IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Szatnia.

Go down 
AutorWiadomość
Daveth
Kapitan drużyny koszykarskiej
avatar

Liczba postów : 103
Join date : 18/01/2014
Age : 23

PisanieTemat: Szatnia.   Pią Sty 24, 2014 2:38 pm

Kąpielisko wyposażona jest w osobną szatnio/przebieralnie z natryskami. W skład takowej wchodzi: przebieralnia wyposażona w podwójne szafki „góra-dół”, umywalnia - 15 natrysków oraz dwa WC i dwie zewnętrzne, a także dwie wewnętrzne umywalki. Jednocześnie należy nadmienić, że obiekt przystosowany jest dla osób niepełnosprawnych, posiada odpowiedni podjazd do drzwi wejściowych oraz oddzielną, zamykaną, dużą przebieralnie i przystosowaną dla potrzeb niepełnosprawnych toaletę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Szatnia.   Pią Sty 24, 2014 3:02 pm

Drzwi cichutko trzasnęły za mężczyznami, kiedy Sean otworzył je przed ratownikiem. Po krótkiej rozmowie, jeszcze nad basenem pełnym wody, ten zaoferował się, a żaden z nich (włącznie z nieogarniającym Davethem) nie śmiał mu wybijać z głowy tego wspaniałomyślnego pomysłu. Skończyło się na tym, że on sam ułożył bruneta na ławeczce, rzucając mu ostatnie uważne spojrzenie. Nie do końca pewien czy powinien zostawiać go w rękach kogoś młodszego i zdecydowanie nieupoważnionego do przeprowadzenia nawet najmniej odpowiedzialnych akcji. Chwila zastanowienia i nieprzyjemnej, ciężkiej ciszy, po której zamiast wyroku padła komenda. Sean wypuścił z siebie cichutko powietrze, stojąc przy ścianie, z daleka od tej dwójki, zdystansowany i poważny. Wpierw cierpliwie czekając na wyjście ratownika, ostatecznie przerwał mu kolejny monolog mający na uwadze wydobycie informacji z ledwo żywego chłopaka. Idiota. „Chłopak potrzebuje spokoju”, „Gdzie dostanę herbatę?”, „Oczywiście”. Drzwi trzasnęły po raz kolejny, a Daveth został sam z nakazem siedzenia w miejscu, brzęczącym nieprzyjemnie w uszach. W formie prezentu, dostał dwie minuty dla siebie. W cichej, ciepłej szatni, gdzie jedyną interesującą rzeczą był wzór kafelek na ścianie. To takie pocieszne.
Duży kubek z gorącą herbatą pojawił się tuż obok niego nagle i niespodziewanie. Tym razem Seanowi nie zabrakło subtelności przy otwieraniu drzwi i poruszaniu się po ogrzewanych kafelkach podłogowych. Na nogach miał klapki, a w dłoniach czepek chłopaka oraz własne wsuwki. Wszystko wylądowało tuż obok kubka na ławce. Kolejna chwila nieprzyjemnej ciszy, a jedyną pocieszającą myślą było to, że nie miał gdzie bruneta wrzucić. Woda skapywała z włosów i ciała tworząc wokół nich niewielkie kałuże, leniwie spływające do odpływów… Mógłby go przeprosić. Tak w sumie. Za to, że się na nim wyżył. Za to, że go przestraszył. No i że doprowadził, w sumie, do takiej sytuacji. Ale wszystko zabrzmiałoby jak wytykanie słabości, a tego Sean nie chciał (i nie mógł) zrobić.
- Będziesz jeszcze rzygał?- Ręcznik opadł na ramiona nieznajomego bruneta, gaduły, przez którą tutaj wylądowali. Połowicznie. No dobrze, w mniejszej części. Nieistotne. Trochę przepraszająco i odrobinę pokrzepiająco, zaczął wycierać mu włosy. Nigdy nie był dobry w przepraszaniu, i chociaż gest pozbawiony był czułości i delikatności, intencje były jasne. Dla Seana, bowiem potrząsanie głową osoby, która przed chwilą wymiotowała, niekoniecznie wróżyło dobre zakończenie dla tej czynności.- Jeśli tak, to po prostu uprzedź.
Powrót do góry Go down
Daveth
Kapitan drużyny koszykarskiej
avatar

Liczba postów : 103
Join date : 18/01/2014
Age : 23

PisanieTemat: Re: Szatnia.   Pią Sty 24, 2014 4:24 pm

Jeszcze przemieszczając się w stronę szatni, niczym automat powtarzał w kółko wcześniej przedsięwziętą czynność, powtarzając sobie przy tym w myślach:
"Między brwiami: Szybko bijące serce.
Skroń: Szybko bijące serce.
Pod obojczykiem: Szybko bijące serce."

Wystarczyło przez chwilę skupić się na tym i tylko na tym, aby uczucie dyskomfortu nabrzmiewające przed paroma minuty w klatce piersiowej i dopiero zaczynające w okolicach skroni, zniknęło zupełnie. Towarzyszącą temu ulgę, doprawdy ciężko było opisać jednym tylko słowem.
Nieziemsko w dalszym ciągu blady, dał się usadzić na jednej z licznych ławek. Zaraz potem, został obsypany pytaniami. Sam co prawda miał w zwyczaju mówić dużo, często przy tym nieprzerwanie i na domiar złego głośno, ale bywały jednak takie momenty, kiedy nawet on wiedział, że należało się zamknąć. Dla odmiany, teraz życzyłby sobie zgoła odwrotnego. Takiego, w którym to druga osoba zrobiłaby mu przyjemność łaskawym przymknięciem jadaczki.
Prostując się i wymuszając nieco niewyraźny uśmiech, odrobinę ochryple odpowiadał półsłówkami, powtarzając, że "nie ma się już czym martwić" i "czuję się dobrze", bo w końcu "wszystko już w porządku". I tak dopóki ratownik w końcu nie dał mu spokoju. A później... Później został sam. Co prawda nie na długo, ale wystarczająco by zdołać zebrać się w sobie. Zbyt żenującym by było robić z siebie wielce poszkodowanego. Jakby już dostatecznie się nie upokorzył, pozwalając strachowi wziąć nad sobą górę. Niby nic nie mógł z tym zrobić, ale co takiego było w tym pocieszającego?
Raz i drugi odetchnął jeszcze głośno, starając się raz wtóry rozluźnić spięte gdzieniegdzie mięśnie, nim bordowowłosy chłopak pojawił się przy nim powtórnie. Jak duch. Zupełnie znikąd. Czy to może raczej przez jego własne roztargnienie? Tak czy inaczej, trzeba było się wziąć w garść. Skierował zatem spojrzenie na kubek pełen parującego naparu i ostrożnie ujął go w obie dłonie. Dostrzegł również swój czepek. Nie byłoby mu go jakoś szczególnie żal, ale i za to pozostawał wdzięczny.
- ...dziękuję. - odezwał się wreszcie, ciesząc się ciepłem naczynia. Na razie chyba nie był w stanie przełknąć czegoś tak gorącego, ale nie miał nic przeciwko żeby odczekać nim odrobinę przestygnie.
- ...! - nagle wzdrygnął się znowu. Powodem tej reakcji był ręcznik, który ni stąd ni zowąd wylądował na ramionach i połowicznie łepetynie. Nie miał czasu jej unieść ani zadać nasuwającego się pytania, ponieważ szybko został zaatakowany intensywnymi ruchami cudzych dłoni. Nie wiedział dlaczego, ale zdążyło go to rozbawić. Praktycznie nieświadomie, pozwolił sobie na ciche parsknięcie pod nosem.
- Nie. Nie sądzę. - przyznał po krótkim namyśle, opierając łokcie o kolana. Jak dobrze, że jego żołądek był pusty, a w głowie nie kręciło się tak jak wcześniej. Inaczej rzeczywiście wstrząsy mogły przyczynić się do pogorszenia sytuacji miast jej poprawienia.
- Przepraszam za to. - dodał dość niespodziewanie. Jakby to wszystko nie było wystarczająco dziwne, jeszcze go przepraszał. Cóż, nikt nie spodziewa się, że "niewinny żart" - bo jako niezdrowy optymista tak a nie inaczej odebrał całe zajście -obróci się przeciwko niedoszłemu dowcipnisiowi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Szatnia.   Pon Sty 27, 2014 4:42 pm

Dłonie w jednostajnym, odrobinę leniwym tempie tarmosiły jego włosy za pomocą ręcznika, co jakiś czas nieprzyjemnie ocierając się o uszy bądź czoło. Zupełnie przypadkowo, jeszcze mniej komfortowo pociągały za pojedyncze kosmyki, przynosząc więcej bólu niż przyjemności. Ale to dobrze. Palce Seana odciągały uwagę od sytuacji sprzed chwili, wymuszając na chłopaku skupienie się na tej prozaicznej czynności. Świat wirował przed jego oczami dopóki nie zamknął oczu, a ciało kołysało się wraz z głową, próbując zmniejszyć katusze do minimum. Dłonie jednak były bezlitosne, dalej go torturowały za pomocą coraz wilgotniejszego ręcznika. Aż w końcu świat przestał wirować, a mokry materiał opadł na jego barki.
Sean wciągnął w płuca powoli powietrze, warząc jego słowa w głowie. Czegoś nie zrozumiał, bądź pominął jakiś szczegół? Kwestia winy nie pozostawała wiele miejsca do dyskusji, sprawa była jasna. To on wrzucił chłopaka do wody, był agresorem, a nie ofiarą. Czemu więc dostawał przeprosiny zamiast wyrzutów?
- Zawsze robisz z siebie taką ofiarę?- Tym razem to on parsknął, ukrywając niepewność pod maską minimalnego rozbawienia.- Nie ma potrzeby, wierz mi, że doskonale wychodzi Ci ta rola bez dodatkowych starań.- Dodał w formie żartu, siadając po drugiej strony przymierzalni. Suchy ręcznik luźno leżał przy jego udzie, nieruszany oraz zapomniany. Nie było sensu się wycierać i brudzić go wodą z chlorem, skoro później i tak skoczy pod prysznic, zmywając z siebie ten nieprzyjemnym, drażniący zapach. Z włosów większość wody spłynęła, na ciele perliły się pojedyncze krople wody, a ciepło w pomieszczeniu nie dawało im dłuższych szans na przeżycie. Sean przetrzepał jeszcze kosmyki ręką, a następnie wycisnął z nich pozostałości wody, aby mieć z głowy ten problem. Kałuża pod jego stopami powiększyła się jeszcze bardziej.
- Ćwiczyłeś coś?- Na przykład własne opanowanie i próbę przejęcia kontroli nad strachem? – O tej porze nie ma kursów dla początkujących. W weekend powinieneś znaleźć odpowiednią ofertę. - Trochę nerwowo pocierał dłonie i nadgarstki. Chciał zapalić. Musiał zapalić. Zgubne pragnienie w środku zimy, na terenie szkoły i mokrą głową. W efekcie rozpoczął zabawę palcami, próbując skoncentrować się na rozmowie. Wybadaniu terenu i dowiedzeniu się po jakie licho brunet pcha się indywidualnie na basen, skoro panicznie boi się wody i najwidoczniej nie potrafi pływać. Tak dla odmiany, mógłby teraz zacząć gadać. Opowiadać o pozornie istotnych, bądź (słusznie) bzdurnych pierdołach. Rzucić Seanowi na pożarcie jakąś niebanalną historię i zainteresować nią czy sobą. Byłby mu za to wdzięczny. I może wyrzuty sumienia przestałyby go nękać, a zwykle „przepraszam” pchać się na usta, przy jednoczesnym tworzeniu problemów ze zwykłym wypluciem tego słowa.
Powrót do góry Go down
Daveth
Kapitan drużyny koszykarskiej
avatar

Liczba postów : 103
Join date : 18/01/2014
Age : 23

PisanieTemat: Re: Szatnia.   Pon Sty 27, 2014 7:26 pm

Uśmieszek spowodowany naiwnym wyobrażeniem zgoła przyjemniejszego efektu integracji ręcznika, jego włosów oraz dłoni towarzysza, szybko spełzł z jego ust, dla odmiany zastąpiony grymasem średniego zadowolenia z mającego miejsce obrotu sytuacji. Nie żeby należał do nadmiernie delikatnych ani tym bardziej przewrażliwionych, ale czy ten osobnik aby przypadkiem nie wziął sobie za punkt honoru urwać mu łeb? A może raczej chodziło o zrobienie w niej kilku, łysych placków? Licho jedno raczyło wiedzieć. Jedno było pewne, żadna z powyższych opcji nie stanowiła urzeczywistnienia jego marzeń.
- Ej, ej, ej...! Przystopuj no trochę! Znowu zaczynają się helikoptery... - poza powiekami, na dłuższą chwilę zacisnął również usta. Tak na wszelki wypadek. Lepiej nie kusić losu, nawet jeśli miast żołądka, przede wszystkim wirowało mu teraz w tej nieszczęsnej łepetynie. Dopiero co zaczęło mu przechodzić i prawdę powiedziawszy, nie miał ochoty wracać do punktu wyjścia zaraz po wyruszeniu z niego! Biedna głowa, biedne włosy...
A jednak mimo wszelkiego dyskomfortu, nie wyrywał się. Dość miał szamotanin jak na jeden dzień. Odruchowo tylko, o tyle o ile spróbował wcisnąć łepetynę między własne ramiona, jakkolwiek niewiele to dawało. Dzieląc skupienie między obejmowanie dłońmi kubka pełnego herbaty, a wsłuchiwanie się w krzyki cebulek włosów, udało mu się doczekać upragnionego końca mąk. Nim zdołał choćby pomyśleć o powstrzymaniu się, westchnienie pełne ulgi raptem wypłynęło z jego ust. Naprawdę myślał, że mózg w pewnym momencie zamieni się w szejk...
Otwierając najsampierw jedno oko na próbę, wreszcie miał możliwość zerknięcia ukosem na twarz swego oprawcy i upicia kilku, drobnych łyków przyniesionego przez niego naparu. Nieposłodzone, ale nieważne. I tak nie przepadał za cukrem i stanowczo wolał jego brak niż nadmiar, zwłaszcza że o to nie było stosunkowo trudno. Bardzo źle znosił więcej niż jedną, płaską łyżeczkę. Za to dźwięk słowa: "ofiara", poczuł jakby ktoś zrzucił na niego niewidzialne kowadło rodem z kreskówki. Albo raczej na jego wypaczone ego, które w wyniku tego, ładnie i równiutko zostało przezeń spłaszczone.
- Ofiarę? Jak niemiło. - naburmuszył się widocznie, ściągając przy tym brwi. - Faktycznie nie myliłem się sądząc, że wyglądasz na kogoś z ciętym jęzorem. - umilkł na chwilę, aby raz jeszcze łyknąć zdrowo i oprzeć plecy o zimny metal szafek za nimi. Jeśli zmuszając się do naturalnego zachowania mógł sprawić, że wydarzenia sprzed paru chwil staną się bardziej odległe, byłoby to dla niego bardzo wygodne. Przejmowanie się i tak nie było w stanie niczego zmienić. Prowadzić konwersację i cieszyć się rozgrzewającym od środka napojem - to najlepsze rozwiązanie.
- Przepraszam bo wiem, że musiało to wyglądać diabelnie nieprzyjemnie. - pomińmy, iż faktycznie był człowiekiem-ofiarą, wiecznie praktykującym wpadanie na ludzi oraz stojące mu na drodze, zazwyczaj bardzo dobrze widoczne rzeczy. Ot takie latarnie czy kubły na śmieci... Co prawda, był to z pewnością inny rodzaj bycia: "ofiarą" niż ten, który insynuował mu rówieśnik, ale nadal stanowił o wysokim poziomie wrodzonego frajerstwa.
Sam podobnie jak tamten, ociekał jeszcze ciągle wodą, lecz dopóki w pomieszczeniu było ciepło, kompletnie nie zwracał na to uwagi. Mógłby się wytrzeć... To prawda. Z tym, że jego suchy ręcznik wisiał na jednym z wieszaków na ścianie naprzeciwko, a co za tym szło, pozostawał obecnie poza zasięgiem chęci wszelakich. Zwłaszcza gdy padły słowa, których nie do końca z początku zrozumiał, sądząc po głupiej minie jaką zrobił, odzwierciedlającą nią pełnię konsternacji w jaką został za ich pomocą wprawiony.
- Eh? - wyrzucił z siebie raczej mało inteligentnie, zabawnie przekrzywiając głowę do boku, jak to czasami mają w zwyczaju psy sprawiając tym wrażenie usiłujących pojąć znaczenie wykładanej im przez człowieka tyrady. Gapił się tak na niego, praktycznie nie mrugając, podczas gdy turbiny w jego głowie wzmogły tempo obrotów.
- Nie. Nie potrzebuję czegoś takiego. Co prawda ciągle zwracają mi uwagę, że mam sztywne nogi przy kraulu, ale żabka i styl motylkowy idą mi całkiem nieźle. Czemu pyta-... AH! - przerwał zadawanie pytania, bowiem wreszcie raczyło mu zaświtać. No cóż, lepiej późno niż wcale.
- Czekaj no, chyba nie chcesz mi powiedzieć-... Naprawdę sądziłeś, że nie umiem pływać? Poważnie? Wiesz, że powinienem poczuć się urażony? Nie jestem aż takim kretynem żeby wybierać się na basen, nie wiedząc co na nim robić aby się nie utopić! - odstawił kubek na bok i zaczął dłońmi pocierać ciągle wilgotny od opadających nań włosów, kark. - Po prostu nie najlepiej radzę sobie w wodzie w różnego rodzaju " nagłych wypadkach". To żenujące, ale nie jestem w stanie nic z tym zrobić. Więc przepraszam za kłopot, jasne? - wyjaśnił co prawda wielce pretensjonalnym tonem, lecz i ten szybko zmienił się wraz z całkiem szczerym wyszczerzem jaki pojawił się na jego paszczy. Ludzie niepoprawnie optymistyczni najwyraźniej już tak mają. Zwłaszcza, kiedy nie lubią pokazywać iż jakiekolwiek problemy zwykły ich martwić przez więcej niż krótki moment.
- Co jest? Przejąłeś się? Zawsze możesz postawić mi obiad jeśli czujesz się czemuś winny~ - nie żeby wykorzystywał każdą, nadarzającą się okazję do zjedzenia czegoś na mieście i to kompletnie za free~ Chociaż w rzeczywistości, obserwując chłopaka dyskretnie lecz przy tym całkiem uważnie, chyba chciał go tylko sprowokować do bardziej żywotnej reakcji. Wyglądał jak na jego oko zbyt markotnie. Jakby faktycznie przejmował się tym, że mógł zawinić całemu zajściu. Nie żeby tego nie rozumiał, ale przecież równie dobrze był w stanie poślizgnąć się i wylądować w basenie równie pechowo bez jego pomocy. Zakończyłoby się to z tym samym skutkiem, a może i gorzej, bo niekoniecznie zostałby przez kogokolwiek zauważony. Nie miał mu zatem niczego za złe. Daveth to głupiec, nie znoszący kiedy ludzie zaprzątają sobie nim głowę w podobny sposób. Sprawianie innym problemów tego typu, to ostatnie na co miał ochotę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Szatnia.   Pon Sty 27, 2014 8:43 pm

Chłopak z ciętym jęzorem, mówisz? On sam powiedziałby, że jest zwyczajnie grubiański. Nie było sensu spychać brudów pod dywan, czy ubierać je w ładne określenia czy mniej zrozumiałe terminy, które dla czytelnika miały głównie „estetycznie” wyglądać, a nie sensownie brzmieć. Tak, bywał chamski i nie zawsze przy tym szczery, niejednokrotnie monotematyczny i zrzędliwy. Na tak ładne ubranie jego wady i cóż, po prostu złośliwość (nazywaną często „taktem”, bądź jej brakiem, przez rozmówcę), jednak musiał się uśmiechnąć. Chmurny wyraz twarzy nie uległ piorunującej zmianie, oczy nie zmrużyły się z rozbawieniem, a zmarszczki nie pojawiły przy kącikach. Brakowało wesołych, pozytywnych dołeczków w policzkach. Poważne osoby nie posiadają charakterystycznego wyrazu twarzy, zazwyczaj można zauważyć brak większej ekspresji, z subtelnymi zmianami w kącikach ust czy powiększaniem się źrenic. Słusznie chłopak zauważył, Sean wyglądał dość markotnie, jednak sytuacja nie miała większego wpływu na kiepską mimikę jego twarzy.
- Nie tylko wyglądało, ale i takie było.  Nie widzę jednak sensu…-  Ach tak… Jasne. Skrzywił się lekko, słuchając monologu chłopaka. To był jego problem, generalnie ludzie nie chcieli go słuchać. Nie potrafili odróżnić od siebie wypowiadanych przez niego słów, czy po prostu drażnił ich jego charkot. W tym wypadku nie można było nawet nazwać tego „chrypką”.  Zastosował więc inną metodę, w razie jakby chłopak faktycznie nie usłyszał jego szeptu zajęty kontemplacją kubka z gorącą herbatą, którą sam zaparzył w pokoju dla personelu, ratowników. Zaczął głośniej mówić, brzmiąc jak czterdziestoletni palacz.– Topiłeś się. – Nazwijmy rzeczy po imieniu, to dalsza część „braku taktu” mniej więcej na poziomie nazwania bruneta ofiarą. – Tu nie chodzi o MÓJ brak komfortu.
Przeforsowanie swojego zdania zawczasu było dobrym pomysłem. Całkiem niezłym, mógł sobie pogratulować wyczucia, skoro chwilę później chłopak zaczął nadawać. W końcu. Równie dobrze mógł pogratulować i jemu. Sytuacja była żenująca, pogubił się jednak przy osądzaniu, kto miał większego pecha. Brew poleciała do góry, kiedy słuchał o tym jakie style chłopakowi wychodzą, a które nie, uznając jego pytanie za retoryczne, skoro miał prawo mieć wątpliwości odnośnie jego umiejętności pływackich. Jakkolwiek śmiesznie by to nie brzmiało. Brunet jednak z każdym słowem przechodził samego siebie, zaskakując Seana jeszcze bardziej. Gadał, gadał i gadał. Bla, bla, bla. No dobrze, może nie do końca tak. Bendtner nie przerwał mu ani razu, nie parsknął kpiącym śmiechem i nie wniósł oczu do nieba w jawnej prośbie o więcej cierpliwości. Jedynie… To było miłe, a jednocześnie irytujące. On musiałby ubrać to wszystko w zwięzłe „umiem pływać, jednak nie radzę sobie psychicznie na głębokiej wodzie”, a ten bezproblemowo używał do tego krótkiego przekazu masy niepotrzebnych słów, nie bacząc nawet na ponurą sylwetkę rozmówcy. Ehem. „Rozmówcy”.
- Jasne.- Parsknął śmiechem, pochylając głowę, kręcąc nią na boki. Co w tej szkole robił niepoprawny optymista? W miejscu, gdzie większość ludzi było podobnych do niego: gburowatych, aroganckich i nieprzyjemnych. Pilnujących własnego nosa, nie baczących na konsekwencję, gdy ktoś naruszał ich przestrzeń i przeszkadzał. Idiota. Odkrząknął. Przepraszał za zrobienie kłopotu…Za to jaki podstępny idiota.
- To Twoja stała taktyka na wyłudzenie obiadu?- Sytuacja prosiła się o wykorzystanie, co? Ciężko było jednak udać przerażenie, tak realne przerażenie z wykorzystaniem własnego żołądka, nie wspominając o drgawkach.- Strategia jest dobra, jesteśmy umówieni. A teraz pij herbatę zanim wystygnie.- Zamek kliknął cicho, a szafka otworzyła się. Sean zignorował ładnie złożone ubranie czy torbę w którą opchnął kosmetyki typu żel pod prysznic, rzucając jednak fajkom tęskne spojrzenie. Interesował go coś innego, cenniejszego nawet od samych papierosów. Srebrna biżuteria szybko powracała na swoje miejsce, na nadgarstki wsuwały się bransoletki, na place obrączki i pierścionki, zaś naszyjnik wraz  z nieśmiertelnikiem wylądował na klatce piersiowej. Przeciągnął się. Nagle przestał czuć się nagi, pomimo kąpielówek na tyłku. Zadziwiające, że nie posypały się niewybredne żarty o jego podobieństwie do Golluma... I jego skarbu.
- Jak zakładam obiad odpowiada Ci dzisiaj? - Krótkie zerknięcie na zegarek w szatni i szybki wniosek: posiadał półtorej godziny. Pytanie czy chłopak wygada się przez ten czas... I czy on sam przekona się do niepoprawnego gadulstwa.
Powrót do góry Go down
Daveth
Kapitan drużyny koszykarskiej
avatar

Liczba postów : 103
Join date : 18/01/2014
Age : 23

PisanieTemat: Re: Szatnia.   Pon Sty 27, 2014 11:07 pm

Problem Davetha nie opierał się tylko i wyłącznie na przekraczającym zdrową skalę optymizmie, toczącym niczym choroba jego ciało oraz umysł, ale także pewnym braku wyczucia dla sarkazmu, ironii czy najpaskudniejszej złośliwości. Zazwyczaj w zależności od nastroju, słyszał dokładnie co chciał usłyszeć. To, że się uśmiechał niemalże 24h na dobę, nie musiało wcale znaczyć, że akurat nie czuje w głębi ducha głębokiej frustracji czy złości. Tego rodzaju uczucia, potrafił świetnie maskować pod wyrazem twarzy człowieka o niezłomnej pogodzie ducha. Kłopot w tym, że nikt nie jest w stanie robić tego typu rzeczy w nieskończoność. Żeby przypadkiem nie zwariować lub wybuchnąć w mało odpowiedniej na to chwili, należy umieć znaleźć sobie dobre ujście. W podobnych momentach, wystarczyło udać się w bardziej szemrane dzielnice i dać zaczepić a następnie sprowokować, pierwszemu lepszemu, podejrzanemu typkowi. Nie mniej na co dzień, nawet zaraz po zdarzeniu tak nieprzyjemnym jak to miało miejsce przed kilkunastoma minutami, ciężko było go do siebie zniechęcić. Kolega zachowuje się wobec niego jak cham, gbur i prostak? "E tam! Pewnie ma gorszy dzień albo po prostu jest nieśmiały. Nie umie nawiązać kontaktu. Pomęczę go trochę, na pewno okaże się, że równy z niego gościu~" - mniej więcej tak wyglądało jego zwyczajowe rozumowanie. Prawdziwym gburem, chamem i prostakiem zostawało się dopiero, kiedy tydzień napastowania takowej osoby nie spowodował najmniejszej zmiany w jej nastawieniu. Z tej też przyczyny, Sean nieświadomie miał już z Davethem pod górkę - parsknął przy nim i wytarł mu mokry łeb. To drugie mogło być i owszem niedelikatne, jednakże dla niego niezmiennie pozostawało odebrane w bardzo pozytywny sposób. W każdym razie w bardziej pozytywny, niż dreszcze jakie przebiegły mu po plecach, kiedy tamten użył słowa: "klucz".
- T-Tylko trochę spanikowałem! - zaprotestował zupełnie niepotrzebnie wobec oczywistej oczywistości, wyrzuconej mu przez czerwonowłosego. Zadziałało na niego niczym plaszczak. Nawet nabrał trochę ze swojego, utraconego dotąd na rzecz bladości koloru. Problem w tym, ze tylko i wyłącznie na twarzy, ale nie ma co zagłębiać się w szczegóły. I tak całe swoje zażenowanie "topił" w dalszej paplaninie. Mówienie przychodziło mu bez trudu w choćby i najbardziej kryzysowej czy podbramkowej sytuacji. Mógł nawijać o czymkolwiek. Zawsze była okazja jak i temat, a gdy tego drugiego zabrakło-... Znając go, potrafiłby się roztrajkotać równie dobrze o NICZYM. Niemożliwe? Z łatwością obala ten mit co najmniej raz na tydzień.
- Czasami jeszcze rzucam się pod koła samochodom, rowerzystom, deskorolkarzom lub pozwalam porwać Obcym. - podłapał uwagę zarzucającą mu krętactwo, chętnie przeradzając przy okazji na swoją korzyść w coś zabawnego. Swoją drogą, większość normalnych lidzie musiałaby się na jego miejscu poczuć prawdziwie urażona. Teoretycznie, nikt nie lubi kiedy stroić sobie żarty z tak wyraźnie groźnego lub przynajmniej poważnego stanu, ale jemu najwyraźniej było wsio. ... Zaraz... Co on właśnie powiedział? Zgodził się?! Na serio??
- Poważnie?! - gdyby posiadał ogon, właśnie wywijałby nim szalone młynki. Teraz nie ma mowy, żeby uznał ten dzień za nieudany! Zwłaszcza, że faktycznie robił się głodny. Naprawdę głodny! Nie jadł nic przez cały dzień, a to co zapełniało mu żołądek (czyli poranna herbata), wyszło wraz z chlorowaną wodą, której nałykał się niekoniecznie chętnie i z własnej woli. Jeszcze co prawda nie burczało mu w brzuchu jakby uwięziono tam stado rozwścieczonych niedźwiedzi polarnych, ale należało się spodziewać, że i to wkrótce nastąpi. Tymczasem z oczyma święcącymi jak po zwycięskim meczu, czym prędzej dorwał się do kubka z niedopitym naparem w ramach jego całkowitego opróżnienia. Jak na komendę. Rozochocił się. Zdaje się, że nawet ma już siłę aby wstać i ruszyć szanowne cztery litery po ten nieszczęsny ręcznik. Tak też zrobił, odstawiając uprzednio grzecznie osuszone naczynie na ławkę oraz ręcznik, którym wytarte zostały jego włosy. Energia z pewnością wracała mu w niebywałym wręcz tempie.
- Pewnie! Jeśli tylko i tobie odpowiada ta opcja. - przerzucił własny, długi ręcznik przez lewe ramię i tym razem obrał kierunek na szafkę ze swoją częścią depozytu. Przy okazji nie umknęło jego uwadze ile różnego rodzaju błyskotek zakłada na siebie-... No tak. Wciąż nie zapytał, prawda?
- Hej? Jak ci właściwie na imię? - było zbyt niezręcznym wyżulić obiad od kogoś, kogo imienia nawet się nie zna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Szatnia.   Czw Sty 30, 2014 9:48 pm

Bendtner bezpiecznie stojąc plecami do drugiego chłopaka, wywrócił oczami w kierunku szafki ze swoimi rzeczami. „Trochę spanikowałem”. W porządku, nie zamierzał negować tego,  niespecjalnie interesowało go dobieranie odpowiedniego określenia do sytuacji czy emocji chłopaka, odpowiedzialnych za tak gwałtowną reakcję. Temat został szybko ucięty, ale niezapomniany. Nie krążył jednak między nimi, niemy, w postaci ciężkiej i nieprzyjemnej atmosfery. Daveth swoją irytującą osobą skutecznie rozwiewał wszelkie pochmurne chmury, zbierające się nad ich głowami. Paplał, śmiał się, jeszcze więcej paplał, a każde następnie słowo wydawało się być wstępem do zabawnego żartu. Żaden jednak nie padł, a gadania i śmiania się, było jeszcze więcej. Do tego ten optymizm… Porwał się z motyką na słońce, czuł to całym sobą, a motywacji do przełknięcia tego stanu rzeczy, po prostu brakowało.
- Sean. Ty byłeś… Dave?- Krótka, zauważalna chwila zawahania. Zamek wydał z siebie to specyficzne zgrzytnięcie, gdy Sean wyciągnął z wnętrza torby czyste ubrania i parę dodatkowych przedmiotów. David? Daveth? Marszczył czoło i ściągał ku sobie brwi, w koncentracji. Wszystko brzmiało podobnie i wprowadzało młodego Brytyjczyka w konsternację. Lekkie zmieszanie. Irytację. Nie lubił podobnie krępujących sytuacji, gdy nie pamiętał imienia wymienionego kilkanaście minut temu. -Daveth? – Pstryknął palcami, jakby to miało mu w czymkolwiek pomóc. I pomogło, ale czasu na odpowiedź chłopak nie dostał.
Drzwi się cichutko otworzyły, jednak grupa osób wchodzących do szatni nie uszanowała ciszy. Trójka chłopaków, jeden podobny do drugiego: wysoki, napakowany i głośny. Już w progu zaczęli zdejmować koszulki, i och, jakie to było zabawne, machać nimi nad głowami. Sean odprowadził wzrokiem torbę, która dzięki kopniakowi przejechała po podłodze, kończąc swój kurs pod szafkami. Darował sobie rzucanie sceptycznych spojrzeń następnej, która mocniej grzmotnęła o metalowe drzwiczki. Następne w kolejce do wyprowadzenia go z równowagi były ubrania, latające po pomieszczeniu. Przepocone koszulki, jakieś skórzane paski. Coś w nim rosło. Tymczasem trójka chłopaków ślizgała się w skarpetkach (logika zamieniania ich na klapki, widocznie przekraczała zdolności rozumowania świata), opowiadając sobie jakieś chamskie, żenujące żarciki. Długie palce mocniej zacisnęły się na żelu pod prysznic, a wyobraźnia podpowiadała coraz to nowsze scenariusze zakończenia ich przedstawienia. Być może dostanie po głowie czymkolwiek sprowadziłoby ich na ziemie.
- Daveth! Kapitanie!- Wywrócił oczami, nie mogąc się już opanować. Po raz drugi, trzeci, ewentualnie piąty. Czy to robiło jakąkolwiek różnice? Zdaje się, że to jeden ze sprawdzonych sposób odreagowania powiększającej się stopniowo irytacji.- Już skończyłeś?
Powrót do góry Go down
Daveth
Kapitan drużyny koszykarskiej
avatar

Liczba postów : 103
Join date : 18/01/2014
Age : 23

PisanieTemat: Re: Szatnia.   Pią Sty 31, 2014 7:32 pm

W przeciwieństwie do rówieśnika, Davethowi wciąż zbyt daleko było do zmęczenia własną gadaniną. Cisza, którą obowiązkowo musiał zachowywać w domu, rekompensował sobie z nawiązką każdego jednego dnia szkoły. Pech chciał, że tego akurat padło na Seana - człowieka, który nie nawykł do towarzystwa podobnych mu osób. Nic to jednak dla niego samego nie znaczyło. Przecież każdego ponuraka da się rozruszać tą czy inną metodą, a jeśli jemu się to nie uda, to niby komu?
Zbyt wielkie mniemanie o swoich umiejętnościach? Być może. Na tyle przynajmniej wielkie co pewność siebie, dzięki któremu równie często odnosił sukcesy jak i obrywał. Co prawda ów sukcesowi równała się w najczęstszych przypadkach kapitulacja nękanego, nie zaś nawrócenie go na ścieżkę optymizmu. Tylko czy to w ogóle takie ważne jeśli tym sposobem nauczył się znosić jego towarzystwo? Dla niektórych najwyraźniej nieszczególnie, zwłaszcza jeśli wystarczy im świadomość iż dokonali czego chcieli "po swojemu".
- Sean? Jesteś Irlandczykiem? - zdziwił się całkiem szczerze i tym baczniej zlustrował chłopaka wzrokiem, z góry na dół. No, no. Czyżby ktoś z jego rodzinnych stron? Skąd dokładnie? Musiał wiedzieć! I dowie się. Z pewnością.
- Heeh~? Zapamiętałeś. Jestem pod wrażeniem. Byłem pewien, że nie słuchałeś kiedy do ciebie mówiłe-... - nie dokończył, całkowicie zagłuszony i na krótki moment  wręcz zdezorientowany harmidrem oraz chaosem jaki rozpętał się już od progu szatni. Niby ledwie trójka wyrostków, a zamieszania robiła za całe stado wściekłych jenotów. Wściekłych samic jenotów w okresie rui. Ale czego tak naprawdę jak nie tego, spodziewać się po jego własnych znajomych? Choć nie łączyło ich co prawda nic ponad treningi na tej samej sali i fakt, że były to jedne z osób z którymi dało się zagrać dobry mecz.
Obserwując ich dzikie harce, pokręcił jedynie głową z błądzącym na ustach uśmieszkiem połowicznego rozbawienia do pary, na oślep wyszukując w szafce żelu pod prysznic i ciuchów na zmianę. Nie na próżno wyczekiwał momentu aż zostanie zauważony. Kiedyś to przecież musiało nastąpić.
- Aye! Aye! - zasalutował im, z pewną pobłażliwością śledząc tor lotu spodni jednego z nich, aż te nie wylądowały mu pod nogami. -Tak jakoś wyszło. I sorki... - nabrał na stopę dolnej część garderoby, walającej się po podłodze i lekkim rozmachem nogi odrzucił ku właścicielowi. - ...ale nie przyjmuję do kolekcji ciuchów od kogoś, z kim nawet nie byłem na randce. A swoją droga... Właśnie się na nią wybieramy. - klepnął Seana z rozmachem między łopatki, zanim złapał za ramiona i przekręcił, nakierowując tym samym w stronę natrysków. Trzem osiłkom tylko puścił oczko. Wiedział, że nie wezmą tego na serio. Pewnie aż za dobrze znali jego poczucie humoru.
- Wpadnijcie znowu na nasz trening! Miło będzie pograć z kimś doświadczonym i w ciągle dobrej kondycji! Swoją drogą... Moglibyście się po prostu do nas przyłączyć. No! Miłego! - popchnął czerwonowłosego przed sobą, poganiając. - Jestem głodny. - poinformował go jak gdyby nigdy nic.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Szatnia.   Pią Sty 31, 2014 9:49 pm

Dłonie zacisnęły się wraz ze szczęką, minimalnie wyostrzając rysy twarzy w delikatnej twarzyczce Seana. Zęby zgrzytnęły, a po paznokciach pozostały małe półksiężyce na skórze. Nie opanował się i zamiast oddania chłopakom w lekkim tonie ubrań, on dosłownie rzucił im prosto w pierś jedną ze zwiniętych koszulek. Kawałkiem szmaty, którym dostał sekundę temu w ramie. Nie bolało, oczywiście, że nie będzie mieć po tym okropnych siniaków czy wyłamanych barków, chodziło o sam fakt. Rosnącą irytację i brak zobojętniania przy idiotach. Na idiotów. Miał naprawdę nienajlepszy dzień i wyżywał się na nieodpowiednich osobach.
Zachwiało nim lekko, gdy Daveth klepnął go między łopatkami. Naprawdę mocno. Musiał zacisnąć wargi, aby nie stęknąć i jednak nie zrobić tego malutkiego kroku do przodu, pozwalającego zachować równowagę. Po tym zostaną ślady. Centralnie na środku pleców ogromny, ciemnofioletowy siniak. Jak ofiara jakiegoś pobicia. Znowu. Westchnął cicho, utrzymując twarz przy członkach drużyny i samym kapitanie. Pomimo przyzwoitego wzrostu i nienajgorszego ciała, wyjątkowo łatwo było nim pomiatać. Odsuwać, przysuwać, popychać i układać według swojej myśli. Był jak kukiełka, w nieodpowiednich i nieświadomych jego delikatności rękach.
- Nie rób tego.- Ochrypły szept został zagłuszony przez dzicz, głośne okrzyki i samego bruneta, zajętego kontynuacją paplania. Sean przestał go słuchać na krótką chwilę, skupiając się na bezczelnych dłoniach wyprowadzających go z głównej części pomieszczenia do innej, mniejszej, z kabinami prysznicowymi. To nie był zły pomysł, im dalej odsuwał się od osiłków, tym coraz lepiej wychodziło mu odbudowywanie własnego opanowania i spokoju. Mozolnie układane kostki domino jednak posypały się, gdy usłyszał jedno zdanie. Jakieś durne spekulacje. Głupi żart. Daveth grzmotnął plecami naprawdę boleśnie o ścianę, aż zadudniło. Szczupłe, ale widocznie wystarczająco silne przedramię, ściśle przylegało do jego szerokiej klatki piersiowej, przyciskając do chłodnej powierzchni. Sean nie wyglądał już tak niewinnie z ostrym, przeszywającym wzrokiem i arogancko uniesionym podbródkiem. Postawą gryzącą się z jego wyglądem.
- Więc idziemy na randkę?- Nie potraktował tego poważnie… On sam nie wiedział o co się właściwie wściekał. Czemu przez jeden żenujący żart rzucił się na chłopaka, a jego koledzy słysząc rumor zaczęli gwizdać i krzyczeć. Coś o wstępnej grze, namiętności i ciśnieniu. Poczekaniu na ich wyjście, skoro nie dotrą do własnych pokoi. Miał już parę podobnych sytuacji, przez własny brak zahamowania i żartowania sobie z podobnych przyjemności. Właściwie to… To randek. Odetchnął. Musiał się uspokoić. Wejść pod ciepłą wodę, pozwolić ciału się rozluźnić i myślom odpłynąć. Na krótką chwilę. Przekrzywił głowę, uśmiechając się lekko. Oczywiście sztucznie, ale Dave nie miał prawa tego wiedzieć.- Jesteś beznadziejny w zaproszeniach…. Zmyj jedynie z siebie ten okropny zapach, nie lecę na facetów śmierdzących chlorem.- I strachem. Mrugnął okiem w przegiętym geście, zabierając rękę i odsuwając się na bezpieczną odległość. Gwizdanie w szatni dalej tworzyło… Specyficzne tło i atmosferę.
Powrót do góry Go down
Daveth
Kapitan drużyny koszykarskiej
avatar

Liczba postów : 103
Join date : 18/01/2014
Age : 23

PisanieTemat: Re: Szatnia.   Pią Sty 31, 2014 11:49 pm

Gdyby ktoś mu powiedział, że Sean należy do ludzi fizycznie względnie delikatnych, zapewne w pierwszej chwili zaśmiałby mu się w twarz. Dalej kolejno, zapewne po minionym rozbawieniu, doszłoby do nie lada zaskoczenie i niedowierzanie, a dopiero na sam koniec zakłopotania oraz mocnych wyrzutów sumienia. Nawet jeśli nie było tego po nim widać na pierwszy, drugi czy trzynasty rzut oka, naprawdę nie lubił sprawiać innym bólu czy przykrości, jeśli naturalnie nie uznał tego za wyjątkowo słuszne czy też konieczne. Jednakże, chłopak w dalszym ciągu wydawał mu się w gruncie rzeczy silniejszy niż był w takim razie w rzeczywistości. Zapewne przez wzgląd na jego charakterek i to silne, drążące, a momentami wręcz przyszpilające spojrzenie. Nie żeby mu się nie podobało. Wręcz przeciwnie. Sprawiało, że człowiek jego pokroju zastanawiał się jak wiele faktycznego chłodu się za nim kryło. Nie było nudno. Zresztą w przypadku Seana, nie tylko spojrzenie ale i zachowanie sprawiały odpowiednie pozory. Buntowniczy, nieco agresywny, nieprzystępny... Ciskający rzeczami młodych mężczyzn, którzy pewnie jedną ręką potrafiliby go oderwać od ziemi i jakiś czas utrzymać na wysokościach. Nie zdziwił się więc aż tak bardzo, kiedy zareagował w stosunku do niego równie wojowniczo. Zdążył się za to lekko skrzywić, ponieważ siła z jaką został pchnięty, zapewne i jemu pozostawi na pamiątkę jakiś ładny siniec na plecach. Plecach i potylicy, którą również grzmotnął w zimne, twarde kafelki. Syknął jeno pod nosem ku wyrazowi niezadowolenia i zamrugał szybko.
- A jednak rzeczywiście masz więcej krzepy niż na to wyglądasz. Wiesz... Nie musiałeś być aż tak niedelikatny. - nie wyrywał się, kompletnie ignorując odrobinę kąśliwe uwagi pozostałej trójki. W chwili obecnej, skupiony był na twarzy czerwonowłosego. Z pewnością całkiem pewny siebie z niego typek. Ciekawe. Gdyby mu się zrewanżował, co dalej?
- - przez dosłownie ułamek sekundy i TYLKO ten ułamek, nad wyraz poważnie rozważał tą opcję. Zrezygnował z niej jednak równie szybko jak się pojawiła w jego, pokręconym czasami umyśle. Zwłaszcza, kiedy po zadanym przez tamtego pytaniu, dostrzegł też ten dziwny uśmieszek. Nie wiedział co dokładnie było w nim nie tak. Miał pewne przeczucie, lecz nie dociekał. To mogłoby być niewygodne dla nich obu.
- Eeh?! - wydał z siebie udawany jęk prawdziwego przejęcia - Nie bądź taki!Starałem się jak tylko mogłem! Jak ty niczego nie potrafisz docenić! – usiłując się nie zaśmiać, potarł miejsce bezpośredniego uderzenia na kletce piersiowej w nieco bezwiednym geście. Czuł się usatysfakcjonowany. Wbrew pierwszemu wrażeniu, wyglądało na to, że Sean również uznał jego słowa za niegroźny żart. Hm, po co więc ta szopka? Wyglądał na naprawdę rozeźlonego... O co zatem?
Nie rozumiał i nie dawało mu to spokoju.
- Dobra, dość tego dobrego! - przekręcił głowę i krzyknął w stronę głównego pomieszczenia szatni. - Won! Psujecie klimat! - tą czy też inna drogą, dłonią przetarł jeszcze kark nim zdecydował się odkleić plecy od chłodnej ścianki i ruszyć w stronę jednego z licznych pryszniców.
- Jak sobie życzysz. I serio, nie musisz się nimi przejmować. W gruncie rzeczy, są całkiem spoko. - na odlew uderzył dłonią w guzikowaty czujnik w celu uruchomienia natrysku. Woda, która poleciała wprost na jego ciało, nie była nazbyt ciepła, ale z nieznanej przyczyny wyjątkowo nie miał ochoty na regulowanie temperatury.


Ostatnio zmieniony przez Daveth dnia Sob Lut 01, 2014 3:07 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Szatnia.   Sob Lut 01, 2014 1:16 am

„Miał więcej krzepy niż na to wyglądał”? Mentalnie wywrócił oczami, nie wiedząc jak mógłby skomentować ten przytyk bez użycia pięści. Przyłożenia mu prosto w brzuch i pokazania, że owszem, posiada więcej siły, a jego szczupłe ciało, o dziwo, jest umięśnione. To byłoby takie łatwe, wystarczyłoby wziąć lekki zamach i uderzyć. Wbić zaciśniętą pięść, pokazać mu swoją całą namiętność w tym zwykłym geście. Prawdziwą agresję, zamiast tłumionej złości w wyniku której Daveth wylądował jedynie na ścianie, przyciśnięty mniejszym ciałem. Zamiast tego cofnął się, chyba zapobiegawczo unikając zbliżającej się konfrontacji. I w drugim chłopaku coś się zbierało. Pragnienie rywalizacji, być może odebranie mu tej namiastki poczucia wyższości, wyrwanie pewności i arogancki. Przez krótką chwilę czerwonowłosy myślał, że dostanie po gębie. Albo chociaż wyląduje na naprzeciwległej ścianie, w odwróconej pozycji. To było prawdopodobne i… Oczekiwane. Adrenalina. Czyste, dzikie pragnienie. Daveth jednak dostał wyuczoną kurtuazję. Przykro mi chłopcze. Widocznie nie zasłużyłeś na poharatanie twarzy pierścionkami.
- Jestem wymagający. - Pora zniwelować złe wrażenie, pokazać się z lepszej strony. Postarać się o to, skoro dotychczasowo udało mu się podtopić chłopaka, a następnie cudem nie sprowokować bójki. - Musisz przejść samego siebie. Potraktuj to jako motywację... Kapitanie. Poklepał go po ramieniu, wchodząc pod sąsiadujący natrysk. Ludzie gadali, nawet jeśli Daveth traktował to jako żart, któryś z kolegów może nie podzielać jego humoru. A podobne wyobrażenia i paplanina, przyniosłaby Seanowi same problemy, z których nie wykpiłby się tak łatwo. Szczególnie, że informacje brzmiały dość wiarygodnie, i och, mniejsza o jego status społeczny, czy podobne pierdoły. Wolał nie czuć zbliżającej się kłótni w kościach.
Łazienka ogrzewała się bardzo szybko. Sean uwielbiał ciepło, i przez długi czas nie mógł zmotywować się do wyjścia spod prysznica. Jeśli usłyszał z boku jakiś rumor, ciche skrzypnięcie drzwi albo czyjeś kroki, zignorował to błyskawicznie. Jego wolny czas, jego relaks. Nie było sensu się jednak rozdrabniać nad przyjemnością prysznica, rozluźnianiem się mięśni i uspokajaniem napiętych nerwów rudego, chociaż ten faktycznie wyszedł w odrobinę lepszym nastawieniu. Wytarł się szybko jeszcze w kabinie, ubierając sprawnie spodnie. Dusił się tutaj. A koszulki nawet nie wziął, więc przeparadował przez szatnie półnagi, z ręcznikiem zarzuconym na ramiona, aby spływająca z włosów woda nie dotarła do szlufek, mocząc materiał. Chłopaków faktycznie nie było, widocznie wzięli sobie na poważnie słowa trenera, bądź stwierdzili, że nie warto marnować czasu i zajęli się czymś ambitniejszym. Za tą dedukcję Sean mógłby im bić brawa. Chyba naprawdę z roku na rok robił się coraz bardziej zgryźliwy… Przetarł lustro, odkaził dłonie i wymienił soczewki na okulary, asekuracyjnie przetrzymując się ściany, gdy we łbie się zakręciło. Jakby jednak na to nie patrzeć… Był praktycznie gotowy.
- Daveth!- Naciągnął na siebie bordowy sweter.- Wystrojony? Obiecany obiad czeka.
Powrót do góry Go down
Daveth
Kapitan drużyny koszykarskiej
avatar

Liczba postów : 103
Join date : 18/01/2014
Age : 23

PisanieTemat: Re: Szatnia.   Sob Lut 01, 2014 3:25 pm

Dał się poklepać, kątem oka jednak przez cały czas bacznie go obserwując. Musiał należeć do tego awanturniczego typu gości, z którymi najczęściej miał później na pieńku. Niekoniecznie kontrolujących swoje wybuchy nastrojów, lecz całkiem szybko umiejących to zatuszować, jeśli rzecz jasna od razu nie wdać się z takimi w otwarty konflikt. Na chwilę obecną, pozwolenie na prowokacje mogłoby się skończyć dla Davetha niespodziewaną i sromotną klęską. Pomimo iż tego po sobie nie pokazywał, nawet jeśli szybko udało mu się przywrócić kontrolę nad ciałem i umysłem, to pierwsze w dalszym ciągu pozostawało mocno wycieńczone fizycznie. Wprawne oko pierwszego lepszego trenera, od razu wyłapałoby typowe spięcie niektórych mięśni i ich spazmatyczne kurcze pod skórą. Niektóre bywały bolesne podczas ruchu, inne tylko uciążliwie męczące i drażniące. Nie przejmował się tym. Efekty uboczne przecież zawsze mogły być gorsze. Już i tak powinien sobie pogratulować za opanowanie ataku w tak miło krótkim czasie, podczas gdy normalnie na spokojnie mógłby potrwać dobrze ponad godzinę. Los musiał się do niego uśmiechnąć. To chyba to, co ludzie zwykli nazywać szczęściem w nieszczęściu. Odpowiadało mu. W końcu był niepoprawnym optymistą, zatem tą czy inna drogą, na pewno wymyśliłby sobie jakieś odpowiednie dla tego rodzaju poglądów na życie wytłumaczenie. Z tego samego względu, nie przejmował się gadaniem ludzi. Przynajmniej do czasu.
- Dopóki stawiasz, nie mam najmniejszego zamiaru polemizować. – wzniósł jeno obie ręce ku górze, w geście grzecznego poddaństwa. - Skoro mamy jednak miło spędzić czas, lepiej będzie pozostawić już te tytuły. Co ty na to? – w dość błyskawicznym tempie przeszedł w tryb udawania skromnego, z teatralnym przyzwoleniem machnąwszy wcześniej jedną z rąk. - Możesz mi mówić Dave. – patrzcie go! Jaki łaskawy! Gdyby tak jeszcze umiał powstrzymać się przed dumnym wypięciem piersi na sam dźwięk słowa: „kapitan”...
Już pod prysznicem, przeciągnął się raz i drugi, wyginając to na prawo, to na lewo. To także powinno nieco pomóc w rozluźnieniu. Przyjemny, chłodny prysznic. Jakkolwiek kochał letnie upały, a najwyższą przyjemność potrafiły mu sprawiać spacery w czterdziestu stopniach gorąca, tak zetknięcia się skóry ze zbyt ciepłą wodą najzwyczajniej w świecie nie znosił. Dziwne, ale prawdziwe.
W bezczynności nie zwykł trwać długo, toteż sprawnie przystąpił do szorowania ciała żelem i mycia dopiero co osuszonych poniekąd włosów. Wpływ chloru sprawiał, że stawały się nieprzyjemnie suche jeśli pozostawić je bez potraktowania zdrową porcją szamponu.
Spod natrysku wyszedł jako pierwszy, podczas gdy jego kompan widocznie należał do tych, lubiących nacieszyć się dłuższymi posiedzeniami. Nie zamierzał mu przerywać, chociaż naszła go ochota aby podkraść się i podregulować temperaturę. Byłoby to głupie, dziecinne i zdecydowanie doprowadziłoby do konkretnego spięcia. Tylko dlatego zdołał powstrzymać się przed impulsem. „Pan Nerwus” by mu tego nie darował. Poczłapał zatem z powrotem do szafek i począł się przebierać, nie korzystając nawet ze specjalnych do tego kabin. Przecież i tak był na chwilę obecną sam i jak się wkrótce okazało, miało tak pozostać do czasu aż ostatnia część górnej części garderoby nie została wsunięta na grzbiet, a on nie zajął się dokładnym wycieraniem czarnych kudłów. Rozwalony luźno na ławce, powitał powrót Seana typowym dla siebie wyszczerzem z udziałem pełni uzębienia. Ten krotki moment, który miał zająć czerwonowłosemu na pokonanie ostatniego odcinka dystansu dzielącego go od szafki z rzeczami, Daveth mógł wreszcie wykorzystać na dokładniejsze zlustrowanie jego szczupłej osoby. Już wcześniej rzuciło mu się to w oczy... Sean miał bardzo specyficzną budowę ciała. Dopiero teraz mógł to powiedzieć na pewno. Podobnie zresztą jak to, że widocznie lubił obwieszać się różnoraką biżuterią. Sam posiadał zaledwie jeden kolczyk w chrząstce i to zrobiony dla szpanu jakieś dwa lata temu, kiedy założył się o kilka funtów, że sam ją przekłuje na oczach kolegów. Przekuł więc i zostało.
Jeszcze tylko ostatni akt pod tytułem: „Użyj palców, aby rozczesać włosy gdy w twym arsenale brakuje szczotki”, i mógł ruszać w drogę!
- Jak mało kiedy! – skoczył na równe nogi, ignorując nieme krzyki i skargi łydek. Nogi ugięły się może na setne sekundy, czego łatwo było nie dostrzec. Porusza się, rozchodzi i raz-dwa będzie jak nowy!
- Hmm, kto by pomyślał, że okulary mogą aż tak człowieka zmienić... – mruknął, wciskając naprędce rzeczy do torby i przekrzywiając głowę by móc mu rzucić jeszcze jedno, ciekawskie spojrzenie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Szatnia.   Sob Lut 01, 2014 6:31 pm

- Seana raczej nie uda Ci się zdrobnić, ale możesz próbować.- Nonszalancko przeczesał kosmyki palcami, próbując jakoś przyklepać pojedyncze, brzydko odstające kosmyki, nadające mu wygląd roztrzepanego dzieciaka.- I jestem Brytyjczykiem. Irlandia Północna, powiedzmy, że trafiłeś.- Brytyjczyk z odrobinę zabawnym akcentem, mówiącym dziwną odmianą angielskiego. Łatwo było się z nim porozumieć, niektóre rzeczy należało jednak dopowiedzieć, bądź skupić się na przekazanej treści, tak aby wyłapać pojedyncze słówka z kontekstu. Nie raziło to jednak tak bardzo po oczach, wywołując ogólny niesmak u prawdziwych, rodowych Londyńczyków. Całe szczęście, Ci w gąszczu obcokrajowców i różnych akcentów (w zależności od hrabstw Angielskich) byli dość tolerancyjni.
Włosy zostały jeszcze raz przetarte ręcznikiem, a następnie wysuszone za pomocą suszarki. W pomieszczeniu, nawet przy szafkach, dalej było gorąco i duszno. Sean szybko pożałował założenia swetra, próbując zminimalizować gorąco przez podwinięcie rękawów po same łokcie. Włosy jednak wysuszył w trybie błyskawicznym, odhaczając tym samym ostatnią konieczną czynność. Po krótkiej chwili przestał mieć mroczki przed oczami i zawroty, typowe dla założenia mocniejszych szkieł. Czy wyglądał inaczej? Poważniej, to na pewno. Dojrzalej. Gburowato. Nie, gburowato wyglądał zawsze, okulary nie mogły dodać mu więcej zgryźliwości.
- Zmienić?- Zachęcił do kontynuowania, pakując do torby mokre rzeczy, przybory higieniczne i nieduże pudełko z soczewkami. Wręcz pedantycznie, układając każdy przedmiot z osobna, w określonej części torby bądź kieszonce. Popędzał Davetha, jednak z ich dwójki to on się guzdrał. Dopytywał czy jest gotowy, gdy przeczesywał włosy, mówił „idziemy” podczas doprowadzania ubrań do ładu. Trochę na zaś, zbyt aktywnie próbował rozdawać karty, a brunet… Kapitan, się w pełni temu poddawał. Może na czas obrad doprowadzał sam siebie do ładu, dodając sobie siły i pewności? Charyzmy? To było jego potknięcie, jego własne niedopatrzenie. Nieme pozwolenie na decydowanie i rządzenie się. Sean umiał być naprawdę rozkapryszony, gdy mu się na to pozwalało. Co śmieszniejsze doskonale zdawał sobie z tego sprawę, i o dziwo, nie napawał się „zwycięstwami”.- Nie oddam Ci ich, twoje ciało i tak powinno mieć dość moich ingerencji.- Uśmiechnął się lekko, zarzucając na bark torbę. Nie rozumiał „fazy” na noszenie okularów. Zakładanie, przymierzanie, chodzenie w nich. Wymyślanie sobie chorób oczu czy wad wzroku. Uciął temat dość szybko, zanim Dave faktycznie stwierdzi, że świetną zabawą będzie próba odebrania mu ostrości widzenia.
Powrót do góry Go down
Daveth
Kapitan drużyny koszykarskiej
avatar

Liczba postów : 103
Join date : 18/01/2014
Age : 23

PisanieTemat: Re: Szatnia.   Nie Lut 02, 2014 12:06 am

Zaśmiał się w głos, mile zaskoczony jego reakcją. Kto by pomyślał? Sztywniaczyna naprawdę umiała powiedzieć i zrobić coś zabawnego od czasu do czasu.
- Odnalazłem zagubione poczucie humoru jednego ponuraka! - poklepał się po udach, próbując powstrzymać atak niekontrolowanej wesołości. Specyficzna i przy tym sprawiająca wrażenie do złudzenia naturalniej, gestykulacja Seana, bawiły go chyba jeszcze bardziej niż sam przytyk.
- A więc jednak? Tak mi się coś wydawało, że kojarzę ten specyficzny akcent. - żaden tam z niego co prawda spec, ale będąc Brytyjczykiem, po latach szło rozróżnić takie rzeczy. Uszy swoje wyłapywały. Nawet tak słabe jak Davethowe. Anglicy, Irlandczycy z obu stron, Szkoci, Walijczycy... Słowem – inni Brytole! Swoi. Wypadało ich po czymś od siebie odróżniać. Zwłaszcza, kiedy nie chciało się popełnić przy którymś gafy. Nie wszystkich dało się przecież rozróżnić ze względu na paradowanie w kiec-... kiltach, pora w paszczy, filiżanke herbaty w ręku czy piegi na całej twarzy. Były jeszcze Araby czy tacy Polacy. Tych pierwszych rzecz jasna nie trudno z kimkolwiek pomylić, z kolei drugich rozpoznać było po stosunkowo głośno rzucanych: „kur@#ch”, głównie w momentach zaskoczenia, tudzież popełnienia jakiejś pomyłki.
- W takim razie, granicząco jesteśmy sąsiadami. - poinformował go raźnie, z konkretnym zapałem i werwą w głosie. Jak gdyby już mieszkali ulica w ulicę, dom w dom, okno w okno... Gdyby takie prognozy kiedyś się sprawdziły, oj jakże biedny byłby wówczas Sean.
Czekając na niego, brunet dreptał w miejscu lub od czasu do czasu sięgnął do jednej z wiszących suszarek w ramach ewentualnego podsuszenia kłaków. Nie dbał o to zbyt mocno. Często zdarzało mu się wybiegać z domu z mokrymi włosami i widocznie wyrobił sobie już wystarczająco wysoką odporność, bowiem choroby zwykły się go nie imać od stosunkowo dawna. Kiedy w ogóle chorował po raz ostatni? Najwidoczniej zbyt dawno, bo zupełnie nie potrafił skojarzyć dnia ni miesiąca.
Przerzuciwszy już własną torbę przez ramię, potarł policzek z zastanowieniem. Gdy zabolało, czym prędzej cofnął palce. Siniec nadal dawał w kość. Lepiej przez parę dni hamować się przed tym wyrobionym odruchem.
- Nie przepadam za okularami, ale ty wyglądasz w nich całkiem nieźle. Nie sądziłem, że to możliwe, szczerze powiedziawszy. - zmarszczył brwi i zrazu zaczął przekręcać głowę na różne strony, jakby usiłował doszukać się w tym wszystkim jakiegoś przekrętu lub pułapki. - Poza tym, sprawiasz w nich wrażenie dziwnie ułożonego i diabelnie nieszkodliwego. … Cheater. – już wyciągał rękę, chcąc go poklepać po głowie i na własnej skórze przekonać się czy tenże mit obali czy okaże się on prawdą, acz cofnął ją odrobinę na rzecz zmiany zdania. Capnięcie okularów wydawało mu się ciekawsze. Problem w tym, że uprzedzono jego zamiary, nim te w ogóle zdążyły nabrać formy. Jednym komentarzem.
- Psujesz całą zabawę... - mruknął oskarżycielsko i przynajmniej teraz raczył odpuścić. Może potem nadarzy się okazja?  
- Jeśli więc i Panicz skończył, lepiej się pospieszmy! Mój żołądek zaczyna utyskiwać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Szatnia.   Pon Lut 03, 2014 5:04 pm

To był kiepski żart. Brakowało w nim niezobowiązującego tonu i lekkiego zakończenia, Daveth musiał mocno przymykać oczy, aby podciągnąć oschłe stwierdzenie faktu pod dowcip. Nie było żadnego nawrotu poczucia humoru, Sean nagle nie odkrył w sobie mistrza konwersacji, chociaż wystarczyło uśmiechnąć się i wycisnąć z siebie odrobinę więcej swobody, aby parę żartobliwych, ciętych uwag wydostało się z jego ciasno zaciśniętych warg. Dalej, brunet musiał posiadać w sobie ogromne ilości samozaparcia, nieczułości, czy po prostu cierpieć na kompletny brak empatii, skoro nie zniechęcał go ten „ponurak” do zamknięcia się i zrezygnowania z darmowego obiadu. Parę funtów kontra kiepska atmosfera, kilka niemiłych uwag i wizja katastrofy, gdyby coś jeszcze poszło nie tak? Seanowi przez głowę przeszła myśl, że może… Że może chłopak należy do tych biedniejszych uczniów, utrzymujących się z dodatkowych prac i stypendium? Tytuł kapitana pasował tutaj jak ulał, puzzle zostały ułożone, bo przecież nie można mieć w sobie tyle pozytywnej energii ,w obliczu paru nieszczególnie przyjemnych okoliczności. Trochę inaczej spojrzał na nowo poznanego kolegę. A Dave dla siebie samego, i własnego komfortu podczas obiadu, nie powinien  wyprowadzać go z błędu. Jeśli temat, rzecz jasna, jednak wyjdzie na wierzch.
Pies przybłęda. Nawet pasuje. Szczególnie do kundla, który nie znał swojego miejsca.
- Irlandczyk…- Przeciągnął słowo. Mogła być wymiana zdań, mniejsza bądź większa. Sean mógłby się unieść, powiedzieć parę słów na temat ich „sąsiedztwa” i zapału Dave, jakby nie dzieliła ich granica, a byli jednością. To był wrażliwy temat dla każdego Brytyjczyka mieszkającego w Irlandii Północnej. Być może Anglicy i Irlandczycy pożegnali się bezpowrotnie z konfliktem, tak na rodowych mieszkańcach temat dalej robił niespecjalnie miłe wrażenie.- Uważaj z entuzjazmem, jak idzie o sąsiedztwo tych państw. Niektórzy naprawdę bardzo emocjonalnie podchodzą do niezależności własnego państwa… I pomysłu przyłączenia go do Irlandii.- Tak, był gotowy. Włosy miał względnie suche, odrobinę ciepłe od suszenia ich w za wysokiej temperaturze, ubrania równo założone, a całą resztę dopiętą na ostatni guzik. Brakowało jedynie pozytywnego nastawienia, które Sean próbował jednak z siebie wydusić, naprawiając ciężką atmosferę po przypadkowym wejściu w niebezpieczny temat, grząski grunt.
- Propozycja obiadu, teraz te komplementy… Liczysz na coś więcej niż zwykłą randkę? Przyznaj się, nie będę gryzł.- Obiecał odrobinę lżejszym tonem. Takim, który już spokojnie dało się podciągnąć pod humor i żart, bez udawania nieczułego na bodźce głupka. Zresztą… Skoro już zdecydował się przemęczyć, równie dobrze mógł zrobić coś dla siebie, prawda? Na przykład spróbować wyprowadzić z równowagi Dave, bądź zostawić po sobie (chociaż odrobinę) pozytywne wrażenie. Nawet ponurak mógł mieć dzień dobroci dla… Zwierząt.

[zt 2x]
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Szatnia.   

Powrót do góry Go down
 
Szatnia.
Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Szatnia Gryfonów
» Szatnia żeńska z prysznicami

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Yaoi Gakuen :: Traditional Royal School :: Hala sportowa :: ∎ Szatnie-
Skocz do: