków szamana pozostała jedynie smuga czerwieni pozostawiona przez przeciętą w rytuale dłoń.
Radil usiadł na posłaniu obok Sirhila, wspierając przedramiona na kolanach. Wzrok utkwił w niewielkiej szczelinie między skórami, przez którą do jurty wpadał ciepły blask ogniska, od czasu do czasu przesłaniany przed długie cienie świętujących współplemieńców. Pragnął nieść z godnością brzemię jakie na niego spadło... Już, już się z tym godził, ale przeklęty szaman znów musiał wszystko popsuć. Gdyby nie okazał tak jawnej niechęci, to... Wojownik zacisnął szczęki. Nie zrobiłby tego, nie posiadłby go. Zostałby tu z goryczą, ale bez gniewu. Teraz natomiast z buzującą w żyłach złością nie chciał nawet oddychać tym samym powietrzem co znienawidzony małżonek. Pragnął po prostu odejść. Przez myśl przemknęły mu obrazy siebie samotnie przemierzającego step. Siebie wygnanego. Samotnego. Wyklętego.
Zamknął oczy i z westchnieniem rezygnacji osunął się na miękkie skóry, które wedle obyczaju miały ogrzewać ciała splecione w tańcu pożądania. Dzisiaj mogły próbować ogrzać jedynie zimny gniew, który stworzył między zaślubionymi sobie ludźmi potężną barierę niechęci. Radil wierzył jednak, że musi po prostu przetrzymać tę jedną noc. Później nikt nie zmusi go do obcowania z szamanem w jakikolwiek sposób, wliczając w to dzielenie jurty. Formalności zostały dopełnione. Bogowie dostali to, co chcieli, niech więc cieszą się nieszczęściem wojownika, który nie da im kolejnego pokolenia wyznawców, a przynajmniej nie z poślubioną sobie kobietą. Obrócił się więc plecami do Sirhila i spróbował zasnąć, choć przez okrzyki świętujących nie było to łatwe.
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Moran & Aidan    

Powrót do góry Go down
 
Moran & Aidan
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Aidan Pond

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Yaoi Gakuen :: Off top :: Odpisz mi, Stefan! :: ∎ Historie-
Skocz do: