IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Bottom of the abyss... Suicide circus.

Go down 
AutorWiadomość
Gość
Gość



PisanieTemat: Bottom of the abyss... Suicide circus.   Nie Sty 12, 2014 11:32 am

Jedna ostatnia walka za to dzisiejszej nocy.
Woah...
Z nożami i piórami złożyliśmy nasze ślubowanie.

Przeobrażenie się zwykłej gąsienicy w wspaniałego motyla może trochę potrwać. W szczególności, jeśli mówimy o metaforycznym owadzie. A co jeśli jesteś już tym motylem, ale powoli cofasz się? Twoje skrzydła stają się poszarpane. Unosisz się, aby zaraz potem upaść ze swojej winy. Nie chcesz pomocy, przecież jej nie potrzebujesz. Tak przynajmniej szepczesz, gdy ktoś wyciąga ku tobie pomocną dłoń. Potem narzekasz, że nikt cię nie rozumie. Człowieku, co z tobą? Dlaczego tak, a nie inaczej się zachowujesz? Do ciebie to mówię chłopcze. Spójrz mi w oczy. Wiem, że mnie nienawidzisz, a zarazem kochasz. Nie dane jest nam jednak być ze sobą. Przykre.
NATHANIEL — właśnie to imię dotarło do mnie, wypowiedziane dźwięcznym głosem z wyczuwalną nutką rozbawienia. Szeroki uśmiech oraz błyszczące się, CIEMNOBRĄZOWE OCZY, które wyglądały jak dwa węgliki, wydawały się mówić, że teraz czekają mnie kłopoty. I w jakimś sensie tak było, chociaż konsekwencje poznania się z tym chłopakiem miały wypłynąć o wiele później. Teraz nie dostrzegaliśmy nic. To miała być zwykła znajomość. Na szkolnym korytarzu znacznie się różnił od osoby, z którą jeszcze kilka minut wcześniej wymieniałem zdania na skrawku papieru. Tam, przy nauczycielce był NIEŚMIAŁY, wręcz bojaźliwy. Teraz, gdy gwar przerwy szkolnej nie pozwalał usłyszeć własnych myśli, był zupełnie inny. Lgnął do każdego, szukając towarzystwa. Na jego twarzy widniał szeroki uśmiech, oczy błyszczały, był dziwnie podniecony. Przypominał trochę maskotkę klasową przez to całe swoje zachowanie. WULKAN ENERGII. Wydawać by się mogło, że coś brał, aby energia mu się nigdy nie kończyła. Chciał zawsze coś odwalić, potrzebował wiecznie ruchu. Dopóki nie zadzwonił dzwonek, który oświadczał, że pora przyjąć postawę godną wzorowego ucznia. Nie licząc tego, że na lekcjach prawie się nie udzielał. Nie był typem osoby, która lubiła „wystąpienia” publiczne, dlatego też rzadko zgłaszał się do odpowiedzi, mimo że posiadał wiedzę na dany temat. Posiadał DOBRĄ PAMIĘĆ, w szczególności SŁUCHOWĄ, jednakże z czasem zaczęły się PROBLEMY ZE SKUPIANIEM SIĘ. Nikt nie wiedział czym to jest spowodowane. Bo kogóż by obchodziło, że coś jest z nim nie tak? Ani mnie, ani reszty jego przyjaciół. Przecież się uśmiechał, przecież było okej. Bo czy ktoś z nas chciałby dojrzeć blizny, gdy ten chłopak wyglądał na naprawdę szczęśliwego? Gdy ten chłopak przełamywał się, występował na dyskotekach z nami, tańczył, bawił się. Przecież wszystko było w porządku. Czyż nie?


Twoja szyja, koniuszek języka i twoje dłonie pełzają szukając mojej twarzy zabarwionej purpurą...”


Ruchy jego ciała, jakże wyćwiczone. Seksowne poruszanie biodrami. Wyglądał na starszego, niżeli był. ZAPADNIĘTE POLICZKI, PODKRĄŻONE OCZY. Usiadł mi na kolanach i narzucił ręce na ramiona. Powoli, leniwie muskał ustami szyję. Chyba drugi raz byłem w jego pokoju, siedziałem właśnie na jego łóżku. Ten raj, ta samotnia została zniszczona przez takich jak ja. Przygryzał co jakiś czas dolną wargę, wpatrując się we mnie. Mały PROWOKATOR. Cała ta jego niewinność była ułudą. A może po prostu MY ją mu skradliśmy. Nie jestem pewien. Rozchyliłem wargi, aby coś powiedzieć, ale uciszył mnie. To było jego show, na razie to była jego chwila. Pięć minut słodkości, którą miałem się upijać. Potem łaskawie mogłem się odezwać. Szczupłe palce przesuwały się po moich ramionach, rękach, a potem wkraczały na obojczyki. Gdzież podziała się jego niewinność? O Boże, dlaczego? Było w nim coś słodko-gorzkiego. Urocze zachowanie i oczy, które mówiły wszystko. ŻYŁ WE WŁASNYM ŚWIECIE. Szkoda, że przekroczyliśmy granicę jego małej otchłani, jego samotni, która była ucieczką od rzeczywistości. Wtedy jednak nie zwracałem na to uwagi, najważniejsze były pragnienia. A ja pragnąłem tego CHUDEGO, DŁUGIEGO CIAŁA. WYCHUDZONEGO, ale mimo wszystko pięknego. Rzadko kiedy zwracałem uwagę na jego BLIZNY NA NADGARSTKACH, nie były aż tak widoczne; za to tych SZRAM NA PLECACH, nie dało się pominąć. Pozwolił mi się odezwać, odklejając się leniwie od mojego ciała. Wyglądał, jakby sam był upojony. Taka jego mała gierka, bo w końcu kierował się zasadą: „Klient nasz pan”. Zapytałem się go jak mam się zwracać do niego, a on tylko zaśmiał się ochryple i uśmiechnął jakby szaleńczo. „Mów jak chcesz. CZARNY, HURRICANE, WAMPIR... Możesz też wymyślić coś swojego” — szepnął mi do ucha, powoli schodząc ustami coraz niżej i niżej. Zauważyłem, że głównie skupiał się na wystających kościach, palcami jakby badał każdy kręg, a ustami muskał skórę na obojczykach. UWIELBIAŁ WYSTAJĄCE KOŚCI. Jak zawsze robił wszystko dokładnie, precyzyjnie. Jakby już sobie wcześniej zaplanował co ze mnie zdejmie, co powie, jakim skrawkiem mojego ciała się zajmie. Był przygotowany. Powinienem się brzydzić, bo w końcu to był bardzo młody chłopak. Powinienem się brzydzić sobą. Ale on, jego ciało, jego PERFEKCJONIZM. Jestem śmieciem, przecież raniłem tego chłopaka jak każdy inny, który wdzierał się do jego zamkniętego światka, aby zaspokoić swoje żądze. Brutalność, która go otaczała. To smutne. Grał, bo musiał, udawał, że to nie robi mu różnicy, chociaż było inaczej. Nie wyrywał się z tego piekła, ponieważ tutaj było też wszystko to, co kochał.
To jest piękne, znasz tylko moje nazwisko i kilka przezwisk. Ani ja, ani mój ociec nie zdradzimy Ci jak mam naprawdę na imię. Wyszeptuj to, wymawiaj w błaganiach, gdy będziesz pragnął więcej. ROSWELL. Roswell. Zapamiętaj raz na zawsze to nazwisko, gdyż będziesz sobie przypominał o tym szczupłym chłopaczku. Będziesz zawsze pamiętał o mnie. Roswell. Roswell. Roswell...” — szeptał coraz ciszej i ciszej, końcówką języka drażniąc skórę. Dziwka pozostanie na zawsze dziwką, czyż nie?


Coraz częściej odpływał do własnego świata. Zamykał się w pokoju, rysował coraz więcej i więcej. Czasami schodził do salonu tylko dlatego, aby zasiąść przy starym fortepianie i zagrać na nim. Ojciec zapisał go na lekcje, gdy miał siedem lat. Nie chciał go wysyłać jednak do szkoły muzycznej. RICHARD — nasz OJCIEC — zawsze powtarzał, że TALENT ARTYSTYCZNY Nathaniel odziedziczył po mamie. Mamie, której nie znał. NATHUSIA PASJONOWAŁA MUZYKA, RYSUNEK oraz gdy zaczął uczęszczać do nowej szkoły FOTOGRAFIA. Po GRZE NA FORTEPIANIE, przyszła pora nauczyć się grać na GITARZE KLASYCZNEJ, a potem doszedł jeszcze ŚPIEW. Po pewnym czasie głównie skupiał się na rysowaniu, fotografowaniu. Zeszyt z piosenkami odrzucił gdzieś w kąt, do fortepianu nawet się nie zbliżał. Czasami tylko musnął palcami klawisze, aby uciec niczym spłoszony kot. Wyniszczał siebie. Zawsze miał SKŁONNOŚCI AUTODESTRUKCYJNE, ja to dostrzegałam. Tylko bałam się komukolwiek o tym powiedzieć. Może gdyby inni wiedzieli wcześniej... Na chwilę obecną ma za sobą dwie próby samobójcze. Jedzie na antydepresantach oraz stabilizatorach nastroju. Ostatnio jednak wydają się nie działać tak jak niegdyś. Boję się o niego. O tego dość SAMOLUBNEGO brata, któremu ostatnio zastępuję matkę. Musi jeszcze trochę wytrzymać. Chociaż coraz częściej widać na jego ustach uśmiech, to czuję, że zaraz ten zejdzie z jego twarzyczki i zostanie tylko ten stan, gdzie nie chce, aby ktokolwiek się do niego zbliżył. Uciekać i lgnąć zarazem do ludzi. Błagać niemo o pomoc, a gdy ktoś chciał ci jej udzielić, mówić że wszystko jest okej. To jest nie fair, Nathanielu. Zaciśnij pięści i walcz. Walcz o to cholerne życie i szczęście.

To królestwo, dobre uwolnienie, dobra wolność i niewinność
Doprowadziły to wszystko do upadku.”

Czasami, gdy siedziałem z nim w moim pokoju, czułem tą jego dziwną aurę. Odpływał do swojego świata, nie kontaktował z naszym. Przylegał do mnie, wtulał się, aby czuć ciepło. Miał wiecznie zimne ręce, nawet latem. Miał w sobie coś pieszczocha, lubił, gdy inni go przytulali. Wydawał się być NIEWINNY i KRUCHY. Może poniekąd to było prawdą. Z czasem jednak jego druga natura się zaczęła się ujawniać. Jego bezczelność, natura prowokatora. Nawet po tym jak go odrzuciłem — czego bardzo żałuję — podwalał się do mnie. Między niewinnymi uśmieszkami, można było dostrzec też te wredne, te chochliki tańczące w jego oczach, które zwiastowały coś złego. Zwykle był słodki. Uroczy. Aż do porzygu. Ale były dni... Błagał o żyletkę. Czasami łapały go skurcze, zwijał się wtedy z bólu. Widzieliśmy jaki był wychudzony, jednakże nie domyślaliśmy się co też może być z nim nie tak. Był osłabiony. Wycieńczony. Wtedy siedział w ciemności i nie pozwalał nam wejść. Nie chciał, abyśmy go takim widzieli. Przecież miało być okej. Nic się nie dzieje. Ukrywał łzy za maską uśmiechu. Teraz nawet tego nie potrafi. Nie wie, która część jego jest prawdziwa. Coraz ŁATWIEJ SIĘ DENERWUJE, zbyt łatwo wyprowadzić go z równowagi. Jedynym plusem jest to, że chociaż łatwo go zdenerwować, to równie łatwo emocje z niego schodzą. Nie wiesz jednak nigdy czego się po nim spodziewać. Reaguje różnie, jest nieprzewidywalny.


Otoczony płatkami róż. Leżał na swoim łóżku, kusił. Męska wersja kokietki? Chłopięca tak właściwie jeśli mamy być precyzyjni. Cichy szept, słowa które wypływały z jego warg. Niewinny uśmiech, podgryzanie dolnej wargi. Przesuwanie SMUKŁYMI, DŁUGIMI PALCAMI, ZAKOŃCZONYMI PRZYDŁUGIMI PAZNOKCIAMI, po swoim ciele. Wpatrywał się we mnie, jakby mówił: „Chodź do mnie. Jesteś jedynym, którego pragnę”. Trzask i tłuczenie się szkła w kuchni. Jego ojciec był niecierpliwy, chyba dlatego już tłukł naczynia w kuchni. Jednakże ten czarnowłosy chłopak leżał niewzruszony. Chyba się przyzwyczaił. Uniósł się, aby potem pociągnąć mnie za krawat. „Usiądź” — wyszeptał, a gdy to poczyniłem, zasiadł mi po prostu na kolanach. Zajął się krawatem, a potem zaczął rozpinać mi koszulę. Widać było po nim, że UPRAWIA SPORT. Gdy ja byłem u niego po raz pierwszy, to jeszcze nie był aż tak wychudzony jak później. Tak, to jest ten pierwszy raz. Już wtedy posiadał TATUAŻ, PRZEDSTAWIAJĄCY ŁAPACZ SNÓW. Lekko widoczny również był ten CIĄGNĄCY SIĘ OD PĘPKA, AŻ DO KOŃCA KOŚCI MIEDNICZNEJ, KTÓRY PRZEDSTAWIAŁ CZARNE SKRZYDŁA. Wydawał mi się trochę ironiczny. Uskrzydlone miejsce. Aż miało ochotę się to sprawdzić. Pewnie mnie uważacie za obrzydliwego, czyż nie? On pewnie też tak sądził. Nie mógł się jednak sprzeciwiać. Jego ruchy były z jednej strony jeszcze nieporadne, on sam wydawał się być niewprawiony, a z drugiej można było wyczuć w części nich jakieś doświadczenie. Cichy szept. Roznoszący się wokół korzenny zapach świeczek i kadzideł. On sam PACHNIAŁ SŁODKIMI MIGDAŁAMI. BLADA CERA, DELIKATNIE UMIĘŚNIONE CIAŁO, które wiło się na moich kolanach. Niewinność? Czy w jego przypadku jeszcze istniało coś takiego? „Zamknij oczy, odchyl głowę. Ukaż mi swą szyję. Wiem, łaskocze. Spokojnie, zrobię wszystko to czego zapragniesz. Nie odzywaj się. Nie pozwalam ci. Cisza. Show time!”



Kochanie, czy zapomniałeś wziąć swoje leki?


Gdy dostrzeżesz w jego oczach S Z A L E Ń S T W O, to po prostu znikaj. Może i wydaje się być osobą, która nie skrzywdzi muchy. Tak na ogół jest, nawet gdy się wścieka to po prostu porzuca przedmiotami i prędzej porani siebie niż innych. Ta DOBRA DUSZYCZKA, niestety potrafi być zwodnicza. Czasami zdarza mu się robić coś, czego i on, i inni żałują. Nie wie co robi, dlaczego to robi. Zwykle. Czasami ze zwykłą satysfakcją godną sadysty. Może gdzieś tam głęboko się w nim skrywał. Gdzieś tam głęboko skrywało się coś, czego od dawna wypierał, bo kojarzyło mu się to za bardzo z jego ojcem. Dlatego po swoich aktach agresji po prostu wycofywał się na jakiś czas. Nie chciał, aby ktokolwiek poznał go jako kogoś takiego. Potem już nawet zaprzestał się wstydzić tego. Uderzył kogoś? Trudno. Teraz nawet bawiła go ta sytuacja ze Scyzorem. Kim był Scyzor? Jego najlepszym przyjacielem, w którym się zakochał. Taka tam pierwsza miłość. A raczej zauroczenie. Bo jego pierwsza miłość narodziła się o wiele później, gdy już zaczął chodzić do szkoły prywatnej. No właściwie to jeszcze troszkę przed. Wracając jednak do sytuacji ze Scyzorem. Cóż takiego się wydarzyło? Zaatakował go. Przez to ten dureń ma teraz bliznę, która przecina jego brew. Ten dureń, dzięki któremu Roswell POKOCHAŁ PARKOUR. Nacio wtedy po raz chyba pierwszy pokazał swoją AGRESYWNĄ, szaleńczą stronę. Kto by chciał znać taką osobę?
Potem trafił do szpitala. Tam wszystko się wyjaśniło. CIERPIAŁ NA AFEKTYWNE ZABURZENIA DWUBIEGUNOWE. Był ZAMKNIĘTY W SOBIE. Nie chciał mówić o sobie. Przemilczał część faktów dotyczących jego osoby. Tak jak myślała AIMÉE — jego SIOSTRA — cierpiał na ZABURZENIA ODŻYWIANIA. Potem po całej tej terapii przez jakiś czas było troszkę lepiej. Ale nie na długo...


Umysł jest pułapką. Wiecznym więzieniem, z którego wyjście wydaje się być niemożliwe. Chcąc stracić chwilowo świadomość musisz posunąć się do różnych rzeczy. Zażywanie narkotyków, tak jak to Demon robił. A Roswell gardził narkotykami. Jeśli chodziło o ważne osoby, to aby im wybić ćpanie z głowy, mógł posunąć się do wszystkiego. Nie omijał szerokim łukiem ćpunów. Jeśli chodziło mu o nieznane osoby, to był wobec nich obojętny. Chcą to niech biorą, on się nie będzie mieszał. Po prostu wypowiadał swoje zdanie na temat tego nałogu. I tyle. On sam był uzależniony. KATOWAŁ WŁASNE CIAŁO ćwiczeniami. Nie pozwalał sobie na zbyt częste myślenie. Kiedyś palił, gdy był poddenerwowany. Zaczęło się po którymś „kliencie”. Zwinął swojej siostrze paczkę fajek. Potem palił coraz więcej i więcej. Po rozstaniu z chłopakiem już palił nałogowo. Od dawna podejrzewano go o SCHIZOFRENIĘ, jego stan teraz się pogorszył. NIESTABILNY EMOCJONALNIE, ale to pewnie już wiecie. Jakaś cząstka ROMANTYKA w nim jeszcze jest. Straszny SAMOKRYTYK. Tak, należy do osób WIERNYCH. Raczej. No i... Dużo by tu wymieniać. Teraz opowiedzmy lepiej do jakiej szkoły chodzi, do jakiej klasy i tak dalej.
Otóż ten chłopak ma SIEDEMNAŚCIE LAT, chodzi do COLLEGE'U. Pewnie jak łatwo się domyślić profil jego klasy to techniki artystyczne. Jego wzrost to 186 CENTYMETRÓW, waga waha się i to strasznie między SZEŚDZIESIĘCIOPIĘCIOMA KILOGRAMAMI, a nawet SIEDEMDZIESIĘCIOMA. Przez to nawet nie można określić dokładnie jego BMI. Nosi PERUKĘ, która zastępuje jego KRUCZOCZARNE WŁOSY. To ze względu na chemioterapię. Jego usta są wiecznie wysuszone. MIESZKA W DOMKU JEDNORODZINNYM, W DZIELNICY MIESZKALNEJ wraz z siostrą i jej chłopakiem. DORABIA W SKLEPIE MUZYCZNYM, zwykle stoi na kasie. Stara się też ZARABIAĆ NA SWOICH RYSUNKACH. Mało śpi. Bardzo mało. Posiada jeszcze dwa tatuaże. Na jego LEWEJ RĘCE ORAZ BOKU CIĄGNIE SIĘ TATUAŻ, jego wzór jest trudny do zidentyfikowania. Na PRAWEJ RĘCE ma NAPIS „VINCENT”, który OTOCZONY JEST RÓŻAMI. Nie żałuje, że go zrobił. Ma KOLCZYK W JĘZYKU oraz SNAKE BITES. Pochodzi ze STANÓW ZJEDNOCZONYCH, a dokładniej CHICAGO.
Jeszcze o czymś ci nie wspomniałem. Jest strasznie ZABORCZY. Powodzenia, miłego poznawania go.
Co jest prawdą, a co snem?

Kiedy patrzysz w lustro czy widzisz prawdę?
Lub czy głosy w twojej głowie nadal cię mieszają?”

Cii, witam po drugiej stronie lustra. Miłego zwiedzania. Chodź za mną, kochanie. Chodź, pobawimy się.
Powrót do góry Go down
Lucius
Postać zawieszona


Liczba postów : 359
Join date : 08/11/2013

PisanieTemat: Re: Bottom of the abyss... Suicide circus.   Pon Sty 13, 2014 12:21 am

Z racji na późną godzinę nie rozpiszę się. Nie czułem zbyt wielkiego zapału do czytania, niestety, ale przebrnąłem.

akceptuję.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Bottom of the abyss... Suicide circus.
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Yaoi Gakuen :: Off top :: Archiwum-
Skocz do: